Reklama

Niedziela Lubelska

Rodzina – nasz skarb

Niedziela lubelska 31/2019, str. 3

[ TEMATY ]

św. Anna

Katarzyna Artymiak

Procesja z kopią cudownego obrazu św. Anny

Chcemy, by z bogactwa domu św. Anny i św. Joachima czerpały ducha nasze wielopokoleniowe rodziny – mówił bp Mieczysław Cisło podczas uroczystości odpustowych w sanktuarium św. Anny w Lubartowie. Doroczne święto przebiegało pod znakiem krucjaty modlitewnej w intencji małżeństw zagrożonych rozpadem. Wierni modlili się, by Polacy wzrastali w etosie katolickiej rodziny.

Procesja różańcowa

Główne uroczystości poprzedziła procesja różańcowa ulicami miasta z kopią cudownego obrazu św. Anny. 25 lipca Mszy św. wieczornej i procesji przewodniczył bp Mieczysław Cisło. W homilii Ksiądz Biskup podkreślał, że „św. Anna reprezentuje pokolenie starszych ludzi, którzy przyjęli życie i wychowali je; którzy uwierzyli Bogu w spełnienie wszystkich obietnic”. Pasterz zachęcał do zatrzymania się w domu rodziców Maryi, by od nich uczyć się przekazu mądrości i wiary. Po Mszy św. z bazyliki lubartowskiej wyruszyła procesja różańcowa. Podążając za kopią cudownego obrazu św. Anny Samotrzeciej, wierni wypraszali łaski potrzebne polskim rodzinom. Podczas Apelu Jasnogórskiego wieńczącego procesję rodziny zostały powierzone dziadkom Pana Jezusa, z prośbą, by wierne Bogu i człowiekowi. – Dzisiejsza cywilizacja nie sprzyja więzi człowieka z Bogiem; bardziej odwołuje się do dziedzictwa grzechu pierworodnego niż do Bożej łaski. Dlatego modlimy się, aby młodzi przyjmowali odpowiedzialność za siebie, ojczyznę i Kościół przez przygotowanie do życia małżeńskiego, które będzie budowane na wierze, na wartościach, które stanowi Dekalog. Prośmy, by młodzi dojrzewali do miłości jako daru z siebie: bezinteresownego, całkowitego poświęcenia się dla człowieka, którego Bóg stawia na drodze życia – apelował bp Cisło.

Reklama

Krucjata za małżeństwa

26 lipca Sumę odpustową poprzedziła konferencja wygłoszona przez diecezjalnego duszpasterza rodzin ks. Grzegorza Trąbkę. Kapłan zachęcał wiernych do włączenia się w krucjatę modlitewną w intencji rodzin zagrożonych rozpadem. Zwrócił uwagę na konieczność ochrony przed mentalnością rozwodową, która prowadzi do zaniechania prób ratowania małżeństwa nawet wśród ludzi wierzących. Według statystyk jedno na trzy małżeństwa kończy się rozpadem, coraz mniej jest zawieranych małżeństw sakramentalnych. Przyczyną tej sytuacji jest m.in. brak modlitwy w rodzinie. Duszpasterz zachęcał do krucjaty modlitewnej w intencji rodzin przeżywających kryzys; modlitwa na wzór krucjaty za dzieci nienarodzone i trwa 6 miesięcy. Wśród uczestników odpustowych uroczystości rozdano ok. 2,5 tys. obrazków z wydrukowaną modlitwą oraz wizerunkiem św. Anny. – Rodzina jest skarbem, o który należy się troszczyć – mówił ks. Andrzej Juźko. Proboszcz lubartowskiej bazyliki zaprosił wiernych na coczwartkowe nabożeństwa ku czci św. Anny, której powierzane są troski rodzin, także tych zagrożonych rozpadem.

Czas wdzięczności

Uroczystości ku czci św. Anny były okazją do modlitewnego spotkania kapłanów pochodzących z Lubartowa, bądź niegdyś pracujących w sanktuarium. Jednym z nich był ks. Paweł Bartoszewski, odpustowy kaznodzieja, który ukazał znaczenie wiary, nadziei i miłości w życiu św. Anny. Kapłani wraz z wiernymi, wśród których nie zabrakło przedstawicieli władz miasta, dziękowali Bogu za 470 lat od postawienia pierwszej świątyni w Lubartowie, a także za wyzwolenie miasta z okupacji niemieckiej, co miało miejsce 75 lat temu. Okolicznościowa wystawa przypominająca tamte czasy prezentowana jest w muzeum parafialnym do końca sierpnia. Kolejną intencją było dziękczynienie za dar życia i męczeńskiej śmierci bł. o. Józefa Mazurka. Pochodzący z parafii pw. św. Anny karmelita zginął z rąk niemieckiego oprawcy w sierpniu 1944 r.; 20 lat temu został przez Jana Pawła II wyniesiony do chwały ołtarzy wraz z męczennikami II wojny światowej. W bazylice znajdują się jego relikwie, przed którymi często modlą się wierni.

2019-07-31 10:15

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Zawsze trzeba siać

We wspomnienie św. Anny i św. Joachima w miejscowości Święta Anna w gminie Przyrów, gdzie znajduje się sanktuarium Świętej Babci odbyły się uroczystości odpustowe. Jak co roku licznie uczestniczyli w nich mieszkańcy pobliskich miejscowości, którzy tradycyjnie czują się związani z sanktuarium i Siostrami Dominikankami, które sprawują pieczę nad tym miejscem od 150 lat. Modlili się także mieszkańcy Częstochowy, uczestnicy letnich obozów wypoczynkowych znajdujących się w okolicy, a także czciciele św. Anny z odległych miejsc w Polsce m. in. z Słupska.

Sumie odpustowej przewodniczył bp Andrzej Przybylski, który witając pielgrzymów podkreślił, że w sanktuarium, któremu patronuje św. Anna możemy poczuć się szczególnie rodzinnie. W homilii bp Przybylski przypomniał, że życie każdego z nas powinno przynosić owoce. Takie zadanie dał nam Pan Bóg, takie też jest pragnienie każdego człowieka. Ludzkie pragnienia często dotyczą owoców materialnych, jednak Bóg zapyta nas kiedyś o owoce naszej wiary. Współcześnie, kiedy tak wielu ludzi odchodzi od Boga, kiedy tak wielu rodziców mówi z bólem o utracie wiary swoich dzieci, nadal trzeba nieść zasiew wiary, nie wolno się zniechęcać. Chodzi nie tylko o rozmowy, ale także własny przykład modlitwy, uczestniczenia w Mszy św. i przykład dobrego życia. – Im czasy są trudniejsze, tym bardziej trzeba siać wiarę i świadczyć o Bogu. Nie zrezygnujmy z tego – apelował bp Przybylski. Zadaniem chrześcijan jest również troska o środowisko, które nas otacza, w którym nie brakuje ataków na Kościół i rodzinę. Musimy bronić tych wartości, bo środowisko, w którym żyjemy musi być zdrowe.

Sumę odpustową zakończyła procesja z Najświętszym Sakramentem wokół kościelnego dziedzińca, który jest otoczony podcieniami z zabytkową Drogą Krzyżową.

Sanktuarium w Świętej Annie jest położone na szlaku pielgrzymek zdążających na Jasną Górę, 35 kilometrów na wschód od Częstochowy. Nazwa miejscowości pochodzi od imienia patronki tego miejsca, której cudowna figura, Święta Anna Samotrzeć, wyobrażająca św. Annę w towarzystwie Matki Bożej i Dzieciątka Jezus, czczona jest tu od ponad pięciuset lat.

AKW

W1609 r. Joachim Ocieski, kasztelan sądecki i starosta olsztyński oraz książę Janusz Ostrogski, kasztelan krakowski, w miejsce niewielkiej drewnianej kaplicy ufundowali kościół i klasztor bernardynów – Zakonu Braci Mniejszych św. Franciszka. Ojcowie bernardyni byli opiekunami sanktuarium przez 250 lat. W XIX w. ojcowie bernardyni zaangażowali się w działalność patriotyczną, szczególnie w okresie powstania styczniowego, dlatego w listopadzie 1864 r. zaborcze władze rosyjskie dokonały kasaty klasztoru. A pięć lat później, w 1869 r., ze skasowanego ukazem carskim klasztoru w Piotrkowie Trybunalskim przybyły do Świętej Anny siostry dominikanki. Pozbawione niemal całego mienia, skazane „na wymarcie” (z zakazem przyjmowania nowych kandydatek do klasztoru) zastały budynki klasztorne w opłakanym stanie. Pokonując wiele trudności siostry powoli przystosowywały klasztor do wymogów życia klauzurowego. W 1881 r. wybuchł pożar, który zniszczył część kościoła i klasztoru, pogłębiając jeszcze bardziej trudności, z jakimi się zmagały. Na początku XX stulecia, na mocy ukazu tolerancyjnego, doczekały się jednak otwarcia nowicjatu i przyjęcia pierwszych kandydatek. Zniszczenia wojenne (I i II wojna światowa) na szczęście ominęły sanktuarium. Siostry bardzo mocno zaangażowały się w niesienie pomocy uchodźcom, otwierając drzwi klauzury dla rodzin, szukających u nich schronienia. Dziś żyją tu zgodnie ze swoim kontemplacyjnym powołaniem, kontynuując równocześnie bernardyńską tradycję opieki nad zdążającymi na Jasną Górę pielgrzymami. Od wielu lat w sanktuarium i w klasztorze prowadzone są prace konserwatorskie i remontowe. Wotum sióstr dominikanek na jubileusz 150-lecia ich pobytu w tym miejscu jest konserwacja i odnowienie ołtarza głównego, w którym umieszczony jest krucyfiks z Jezusem Ukrzyżowanym.

CZYTAJ DALEJ

Małopolskie: Brak podejrzenia przestępstwa ws. śmierci księdza chorego na Covid-19

2020-04-08 08:22

[ TEMATY ]

kapłan

zmarły

kapłan

Radio Em

Ks. Roman Kopacz

Prokuratura Rejonowa w Bochni, która bada sprawę śmierci proboszcza Drwini (Małopolskie) Romana Kopacza, zakażonego koronawirusem, wciąż nie ma uzasadnionego podejrzenia popełnienia przestępstwa.

Zgodnie z informacjami przekazanymi PAP przez zastępcę prokuratora rejonowego Barbarę Grądzką, śledztwo wciąż się nie rozpoczęło w powodu braku podejrzenia przestępstwa w sprawie śmierci proboszcza Drwini. Nie prowadzono też przesłuchań osób.

„Dalsze czynności zostaną podjęte po analizie dokumentów uzyskanych z Państwowego Powiatowego Inspektora Nadzoru Sanitarnego w Bochni” – zapowiedziała zastępca prokuratora rejonowego w Bochni.

W toku dotychczasowych czynności prokuratura próbowała ustalić m.in. prawidłowość postępowania dotyczącego umieszczenia księdza w izolacji domowej.

Zgodnie z informacjami biura wojewody małopolskiego, podanymi za małopolskim sanepidem, przyczyną śmierci księdza Romana Kopacza nie był Covid-19. Mężczyzna przebywał w izolacji domowej, ponieważ lekarz nie stwierdził konieczności hospitalizacji.

Jak informowała policja, 59-letni ksiądz zmarł 24 marca podczas próby przetransportowania go do szpitala. Wcześniej służby medyczne wezwane przez policjantów bezskutecznie reanimowały kapłana.

Dzień wcześniej, w poniedziałek, policja poinformowana o przebywającym w izolacji księdzu dwukrotnie była z wizytą na plebanii. "Ksiądz się pokazał, nie zgłaszał problemów" – powiedział PAP rzecznik prasowy bocheńskiej policji Łukasz Ostręga.

We wtorek sanepid zadzwonił na policję z informacją, że nie może się skontaktować z proboszczem i poprosił funkcjonariuszy o sprawdzenie, czy z chorym wszystko w porządku.

Wysłanemu na plebanię patrolowi nikt nie otwierał drzwi. Funkcjonariusze ustalili, kto może mieć klucze do budynku. Odpowiednio zabezpieczony policjant wszedł do środka i zastał księdza leżącego w łóżku. "Jego stan był ciężki, był tak osłabiony, że nie mógł mówić. Wezwano pogotowie" – relacjonował rzecznik prasowy policji w Bochni.

Medykom nie udało się uratować życia proboszcza – zmarł w trakcie próby przetransportowania do szpitala, po bezskutecznych reanimacjach.

Roman Kopacz był proboszczem parafii Matki Bożej Królowej Polski w Drwini od 2007 r., był także kapelanem strażaków gminy Drwinia. Pogrzeb duchownego odbył się 26 marca w Trzcinicy koło Jasła – w ograniczonym (by zapobiegać szerzeniu się epidemii) gronie rodzinnym.(PAP)

CZYTAJ DALEJ

Ameryka na wojnie z wirusem

2020-04-08 21:52

[ TEMATY ]

USA

pomoc

wojna

epidemia

Stany Zjednoczone

Ameryka

koronawirus

Mikołaj "Vonsky" Teperek, "Vonsky Channel"

Chicago

Gwałtownie rosnąca w Ameryce liczba zakażonych nowym chińskim koronawirusem SARS-CoV-2, która w chwili pisania tego artykułu wynosiła już ponad 400 tyś. osób, zmusza władze federalne oraz stanowe do podejmowania coraz dalej idących środków prewencyjnych mających ograniczyć skutki pandemii. Do tej pory w USA zmarło prawie 13 tyś. obywateli.

Prezydent Donald Trump zdecydował o wprowadzeniu w USA stanu nadzwyczajnego, taki krok miał m.in. umożliwić przekazanie poszczególnym stanom dodatkowych miliardów dolarów na walkę z koronawirusem. Stany Zjednoczone postanowiły przeznaczyć na ten cel astronomiczne kwoty pieniędzy i tym samym, mówiąc kolokwialnie, utopić skutki pandemii w morzu gotówki. Jeszcze w połowie marca, na Kapitolu przyjęto pierwszą specustawę pomocową, którą następnie podpisał prezydent Trump. Przewidywała ona m.in. nieodpłatne wykonywanie testów na obecność koronawirusa oraz płatne urlopy dla chorych na Covid-19 pracowników, za które zapłaci rząd federalny. Sprawa była istotna, bowiem w Ameryce nie ma gwarancji płatnych urlopów zdrowotnych na poziomie federalnym – kwestie tą reguluje ustawodawstwo stanowe oraz indywidualne umowy na linii pracodawca-pracownik.

Zaraz po ogłoszeniu swojej decyzji o stanie nadzwyczajnym republikański prezydent zawierzył Stany Zjednoczone opiece Boga. „Jesteśmy krajem, który na przestrzeni swojej historii zawsze zwracał się do Boga po ochronę i siłę na trudne czasy” – stwierdził Trump, prosząc Amerykanów o modlitwę za ojczyznę.

Obniżka podatków?

W kolejnym kroku Biały Dom rozważał radykalną obniżkę podatków od wynagrodzeń pracowniczych, co miało odciążyć zwykłych amerykańskich pracowników oraz przedsiębiorców. Pomysł ten napotkał jednak na ponadpartyjny sprzeciw w Kongresie. Republikanie oraz demokraci byli zgodni co do tego, że jest to rozwiązanie niezwykle kosztowne dla skarbu państwa, a pomoc jaka za jego sprawą dotarłaby do Amerykanów byłaby zbyt wolna i niewystarczająco skuteczna. Na Kapitolu oszacowano te koszty na 90 miliardów dolarów miesięcznie, co w skali roku dałoby astronomiczną kwotę rzędu 1 biliona dolarów amerykańskich. Dziennik „The New York Times” przypomniał, że to więcej niż kwota, którą w 2008 roku rząd federalny USA przeznaczył na ratowanie sektora finansowego Wall Street oraz więcej niż zakładała specjalna ustawa pomocowa z 2009 roku mająca zminimalizować skutki ogromnej wówczas recesji gospodarczej.

Pozbawiony tych wpływów budżet Ameryki, mógłby mieć problem z wypłatą emerytur oraz świadczeń socjalnych dla najbiedniejszych obywateli. Obniżka podatków najbardziej odcisnęłaby się bowiem na funduszu ubezpieczeń społecznych, programach darmowej opieki medycznej medicare oraz medicaid dla osób ubogich oraz w podeszłym wieku i innych świadczeniach pomocowych dla najbiedniejszych.

Proponowana przez Biały Dom obniżka podatków zwiększyłaby wynagrodzenia średnio o 7,65 proc. jednak nie uwzględniałaby osób zarabiających głównie z napiwków oraz pracowników sezonowych, a to właśnie te grupy zawodowe bardzo mocno odczuwają negatywne skutki obecnej sytuacji. Zmniejszenie opodatkowania wynagrodzeń dotyczyłoby także wyłącznie osób zatrudnionych, bezrobotni nie skorzystaliby w żaden sposób z tej pomocy, a tych za oceanem niestety lawinowo przybywa.

Tylko w przeciągu dwóch tygodni pracę w USA straciło 10 milionów Amerykanów, realia okazały się więc dużo gorsze od i tak nieoptymistycznych prognoz. Po drugiej stronie Atlantyku w jeden zaledwie miesiąc bezrobocie wzrosło aż o 0,9 punktów procentowych z pułapu 3,5 proc. w lutym do 4,4 proc. w marcu. Co więcej, eksperci spodziewali się znacznie mniejszego wzrostu – zaledwie do poziomu 3,8 proc.

Jest pewne, że statystyka ta ulegnie radykalnemu pogorszeniu w kwietniu, kiedy spłynął nowe dane. Obecne pochodzą bowiem z połowy marca, czyli z okresu przed największą falą zwolnień spowodowanych pandemią chińskiego koronawirusa. Dziennik „The Wall Street Journal” sugeruje, że w najbliższym czasie z amerykańskiego rynku pracy znikną wszystkie miejsca pracy, które przez ostatnią dekadę wytworzyli przedsiębiorcy z USA. Za oceanem mówi się, że bezrobocie może tu wynieść nawet 25 proc., czyli podobnie jak w czasach Wielkiego Kryzysu z 1929 roku. Po kryzysie finansowym z lat 2008 – 2009 wzrosło ono do poziomu ok. 10 proc. co jak na realia amerykańskie było wynikiem tragicznym. Obecnie problemem nie jest już tylko sam fakt masowego zwalniania pracowników, ale nader wszystko dynamika tego procesu – ludzie tracą pracę de facto z dnia na dzień. Ponadto, obecny wśród amerykańskich konsumentów wysoki optymizm w okresie poprzedzającym kryzys spowodował, że nie są oni przygotowani na zbliżający się wielki krach.

Czeki dla każdego

Widząc brak aprobaty w Kongresie dla pomysłu daleko idącej obniżki podatków od wynagrodzeń pracowniczych, administracja Donalda Trumpa zaproponowała odmienną strategię polegającą na jednorazowym przekazaniu większości Amerykanom czeków finansowych. Chodzi o osoby zarabiające poniżej 75 tyś. dolarów rocznie.

Podatnicy otrzymają 1200 dolarów oraz po 500 dolarów na każde dziecko. Dla mocno wolnorynkowej Ameryki takie posunięcie jest czymś absolutnie ekstremalnym.

Zachodnioeuropejski model państwa opiekuńczego o wysokich i powszechnym zasiłkach socjalnych, jest bowiem przez ogromną część amerykańskiego społeczeństwa oraz tutejszej klasy politycznej uważany za rozwiązanie niezwykle szkodliwe. Niemniej, nie jest ono czymś nowym w amerykańskiej polityce. W trakcie kryzysu ekonomicznego z roku 2008 Kongres wprowadził podobny pakiet stymulujący gospodarkę. Wówczas na konta amerykańskich podatników wpłynęło średnio po 600 dolarów jednorazowego zasiłku, a całość tej pomocy w perspektywie kilku miesięcy wyniosła ok. 100 miliardów dolarów. Dzisiaj panuje przekonanie, że wpompowanie tak dużej sumy pieniędzy było dla amerykańskiej gospodarki bardzo istotnym środkiem minimalizującym druzgocące skutki załamania się rynków finansowych. Obecna skala pakietu pomocowego jest jednak bezprecedensowa w amerykańskiej historii. Specustawa pod koniec marca została przegłosowana przez Senat oraz Izbę Reprezentantów, a prezydent Trump podpisał ją 27 marca. Przewiduje ona wpompowanie w amerykańską gospodarkę astronomicznej kwoty 2,2 bilionów dolarów. Ojczyzna Wuja Sama w walce ze skutkami pandemii wytoczyła zatem najcięższe działa, z którymi nie mogą równać się żadne rozwiązania zaproponowane przez jakikolwiek inny kraj na świecie.

Oprócz bezpośrednich transferów pieniężnych, które trafią do kieszeni obywateli USA, ustawa przewiduje także ogromną pomoc dla biznesu.

Waszyngton przeznaczy 500 miliardów dol. dla branż, które znalazły się w kryzysie, a kolejnych 350 miliardów trafi do amerykańskich przedsiębiorców w formie specjalnych rządowych pożyczek dla małych firm. Mają one pokryć pensje pracowników przez 8 tygodni i zostaną umorzone w przypadku, gdy dana firma nie będzie w tym okresie przeprowadzać zwolnień. „Pomoże to firmom utrzymać swoich pracowników i pozwoli naszej gospodarce szybko przyspieszyć, gdy tylko pokonamy wirusa” – powiedział prezydent Donald Trump.

Steven Munchin, sekretarz skarbu USA oświadczył, że jego departament przygotuje regulacje, które umożliwią udzielanie tych kredytów przez praktycznie wszystkie banki ubezpieczone przez Federalną Korporację Gwarantowania Depozytów. Chodzi o to, by pożyczki szybko i w łatwy sposób trafiały bezpośrednio do przedsiębiorców. Munchin obiecał także, że cały proces będzie niezwykle prosty, a przyznanie kredytu i jego wypłacenie na konto przedsiębiorcy ma odbywać się jeszcze tego samego dnia.

„To będzie bardzo prosty system, dzięki któremu pieniądze trafią do kieszeni małych przedsiębiorców” – zapowiedział na konferencji prasowej w Białym Domu sekretarz Steven Munchin.

Wyniki badania opinii publicznej przeprowadzonego w połowie marca przez amerykański bank inwestycyjny Goldman Sachs wskazują, że 51 proc. małych przedsiębiorców w USA nie będzie wstanie przetrwać kryzysu wywołanego pandemią koronawirusa dłużej niż 3 miesiące. Natomiast 96 proc. z nich już teraz przyznaje, że ich biznes ucierpiał w wyniku rozprzestrzeniania się choroby Covid-19 wywoływanej przez groźny patogen z Chin. Według danych amerykańskiej, federalnej agencji ds. małych przedsiębiorstw (SBA – przyp. red.) w całych Stanach Zjednoczonych istnieje prawie 31 milionów małych firm, które odpowiadają za zatrudnienie 47,3 proc. osób pracujących dla sektora prywatnego. Ustawa przewiduje również 250 mld. na pomoc bezrobotnym oraz 100 miliardów dolarów pomocy dla szpitali.

Demokratka Nancy Pelosi, spikerka Izby Reprezentantów zapowiedziała utworzenie specjalnej, ponadpartyjnej komisji mającej monitorować działania Białego Domu względem pandemii koronawirusa oraz to, jak administracja prezydenta Trumpa rozdysponowuje przegłosowane w Kongresie 2,2 biliony dolarów. Na tą informację szybko zareagował Trump, który określił te próby mianem kolejnego polowania na czarownice. Podobnego zdania są republikańscy liderzy w Kongresie, którzy również widzą w tym próbę uprawiania polityki w sytuacji, gdy potrzeba ponadpartyjnej solidarności i współpracy.

To, co proponuje Nancy Pelosi to jest uprawianie polityki i partyjnych śledztw w dobie walki z pandemią. Nie! To nie czas na takie rozgrywki! Wszystkie ręce na pokład, wszyscy jesteśmy Amerykanami i zapominamy o różnicach, bo teraz czas na jedność narodową i walkę z wirusem – tak w skrócie można podsumować stanowisko przywództwa partii republikańskiej i samego prezydenta Donalda Trumpa. Pojawiają się głosy, że to będzie komisja całkowicie partyjna, służąca politycznym celom partii demokratycznej i mająca uderzyć w Trumpa przed wyborami prezydenckimi. Sam fakt tego, że będą w niej zasiadać również kongresmeni republikańscy nie zmieni tego faktu.

Testy to podstawa

Na mocny prezydenckiego dekretu zamknięto granicę z Kanadą, a wcześniej wstrzymano także ruch z Unii Europejskiej. Biały Dom swoją decyzję tłumaczył m.in. tym, że kraje UE nie wprowadziły na czas tak rygorystycznych środków prewencyjnych jak jego administracja. Chodzi m.in. o szybkie zamknięcie swoich granic dla przybyszów z Chin i innych punktów zapalnych.

Po drugiej stronie Atlantyku, na wywoływaną przez koronawirusa chorobę zmarło do tej pory 161 chorych. Realna liczba zainfekowanych jest jednak znacznie większa. Nie widać tego w statystykach z powodu braku możliwości przebadania wszystkich obywateli. W połowie marca władze stanu Ohio szacowały jednak, że chorzy mogą tam stanowić nawet 1 proc. społeczeństwa, czyli ok. 100 tyś. ludzi. Tamtejszy departament zdrowia zdecydował o wstrzymaniu lokalnych prawyborów partii demokratycznej. Pomimo pandemii odbyły się one jednak w wielu innych stanach, m.in. na Florydzie i w Arizonie. Obecnie w kuluarach waszyngtońskiej polityki coraz głośniej mówi się o wprowadzeniu głosowania korespondencyjnego w zbliżających się jesiennych wyborach prezydenckich oraz parlamentarnych. Prezydent Donald Trump stwierdził jednak, że takie rozwiązanie może stwarzać niebezpieczeństwo nadużyć i oszustw wyborczych. Dodał także, że termin wyborów nie zostanie przesunięty z uwagi na trwającą pandemię koronawirusa.

Administracja USA była oskarżana o zbyt małą liczbę przeprowadzanych testów oraz opóźnioną reakcję i początkowe bagatelizowanie problemu. Wynikało to jednak po części z faktu, że Amerykanie chcieli opracować własne, dokładniejsze sposoby wykrywania koronawirusa, niż te rekomendowane przez WHO i stosowane w Europie.

Początkowo prace nad testami przeprowadzały wyłącznie państwowe laboratoria należące do rządowej agencji CDC – Centrów Kontroli i Prewencji Chorób, amerykańskiego odpowiednika sanepidu. W dodatku opracowane przez CDC testy okazały się wadliwe i agencja musiała wprowadzić do nich ulepszenia. Obecnie do akcji wkroczyły także prywatne laboratoria, co w czasie stanu nadzwyczajnego wymagało specjalnej zgody ze strony amerykańskiej Agencji Żywności i Leków.

Amerykańska służba zdrowia pod względem dostępności miejsc w szpitalach oraz liczby sprzętu medycznego, w szczególności kluczowych przy walce z koronawirusem respiratorów, jest dużo lepiej przygotowana do stawienia czoła trwającej pandemii, niż kraje Starego Kontynentu. Amerykański prezydent może powołać się na specjalne prawo z lat 50-tych dające mu prawo zmuszać prywatne firmy do przestawiania swojej produkcji na wytwarzanie np. respiratorów oraz innego kluczowego sprzętu. Obecnie taki krok nie jest konieczny, bowiem wielkie amerykańskie koncerny wyrażają chęć współpracy z rządem federalnym i już teraz rozpoczynają ich produkcję. Donald Trump planuje rozpocząć zakrojony na szeroką skalę eksport respiratorów do Europy, gdy tylko zaspokojone zostaną wewnętrzne potrzeby Stanów Zjednoczonych.

Działania lokalne i federalne

Działania prewencyjne podejmowane za oceanem nie są ujednolicone w skali całego kraju. Wszelkie restrykcje różnią się w zależności od konkretnego regionu. Władze stanowe oraz lokalne mają bowiem w tej kwestii dużą niezależność od rządu federalnego. Prezydent Donald Trump zaapelował o unikanie zgromadzeń większych niż 10 osób. Burmistrz Nowego Jorku, podobnie jak jego koledzy z wielu innych dużych miast, a także gubernatorowie rosnącej liczby stanów wydali decyzje o zamknięciu restauracji, barów, szkół, a często także teatrów, kin, kasyn i podobnych miejsc.

W wielu częściach kraju ograniczone zostało także świadczenie usług medycznych. Gubernator Florydy – republikanin Ron DeSantis – 19 marca wydał zakaz obsługiwania pacjentów, których przypadki nie są pilne. Restrykcje mają póki co obowiązywać do 8 maja. Jak udało mi się ustalić w rozmowie z przedstawicielami stanowej branży medycznej, wcześniej istniało jedynie takie zalecenie, do którego nie wszyscy od razu się zastosowali. „Możemy jedynie przyjmować pacjentów w nagłych wypadkach, takich jak ból zęba, dyskomfort, infekcja. Dozwolone są również zabiegi, które będą zapobiegać pogorszeniu się zdrowia pacjenta, czyli np. założenie korony na zęba, który nie boli, jednak opóźnienie leczenia spowoduje infekcje lub też jego utratę.” – mówi „Niedzieli” Renata Szyfner-Hurd, menadżerka dużego zakładu dentystycznego Dr. Ilya Freyman DMD w Longwood na Florydzie. W Ameryce całkowicie sparaliżowany jest także sport zawodowy. Wraz z nadejściem wiosny nie ruszyła tam ciesząca się ogromną popularnością liga bejsbolowa MLB. Wszystkie inne ligi również zostały zawieszone, w tym rozgrywki futbolu amerykańskiego – ulubionej dyscypliny po drugiej stronie Atlantyku.

Godzina policyjna?

Gubernator stanu New Jersey Philip D. Murphy nie wykluczył wprowadzenia godziny policyjnej. Na podobny krok zdecydowało się już należące do USA Portoryko. Jak podał konserwatywny dziennik „New York Post”, administracja Białego Domu zaprzeczyła jednak, jakoby rozważała wprowadzenie godziny policyjnej w całej Ameryce.

Pod koniec marca prasa za oceanem poinformowała, że Pentagon opracował tajny plan działania na wypadek, gdyby sprawy zaczęły przybierać tragiczny obrót. Jeżeli zagrożona będzie ciągłość władzy np. w skutek zarażenia się członków gabinetu Donalda Trumpa, kolejnych amerykańskich kongresmenów czy wiekowych przecież sędziów Sądu Najwyższego, wówczas władzę w kraju ma przejąć wojsko. Wprowadzenie przepisów tożsamych ze stanem wojennym rozważane jest także w sytuacji masowych zamieszek z użyciem przemocy wywołanych ogromną recesją, drastycznym wzrostem bezrobocia i problemami z zaopatrzeniem sklepów w niezbędne do życia produkty spożywcze.

Wiele sklepów m.in. w Nowym Jorku i Chicago, barykaduje swoje witryny w obawie przed włamywaczami oraz ewentualnymi zamieszkami. Ulice wielkich amerykańskich metropolii, na co dzień tętniących życiem, całkowicie opustoszały. Obrazki te coraz bardziej przywołują na myśl post-apokaliptyczną rzeczywistość znaną z filmów Hollywoodu. Ameryka wstrzymuje oddech i czeka.

Nowy Jork w potrzasku

Amerykańskim epicentrum koronawirusa jest miasto Nowy Jork, to tam sytuacja jest najtragiczniejsza.

W popularnym Central Parku zbudowano szpital polowy mający odciążyć te, które zajmują się pacjentami chorymi na Covid-19. Znajduje się tam 68 łóżek. Pentagon wysłał także do Nowego Jorku „Comfort” – statek szpitalny amerykańskiej marynarki wojennej. Na jego pokładzie pomoc medyczną uzyskują chorzy znajdujący się w pilnej sytuacji, która jednak nie jest związana z koronawirusem. Liczba łóżek na tym pływającym kolosie wynosi aż 1000. W szpital przekształcono także centrum kongresowe Javits Center tworząc dodatkowych 1000 łóżek oraz kompleks stadionowy USTA Billie Jean King National Tennis Center zapewniając kolejnych 350.

Burmistrz miasta Bill de Blasio powiedział, że Nowy Jork potrzebuje większej pomocy, by poradzić sobie z pandemią koronawirusa i zaapelował do Białego Domu o przysłanie dodatkowej pomocy medycznej, m.in. lekarzy wojskowych. Federalna Agencja Zarządzania Kryzysowego wysłała na pomoc Nowojorczykom 250 karetek pogotowia, 85 ciężarówek-chłodni, które będą służyć jako tymczasowej, polowe kostnice oraz 500 techników i ratowników medycznych. Z całego kraju do Nowego Jorku przybywa także inni pracownicy medyczni, lekarze oraz 2 tyś. pielęgniarek.

Sytuacja jest tak tragiczna, że władze Nowego Jorku szykują się do organizacji tymczasowych pochówków dla ofiar zmarłych na Covid-19. Ciała mają być chowane w masowych grobach, które powstaną na wyspie Hart Island należącej administracyjnie do nowojorskiej dzielnicy Bronx.

Pustki w sklepach

O historycznej skali kryzysu za oceanem świadczą puste półki w wielu amerykańskich sklepach. Dla kapitalistycznej Ameryki, na co dzień przepełnionej masą wszelakich, różnorodnych produktów, taka sytuacja to niezwykła rzadkość. Amerykanie w obawie o problemy z dostawami żywności i brak najpotrzebniejszych produktów tłumnie ruszyli do marketów, wykupując ogromne ilości asortymentu. Najszybciej zabrakło papieru toaletowego. Ogólnonarodowa histeria udzieliła się wielu ludziom do tego stopnia, że zaczął on znikać również z publicznych toalet np. na lotniskach. W drugiej kolejności Amerykanie zaopatrują się w produkty spożywcze o długiej dacie przydatności – makarony, mąki, mleko UHT czy konserwy. Pozostałych produktów spożywczych nie brakuje.

Braki towarów widać również w popularnej wśród nowojorskiej Polonii Biedronce, znajdującej się na Greenpoincie.

Są to dokładnie te same schematy zachowań, które obserwujemy w Polsce. Jak widać, wbrew niektórym opiniom, nie jest to skutek postkomunistycznej mentalności naszych rodaków, a typowe dla każdego społeczeństwa zachowanie w czasach kryzysu i zbiorowej paniki. Prezydent Donald J. Trump zaapelował do obywateli, by nie ulegali zakupowej histerii i nie szturmowali sklepów w celu wykupowania ogromnych ilości produktów. Powiedział także, że nie ma potrzeby gromadzenia zapasów, bo dostawy nie zostaną wstrzymane. Przedstawiciele sklepów detalicznych, o czym poinformował Trump, mieli go poprosić o zwrócenie się do Amerykanów, by ci odwiedzając markety kupowali po prostu mniej.

„Nie musicie aż tyle kupować. Spokojnie. Rozluźnijcie się.” – powiedział rodakom prezydent USA.

Do broni!

W czasach kryzysu Amerykanie mają także w zwyczaju masowo ruszać do sklepów sprzedających broń palną. Po drugiej stronie Atlantyku wielu ludzi upatruje w broni palnej środek gwarantujący bezpieczeństwo, szczególnie w sytuacji, gdy pomoc ze strony lokalnej policji czy biura szeryfa może nie nadejść na czas. Z całego kraju spływają filmiki i zdjęcia przestawiające opustoszałe sklepy oferujące wszelakiego rodzaju pistolety, karabinki i strzelby. W dużych ilościach wykupowana jest także amunicja. W większości stanów przepisy regulujące dostęp do broni są bardzo liberalne. Amerykanie uważają to za jedną ze swoich podstawowych konstytucyjnych wolności i lubią z niej korzystać.

„Pomimo wczesnych godzin popołudniowych, gdy normalnie zbyt wielu ludzi tu nie ma, kolejka była przeogromna. Ludzie kupują amunicję w ogromnych ilościach.” – mówi „Niedzieli” Sebastian Niegowski, polski dziennikarz z Florydy.

Jak udało mi się ustalić w rozmowie z przedstawicielem jednej z polskich firm produkujących broń m.in. na rynek amerykański, jeżeli kryzys potrwa dłużej, to w USA może zacząć brakować również popularnych karabinków z serii AK. Ich produkcja odbywa się głównie w krajach byłego Układu Warszawskiego.

„O ile my pracujemy, o tyle Bułgarzy i Rumuni zatrzymali swoje fabryki” – mówi „Niedzieli” nasz informator.

Jedzenie „na wynos”

Wiele firm z branży gastronomicznej niezależnie od rozporządzeń lokalnych władz wprowadza własne ograniczenia dotyczące dalszego świadczenia swoich usług. McDonald’s – jedna z najpopularniejszych amerykańskich sieci fast-food – zapowiedział zamknięcie wszystkich swoich restauracji w Stanach Zjednoczonych. Pozostawiona została jedynie opcja zamawiania jedzenia w okienkach samochodowych McDrive, „na wynos” oraz w dostawie przez UberEats, firmę obecną także na polskim rynku. Zwiększono także liczbę pojemników z żelami dezynfekującymi. Przedstawiciel innej popularnej sieci „Five Guys” poinformował o nowej polityce firmy – chorzy pracownicy proszeni są o pozostanie w domach, a w samych restauracjach zwiększono częstotliwość sprzątania i dezynfekcji. Wiele firm gastronomicznych ogranicza również swoje godziny otwarcia. Stołówki w nowojorskich szkołach publicznych, do których codziennie uczęszcza ok. 1,1 miliona uczniów, cały czas będą wydawały swoim podopiecznym posiłki na wynos.

Sytuacja wygląda podobnie w wielu innych amerykańskich miastach i stanach, w których podjęto decyzję o zamknięciu szkół publicznych m.in. w Baltimore w stanie Maryland. Na terenie całego miasta działa tam już 10 punktów wydawania posiłków, a służby sanitarne dbają, by ich dystrybucja odbywała się bezpiecznie, bez generowania dużych skupisk ludzi. Z takiej formy żywienia oprócz uczniów poniżej 18. roku życia korzysta także wiele osób borykających się z różnymi formami niepełnosprawności.

Anthony Fauci, szef amerykańskiego Narodowego Instytutu Zdrowia oszacował, że upłynie przynajmniej kilka miesięcy, zanim życie w Stanach Zjednoczonych powróci do normy.

Wskaźniki poparcia dla Trumpa w początkowym stadium ataku chińskiego wirusa były korzystne, natomiast obecnie trend ten ulega pogorszeniu. Według badań, na które powołuje się telewizja CNN, 55 proc. Amerykanów uważa, że władze federalne wykonały „słabą robotę” i nie sprostały zadaniu przeciwdziałania rozprzestrzenianiu się wirusa.

Trwająca w USA kampania prezydencka sprawia, że pandemia koronawirusa będzie dla urzędującego prezydenta najważniejszym testem, który przesądzi o jego ewentualnej reelekcji.

CZYTAJ DALEJ
E-wydanie
Czytaj Niedzielę z domu

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję