Reklama

W mocy Bożego Ducha

Królestwo dobrych słów

2019-02-06 11:52

Ks. Tadeusz Biały
Edycja przemyska 6/2019, str. VI

B.M. Sztajner/Niedziela

A Słowo stało się ciałem i zamieszkało między nami. Wszystkim, którzy je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi (por. J 1, 12.14.) i budowali królestwo dobrych słów

Wolność, to królestwo dobrych słów…” – śpiewał kiedyś Marek Grechuta w pięknym utworze pod tytułem „Wolność”. Przychodzą mi na myślę te mądre wersety w czasie, gdy środowiska lewackie dążą do wyprowadzenia chrześcijaństwa z przestrzeni publicznej, a „wolnościowcy” z totalnej opozycji podejmują walkę z tzw. mową nienawiści, posługując się – jak to celnie ujął jeden z publicystów – „nienawistnym językiem miłości”.

Irracjonalny, bo ideologiczny atak na uniwersalne wartości chrześcijańskie upoważnia do parafrazy cytowanych wyżej słów artysty, by z całą mocą zaświadczyć, że chrześcijaństwo to również królestwo dobrych słów. Zaczęło się bowiem od Słowa, które stało się ciałem i zamieszkało wśród nas (por. J 1, 14). Wielki apostoł narodów, św. Paweł przez doświadczenie nawrócenia pod Damaszkiem uczynił swoje serca tak gościnnym dla wcielonego Słowa, że w jednym z Listów napisał: „Niech nie wychodzi z waszych ust żadna mowa szkodliwa, lecz tylko budująca, zależnie od potrzeby, by wyświadczała dobro słuchającym” (Ef 4,29). Chrześcijaństwo nie jest ideologią, ale jest obecnością i bliskością Pana Boga, który w Jezusie Chrystusie stał się człowiekiem i umarł na krzyżu dla naszego zbawienia. Bliska relacja z odwiecznym Słowem wprost zachęca do podjęcia twórczego wysiłku, by artykulacja naszych uczuć i myśli nabierała blasku Słowa Wcielonego przez wypowiadane słowa pełne dobra, prawdy i piękna.

Swego czasu, tuż przed dzwonkiem na lekcję wszedłem do klasy, w której uczniowie oczekiwali na lekcję religii (czwarta technikum). W ich spontanicznych rozmowach dominowały bardzo wulgarne słowa. Szkolny dzwonek był sygnałem, aby rozpocząć katechezę. Cała klasa wstała do modlitwy przed katechezą. Zaniepokojony wulgarnością niektórych, przeprosiłem grupę klasową i oznajmiłem, że dzisiaj nie będzie wspólnej modlitwy na rozpoczęcie religii, a to z tej racji, że byłoby czymś niestosownym i niegodnym, aby usta, z których padały przed chwilą przekleństwa, wypowiadały najświętsze słowa w modlitwie. Zapadła głęboka cisza, ale – co pocieszające – z nutką podobną do klimatu rewizji własnego życia.

Reklama

Wspominam o tym „incydencie” przed religią, bo chyba zbyt łatwo przychodzi bardzo wielu katolikom nie tylko nadaremno wzywać imienia Pana Boga czy świętych, ale i zbyt często używać wulgarnych słów. Ojciec Święty Jan Paweł II będąc w Rzeszowie, prosił: „Bądź chrześcijaninem naprawdę, nie tylko z nazwy. Nie bądź chrześcijaninem byle jakim” (Rzeszów, 2 czerwca 1991). Czasy, w których żyjemy, domagają się świadectwa wiary także przez kulturę słowa. Chrześcijanin „naprawdę” jest człowiekiem nowej kultury, bo przenikniętej światłem Ewangelii. Nowa kultura urzeczywistniana przez czyste słowa jest dobrą formułą nowej ewangelizacji, która znajduje właściwą sobie drogę do serc i umysłów wielu ludzi, zwłaszcza alergicznie reagujących na święte imię Jezus czy Kościół. Postawa chrześcijanina inspirowana zasadami nowej kultury stanowi klucz do otwarcia serc osób wątpiących, niewierzących czy obojętnych na przyjęcie łaski wiary.

Z posługi duszpasterskiej w dekanacie gorzyckim zapamiętałem, jak nieżyjący już śp. ks. Franciszek Naja (Zbydniów), kaznodzieja odpustowy w parafii Trześń k. Sandomierza, pytał z ambony: „Co to za katolik, który wprawdzie chodzi w niedzielę do kościoła, ale już od poniedziałku do kolejnej niedzieli często pije, dużo pali i strasznie przeklina”?! Retoryczne pytanie odpustowego kaznodziei jest wciąż aktualne i zachęcające do weryfikacji naszego języka i postaw. Wspólnota chrześcijańska (rodzina, parafia, grupa eklezjalna) powinna dawać swoim członkom także mocne doświadczenie budujących słów. Dopiero z takiego doświadczenia rodzi się prawdziwa opowieść o chrześcijaństwie – królestwie dobrych słów, pisana przez świadectwo wiary i kulturę języka. Na koniec proponuję krótką dykteryjkę na potwierdzenie „oczywistej oczywistości” – że jak powietrza potrzebujemy do oddychania, tak i dobrych słów oraz szlachetnych gestów do normalnego funkcjonowania: „Do autobusu wsiadła starsza pani. Młody człowiek ustąpił jej miejsca. Pani zemdlała z wrażenia, zdążyła jednak powiedzieć: «dziękuję». Wtedy młody człowiek zemdlał z wrażenia”.

Tagi:
mowa

Zagrożenia walki z „mową nienawiści”

2019-02-13 07:44

Artur Stelmasiak
Edycja warszawska 7/2019, str. V

Prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski zapowiedział, że w szkołach będą odbywały się lekcje o tzw. „mowie nienawiści”. Dlaczego ciepło brzmiące słowa są tak bardzo niebezpieczne?

Artur Stelmasiak
Konferencja prasowa Ordo Iuris prezentująca zagrożenia w warszawskiej edukacji

Nie wiadomo na ile decyzja prezydenta była przemyślana, a na ile spontaniczna. Pewne jest jednak, że wójt gminy, burmistrz, czy prezydent miasta nie maja uprawnień do tego, by ingerować w program nauczania w szkołach na swoim teranie. – Przeanalizowaliśmy prawo oświatowe i nad programem edukacji czuwa Ministerstwo Edukacji oraz kuratoria oświaty. Władza samorządowa może jedynie coś zaproponować, ale nie ma możliwości nakazywania czegokolwiek dyrektorom i nauczycielom – tłumaczy dr Tymoteusz Zych, wiceprezes Instytutu Ordo Iuris, który zaalarmował opinię publiczną i środowiska prorodzinne o grożącym niebezpieczeństwie. Na czym to niebezpieczeństwo polega?

Zaproponowane na stronach warszawskiego Biura Edukacji dwa tytuły: „Kompasik” i „Zakładki” zostały wydane przy wsparciu zachodnich fundacji. Z pozoru nie budzą większych kontrowersji, bo w wielu miejscach są w nich przytaczane słusznie krytykowane sformułowania i zdania, które powszechnie są uznawane za obraźliwe. Problem jest szczegółach.

Meczet za publiczne pieniądze?

W materiałach Trzaskowskiego można znaleźć wiele fragmentów, które budzą oczywiste wątpliwości. Zakładają one m.in. zainscenizowanie w szkole debaty na temat dofinansowania ze środków publicznych budowy meczetu. W pozytywnym świetle są tam przedstawieni wyłącznie ci, którzy je popierają, mimo że polskie prawo nie przewiduje możliwości finansowania budowy obiektów kultu religijnego z publicznych środków. Podręczniki krytykują także „seksizm życzliwy”, który miałby polegać na przekonaniu, że kobiety powinny być doceniane oraz otaczane opieką mężczyzn. Uczniowie mogą dojść do wniosku, że przepuszczanie dziewcząt jako pierwsze w drzwiach, albo pomaganie im w niesieniu ciężkich przedmiotów, jest działaniem niepożądanym i dyskryminującym.

Do tzw. mowy nienawiści zaliczono też uznawanie „politycznych żądań” ruchu LGBT za nieuzasadnione, nawet, jeżeli podnosi się w tym zakresie racjonalne argumenty. Wypowiedzi te są określane jako „nowoczesna homofobia”. Wbrew standardom polskiego prawa rodzinnego i przyjętemu w nim pojęciu rodziny materiały uczą o „różnych formach rodzin”, w tym „rodzinach z rodzicami tej samej płci”. Autorzy publikacji za szkodliwy „stereotyp”, który należy zwalczać, uznali także m.in. stwierdzenie, że „chłopcy nie noszą spódnic”.

Edukacja o „mowie nienawiści” jest niebezpieczna jeszcze z jednego powodu. To nieostre pojęcie wkracza bowiem równolegle do dyskursu publicznego, a nikt nie wie co ono dokładnie oznacza. Praktyka pokazuje, że do tej pory „mową nienawiści” było tylko i wyłącznie krytykowanie różnych lewicowych postulatów. Nawet w tzw. podręcznikach Trzaskowskiego nie ma nic o „mowie nienawiści” wobec konserwatystów, katolików, a w szczególności wobec osób duchownych. Co prawda, chrystianofobia została wymieniona na infografice wśród źródeł mowy nienawiści, ale na jednym słowie się skończyło. Wśród rożnych zaproponowanych lekcji o homofonii, czy islamofobii nie znajdziemy nawet słowa o atakach na katolików i jak z nimi walczyć. A przecież nie ma dnia, w którym Kościół, katolicy, księża nie zostaliby zaatakowani w internecie.

Jak w PRL-u

Termin „mowa nienawiści” został wymyślony i jest wdrażany w podobny sposób, jak kiedyś w PRL-u próbowano narzucić Polakom komunistyczną „nowomowę”. Przez zmianę języka walczy się ideologicznie, ale unika się dyskusji na argumenty. A najlepiej to widać na przykładzie kilkudziesięcioletniego marszu środowisk LGBT.

Jeszcze 30-40 lat temu niemal cały świat naukowy uważał, że homoseksualizm jest chorobą, z której wielu może się skutecznie leczyć. Najpierw w 1973 r. fortelem i pod presją homoseksualizm został wykreślony z listy chorób przez Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne, a później w 1990 r. przez Światową Organizację Zdrowia. Choć dziś są ludzie, którzy chcą się leczyć z homoseksualizmu i zgłaszają się do psychologów i psychiatrów, to oficjalnie ich leczenie jest już zakazane. Trzeba oszukiwać system i wpisywać numery innych psychicznych chorób.

Teraz jest kolejny etap. Dzięki różnym lewicowym instytucjom wprowadzany jest termin „mowa nienawiści” do europejskiej dyskusji i w dokumentach UE. Kolejnym krokiem pewnie będzie system prawny. Za chwilę nie będziemy mogli ich krytykować, ale nawet dyskutować o naturalnej rodzinie, bo środowiska LGBT uznają promowanie małżeństwa kobiety i mężczyzny, jako dyskryminację i „mowę nienawiści” wobec związków homoseksualnych. – Mamy do czynienia z problemem politycznej i ideologicznej instrumentalizacji haseł zwalczania dyskryminacji i nienawiści, który występuje na coraz szerszą skalę – mówi Tymoteusz Zych. – „Mowa nienawiści” może się stać instrumentem ograniczającym wolność słowa i nauki, ale przede wszystkim jest zagrożeniem dla naturalnej rodziny, która jest chroniona w Konstytucji.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Pierwszy Cud Nad Wisłą

2019-11-05 12:48

Grzegorz Gadacz
Niedziela Ogólnopolska 45/2019, str. 10-13

Rok po odzyskaniu przez Polskę niepodległości nie było zgody nawet co do tego, kiedy się ona dokładnie zaczęła

Library of Congress
Dzieci we wschodniej Polsce, lato 1919 r

Poszczególne stronnictwa polityczne za pierwszy dzień wolności uznawały daty korzystne dla siebie. Narodowa Demokracja za przełom uważała utworzenie przez Radę Regencyjną w październiku 1918 r. rządu Józefa Świeżyńskiego. Środowiska lewicowe wskazywały na 7 listopada – datę powołania w Lublinie Tymczasowego Rządu Ludowego. Zwolennicy Józefa Piłsudskiego stali na stanowisku, że decydującym faktem było jego przybycie do Warszawy 11 listopada, a sam Piłsudski przesuwał ten moment na 22 listopada 1918 r., kiedy to powstały całkowicie niezależne od okupanta polskie władze najwyższe.

Zniszczenia po Wielkiej Wojnie

Większość społeczeństwa nie interesowała się jednak tymi sporami. Po początkowej euforii z racji odzyskania niepodległości trzeba było szybko wrócić do szarej rzeczywistości. Około 450 tys. Polaków straciło życie w walce w obcych mundurach na różnych frontach Wielkiej Wojny. Niemal wszystkie polskie ziemie były teatrem działań wojennych, front przetaczał się przez nie niejeden raz. Kraj był pocięty siatką okopów, zaporami z drutu kolczastego i milionami lejów po bombach. W wielu gminach i powiatach Królestwa Polskiego i Galicji zniszczeniu uległo 70-80 proc. zabudowań. Drewniane w większości miasteczka i wioski paliły się w całości od jednego pocisku. Setki tysięcy osób koczowało w skleconych naprędce ziemiankach i lepiankach. Wojska okupacyjne, zarówno rosyjskie, jak i niemieckie, w ciągu 4 lat wojny ograbiły Polskę niemal doszczętnie. Infrastruktura przemysłowa była w gruzach. Fabryki w większych miastach zostały ogołocone z maszyn, kotłów parowych, silników elektrycznych, narzędzi; wyrywano nawet kable ze ścian i odkręcano klamki. Na wsi, dla potrzeb wojska, rekwirowano konie, krowy, a także ubrania i buty. Żeby zaorać wiosną pole, do pługów czasem zaprzęgały się kobiety.

Zmagania o granice

Niepodległość nie oznaczała jednak dla Polaków końca działań wojennych. Nowe państwo musiało mieć granice, o które trzeba było walczyć z większością sąsiadów. Jeszcze przed końcem I wojny światowej wybuchł zbrojny konflikt z Ukraińcami o Małopolskę Wschodnią i Wołyń, który trwał nieprzerwanie do lipca 1919 r. Ogromnym heroizmem wykazali się obrońcy Lwowa, także cywilni mieszkańcy, studenci i uczniowie, którzy przetrwali wielomiesięczne oblężenie miasta. Od lutego tego samego roku zmagano się z coraz bardziej napierającymi na zachód oddziałami Armii Czerwonej, która niosła Europie leninowskie idee rewolucji proletariackiej. Zwycięstwem militarnym i dyplomatycznym zakończyło się powstanie w Wielkopolsce, a antyniemieckie nastroje przybierały coraz bardziej na sile na Górnym Śląsku, co poskutkowało pierwszym, nieudanym powstaniem w sierpniu. Walka na tylu frontach spowodowała, że brakło już sił i środków, żeby skutecznie się przeciwstawić atakowi Czechów na Śląsku Cieszyńskim, Spiszu i Orawie. A do sporu z Polakami szykowali się także Litwini, marzący o własnym państwie w granicach przedrozbiorowego Wielkiego Księstwa Litewskiego ze stolicą w Wilnie.

Trudna codzienność

Prowadzenie działań zbrojnych wymagało ogromnych środków – na utrzymanie armii z budżetu państwa wydawano 60 proc. dochodów, a wystarczało to i tak na ledwie siódmą część wydatków. Pieniędzy brakowało na wszystko: administrację, wyżywienie obywateli, oświatę, służbę zdrowia. Jedyną alternatywą była pomoc z zagranicy. Osobista znajomość premiera Ignacego Paderewskiego z szefem amerykańskiej agencji Food Administration Herbertem Hooverem zaowocowała przysłaniem do Polski 1 mln ton żywności i 3 mln ton odzieży, głównie dla dzieci. Pomogły one setkom tysięcy ludzi przetrwać zimę. Znaczną pomoc finansową ofiarowała również Francja.

Poza wojną największym wyzwaniem dla młodego państwa było scalenie trzech dzielnic zaborczych. Po 120 latach rozdzielenia różnice dotyczyły dosłownie każdej dziedziny życia, także języka, kultury i mentalności. Wkrótce doprowadziły one do napięć politycznych i społecznych. Wielu Polaków walczyło przeciw sobie na frontach Wielkiej Wojny. Teraz służyli w tych samych jednostkach, pod rozkazami dowódców, którzy czasem wydawali komendy w obcym języku, bo innych nie znali. Nazywano siebie nawzajem: „Moskalami”, „Krzyżakami” bądź „Austryjecami”.

W 1919 r. płacono w Polsce sześcioma rodzajami walut. W każdej z dzielnic były odmienne warunki produkcji, a co za tym idzie – różne ceny. Między dawnym zaborem pruskim a resztą kraju utrzymywano nawet granicę celną. Sieci komunikacyjne w dzielnicach nie były ze sobą połączone, w dodatku panowały osobne systemy na kolei, stosowano inne urządzenia, sposoby sygnalizacji, nawet szerokość torów była inna. Podróż z Krakowa do Warszawy trwała kilkanaście godzin, a podróżni czasem musieli osobiście znosić z lasów drewno, żeby parowóz mógł ruszyć. Kto decydował się na podróż samochodem, musiał się liczyć z tragicznym stanem dróg, w większości gruntowych, a także z koniecznością ruchu lewostronnego obowiązującego w Małopolsce. Na terenie kraju obowiązywało pięć porządków prawnych. Za to samo przestępstwo w każdej dzielnicy inaczej karano. Teoretycznie możliwe były nawet bigamia i legalna pańszczyzna.

A jednak się udało!

Powołanie Naczelnika Państwa i centralnego rządu pozwoliło na rozpoczęcie porządkowania chaosu. Sprawnie i uczciwie zorganizowano wybory do Sejmu Ustawodawczego, a frekwencja wyborcza w wielu okręgach przekraczała 90 proc. Stopniowo reorganizowano administrację państwową i samorządową w terenie, przy czym borykano się z ogromnymi brakami kadrowymi. Tworzono polskie szkolnictwo podstawowe, wyższe, a także setki nowych instytucji, od Polskiego Towarzystwa Matematycznego po Polski Związek Piłki Nożnej. Na arenie międzynarodowej osobowość prawna Polski została uznana przez wszystkie państwa, polska delegacja wzięła udział w kongresie wersalskim, na którym uzyskała m.in. potwierdzenie praw do Wielkopolski i Pomorza.

Pomimo biedy, głodu, chorób i nieustających wojen, a także rozczarowania codziennością, mimo wszelkich przeciwności po roku istnienia odrodzonej Polski można było powiedzieć, że się udało. Udało się zbudować podwaliny państwa, które już w kolejnym roku miało przejść swój najtrudniejszy egzamin. Udało się dzięki porozumieniu mądrych polityków z wrogich sobie obozów, ale przede wszystkim dzięki ogromnemu wysiłkowi mieszkańców miast, miasteczek i wsi, ich uporowi i determinacji. To był prawdziwy pierwszy cud nad Wisłą.

W opracowaniu tekstu korzystałem m.in. z publikacji prof. Andrzeja Chwalby.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Polsko, bądź krainą wiary w Boga

2019-11-11 22:29

Agnieszka Bugała

Agnieszka Bugała

Wrocławska sesja III Międzynarodowego Kongresu „Europa Christi – Europa dwóch płuc – Europa Ewangelii, Prawdy i Pokoju” Karta Praw Rodziny z inspiracji św. Jana Pawła II odbyła się dziś (11 listopada) w Auli Papieskiego Wydziału Teologicznego. Sesja odbyła się pod auspicjami Fundacji „Studium Culturae Ecclesiae” i z prowadzeniem ks. Pawła Stypy, jej wiceprezesa.

Otwarcia sesji dokonali bp Andrzej Siemieniewski i ks. Ireneusz Skubiś, wieloletni redaktor naczelny Tygodnika „Niedziela”, inicjator powstania i moderator Ruchu Europa Christi. Spotkanie było podzielone na trzy oddzielne panele tematyczne a każdemu z nich przewodniczył inny prowadzący.

Zobacz zdjęcia: III Międzynarodowy Kongres „Europa Christi

W pierwszej części sesję prowadził ks. Mirosław Sitarz (KUL), kierownik Katedry Kościelnego Prawa Publicznego i Konstytucyjnego KUL, w drugiej bp Andrzej Siemieniewski, a w trzeciej ks. prof. Bogusław Drożdż (PWT). Wśród wykładowców byli mi.in. ks. prof. Józef Krukowski (PAN) – mówił o „Rodzinie w Konstytucji RP wobec współczesnych zagrożeń”, ks. Jacek Marek Nogowski (UKSW) – o „Funkcjach społecznych rodziny i jej zagrożeniach w dobie współczesnej”, ks. prof. Tadeusz Borutka (UPJPII) przedstawił „Wizję zjednoczonej Europy w nauczaniu Jana Pawła II”, ks. prof. Bogusław Drożdż (PWT) mówił o tym jak „Działać w duchu katolickiej nauki społecznej”. W trzecim panelu Ewelina Kondziela (Prezes Fundacji „Studium Culturae Ecclesiae”) omówiła zagadnienie „Samowychowawczej siły rodziny jak niedocenionego warunku rozwoju”, a ks. Kazimierz Kurek SDB przybliżył „Kartę Praw Rodziny jak propozycję dla Polski i Europy”. Wykładom towarzyszyły występy chóru „Borromeo” z parafii pw. św. Karola Boromeusza we Wrocławiu pod dyrekcją Irminy Zakowicz. Chórzyści prezentowali polskie pieśni patriotyczne.

Największym zainteresowaniem cieszył się wykład kard. Gerharda Ludwiga Müllera, byłego prefekta Kongregacji Nauki Wiary. Tłumaczone symultanicznie wystąpienia adresowane szczególnie do Polaków w dniu Święta Niepodległości zakończyło się spontanicznymi owacjami na stojąco. Niełatwe zadanie miała występująca po kardynale pani Joanna Lubieniecka, która mówiła o „Słudze Bożym ks. Aleksandrze Zienkiewiczu jako orędowniku chrześcijańskiej rodziny”. Obniżona uwaga słuchaczy i runda telewizyjnych wywiadów w kuluarach zagłuszały wykład redaktor Lubienieckiej, świadka życia sługi Bożego.

Niemiecki kardynał mówił o Polsce jako przykładzie chrześcijańskiego humanizmu. Wykład zatytułował „Tożsamość Polski w wierze katolickiej”. Podkreślił znaczenie wiary i rolę Kościoła katolickiego w trudnej sytuacji geopolitycznej i niełatwych dziejach naszego kraju.

- Od czasów trzech rozbiorów i pomimo polityki totalnego wyniszczenia narodowej, kulturowej i religijnej tożsamości Polaków, na podstawie hitlerowsko - stalinowskiego paktu z 23 sierpnia 1939 r., podczas niemieckiej okupacji w czasie II wojny światowej, a potem w czasie zimnej wojny po popadnięciu pod władzę komunistyczną, aż do wyzwolenia się w 1989 r., udało się Polakom zachować swój fizyczny byt i duchową niepowtarzalność jedynie przez wiarę chrześcijańską i Kościół katolicki – mówił.

Podkreślił, że pozostaje zawstydzającym wspomnieniem fakt, że w oświeconej zachodniej Europie przyglądano się bez empatii tragedii sąsiedniego narodu. - W XIX wieku uważano Polaków za rewolucyjnych awanturników zagrażających ustalonemu przez państwa rządzące reakcyjnemu porządkowi Kongresu Wiedeńskiego. W XX wieku natomiast podejrzewano, z powodu ich konserwatyzmu, że przeoczyli włączenie się w zachodnią demokrację i materialistyczny styl życia, ponieważ nie podporządkowali się „postępowym” ideom komunizmu i dzisiejszego neomarksizmu z programem dechrystianizacji Europy – mówił. Opisywaną sytuację porównywał z obecną, gdzie znów w zachodnich elitach władzy i ośrodkach medialnych potępia się – w imię narzuconych „europejskich wartości” - prawo do aborcji, do wspomaganego samobójstwa, małżeństwa osób tej samej płci, transseksualizmu i posthumanizmu – wytrwały opór Polaków przed dobrowolną utratą tożsamości.

- Polacy tymczasem okazali się – i to się potwierdziło – właśnie tym narodem europejskim, który był gotów ponieść największe ofiary dla wolności i demokracji. Europa obejmuje całość swoich narodów, nie tylko zachodniocentryczną perspektywę, w którą wschodnie narody miałyby się włączyć albo całkowicie się jej podporządkować – mówił kard. Müller.

Analizując kondycję społeczeństw uprawiających „humanizm bez Boga” omówił z pełnym uznaniem polską drogę do wolności.

- Polacy wywalczyli wolność w powstaniach przeciwko trzem obcym zaborcom. W samym tylko powstaniu warszawskim w czasie okupacji nazistowskiej 200 tys. Polaków ofiarowało swoje życie za umiłowanie wolności. Ta stara kraina kultury i humanizmu musiała znieść ogromne upokorzenie ze strony Hitlera i jego sług, którzy uczynili ją sceną straszliwej zbrodni holokaustu. W ramach germanizacji naziści porwali niemal 200 tys. polskich dzieci, żeby je wychować w niemieckich rodzinach, których na ogół nie informowano o pochodzeniu tych domniemanych sierot po poległych niemieckich żołnierzach. Wielu spośród nich nigdy nie dowiedziało się o swojej prawdziwej tożsamości lub przeżyło ciężką traumę, odkrywając tę potworną zbrodnię przeciw ludzkości. A ilu deportowanych po powstaniach przeciwko carskiemu reżimowi i komunistycznej dyktaturze nie zobaczyło już swojej ojczyzny i zostało pochowanych w syberyjskiej ziemi? To wszystko należy do tradycji „humanizmu bez Boga” – analizował niemiecki kardynał.

Katolicką Polskę nazwał „latarnią europejskiej tożsamości i chrześcijańskiego humanizmu w najbardziej ścisłym tego słowa znaczeniu”. - Przyszłość jest polem, na którym ma się potwierdzić historyczne dziedzictwo. „Pochodzenie wciąż pozostaje przyszłością” – mówił – a wiara w Boga pięknie współegzystuje w tak przesyconym katolicyzmem kraju jak Polska z autonomiczną suwerennością i wolnością religijną jednostki oraz narodu w państwie z demokratyczną konstytucją.

Niemiecki kardynał nie zapomniał o społeczności Starszych Braci w wierze, którzy od wieków zamieszkiwali nasz kraj. - W tożsamość Polski wchodziła również całkowita niezależność i integracja Żydów, którzy niekiedy stanowili jedną czwartą ludności – podkreślał.

Kard. Müller kilkakrotnie nawiązywał do okresu zaborów i intensyfikacji wysiłków podejmowanych przez Polaków, aby wydobyć się spod panowania trzech sąsiadów – agresorów. Powracał do wiary Polaków i roli Kościoła:

- Polska, żyjąca przez dwa stulecia pod ciężarem cierpień i wykazująca niezłomne umiłowanie wolności udowodniła, że wiara w Boga i przyznanie do katolicyzmu nie tylko da się pogodzić z nowoczesnymi celami, takimi jak autonomia obyczajowa jednostki, demokracja, wolność religijna, suwerenność narodowa i prawo narodów do stanowienia o sobie, ale że również Kościół katolicki – głosząc prawdę objawioną – jednocześnie promuje naturalne prawo obyczajowe i niezbywalne prawa człowieka, które w Bogu mają swojego najważniejszego obrońcę i najpewniejszy fundament – mówił. Na zakończenie, z okazji Święta Niepodległości, życzył Polsce, aby zawsze podąża za swoim powołaniem, by była krainą wiary w Boga i wolności człowieka.

Pierwsza sesja kongresowa III Międzynarodowego Kongresu Ruchu „Europa Christi” pt. „Europa dwóch płuc – Europa Ewangelii, Prawdy i Pokoju” odbyła się w lutym tego roku na Jasnej Górze, druga w maju w czeskim Velehradzie - przypomniały one rolę świętych Cyryla i Metodego, apostołów Słowian i współpatronów Europy w dziele ewangelizacji Europy, a kolejne w Nitrze, w Lublinie i w Warszawie. Wrocławska sesja była przedostatnią z zaplanowanych w tym roku. W listopadzie III Międzynarodowy Kongres Ruchu zagości we Lwowie a prelegenci pochylą się nad zagadnieniem „Wpływu chrześcijaństwa na stabilność narodów Europy”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem