Reklama

Trzeba się urodzić we Lwowie

2019-03-27 10:20

Maria Fortuna-Sudor
Niedziela Ogólnopolska 13/2019, str. 22-23

Stanisław Malik
Prezydent Andrzej Duda wręcza pani Wandzie bukiet biało-czerwonych kwiatów

Jej życie to gotowy scenariusz na film, a nawet epopeję ze wszystkimi gatunkowymi elementami, gdzie życie bohaterki toczy się na tle istotnych dziejowych wydarzeń, które doprowadziły do przełomowych momentów w historii narodu

Pani Wanda Szajowska jest najstarszym człowiekiem w Małopolsce i jedną z najstarszych kobiet w Polsce – skończyła 108 lat. Mieszka w bloku na krakowskim Salwatorze. Tu wspomina przeszłość, czasem gra na fortepianie i zmaga się z trudnościami, które niesie codzienność. Gdy przychodzę na spotkanie, pani Wanda drzemie. Spoglądam na jej drobną postać, twarz okoloną siwymi, ładnie ułożonymi włosami i zastanawiam się: jak to jest mieć tyle lat? Po chwili pani Wanda się budzi. Zauważa nieznaną osobę, dopytuje, kto to jest. – I po co to wszystko? – wzrusza ramionami, gdy wyjaśniam cel wizyty. Stwierdza: – Bardzo szybko zapominam, bo za dużo mam lat. To się wymieszało. Za dużo przeżyłam... Raz rozmawiam zupełnie normalnie, a raz niekoniecznie...

Cudowna młodość

Poruszane wątki niejednokrotnie się urywają, ale powoli ze wspomnień, uzupełnianych dopowiedzeniami opiekunek – pani Zofii i pani Danuty, a także wiadomościami przekazanymi przez państwo Halinę i Andrzeja Roszkowskich, układa się opowieść o życiu Wandy Szajowskiej, z domu Zarzyckiej.

Wszystko zaczęło się na Kresach Wschodnich, gdzie pani Wanda urodziła się w rodzinie należącej do elit przedwojennego Lwowa. Państwo Kazimiera i Aleksander Zarzyccy mieszkali w swej kamienicy przy ul. Chodkiewicza, niedaleko kościoła pw. św. Marii Magdaleny. Mamusia pani Wandy nigdy nie pracowała, a tatuś (jubilatka konsekwentnie mówi o swych rodzicach zdrobniale), był radcą wojewódzkim. Córka państwa Zarzyckich otrzymała stosowne wykształcenie. Wspomina: – Uczęszczałam do szkoły prowadzonej przez siostry Sacré Coeur. Miałyśmy zajęcia po polsku i francusku. Dzień zaczynał się apelem i modlitwą. Przełożona wyjaśniała nam nawet to, jak się mamy zachowywać w różnych sytuacjach. Polonista, matematyk, pan od przyrody to byli wspaniali nauczyciele – zapewnia pani Wanda i wzdychając, dodaje: – Ale tej szkoły już nie ma. Wszystko się skończyło...

Reklama

We Lwowie panna Zarzycka ukończyła konserwatorium muzyczne i kursy administracyjno-handlowe. Wspomina: – Studiowałam muzykę w konserwatorium we Lwowie. Zdawałam w życiu masę egzaminów, w tym egzamin z fortepianu. Z dyplomu, wydanego we Lwowie 30 czerwca 1931 r., odczytuję: „Dyplom ten otrzymuje Zarzycka Wanda jako świadectwo wykształcenia artystycznego osiągniętego pilnością wytrwałą i postępami celującymi”.

Opowiadając o młodości, pani Wanda prostolinijnie wyznaje, że miała powodzenie u mężczyzn, którzy się jej oświadczali, że lubiła tamto życie, spotkania, bale. Kochała tańczyć, grać na fortepianie, spotykać dobrych i serdecznych ludzi. Wspomina: – Mogłam się cieszyć życiem, powodzeniem, przyjaźniami. Ale też starałam się pomagać innym, czego nauczyli mnie rodzice, zwłaszcza mamusia, która każdą sytuację, każde spotkanie wykorzystała, aby pozyskać pomoc dla potrzebujących. To zaowocowało wspaniałymi, trwającymi lata przyjaźniami.

Inny świat

Opiekunki przyznają, że to prawda. Przez lata trwała np. przyjaźń pani Wandy z Witusią, koleżanką z lwowskich lat.

– Córka pani Witusi, pani Maria, jest emerytowanym profesorem w szwedzkiej uczelni, ale do dzisiaj utrzymuje kontakty z panią Wandą, nawet w zeszłym roku ją odwiedziła – mówi pani Danuta. Z kolei pani Zofia opowiada historię związaną z małżeństwem lwowianki:

– Pan Roman Szajowski, magister filologii polskiej, poprosił ojca pani Wandy o rękę córki, gdy ta miała 16 lat. Ale Aleksander Zarzycki zaznaczył, że odda mu córkę, gdy kandydat na zięcia zrobi doktorat. I tak się stało. Ciąg dalszy historii dopowiadają pochodzący ze Lwowa i utrzymujący kontakty z panią Wandą państwo Roszkowscy:

– Pan Szajowski wyemigrował zaraz na początku wojny do Anglii. Małżeństwo nie przetrwało.

Pani Wanda, wsłuchując się w te historie, z nostalgią stwierdza: – Nie wszystko pamiętam, za dużo rzeczy przeżyłam. A we Lwowie cudowną młodość miałam...

Wszystko zmieniła II wojna światowa. Pani Wanda stwierdza: – Przyszła wojna, a z nią inny świat. I ciężkie życie. Byłam kelnerką, pracowałam też w cukierni, która należała do Niemca. To było przy pl. Mariackim. Stary lokal trzeba było czyścić, szorować. Nie bałam się żadnej pracy... Gdy się zbliżał front wschodni, to obawiając się Sowietów, wspólnie z rodzicami młoda kobieta uciekła ze Lwowa. To było niełatwe przedsięwzięcie. W wagonie, w którym przewożono krowy, w kierunku Krakowa pojechały meble, fortepian, perskie dywany. Uciekający zatrzymali się najpierw w podkrakowskiej wsi, gdzie na fortepian... padał deszcz. Zanim zdobyli mieszkanie, część ich dobytku rozkradziono. Pani Wanda szczególnie nie może zapomnieć dywanów.

Rozglądam się po mieszkaniu; zabytkowe meble, ocalony dywan – nad łóżkiem, a w drugim pokoju – fortepian. I niedzisiejsze walizki, które towarzyszyły pani Wandzie w jej podróżach do Wielkiej Brytanii, Francji, Rzymu, Grecji... I w powrotach do Krakowa, gdzie lwowianka wspólnie z rodzicami musiała się na nowo nauczyć żyć. W niesprzyjającym im świecie wykonywała różne prace. Jak wspomniała, była kelnerką, pakowała ciastka, cukierki, grała w orkiestrze, nawet malowała drewniaki. Opowiada: – W Krakowie zapisałam się na historię sztuki. Na tym kierunku była architektura, muzealnictwo, a potem malarstwo i rzeźba... Opiekunki pokazują dyplom ukończenia studiów, a pani Wanda, spoglądając na dokument, stwierdza: – Ciągle się czegoś uczyłam, a po wojnie bardzo ciężko pracowałam. Cokolwiek mi zaproponowano, wszystko brałam. A łatwo nie było, bo mamusia nie pracowała, a tatuś nie miał już takiej pozycji jak w przedwojennym Lwowie.

Recepta

W końcu pani Wanda otrzymała pracę w Eksperymentalnym Studium Gry na Fortepianie (przy ul. Gołębiej), jako nauczyciel muzyki. W Krakowie minęły kolejne lata jej życia. Tu pracowała, mieszkała najpierw z rodzicami, a po ich śmierci – sama. Stąd wyjeżdżała do rodziny rozsypanej po całym świecie. I tu wracała. Spotykała się z przyjaciółmi, utrzymywała kontakty z rodziną. Tylko do Lwowa nie pojechała. Nie chciała.

– Czy poznały Panie receptę na długowieczność pani Wandy? – dopytuję opiekunek, które nie kryją sympatii dla lwowianki. – Pani Wanda nie ma jakiejś specjalnej diety – zapewnia pani Danuta i dodaje: – Je 4 posiłki dziennie. To, na co ma ochotę. Najbardziej lubi zupę pomidorową. Pani Zofia wyjaśnia: – To pani Wanda ustala menu. Ale nie jest wybredna. Jak sobie życzy kotlet schabowy, to jest kotlet, jak pieczeń, to pieczeń. Bardzo lubi też pierożki i inne mączne dania. A na deser – ptasie mleczko lub ciastko. Pani Zofia dodaje, że lwowianka lubi rozmawiać na różne tematy, utrzymuje kontakty z przyjaciółmi, przejmuje się ich losem i jest bardzo punktualna. A pani Wanda stwierdza: – Trzeba się urodzić we Lwowie i mieć humor, jaki tam był. Brać życie na wesoło, ale też pamiętać o obowiązkach...

Pani Zofia podkreśla, że najstarsza mieszkanka Małopolski nigdy nie przebywała w szpitalu, nadal nie zażywa lekarstw. Chyba że jest chora, jak to się zdarzyło po 108. urodzinach, to wtedy przyjmuje przepisane lekarstwo. Wsłuchując się w te opowieści, pani Wanda dodaje: – Pięć lat nie grałam na fortepianie, a teraz znów gram. Proszę sobie wyobrazić, że gdy miałam 99 lat, złamałam rękę w nadgarstku. I młody chirurg, a zawsze miałam szczęście do ludzi, złożył mi tę rękę z kawałków. Wprawdzie twierdził, że już nie zagram na fortepianie, a jednak gram!

Wizyta

Ostatnio pani Wanda zagrała prezydentowi RP Andrzejowi Dudzie. Pomysłodawcą wydarzenia jest mieszkający na Salwatorze mec. Maciej Krzyżanowski, który nie kryje satysfakcji, że się udało zrealizować coś mało prawdopodobnego. Opowiada, jak poznał panią Wandę, gdy przed wyborami samorządowymi chodził do mieszkańców Salwatora, aby się przedstawić jako kandydat, zaprezentować swój program i poprosić o poparcie. Wspomina: – W jednym z mieszkań starsza pani powiedziała do mnie: „Ja bym ci, dziecino, zagrała, ale teraz już idę spać...”. Gdy usłyszałem, że pani Wanda niedługo kończy 108 lat, to prawie spadłem z krzesła (śmiech). A ponieważ to było w okolicy 100. rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości, więc pomyślałem, że najpiękniejszym prezentem dla pani Wandy byłoby spotkanie z prezydentem RP.

Przecież jubilatka przeżyła wszystkich prezydentów naszej ojczyzny, od początku II RP aż po obecnego.

Mec. Maciej Krzyżanowski przyznaje, że łatwo nie było, ale fakt, iż przed laty i on, i jego żona byli studentami dr. Andrzeja Dudy na UJ, pomógł w realizacji pomysłu. Wspomina z uśmiechem: – Do końca nie wierzyłem, że dojdzie do spotkania. Dopiero jak zobaczyłem oficera SOP-u, pomyślałem, że to się dzieje. Pani Wanda powitała wyjątkowego gościa słynnym walcem z „Nocy i dni”. A pan prezydent zachował się jak prawdziwy dżentelmen. Wręczył jubilatce piękny bukiet biało-czerwonych kwiatów i kilka upominków. Widać było jego zafascynowanie. Słuchał muzyki w wykonaniu pani Wandy, jej wspomnień i anegdotek. Okazywał jej szacunek. Odniosłem wrażenie, że po trwającym półtorej godziny spotkaniu z żalem opuszczał mieszkanie. W trakcie spotkania padło też obowiązkowe wręcz pytanie: Co robić, by tak długo żyć? Odpowiedź pani Wandy była krótka i zdecydowana: – Z Panem Bogiem układów się nie zawiera.

– To było dla mnie wielkie wydarzenie – stwierdza jubilatka, gdy dopytuję o wizytę prezydenta RP, i dodaje: – Nigdy się nie starałam o takie ekstra znajomości. Po wojnie moje życie było ciężkie, ale bardziej niż o sobie myślałam o innych. A gdy pytam, czy polubiła Kraków, po chwili zamyślenia mówi: – Po Lwowie żadne miasto, żadne miejsce na świecie mnie się już nie podobało. A jak zamykam oczy, to spaceruję lwowskimi ulicami. Tymi samymi, co kiedyś...

Tagi:
urodziny

Reklama

Bokser z różańcem

2019-10-01 13:55

Mariusz Rzymek
Edycja bielsko-żywiecka 40/2019, str. 6

twitter bp. P. Gregera
Marian Kasprzyk podczas procesji z darami

Swoje 80. urodziny, 22 września, świętował Mszą św. Marian Kasprzyk, mistrz olimpijski z Tokio z 1964 r. Liturgii w kościele św. Małgorzaty w Bielsku-Białej Kamienicy przewodniczył bp Piotr Greger. Wskazując na Jubilata, hierarcha podkreślił jego religijne oddania oraz żywe przywiązanie do modlitwy różańcowej. – Ten różaniec otrzymałem od niego. Bo pan Marian nie tylko się na różańcu modli, lecz także różańce wykonuje własnoręcznie. Ten jest szczególny. Każda dziesiątka jest w innym kolorze. To są kolory kółek olimpijskich. Chcę podziękować i za ten różaniec, i za świadectwo. Za to, że jesteś dla nas przykładem, że będąc kimś wielkim, mistrzem olimpijskim, pokazujesz, że można być mężczyzną takim, jak poleca św. Paweł: modlącym się, niewstydzącym się swojej wiary – mówił w kazaniu bp P. Greger. Specjalnie dla Jubilata wystąpił w kościele zespół regionalny Grodźczanie z Grodźca Śląskiego, który – oprócz złożenia tradycyjnych życzeń – namówił go jeszcze do wspólnego śpiewania. Kilka godzin później Marian Kasprzyk wziął udział w poświęconym mu benefisie w hali sportowej przy ul. Widok. W trakcie jego trwania odbyła się gala bokserska, podczas której stoczono 13 pojedynków. Ich organizatorem był Bielski Klub Bokserski „Beskidy”. Dodatkowo tydzień temu bielski magistrat na bulwarach straceńskich uczcił Mariana Kasprzyka dedykowaną mu tablicą, która jest częścią instalacji honorującej wszystkich beskidzkich olimpijczyków. Warto dodać, że decyzją boksera, jego złoty medal z 1964 r. trafił na Jasną Górę jako wotum dla Matki Bożej.

Marian Kasprzyk oprócz tytułu mistrza olimpijskiego ma na swoim koncie brąz na IO w Rzymie w 1960 r. oraz na Mistrzostwach Europy w Belgradzie w 1961 r. W swojej karierze stoczył 270 walk, z których 232 wygrał, 10 zremisował i 28 przegrał. Bronił m.in. barw klubu BBTS Bielsko-Biała.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Zmarł o. Łucjan Królikowski OFM Conv, który uratował 150 sierot

2019-10-12 19:32

Dr Małgorzata Brykczyńska

W piątek rano 11 pażdziernika 2019, w Enfield, CT (USA) zmarł o. Łucjan Królikowski OFM Conf, autor książki Skradzione Dziecinstwo i Pamiętnik Sybiraka i Tułacza. Odznaczony najwyższymi orderami Polski, (ostatnio z okazji 100 rocznicy urodzin Prezydent RP przyznał mu order Orła Białego), Harcmistrz, i wielki franciszkanin, który przed miesiącem obchodził 100 urodziny w Chicopee, MA. Na uroczystość zjechali się ludzie z całego świata, włącznie z sierotami z Tengeru których uratował, ich rodzinami i inni “Afrykańczycy”.

Marie Romanagno

Ks Łucjan był seniorem franciszkanów (najstarszy żyjący franciszkanin) i ostatni który jeszcze odbył nowicjat u Św Maksymiliana Kolbe. Ojciec Łucjan zmarł w powszechnej opinii świętości. Wielki człowiek, polak, kapłan.

Łucjan Królikowski urodził się 7 września 1919 r. Do zakonu franciszkanów wstąpił w Niepokalanowie. W 1939 r. udał się na studia do Lwowa, ale już rok później został aresztowany przez NKWD i wywieziony na Syberię. Wolność przyniósł mu układ Sikorski-Majski z 1941 r., który gwarantował „amnestię” dla Polaków. Ojciec Łucjan z trudem przedostał się do Buzułuku, gdzie stacjonował sztab Armii Andersa. Wraz z nią przemierzył Kazachstan, Uzbekistan i Kirgizję. Później ukończył szkołę podchorążych i dotarł do Persji i Iraku.

Nadal jednak chciał być zakonnikiem, nie żołnierzem. Wiosną 1943 r. dotarł do Bejrutu, gdzie rozpoczął studia teologiczne. Ukończył je i otrzymał święcenia kapłańskie. W czerwcu 1947 r. wypłynął do Afryki Równikowej, gdzie podjął pracę wśród polskich dzieci w Tengerze (przebywały tam dzieci z matkami oraz sieroty, które NKWD wywiozło na Sybir – te, które ocalały, zostały uratowane przez Armię Andersa). Po okropieństwach Syberii małym tułaczom osiedle położone niedaleko równika wydawało się rajem.

Szczęście nie trwało jednak długo. Kiedy w 1949 r. Międzynarodowa Organizacja Uchodźców postanowiła zlikwidować polskie obozy w Afryce, a dzieci odesłać do komunistycznej Polski, o. Łucjan zdecydował, by wraz z nimi wyemigrować do Kanady. Na początku czerwca 1949 r. prawie 150 polskich sierot wyruszyło z Afryki.

W Kanadzie o. Łucjan był prawnym opiekunem dzieci, zajmował się także ich edukacją i wychowaniem. Tymczasem w Polsce komuniści wpadli w szał. Do próby odzyskania sierot chciano wykorzystać nawet ONZ. Na próżno – dzieci o. Łucjana były już wolne.

Można zadać sobie pytanie: Skąd ta chęć bezinteresownej pomocy? Sam o. Łucjan udzielał najlepszej odpowiedzi: „Życie człowieka jest grą, sztuką, realizacją Boskiego utworu, który nosi tytuł: miłość. Ona jest tak wpleciona w życie, że stanowi pobudkę ludzkich myśli, słów, czynów i działań. Miłość, która nie skrzywdzi biednego, bezbronnego jak dziecko, nie zerwie kwiatka, by go za chwilę podeptać, ani nie zgładzi psa czy kota”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Bielsko-Biała: najstarsza bielska świątynia znowu w średniowiecznym blasku

2019-10-17 19:30

rk / Bielsko-Biała (KAI)

Zakończyły się prace konserwatorskie przy najstarszej na terenie Bielska-Białej, XIV-wiecznej świątyni pw. św. Stanisława BM. Dzięki przedsięwzięciu kościół uchroniono przed postępującym niszczeniem, ale i przywrócono do jego pierwotnego, średniowiecznego kształtu estetycznego. Podczas prac specjaliści odkryli fragmenty barwnej polichromii na wschodniej ścianie prezbiterium.

Silar / Wikipedia
Tryptyk ołtarzowy w kościele św. Stanisława

Radości nie ukrywa proboszcz parafii ks. Zygmunt Siemianowski. „To ważny dzień dla naszej wspólnoty. Świątynia była pęknięta w dwóch miejscach - od fundamentu po strop. Zahamowano dalszy proces niszczenia, przywrócono wygląd oryginalny” – dodał.

Właściciel firmy konserwatorskiej „AC Konserwacja Zabytków” Aleksander Piotrowski poinformował, że w wyniku prac usunięto cementowe tynki na świątyni. „Przywróciliśmy natomiast, o ile to jest dziś możliwe, we wszystkich wymiarach pierwotny aspekt technologiczny budowy tej świątyni, polegający na użyciu wapna gaszonego” – zaznaczył i zaznaczył, że zewnętrzna warstwa obiektu została pomalowana farbą wapienną.

Dzięki inwestycji konserwatorsko-budowlanej wykonane zostały m.in. takie prace jak: izolacja fundamentów kościoła, konserwacja więźby dachowej oraz zabezpieczenie stropu kościoła. Przywrócono nawiązujące do średniowiecza tynki na elewacjach zewnętrznych, które zostały niefortunnie pokryte w minionym wieku tynkami cementowymi. Ich obecność stanowiła zagrożenie dla bezcennych polichromii gotyckich i renesansowych zachowanych w prezbiterium i na łuku tęczowym we wnętrzu świątyni.

Zdaniem ks. dr. Szymona Tracza, konserwatora architektury i sztuki sakralnej diecezji bielsko-żywieckiej, prawdziwą sensacją było odkrycie fragmentów barwnej polichromii na wschodniej ścianie prezbiterium. Historyk sztuki z UPJPII i przypomniał, że na ziemiach polskich na zewnątrz budowli zachowało się bardzo mało średniowiecznych wypraw tynkarskich i dekoracji malarskich.

Zabiegi konserwatorskie związane były z projektem „Stare Bielsko – odNowa – prace konserwatorskie, restauratorskie i roboty budowlane w zabytkowym kościele św. Stanisława BM dla utworzenia nowej oferty kulturalnej regionu”. Jego realizacja stała się możliwa dzięki funduszom z Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Śląskiego, wkładu własnego parafii oraz wydatnej pomocy Urzędu Miasta Bielska-Białej. Koszt realizacji projektu wyniósł ponad 2 miliony złotych.

Gotycki kościół św. Stanisława wybudowano w drugiej połowie XIV w. Został ufundowany przez księcia cieszyńskiego Przemysława I Noszaka. To najstarszy obiekt na terenie miasta. W kościele oprócz imponującego, późnogotyckiego tryptyku z początku wieku XVI, przypisywanego Mistrzowi Rodziny Marii, znajdują się m.in. portale z 1380 roku, drzwi z zakrystii do prezbiterium z 1500 r., gotyckie polichromie.

Świątynia pełniła funkcję kościoła parafialnego dla miasta Bielska i wsi Bielsko do 1447 r. Wówczas stała się kościołem filialnym parafii św. Mikołaja w Bielsku. W 1953 r. została erygowana parafia św. Stanisława w Starym Bielsku. Od 1992 r. parafia należy do diecezji bielsko-żywieckiej.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem