Reklama

Żyją Ewangelią, często nie wiedząc, że to robią

2019-02-06 11:52


Edycja łódzka 6/2019, str. VI

Archiwum sióstr
Dziewczęta z jednej ze szkół prowadzonych przez służebniczki

Z s. Marią Żywiec, służebniczką pracującą ćwierć wieku na misji w Zambii, rozmawia Anna Skopińska

Anna Skopińska: – Zbiera Siostra pieniądze na szkołę. To ma być jakaś szczególna placówka?

S. Maria Żywiec: – W ogóle szkoły są dla nas szczególne, bo są w charyzmacie naszego zgromadzenia. Bł. Edmund Bojanowski chciał, byśmy opiekowały się chorymi, dziećmi, ubogimi. W Afryce jest ważne, by opiekować się dziewczętami. Tam status kobiety jest niższy od mężczyzny i z tego względu prowadzimy już kilka szkół średnich dla dziewcząt. I ta szkoła też będzie taką szkołą. Szkołą średnią z internatem dla ubogich dziewcząt. To dla nas ważne. Zostałyśmy też o to poproszone przez wodza lokalnego plemienia, któremu bardzo zależy na tym, aby placówkę wybudować na jego terenie.

– Status kobiet jest niższy i jak pójdą do szkoły, to będą miały w życiu łatwiej?

– W życiu będzie łatwiej każdemu, kto będzie miał wykształcenie. Dziewczęta nie są posyłane do szkół. W pierwszym rzędzie to chłopcy idą do szkoły, to oni mają wykształcenie, natomiast dziewczęta zostają w domu. Wykonują prace domowe, idą w pole, opiekują się młodszym rodzeństwem i zazwyczaj nie wystarcza pieniędzy na ich wykształcenie. Tym bardziej, że w zasadzie opłaca się taką młodą dziewczynę wydać za mąż jak najwcześniej i zgarnąć za nią zapłatę... I w ten sposób się wzbogacić.

– Siostry tak trochę walczą o prawa kobiet tam w Zambii?

– Może to złe słowo, bo nie chcemy walczyć. Ale szczególnie chcemy, aby te dziewczęta były dowartościowane, aby miały też swoją szansę w życiu, aby mogły się kształcić, mogły polepszyć swój status i bytowanie.

– Kobiety w Zambii skazane są na sprzedaż mężowi?

– To coś w tym stylu. Bo rzeczywiście, jeśli płaci się za tę kobietę, tę dziewczynę, jest to w jakimś sensie sprzedaż. A nam zależy na tym, by te rodziny były silne. Silne Bogiem, by były trwałe, natomiast takie związki małżeńskie zawierane w bardzo młodym wieku, kiedy do małżeństwa podchodzą już dzieci właściwie po szkole podstawowej, bo nie ma szkoły średniej, są nietrwałe. Nie są przygotowane do życia od każdej strony – ani tej duchowej, ani materialnej i społecznej. A jeszcze gorsze jest to, że jest tam wiele samotnych matek. Więc trzeba tak ogólnie podnieść poziom moralny tamtych ludzi. Ta szkoła byłaby taką pomocą. Dziewczęta mogłyby się w niej dalej kształcić i przede wszystkim nabrać też takich wartości chrześcijańskich, moralnych, które chroniłyby je może przed błędami wieku młodego.

– Ale to są ich błędy, czy może to błędy ich rodziców?

– O właśnie – to dobre pytanie. Wydaje mi się, że ta kultura cała jest tak nastawiona. Ale tutaj rodzice odgrywają też bardzo ważną rolę: skoro to oni oddają swoje córki do małżeństwa, to mają w tym pewien udział.

– 25 lat temu, gdy pojechała Siostra do Zambii, nie było to szokiem – takie zwyczaje, praktyki?

– Od początku wiedziałam, że jadę do innego świata i byłam nastawiona na tę inność. To mnie nie tyle szokowało, co bardzo pociągało, ciekawiło, chciałam poznać tych ludzi: jak żyją, co myślą, jacy są. Było to raczej z ciekawości i z miłości do nich. By wtopić się w tę kulturę na tyle, bym ich rozumiała, kiedy do mnie przychodzą. Poznać ich po to, by im pomóc. Nie żeby ich w jakiś sposób osądzać, narzucać coś. Muszę powiedzieć, że przez te wszystkie lata, jakie tam jestem, dużo się nauczyłam. I traktuję moją misję jako ubogacanie się wzajemne. Na pewno mam im też coś do przekazania, te wszystkie wartości chrześcijańskie, ale bardzo jestem otwarta na ich wartości, które bardzo mi się podobają. Tam naprawdę jest wiele dobra, a ci ludzie mają w sobie dużo różnych wartości, którymi też się zachwycam.

– Na przykład?

– Niosą w sobie wiele pokoju. Wbrew pozorom. Bo pewnie tutaj myśli się o krajach afrykańskich jako krajach, gdzie toczą się wojny, jest przemoc. Zambia jest krajem, który nie doświadczył wojny. Nawet niepodległość przyszła im w miarę drogą pokojową i drogą negocjacji. Chyba dlatego, że ci ludzie mają w sobie dużo wspomnianego już pokoju i takiej, powiedziałabym, miłości jedni względem drugich. W takim sensie, że są bardzo otwarci jedni na drugich i to widać w ich kulturze. Widać, jak się witają, jak się odnoszą do siebie nawzajem. Mają czas, by spytać się, co słychać u kogoś drugiego, jak żyje, jakie ma problemy, jakie radości. I tym się dzielą. U nas to byłoby inaczej postrzegane – nie mają co robić, mają na to czas. Ale wydaje mi się, że tutaj dotykamy tych najgłębszych ludzkich wartości: to jest chyba zaletą mieć czas dla drugiego. W Polsce jest zupełnie inny świat i mnie się trudno teraz też odnaleźć po tylu latach. Wiem, że tutaj każdy się spieszy i pędzi za czymś. Ale stańmy tak z boku i popatrzmy na ten świat i na tamten, i zastanówmy się, który niesie ze sobą więcej wartości, który rzeczywiście jest piękniejszy, który proponuje wartościowsze życie? Nawet zbliżone do Ewangelii. Myślę, że oni żyją Ewangelią, często nie wiedząc, że to robią.

– Pokochała Siostra ten inny świat...

– Bardzo. Pokochałam ten świat. To jest mój świat, i choć nie odrzucam Polski, to tam jest to miejsce. Tam jest w tej chwili mój dom, gdzie mieszkam, gdzie czuję, że jestem u siebie i – będąc w Polsce – tęsknię już za tamtym krajem, tamtymi ludźmi.

– A zrozumiała ich już Siostra?

– Myślę, że wiele rozumiem. To jest proces i ciągle się trzeba tego uczyć. Tam jest wielka różnorodność, jest wiele szczepów i każdy mimo wszystko trochę się różni. To Afrykańczycy, ale każdy szczep ma jakąś swoją specyfikę. Jest to wielka przygoda ewangelizacyjna, ale takiej ewangelizacji dwustronnej. Ja się też ewangelizuję, będąc tam.

– Na budowę szkoły potrzeba pieniędzy?

– Przede wszystkim, bo większość materiałów jest tam już dostępna i trudno przewozić je z daleka. Będzie to duża szkoła, bo takie są też potrzeby – w szkole z internatem ma się uczyć 500 dziewcząt. Będzie to szkoła w środku buszu.

– Na razie nie ma nic? Tylko projekt i miejsce?

– Prośba o wybudowanie szkoły wpłynęła do nas 7-8 lat temu i zaczęłyśmy budowę w takim starym stylu – jest wybudowanych 6 klas, jeden budynek sanitarny, rok temu dobudowałyśmy konwent, w którym chcemy zamieszkać już w tym roku, ponieważ łatwiej nam będzie wszystko nadzorować. W tej chwili chcemy wziąć się za budowę tak na serio, ponieważ czas leci, a trzeba się też wywiązać z obietnicy.

– Ile brakuje środków?

– Potrzebne są 2 mln zł. Mamy konto, na które można wpłacać te pieniądze – w czasie urlopu w Polsce jeździłam po parafiach, prosząc o wsparcie. Odzew był niesamowity: zaangażowanie ludzi, ich wielka życzliwość, to, że wysypują z portfela wszystko, co mają przy sobie – dodaje mi skrzydeł.

– Ludzie są ofiarni, otwierają się na innych i chcą pomagać...

– I to jest piękne, że ludzie otwierają serca na tamte potrzeby. Zawsze zapewniam ich o ogromnej wdzięczności i zawsze mówię o historii, która kiedyś mnie bardzo wzruszyła. W Zambii prowadzimy program adopcji na odległość. Chodzi w nim o zaadoptowanie dziecka potrzebującego – sieroty. Rodzice, osoby samotne, nieraz całe szkoły, adoptują jakieś dziecko i przede wszystkim prosimy, aby taka rodzina pomodliła się codziennie za to dziecko. To bardzo ważne, by ono wzrastało w wierze. Ale też wpłacają na nasze konto co miesiąc jakaś konkretną sumę pieniędzy. One trafiają do Zambii, tam rozdzielamy je dla konkretnych dzieci. Dzieci mogą się uczyć, mają też co zjeść, bo nieraz nie mają nic do jedzenia, kupujemy im ubrania, takie podstawowe środki do życia. Jest taki chłopiec, którego poznałam, kiedy był w drugiej klasie szkoły podstawowej. Usłyszałam o nim, gdy stało się coś tragicznego. Mieszkał ze swoją babcią z dala od wioski, nad rzeką i pewnego dnia babcia poszła nad rzekę nabrać wody, porwał ją krokodyl i zginęła. Chłopiec został sam, ale kiedy dowiedziałyśmy się o tym, od razu zaczęłyśmy szukać jego krewnych, bo tam są duże rodziny i każdy kogoś ma. Odnalazłyśmy ciocię, ale okazało się, że jest chora, zarażona wirusem HIV. I choć zamieszkali razem, to Charles musiał się nią opiekować, a nie ona nim. Ale dzielnie sobie radzili, bo pomagałyśmy im z tego programu adopcyjnego. Już po dwóch latach wybudowałyśmy im domek, w wiosce bliżej szkoły, i chłopiec zaczął chodzić do niej już regularnie, zaczął się bardzo dobrze uczyć, wkrótce stał się jednym z najlepszych uczniów, skończył szkołę podstawową z bardzo dobrymi wynikami, dostał się do szkoły średniej, jest już w klasie maturalnej i poślemy go dalej na studia. Po studiach będzie miał zawód, pracę i utrzymanie, inny start w życie. Jeszcze w szkole podstawowej był ochrzczony. Jest teraz już takim dojrzałym, po bierzmowaniu, chłopcem, który też ma odwagę dzielić się wiarą. Po wybudowaniu domu przyszedł do mnie, stanął tak nieśmiało, wiedziałam, że chce mi coś powiedzieć i zauważyłam, że ma łzy w oczach. W ręku miał małe zawiniątko, podał mi je i wyszeptał: „Dziękuję”. Rozwinęłam je i zobaczyłam, że było tam kilka strąków fasoli. Wiem, że ją sam hodował, uprawiał, i cztery polne myszki – sam je upolował. I przyniósł mi je po to, by podziękować za to, co dla niego robimy. Wiedziałam, że podzielił się z serca, z tego swojego niedostatku, bo był biedny, ale sam to zdobył, żeby okazać wdzięczność. Więc tym większą miało to dla mnie wartość.

– Pewnie nie tylko Siostra miała łzy w oczach. Bo jak ktoś słyszy tę historię, to nie może ona nie poruszyć serca...

Opowiadam tę piękną historię ludziom, którzy bardzo często misję wspierają. Modlą się, składają ofiary, a nigdy pewnie takiego chłopca, który im podziękuje, nie zobaczą. Wiemy, ile modlitw płynie za misjonarzy. Bez błogosławieństwa Bożego i bez tych ofiar, nic byśmy nie zrobiły. Stąd ogromna nasza wdzięczność. I chciałabym przekazać ogromną wdzięczność tamtych ludzi. Tych, którzy nie mają możliwości sami podziękować – ja jestem ich głosem. Dziękuję za to wszystko, co w Polsce dzieje się dla misji, dla tamtych ludzi, dla nieznajomych, biednych, mniej uprzywilejowanych.

Zgromadzenie Sióstr Służebniczek NMP NP 881240-23241111000033146946 zdopiskiem: Na budowę szkoły w Chamuka

Tagi:
misje zakonnica

Sześćdziesiąt lat służby

2019-03-27 11:10

Magdalena Kowalewska
Edycja warszawska 13/2019, str. V

Z s. Adrianą Czernecką ze Zgromadzenia Sióstr Służebniczek Najświętszej Maryi Panny Niepokalanie Poczętej rozmawia Magdalena Kowalewska

Magdalena Kowalewska
S. Adriana Czernecka

Magdalena Kowalewska: – Jak zareagowała Siostry mama, gdy dowiedziała się o tym, że jej córka będzie zakonnicą?

S. Adriana Czernecka: – Bardzo przeżywała. Płakała. Powiedziałam jej: „Mamuś, masz sześć córek, więc jedną możesz Panu Bogu ofiarować”. Mama przekazała nam wiele miłości i dobra. Uczyła nas wiary. Była wzorem dla nas. Codziennie śpiewała Godzinki, a także „Kiedy ranne wstają zorze”. Pochodzę z rodziny, gdzie było dziewięcioro dzieci. Tato zmarł w wieku 49 lat. Mama przez wiele lat wychowywała nas sama.

– Po sześćdziesięciu latach życia zakonnego nie żałuje Siostra decyzji o wybraniu tej drogi?

– Dzisiaj mogę śmiało powiedzieć Kto mnie posłał i dlaczego.

– Były jakieś kryzysy?

– Tak, szczególnie wtedy, kiedy zmywałam naczynia i upuściłam na podłogę tacę z naczyniami, które się potłukły. Było mi wstyd i chciało mi się płakać. Nie wiedziałam, co dalej będzie. Pomyślałam, że może je odkupię... Jednak nie uczyniłam tego, musiałam się przyznać.

– Każdemu zdarza się potłuc talerze...

– Zgadza się. Ale mnie chodziło o pracę nad sobą, zdobywanie różnych cnót. Obowiązki w nowicjacie nie należały do najłatwiejszych. Nieraz zapłakałam. Wydawało mi się czasami, że nie podołam.

– Później przydało się to doświadczenie?

– Zgadza się. Ciągle się uczę. Nie ma wieku, w którym nie można byłoby się uczyć. Nawet, gdy skończy się 84 lata (śmiech). Ciągle należy pracować nad sobą. Dlatego ciągle coś robię, ciągle się szkolę...

– W tym wieku szkolenia?

– Prowadzę comiesięczne szkolenia wolontariatu dla młodzieży i osób dorosłych. Oprócz tego opiekuję się chorymi i starszymi osobami. Tutaj na Żoliborzu nasz Parafialny Zespół Charytatywny opiekuje się 90 osobami. Zajmuję się różnymi osobami i tymi leżącymi w łóżku, i tymi, którzy są chorzy np. na Alzheimera... Opiekuję się też takimi paniami, które mają 100 lat i więcej. Zanim jeszcze wstąpiłam do zakonu, kierowałam się mottem: „Usłuż najbardziej cierpiącemu i potrzebującemu”.

– Te osoby muszą być bardzo wdzięczne.

– Odwdzięczają się modlitwą, dobrym słowem, a czasami nawet jakąś ofiarą. Ja im wtedy mówię, że pracuję za niebieskie dolary, a nie te ziemskie (śmiech). Posługuję z pasją i oddaniem. Po prostu to kocham. Nazywam te osoby „starszą młodzieżą”. Od prawie 15 lat organizuję tzw. turnusy dla seniorów. Zabieram ich do księży orionistów do Brańszczyka, organizujemy tam różne wieczory poetycko-taneczne. Zamawiam pogodę i jeździmy w różne miejsca.

– Ma Siostra układy tam na górze...

– Ano mam. Raz tylko padało przez te lata, kiedy byliśmy w Zuzeli. Ostatnio płynęliśmy Bugiem do Kamieńczyka, a potem pojechaliśmy do pobliskiego Loretto.

– Dlaczego wybrała Siostra Służebniczki Najświętszej Maryi Panny Niepokalanie Poczętej?

– Zawsze chciałam służyć drugiemu człowiekowi. Siedem lat rozeznawałam swoje powołanie. Byłam pełna zapału, dlatego też chciałam pełnić apostolską posługę. Miałam 23 lata, gdy wstąpiłam do służebniczek starowiejskich. Wcześniej pracowałam w sklepach spożywczych, a potem prowadziłam sklep z toruńskimi piernikami oraz wedlowskimi słodkościami, gdzie pełniłam funkcję kierowniczą. W sanktuarium bł. ks. Jerzego Popiełuszki jestem już 17 lat, wcześniej byłam w Łodzi, gdzie również prowadziłam zespół charytatywny. Podczas mojej posługi zakonnej byłam w kilkunastu placówkach w różnych miastach: Gdańsku, Szczecinie czy Kaliszu. Zajmowałam się pracą charytatywną, opieką nad starszymi, a także katechizowałam młodzież. Zawsze miałam żyłkę nauczycielską, ponieważ w rodzinie mieliśmy wielu nauczycieli. Lubiłam przez 38 lat pracę w szkolę. Z dziećmi i młodzieżą przygotowywałam różne przedstawienia. Rodzice i uczniowie bardzo mnie lubili, mimo że byłam wymagająca. Nazywali mnie „Piła” (śmiech). Warto było inwestować w edukację tych młodych osób. Co więcej, przygotowywałam często rodziców, dorosłe osoby, do przyjęcia chrztu, bierzmowania i zawarcia sakramentu małżeństwa. Obecnie również prowadzę takie katechezy, a także prowadzę przy parafii św. Stanisława Kostki klub seniora „Przyjaciel”.

– Co Siostra robi w wolnym czasie?

– Trzeba zapytać, kiedy ja mam wolny czas... (śmiech). Siostra przełożona mówi mi, że powinnam po południu kłaść się na krótką drzemkę, bo mam za krótkie noce. Śpię po kilka godzin. Gdy mam ciszę, piszę artykuły. Ostatnio napisałam o 27. Światowym Dniu Chorego, którego hasłem były słowa: „Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie” (Mt 10, 8). Wydrukowałam je na jubileuszowym obrazku. Przez te 60 lat posługi dostałam tyle łask, błogosławieństwa, Bożej pomocy... Za darmo to otrzymałam, niczym sobie nie zasłużyłam. Dlatego też powinnam „darmo dawać”.

– Co Siostrze daje siłę?

– Codzienna Eucharystia. Jeśli mogę, uczestniczę we Mszy św. nawet dwa razy dziennie. Wiele osób też modli się za mnie.

– Jak przeżywa Siostra Wielki Post?

– Poszczę w środy, piątki i soboty. Nie jem wtedy mięsa. W Wielkim Poście zrezygnowałam też ze słodkości. Codzienna Msza św., Różaniec, Koronka... Jestem ciągle w obecności Pana Boga. Zawsze trzeba w górę iść, gdy męczy życie. A gdy przyjdzie w boju paść, to paść na szczycie (uśmiech).

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kard. Ranjith: zamachowcy celowo wybrali Niedzielę Zmartwychwstania

2019-04-22 15:36

vaticannews / Kolombo (KAI)

Dzień zamachów na Sri Lance został doskonale wybrany. Zamachowcy-samobójcy weszli do kościołów w najważniejszym dla chrześcijan dniu, gdy świątynie były wypełnione po brzegi. Tak niedzielne zamachy, w których zginęło co najmniej 290 osób, a 500 zostało rannych komentuje arcybiskup Kolombo. Kard. Malcom Ranjith podkreśla, że w mieście panuje strach. Ludzie nie czują się bezpieczni.

wikipedia.org

Lankijski hierarcha odwiedził stołeczne kościoły, w których dokonano zamachów. Wyznaje, że jest zszokowany tym, co widział. „Ginęły całe rodziny – rodzice razem z małymi dziećmi. Przyszyli przecież wspólnie do kościoła, by świętować Niedzielę Zmartwychwstania i wspólnie się modlić” – podkreśla kard. Ranjith.

"Jesteśmy zaskoczeni zamachami, ponieważ przez ostatnie 10 lat sytuacja w kraju była w miarę spokojna. Zaczęli wracać turyści, ruszyła gospodarka. Były dobre relacje międzyreligijne – mówi Radiu Watykańskiemu kard. Ranjith. – Wśród ludzi, także wśród katolików panuje duży strach. Mówi się o możliwości kolejnych araków. Jako pierwszy odwiedziłem kościół, w którym zamachowiec-samobójca zabił ponad 50 osób. Ludzie mówili mi o smutku i lęku o przyszłość. W atakach zginęły całe rodziny – rodzice razem z dziećmi. To jest przerażające. Kolejny kościół praktycznie przestał istnieć. Zginęło w nim ponad 120 osób, które przyszły na modlitwę. Policja i służby bezpieczeństwa podjęły zdecydowane działania. Miejmy nadzieję, że prawdziwi sprawcy szybko zostaną zidentyfikowani".

Kard. Ranjith odwiedził również szpitale, w których przebywają ofiary. Ustawiają się przed nimi kolejki ludzi chcących oddać krew. Arcybiskup Kolombo wyznaje, że stan wielu ofiar jest ciężki i ostateczny bilans tragedii może jeszcze ulec zmianie. Hierarcha odwołał wszystkie wielkanocne Msze w dystrykcie Kolombo. Władze poinformowały, że w całym kraju do środy pozostaną zamknięte wszystkie szkoły.

W sumie dokonano ośmiu samobójczych ataków na kościoły i hotele. Do pierwszych sześciu eksplozji doszło w niedzielę rano w przeciągu 30 minut w trzech kościołach w Kolombo i dwóch innych miastach - Negombo i Batticaloa oraz w trzech luksusowych hotelach w Kolombo. Siódmy wybuch miał miejsce w niewielkim pensjonacie na przedmieściach Kolombo, a ósmy nastąpił w dzielnicy mieszkalnej Dematagoda, również na obrzeżach tego miasta.

Dziewiąty miał być przeprowadzony na lotnisku, ale się nie powiódł. Policja poinformowała o zatrzymaniu 24 osób w związku z zamachami. Wiadomo, że stoją za nimi islamiści, jednak jak dotychczas żadna organizacja nie przyznała się do ich przeprowadzenia. Według doniesień medialnych 10 dni wcześniej lankijska policja ostrzegana była o możliwości tego typu ataków na kościoły.

Papieskie Stowarzyszenie Pomoc Kościołowi w Potrzebie przypomina, że od lat Wielkanoc szczególnie naznaczona jest antychrześcijańską przemocą, która przekracza wszelkie granice. W ubiegłym roku doszło do krwawych zamachów w Egipcie, a rok wcześniej w Pakistanie.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

W 2018 r. zginęło na świecie ponad 4,3 tys. chrześcijan

2019-04-24 17:43

kg (KAI/ABC) / Kolombo

W ubiegłym roku na świecie zginęło co najmniej 4305 chrześcijan a ponad 1,8 tys. świątyń zostało zniszczonych lub przynajmniej zaatakowanych. Dane powyższe przedstawił w rozmowie z madryckim dziennikiem „ABC” dyrektor krajowego oddziału papieskiego stowarzyszenia Pomoc Kościołowi w Potrzebie (PKWP) Jaime Menéndez Ros.

Twitter

Przypomniał, że papież Franciszek wspomniał niedawno, że obecne prześladowania wyznawców Chrystusa znacznie przewyższają rozmiary ich prześladowań z pierwszych trzech wieków istnienia nowej religii w Cesarstwie Rzymskim. Tendencje te potwierdza też najnowszy raport wspomnianego stowarzyszenia, przedstawiony pod koniec ub.r., z którego wynikało m.in., że ponad 327 mln chrześcijan żyje w krajach, w których dochodzi do prześladowań lub dyskryminacji na tle religijnym.

„Chrześcijaństwo jest nadal najbardziej prześladowaną religią na świecie. Wszyscy wiemy, że zagrożenie wolności religijnej jest czymś bardzo poważnym, stanowi bowiem barometr wobec innych praw podstawowych” – oświadczył Menéndez. Zauważył, że wolność religijna jest wprawdzie bardzo ceniona, ale zarazem coraz bardziej ograniczana w niektórych częściach świata. Dodał, że 61 proc. ludności świata żyje w krajach, których obywatele nie mogą w pełni swobodnie wyrażać swej wiary. Za większością przypadków łamania wolności religijnej stoją radykalizm islamski, państwa autorytarne i skrajne nacjonalizmy.

Nawiązując do wielkanocnych krwawych zamachów na Sri Lance dyrektor hiszpańskiej sekcji PKwP zaznaczył, że zajmuje ona „szczególne” miejsce na mapie ograniczania wolności religijnej. Przypomniał, że ponad 75 proc. mieszkańców tego wyspiarskiego kraju południowoazjatyckiego wyznaje buddyzm, „cieszący się tam przywilejami konstytucyjnymi”. Zwrócił uwagę, że ludzie z zewnątrz nie wiedzą, że tamtejszy buddyzm jest bardzo agresywny, odmienny od ogólnie znanego pokojowego wizerunku tej religii. Tymczasem na wyspie ma ona bardzo radykalne nastawienie i jej wyznawcy byli odpowiedzialni za akty przemocy w ostatnich 3 latach wobec hinduistów, stanowiących 13,2 proc. ludności i muzułmanów – 8,6 proc.

Również Narodowy Chrześcijański Alians Ewangeliczny Sri Lanki potwierdza, że ekstremiści buddyjscy prowadzą „akcje zastraszania” mniejszości religijnych. Takie organizacje jak Brygada Buddyjska czy „Sinha Lei” (Krew Lwa) od dawna szerzą swą ideę jednego „narodu syngaleskiego”. Alians odnotował dotychczas 89 ataków na chrześcijan w 2016 i 36 – do maja 2017. Wyznawcom Chrystusa, stanowiącym 9,1 proc. mieszkańców wyspy, odmawia się ponadto m.in. prawa do grzebania swych zmarłych na cmentarzach publicznych, ich świątynie są niszczone i zamykane, ekstremiści buddyjscy dopuszczali się też wobec nich aktów przemocy fizycznej oraz grozili im śmiercią.

Według najnowszych doniesień, do krwawych zamachów na trzy kościoły (dwa katolickie i jeden protestancki) i cztery luksusowe hotele w kilku miastach Sri Lanki na Wielkanoc przyznało się tzw. Państwo Islamskie (IS). Jeden z wiceministrów oświadczył, że zamachy były odwetem za marcowy atak na meczety w Christchurch w Nowej Zelandii, gdzie zginęło 50 osób. Zdaniem rządu, co potwierdził Premier Ranil Wickremesinghe, IS rzeczywiście mogło mieć powiązania z zamachami. Ostrzegł też, że na wyspie wciąż są bojownicy i materiały wybuchowe.

Ruwan Gunasekara, rzecznik policji Sri Lanki, podał, że było 9 terrorystów, w tym jedna kobieta - żona jednego z nich, przy czym 8 z nich już zidentyfikowano. Z kolei minister obrony narodowej Ruwan Wijewardene przyznał, że część z nich była wcześniej zatrzymywana za udział w bójkach, ale żaden z tych incydentów nie był aż tak poważny. Dodał, że większość zamachowców pochodziła z dobrze sytuowanych rodzin, była wykształcona i stabilna finansowo, a jeden z terrorystów studiował w Wielkiej Brytanii, potem być może też w Australii, po czym wrócił na Sri Lankę i tu zamieszkał.

Zamachy, w których zginęło ponad 320 osób, a przeszło 500 odniosło rany, były największymi atakami terrorystycznymi na wyspie od zakończenia w niej w 2009 roku 30-letniej wojny domowej.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem