Reklama

Wojna bez wojny

2019-02-06 11:47

Rozmawia Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 6/2019, str. 24-25

Grzegorz Boguszewski
Dr Piotr Łuczuk Adiunkt w Katedrze Internetu i Komunikacji Cyfrowej Instytutu Edukacji Medialnej i Dziennikarstwa UKSW, ekspert Instytutu Staszica. Zajmuje się cyberbezpieczeństwem i wpływem nowoczesnych technologii na komunikację społeczną. Jest au

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Cyberbezpieczeństwo, cyberatak, cyberwojna, cyberterroryzm – w ostatnim czasie coraz częściej słyszymy te groźnie brzmiące słowa, lecz nie zwracamy na nie większej uwagi, nie zastanawiamy się nad ich znaczeniem. A może powinniśmy?

DR PIOTR ŁUCZUK: – Zdecydowanie tak! Problem wszelkiego rodzaju cyberprzemocy nie jest zjawiskiem nowym, choć patrząc na publikacje naukowe i popularnonaukowe z ostatnich lat, można odnieść takie wrażenie.

– To znaczy, że sami twórcy cyberprzestrzeni nie przewidywali dzisiejszych zagrożeń?

– Nie zakładali takiej ich skali, bo przecież Internet powstał jako narzędzie przeznaczone do celów militarnych. O konfliktach w cyberprzestrzeni w aspekcie czysto wojskowym zaczęto więc mówić już w latach 80. ubiegłego wieku. To wtedy pierwsi analitycy wojskowi i pierwsi naukowcy zaczęli używać pojęcia cyberprzestrzeni, a co za tym idzie – cyberzagrożeń. Na przełomie lat 80. i 90. aktywizowały się grupy groźnych hakerów komputerowych. Wówczas było to dość hermetyczne grono specjalistów od oprogramowania informatycznego i raczkującego jeszcze Internetu, które się nim po prostu bawiło, stawiało sobie za cel rozmaite wyzwania informatyczne. Toczyła się swego rodzaju gra między specjalistami, którzy sami się dzielili, niczym bohaterowie westernów, na dobrych i złych, a niektórzy z czasem zaczęli pracować na rzecz tych, którzy po prostu dawali więcej pieniędzy.

– Niewinne gry się skończyły...

– I to dość szybko. Kiedy dzisiaj jednym tchem wymieniamy nazwiska najlepszych specjalistów od IT czy w ogóle od Internetu, okazuje się, że niemal wszyscy wywodzą się właśnie z tamtych grup hakerskich, jak np. Kevin Mitnick, haker wszech czasów, który z czasem przeszedł na tę „jasną stronę mocy” i dziś czuwa nad bezpieczeństwem Internetu, choć wcześniej – do czego sam się przyznaje – łamał nie tyle nawet hasła, ile ludzi. Przestrzega w ten sposób, że problemu cyberataków, cyberprzemocy nie da się oderwać od naszej rzeczywistości, że nie chodzi tu o jakiś wirtualny „Matrix”, do którego przenosimy się tylko na chwilę.

– Niestety, chyba coraz bardziej nie zdajemy sobie sprawy – lub po prostu to lekceważymy – jak niekorzystnie kreowany przez kogoś świat wirtualny może wpływać na nasz świat rzeczywisty.

– To prawda, dlatego cyberprzestępcy często wykorzystują psychologię i rozmaite sztuczki socjotechniczne po to, by manipulować ludźmi, wymuszając konkretne zachowania w tzw. realu. Te dwa światy zaczynają się najpierw przenikać, później mieszać i w końcu dochodzi do takiego paradoksu, że często nie wiemy, czy funkcjonujemy w przestrzeni wirtualnej, czy w realnej. Tzw. rozszerzona rzeczywistość, do niedawna popularna tylko w grach dla dzieci, dzisiaj jest już wykorzystywana przez sklepy, np. zamiast tradycyjnych luster do przymierzania ubrań.

– Takie wykorzystanie rzeczywistości wirtualnej wydaje się pożyteczne i niegroźne. Gdzie czai się niebezpieczeństwo?

– Wszędzie i polega właśnie na tym, że go nie dostrzegamy; uważamy, że cyberprzestępczość to problem nierzeczywisty, obecny wyłącznie w filmach fantastyczno-naukowych, w grach komputerowych, komiksach. Najczęściej pojawia się argument – który próbował obalić Edward Snowden, pokazując nieprawdopodobną skalę cyberinwigilacji – „ja przecież nie mam nic do ukrycia”, a zatem mogę w cyberprzestrzeni robić, co mi się podoba. Tymczasem dopóki nie zdamy sobie sprawy, że gra toczy się o nasze dane, o informacje, dopóty sami się narażamy na szkody. W czasie wojny informacyjnej, która przecież rozgrywa się na naszych oczach – choć nie chcemy jej dostrzegać – to właśnie informacja jest bronią, cennym towarem.

– Nawet ta najbardziej błaha, dotycząca naszej prywatnej codzienności, naszych zachowań, sympatii politycznych itp.?

– Jak najbardziej! To są informacje wykorzystywane nie tylko przez handlowców, reklamodawców, specjalistów od analizy behawioralnej, pospolitych cyberprzestępców, ale także przez wywiady obcych państw. Te informacje jeszcze 30 lat temu, w czasie zimnej wojny, szpiedzy zdobywali z narażeniem życia – dzisiaj sami podajemy im je na tacy. I naprawdę może tu chodzić o takie błahostki, jak to, co lubimy jeść, z kim się spotykamy, kto jest naszym wrogiem, do kogo lub czego mamy słabość... Uważając, że nie mamy nic do ukrycia, w ramach prywatnego wirtualnego ekshibicjonizmu w istocie udostępniamy dane wywiadowcze.

– Zwykła szara codzienność anonimowego człowieka jest naprawdę interesująca dla szpiegów?

– Nie zapominajmy, że w Internecie tak naprawdę nikt z nas nie jest anonimowy. A ta nasza codzienność tworzy sieć powiązań i może się składać na całkiem solidną wiedzę o społeczeństwie i poszczególnych jednostkach, jeśli tylko ktoś zainteresowany i mający odpowiednie narzędzia postara się ją odpowiednio poskładać i wykorzystać dla swoich celów. Przy czym dzięki naszej niefrasobliwości nie musi się wiele natrudzić. O ile jeszcze nie tak dawno służby specjalne przez całe lata musiały budować profile psychologiczne swoich figurantów, obserwowały ich, uczyły się ich rytmu dnia itd., to dziś wpisują tylko odpowiednie hasło w wyszukiwarce i mają wszystko gotowe, dosłownie na wyciągnięcie ręki.

– Zjawisko cyberszpiegostwa siłą rzeczy przybiera więc na sile, ale wciąż nie umiemy się przed nim bronić. Dlaczego?

– Może dlatego, że wciąż pokutują: zasada – „Ja nie mam nic do ukrycia”, i równie naiwne przekonanie, że cały ten wielki problem „mnie nie dotyczy”. A tymczasem dotyczy nas wszystkich i każdego z osobna – od maluczkich po gigantów. O powadze problemu świadczy np. to, że twórca Facebooka Mark Zuckerberg ma zaklejoną kamerkę internetową w swoim laptopie. Czyli jednak mamy „coś do ukrycia”!

– Czy to tylko symboliczna, czy naprawdę dobra metoda ochrony danych?

– Ta demonstracja Zuckerberga daje dużo do myślenia, powstała nawet moda zaklejania kamery, a z nią – niestety – złudne poczucie bezpiecznego poruszania się w cyberprzestrzeni. Postęp technologiczny poszedł już tak daleko, że samo zaklejenie kamerki okazuje się tylko wierzchołkiem góry lodowej. Istnieją narzędzia do geolokalizacji, które z dokładnością do kilku metrów są w stanie podać nasze aktualne koordynaty – i nie mówię tu o szpiegowskich gadżetach, a o naszych własnych smartfonach, z którymi się przecież już nie rozstajemy. A są to urządzenia znacznie bardziej zaawansowane niż specjalistyczne komputery w czasach, kiedy człowieka wysyłano na Księżyc.

– Smartfon naszym osobistym cyberszpiegiem?

– Można tak powiedzieć. Gromadzimy w nim niemal wszystkie informacje o sobie i naszych znajomych, także te najbardziej wrażliwe, nawet najskrytsze sekrety, którymi nie chcemy się dzielić w rozmowie face to face. Głównym problemem jest tu regres komunikacji interpersonalnej, przeniesienie kontaktów międzyludzkich do mediów społecznościowych. Do cyberprzestrzeni przenieśli się także przestępcy. Najbezpieczniej byłoby więc nie korzystać z komputerów i smartfonów, ale to w dzisiejszych czasach nierealne.

– Ale nie jest jeszcze chyba za późno, by w jakiś sposób ochronić przed możliwymi niebezpieczeństwami najmłodsze pokolenie, które bez smartfona nie wyobraża sobie życia?

– Stajemy przed niezwykle złożonym problem z pogranicza socjologii, psychologii i edukacji. To starsze pokolenie, które jeszcze pamięta czasy tworzenia komputerów, mówi tylko tyle: my stworzyliśmy wam zabawki, a wy się nimi tylko bawicie. I rzeczywiście tak jest. Wyrosło już pokolenie, które nie pamięta czasów bez Internetu i telefonu komórkowego, które dość nieodpowiedzialnie korzysta ze swoich cyberzabawek. A przecież nie można mówić o cyberbezpieczeństwie, jeżeli społeczeństwo nie jest świadome zagrożeń.

– Niejako na własne życzenie stajemy się ofiarami cyberprzemocy, cyberwojny?

– Tak, bo przecież to, czego w latach 80. i 90. doświadczali tylko nieliczni – głównie osoby z tzw. świecznika – dziś dotyczy już niemal wszystkich, nawet kilkuletnich dzieci. W sytuacji, w której zamiast kilkunastu czy nawet kilkudziesięciu znajomych w realu mamy ich kilkuset, a niekiedy nawet kilka tysięcy w sieci, zjawisko tzw. hejtu internetowego staje się powszechne i coraz bardziej dotkliwe. Nie chodzi o to, że hejt jest czymś nowym, bo tak nie jest. To wszystko kwestia skali. Prowadzi to z kolei do poważnych zaburzeń komunikacji. Zamiast face to face mamy coraz częściej Facebook to Facebook. Jest to również podatny grunt dla cyberwojny.

– Tej wielkiej wojny między potężnymi grupami interesów, między mocarstwami?

– Dziś każde państwo rozwinięte ma swoją cyberarmię, stale doskonali wojska cybernetyczne, stara się chronić swoje struktury teleinformatyczne, lecz nie jest w stanie czuwać nad cyberbezpieczeństwem poszczególnych obywateli. Gdy jeszcze kilkanaście lat temu mówiono o technicznej możliwości cyberinwigilacji, to raczej w kategoriach żartu lub abstrakcji. Dzisiaj wiemy, że leżący na stole smartfon zbiera dane o nas samych. To już nie abstrakcja, to rzeczywistość. Wszystkie służby świata korzystają z nieustannie doskonalonych cybernarzędzi, by zdobywać jak najwięcej informacji o obywatelach własnych i obcych państw, nawet sojuszniczych.

– Można więc powiedzieć, że nieustająco trwa „zimna cyberwojna”?

– Choć tego nie dostrzegamy, to jednak coraz częściej odsłaniają się jakieś jej kulisy. Niedawno o szeroko zakrojone cyberszpiegostwo został posądzony chiński Huawei, pamiętamy cyberatak na Estonię w 2007 r., kiedy to rosyjskie cybersłużby skutecznie sparaliżowały pracę estońskich instytucji państwowych, czy wreszcie dzieło najprawdopodobniej izraelskich hakerów – wirusa Stuxnet, który na kilka lat zablokował irański program atomowy. W cyberprzestrzeni nieustannie trwa taka próba sił.

– Jak obecnie rozkładają się te międzymocarstwowe cybersiły? Podobnie jak w realu?

– To zderzenie cywilizacji Wschodu i Zachodu opisane przed laty przez Samuela Huntingtona dziś wygląda już nieco inaczej. Z jednej strony mamy tu, oczywiście, siły Zachodu, czyli NATO, w którym głównym liderem pozostają Stany Zjednoczone, ale z drugiej – nie ma już monolitu. Na Wschodzie wyrastają rywalizujące między sobą cyberarmie: Rosji, Chin, Korei Płn. oraz państw Bliskiego Wschodu. Największe starcie w cyberprzestrzeni odbywa się obecnie na osiach Rosja – USA oraz Izrael – Iran. Dwie pierwsze wielkie cyberwojny wywołała Rosja – w Estonii (2007) i Gruzji (2008).

– Cyberwojna jest zatem zjawiskiem realnym, tyle że przeciętny mieszkaniec globu niewiele o nim słyszy?

– Tak, bo nie trzeba tu używać armii konwencjonalnej. Można powiedzieć, że cyberwojna to wojna bez wojny, bez amunicji, bez ofiar, atakowane są w niej jedynie komputery, struktura teleinformatyczna, a nas ona nie dotyczy. Tak nam się wydaje.

– A tak nie jest?

– Oczywiście, że nie. Zmasowany cyberatak na struktury państwa lub na społeczeństwo (dezinformacja) zawsze destabilizuje system i wprowadza chaos. Założenia cyberwojny są takie, aby jak najmniejszymi kosztami wyrządzić jak największe szkody i osiągnąć konkretne strategiczne cele. A ponadto cyberwojna może być wstępem do konkretnych działań militarnych w realu i wtedy mamy tzw. wojnę hybrydową – jak na Ukrainie.

– Na czym polega zmasowany cyberatak?

– To cała seria ingerencji w struktury teleinformatyczne, co dezorganizuje pracę w wielu dziedzinach i może doprowadzić do paraliżu całego państwa, poważnie utrudnić życie jego obywatelom. Nie każdy wie, że sam osobiście i już niemal nieustannie też jest obiektem cyberataku – jest dezinformowany i manipulowany przez internetową machinę propagandową. Cyberagresorzy zatrudniają armię tzw. trolli, których zadaniami są dezinformowanie, sianie zamętu, rozniecanie lub podgrzewanie konfliktów społecznych, niszczenie lub kreowanie autorytetów itp., itd. Na tak przygotowany grunt można już wysłać wojsko, czołgi...

– A często dla osiągnięcia jakiegoś z góry założonego celu – korzyści gospodarczych, politycznych – wystarczy już sam cyberatak...

– Rzeczywiście, czasem atakującemu chodzi o to, aby wymusić określone zachowania społeczne lub polityczne. W pogrążonej w kryzysie gospodarczym Grecji wystarczyło np. zwykłe wprowadzenie limitu wypłat pieniędzy w bankomatach. Doszło do chaosu, anarchii, paniki. Niestety, wciąż nie zdajemy sobie sprawy z możliwych realnych skutków cyberzagrożeń. A słowa cyberwojna, cyberatak wciąż brzmią odlegle i mitycznie. Niestety, im bardzie wydają się nam odległe, tym bardziej jesteśmy zagrożeni.

Dr Piotr Łuczuk
Adiunkt w Katedrze Internetu i Komunikacji Cyfrowej Instytutu Edukacji Medialnej i Dziennikarstwa UKSW, ekspert Instytutu Staszica. Zajmuje się cyberbezpieczeństwem i wpływem nowoczesnych technologii na komunikację społeczną. Jest autorem książki „Cyberwojna. Wojna bez amunicji?” (2017)

Reklama

Kard. Ranjith: zamachowcy celowo wybrali Niedzielę Zmartwychwstania

2019-04-22 15:36

vaticannews / Kolombo (KAI)

Dzień zamachów na Sri Lance został doskonale wybrany. Zamachowcy-samobójcy weszli do kościołów w najważniejszym dla chrześcijan dniu, gdy świątynie były wypełnione po brzegi. Tak niedzielne zamachy, w których zginęło co najmniej 290 osób, a 500 zostało rannych komentuje arcybiskup Kolombo. Kard. Malcom Ranjith podkreśla, że w mieście panuje strach. Ludzie nie czują się bezpieczni.

wikipedia.org

Lankijski hierarcha odwiedził stołeczne kościoły, w których dokonano zamachów. Wyznaje, że jest zszokowany tym, co widział. „Ginęły całe rodziny – rodzice razem z małymi dziećmi. Przyszyli przecież wspólnie do kościoła, by świętować Niedzielę Zmartwychwstania i wspólnie się modlić” – podkreśla kard. Ranjith.

"Jesteśmy zaskoczeni zamachami, ponieważ przez ostatnie 10 lat sytuacja w kraju była w miarę spokojna. Zaczęli wracać turyści, ruszyła gospodarka. Były dobre relacje międzyreligijne – mówi Radiu Watykańskiemu kard. Ranjith. – Wśród ludzi, także wśród katolików panuje duży strach. Mówi się o możliwości kolejnych araków. Jako pierwszy odwiedziłem kościół, w którym zamachowiec-samobójca zabił ponad 50 osób. Ludzie mówili mi o smutku i lęku o przyszłość. W atakach zginęły całe rodziny – rodzice razem z dziećmi. To jest przerażające. Kolejny kościół praktycznie przestał istnieć. Zginęło w nim ponad 120 osób, które przyszły na modlitwę. Policja i służby bezpieczeństwa podjęły zdecydowane działania. Miejmy nadzieję, że prawdziwi sprawcy szybko zostaną zidentyfikowani".

Kard. Ranjith odwiedził również szpitale, w których przebywają ofiary. Ustawiają się przed nimi kolejki ludzi chcących oddać krew. Arcybiskup Kolombo wyznaje, że stan wielu ofiar jest ciężki i ostateczny bilans tragedii może jeszcze ulec zmianie. Hierarcha odwołał wszystkie wielkanocne Msze w dystrykcie Kolombo. Władze poinformowały, że w całym kraju do środy pozostaną zamknięte wszystkie szkoły.

W sumie dokonano ośmiu samobójczych ataków na kościoły i hotele. Do pierwszych sześciu eksplozji doszło w niedzielę rano w przeciągu 30 minut w trzech kościołach w Kolombo i dwóch innych miastach - Negombo i Batticaloa oraz w trzech luksusowych hotelach w Kolombo. Siódmy wybuch miał miejsce w niewielkim pensjonacie na przedmieściach Kolombo, a ósmy nastąpił w dzielnicy mieszkalnej Dematagoda, również na obrzeżach tego miasta.

Dziewiąty miał być przeprowadzony na lotnisku, ale się nie powiódł. Policja poinformowała o zatrzymaniu 24 osób w związku z zamachami. Wiadomo, że stoją za nimi islamiści, jednak jak dotychczas żadna organizacja nie przyznała się do ich przeprowadzenia. Według doniesień medialnych 10 dni wcześniej lankijska policja ostrzegana była o możliwości tego typu ataków na kościoły.

Papieskie Stowarzyszenie Pomoc Kościołowi w Potrzebie przypomina, że od lat Wielkanoc szczególnie naznaczona jest antychrześcijańską przemocą, która przekracza wszelkie granice. W ubiegłym roku doszło do krwawych zamachów w Egipcie, a rok wcześniej w Pakistanie.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

W 2018 r. zginęło na świecie ponad 4,3 tys. chrześcijan

2019-04-24 17:43

kg (KAI/ABC) / Kolombo

W ubiegłym roku na świecie zginęło co najmniej 4305 chrześcijan a ponad 1,8 tys. świątyń zostało zniszczonych lub przynajmniej zaatakowanych. Dane powyższe przedstawił w rozmowie z madryckim dziennikiem „ABC” dyrektor krajowego oddziału papieskiego stowarzyszenia Pomoc Kościołowi w Potrzebie (PKWP) Jaime Menéndez Ros.

Twitter

Przypomniał, że papież Franciszek wspomniał niedawno, że obecne prześladowania wyznawców Chrystusa znacznie przewyższają rozmiary ich prześladowań z pierwszych trzech wieków istnienia nowej religii w Cesarstwie Rzymskim. Tendencje te potwierdza też najnowszy raport wspomnianego stowarzyszenia, przedstawiony pod koniec ub.r., z którego wynikało m.in., że ponad 327 mln chrześcijan żyje w krajach, w których dochodzi do prześladowań lub dyskryminacji na tle religijnym.

„Chrześcijaństwo jest nadal najbardziej prześladowaną religią na świecie. Wszyscy wiemy, że zagrożenie wolności religijnej jest czymś bardzo poważnym, stanowi bowiem barometr wobec innych praw podstawowych” – oświadczył Menéndez. Zauważył, że wolność religijna jest wprawdzie bardzo ceniona, ale zarazem coraz bardziej ograniczana w niektórych częściach świata. Dodał, że 61 proc. ludności świata żyje w krajach, których obywatele nie mogą w pełni swobodnie wyrażać swej wiary. Za większością przypadków łamania wolności religijnej stoją radykalizm islamski, państwa autorytarne i skrajne nacjonalizmy.

Nawiązując do wielkanocnych krwawych zamachów na Sri Lance dyrektor hiszpańskiej sekcji PKwP zaznaczył, że zajmuje ona „szczególne” miejsce na mapie ograniczania wolności religijnej. Przypomniał, że ponad 75 proc. mieszkańców tego wyspiarskiego kraju południowoazjatyckiego wyznaje buddyzm, „cieszący się tam przywilejami konstytucyjnymi”. Zwrócił uwagę, że ludzie z zewnątrz nie wiedzą, że tamtejszy buddyzm jest bardzo agresywny, odmienny od ogólnie znanego pokojowego wizerunku tej religii. Tymczasem na wyspie ma ona bardzo radykalne nastawienie i jej wyznawcy byli odpowiedzialni za akty przemocy w ostatnich 3 latach wobec hinduistów, stanowiących 13,2 proc. ludności i muzułmanów – 8,6 proc.

Również Narodowy Chrześcijański Alians Ewangeliczny Sri Lanki potwierdza, że ekstremiści buddyjscy prowadzą „akcje zastraszania” mniejszości religijnych. Takie organizacje jak Brygada Buddyjska czy „Sinha Lei” (Krew Lwa) od dawna szerzą swą ideę jednego „narodu syngaleskiego”. Alians odnotował dotychczas 89 ataków na chrześcijan w 2016 i 36 – do maja 2017. Wyznawcom Chrystusa, stanowiącym 9,1 proc. mieszkańców wyspy, odmawia się ponadto m.in. prawa do grzebania swych zmarłych na cmentarzach publicznych, ich świątynie są niszczone i zamykane, ekstremiści buddyjscy dopuszczali się też wobec nich aktów przemocy fizycznej oraz grozili im śmiercią.

Według najnowszych doniesień, do krwawych zamachów na trzy kościoły (dwa katolickie i jeden protestancki) i cztery luksusowe hotele w kilku miastach Sri Lanki na Wielkanoc przyznało się tzw. Państwo Islamskie (IS). Jeden z wiceministrów oświadczył, że zamachy były odwetem za marcowy atak na meczety w Christchurch w Nowej Zelandii, gdzie zginęło 50 osób. Zdaniem rządu, co potwierdził Premier Ranil Wickremesinghe, IS rzeczywiście mogło mieć powiązania z zamachami. Ostrzegł też, że na wyspie wciąż są bojownicy i materiały wybuchowe.

Ruwan Gunasekara, rzecznik policji Sri Lanki, podał, że było 9 terrorystów, w tym jedna kobieta - żona jednego z nich, przy czym 8 z nich już zidentyfikowano. Z kolei minister obrony narodowej Ruwan Wijewardene przyznał, że część z nich była wcześniej zatrzymywana za udział w bójkach, ale żaden z tych incydentów nie był aż tak poważny. Dodał, że większość zamachowców pochodziła z dobrze sytuowanych rodzin, była wykształcona i stabilna finansowo, a jeden z terrorystów studiował w Wielkiej Brytanii, potem być może też w Australii, po czym wrócił na Sri Lankę i tu zamieszkał.

Zamachy, w których zginęło ponad 320 osób, a przeszło 500 odniosło rany, były największymi atakami terrorystycznymi na wyspie od zakończenia w niej w 2009 roku 30-letniej wojny domowej.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem