Reklama

Edukacja

Najważniejsi są uczniowie

O manipulacjach przeciwników reformy edukacji, podwójnym roczniku uczniów, pensjach nauczycieli i roli samorządu w reformie oświaty z Dariuszem Piontkowskim, ministrem edukacji narodowej, rozmawia Andrzej Tarwid

Niedziela Ogólnopolska 34/2019, str. 10-13

[ TEMATY ]

wywiad

©pressmaster – stock.adobe.com

ANDRZEJ TARWID: – Za niewiele ponad tydzień rozpocznie się nowy rok szkolny. Co będzie w nim najważniejsze z punktu widzenia Ministerstwa Edukacji Narodowej?

MIN. DARIUSZ PIONTKOWSKI: – Zaczniemy kolejny rok wdrażania reformy. W nowym roku szkolnym zmiany strukturalne wejdą do szkół średnich, gdzie o jeden rok wydłuży się nauka w liceach i technikach. Zacznie obowiązywać szereg zmian w szkolnictwie zawodowym. Nauczyciele otrzymają kolejną podwyżkę płac. A młodzi nauczyciele, zaczynający pracę w zawodzie, otrzymają dodatkowe środki na start.

– Dlaczego wydłużenie nauki w szkołach średnich jest potrzebne?

– Dłuższa nauka w liceach czy technikach to przede wszystkim szansa na przywrócenie faktycznej rangi kształcenia ogólnego, które powinno dawać szeroką wiedzę i przygotowywać młodych ludzi do podjęcia studiów. Przypomnę, że poza naszym środowiskiem politycznym za takimi właśnie rozwiązaniami opowiadało się bardzo szerokie grono nauczycieli i ekspertów.

– Za to od początku przeciwna zmianom była opozycja. Teraz jej przedstawiciele mówią, że uczniowie szkół średnich przeżyją we wrześniu koszmar...

– Apeluję do tych uczniów i ich rodziców o spokój. A także o niepoddawanie się kolejnym manipulacjom. Niech Państwo poczekają na twarde fakty i skonfrontują je z tym, co było w latach poprzednich. Okaże się, jak jest naprawdę. I które samorządy dobrze się przygotowały do reformy, a które nie wykonały powierzonych im zadań.

– O jakich manipulacjach Pan Minister mówi?

– Mam na myśli całą tę złą atmosferę, którą politycy totalnej opozycji wraz ze sprzyjającymi im mediami wykreowali wokół reformy szkolnictwa. Przykładem jest histeria wywołana przy okazji ostatniego naboru do szkół średnich. Politycy opozycji mówili, że nie wystarczy miejsc dla absolwentów gimnazjów i szkół podstawowych, a wszystko okazało się nieprawdą. W oparciu o niepodważalne dane liczbowe pokazaliśmy, że liczba uczniów, którzy nie dostali się do szkół średnich w pierwszym terminie, jest mniejsza niż w poprzednich latach. W tym roku było to 11 proc., w poprzednich latach – ok. 14 proc. Ponadto przywołując konkretne przepisy, wykazaliśmy, że tegoroczna rekrutacja odbywała się według tych samych zasad, które obowiązywały w poprzednich latach.

– Mówi Pan Minister, że to, co słyszymy ze strony polityków opozycyjnych, jest czystą grą partyjną obliczoną na wywołanie emocji. Ale przecież także część zwolenników obecnego rządu uważa, że to niefortunne, aby tak dużą zmianę przeprowadzać w roku wyborczym...

– Chcę mocno podkreślić, że dla nas najważniejsze jest dobro Polski i Polaków, a w tym konkretnym przypadku – dobro dzieci i młodzieży. I to właśnie ze względu na ich dobro ustaliliśmy taki, a nie inny kalendarz wprowadzania kolejnych etapów reformy.
Gdybyśmy się kierowali interesem partyjnym, to rzeczywiście powinniśmy reformę odłożyć np. o rok. Ale ten sposób myślenia jest nam obcy.

– Proszę więc powiedzieć, co konkretnie zdecydowało, że akurat teraz do szkół średnich pójdzie podwójny rocznik?

– Minister Anna Zalewska, gdy przygotowywała kalendarz reformy, brała pod uwagę diagnozy demograficzne. One wyraźnie pokazują, że ten etap reformy powinien zostać przeprowadzony w tym roku, ponieważ mamy najmniej liczne roczniki. Gdybyśmy próbowali wprowadzić reformę za rok, dwa czy trzy lata, to liczba uczniów zdających do szkół średnich byłaby większa.

– Kiedy rozpoczynaliście reformę, niektórzy przedstawiciele Związku Nauczycielstwa Polskiego (ZNP) mówili, że jej efektem będzie utrata miejsc pracy przez nauczycieli. Tymczasem okazuje się, że zwłaszcza w dużych aglomeracjach nauczycieli brakuje. Kogo to dotyczy?

– Na początku pozwolę sobie przypomnieć, że ZNP i politycy opozycji straszyli, iż w wyniku reformy nauczyciele masowo będą tracili zatrudnienie. Niektórzy mówili nawet, że z zawodu zmuszonych będzie odejść ok. 100 tys. nauczycieli. Prawda okazała się zupełnie inna, o czym mówiliśmy od początku. Niestety, z tą prawdą trudno było nam się przebić przez kordon niechętnych nam mediów. W efekcie wielu nauczycieli żyło w strachu, że stracą miejsce pracy.

– A dzisiaj nie tracą pracy, tylko są poszukiwani. Jak duży jest to problem?

– Po pierwsze, zaczyna brakować nauczycieli zawodu. Wynika to z faktu, że muszą to być osoby, które w warunkach rynkowych spokojnie znajdą pracę w swoim zawodzie. Dla nich pensje nauczycielskie są mało atrakcyjne. Po drugie, w dużych miastach brakuje nauczycieli matematyki, fizyki czy języków obcych, co również wynika z sytuacji na rynku pracy.

– To diagnoza, a jak MEN zamierza rozwiązać ten problem?

– Dostrzegliśmy to już wcześniej, dlatego jest możliwość zatrudniania osób nawet bez wymaganych kwalifikacji nauczycielskich, zwłaszcza w przypadku przedmiotów zawodowych. Jest również możliwość zwiększenia wynagrodzenia tak, aby chociaż częściowo dorównać do stawek rynkowych i aby w ten sposób zachęcić specjalistów do przejścia do pracy w szkole.
Stworzyliśmy możliwości prawne, aby nauczyciela można było wynagradzać wyższymi kwotami, o ile organ prowadzący uzna, że warto to zrobić, lub np. dyrektor szkoły znajdzie firmy zainteresowane danym typem kształcenia.

– Samorządowcy mówią, że chętnie by tak zrobili, tylko nie mają na to pieniędzy...

– Niewiele osób wie, że finansowanie oświaty odbywa się nie tylko z budżetu państwa – ta część nazywana jest subwencją oświatową – ale także z udziału w podatkach publicznych, które w części powinny być przeznaczone na zadania edukacyjne. A te podatki przecież od kilku lat wyraźnie rosną. Żeby nie być gołosłownym, odwołam się do przykładu Warszawy, która ma o kilkanaście procent większe dochody z PIT-u i o ponad 25 proc. większe wpływy z CIT-u. Stolica jest więc miastem, które mocno korzysta z rozwoju gospodarczego. W ciągu 3 lat do kasy miasta wpłynęło 3 mld zł więcej. Włodarze Warszawy mają zatem środki na wyższe wynagrodzenia dla nauczycieli. I jeśli mówią, że brakuje im kadry nauczycielskiej, to namawiam ich do tego, aby traktowali oświatę jako inwestycję w młodzież, a nie tylko jako koszt dla miasta.

– Wątpliwe, aby politycy samorządowi sami z siebie zaczęli inaczej traktować oświatę. Wydaje się, że nowe działanie może wymusić jedynie zmiana prawa, ale czy jest to w ogóle możliwe?

– Rzeczywiście, musiałoby dojść do bardzo poważnej wymiany kompetencji między państwem a samorządem. Chcę jednak powiedzieć, że część samorządów postuluje np., aby sprawy wynagrodzenia nauczycieli w całości przyjęło na siebie państwo. Inne samorządy są przeciwne. Nie wiem więc, czy korporacje samorządowe są na to gotowe. Niemniej jako minister edukacji deklaruję, że możemy o tym rozmawiać.

– Pod koniec ubiegłego roku szkolnego ZNP zorganizowało strajk, który sparaliżował większość szkół. Głównym postulatem protestujących były podwyżki. Nie obawia się Pan Minister powtórki na początku tego roku szkolnego?

– Uważam, że tamten strajk wybuchł w dużej mierze z powodu tych złych emocji i wypaczania prawdziwych informacji, o których mówiłem wcześniej. Przypomnę bowiem, że rząd Prawa i Sprawiedliwości doprowadził do wzrostu wynagrodzeń nauczycieli. Już na samym początku premier Szydło i min. Zalewska zaproponowały 3-stopniową podwyżkę, o 5 proc. co roku. Teraz ta ostatnia podwyżka została przyspieszona ze stycznia 2020 r. na wrzesień 2019. Dzięki temu tylko w tym roku nauczyciele otrzymają podwyżkę o niemal 15 proc. Dodam, że jest to najwyższa skala podwyżek, jaka kiedykolwiek miała miejsce w oświacie.

– Odpowiedzią rządu na tamten strajk był również tzw. okrągły stół ws. edukacji. Wzięły w nim udział nie tylko niektóre centrale związkowe, ale obecni byli także rodzice, uczniowie czy kierujący szkołami prywatnymi. Jak rezultaty prac tak szerokiego forum wpłynęły na agendę działań MEN?

– Tak bezprecedensowo szerokie konsultacje są dla nas bardzo ważne, ponieważ chcemy wprowadzać zmiany w oparciu o możliwie duży konsensus społeczny. Jeśli zaś chodzi o skutki, efektem postulatów zgłoszonych przy okrągłym stole edukacyjnym jest m.in. to, że w najbliższych tygodniach zgłosimy kilka rozwiązań, które wzmocnią rolę rodziców w szkole, podniosą jakość kształcenia nauczycieli, a w dłuższej perspektywie rozpoczną zmiany systemu wynagradzania i awansu zawodowego nauczycieli.

– W jakim kierunku chcecie zmienić sytuację rodziców w szkole?

– Zamierzamy umożliwić rodzicom większy wpływ na to, co się dzieje w szkole. Mam na myśli większy wpływ przy opiniowaniu statutu szkoły, czyli dokumentu, który całościowo opisuje, jak szkoła funkcjonuje. Chcemy także uwzględnić rolę rodziców w aspekcie wychowawczym oraz ułatwić finansowanie rad rodziców.

– Sprawą, która obecnie najmocniej bulwersuje rodziców, jest wchodząca do szkół ideologia gender. Jak dorośli mogą przed nią bronić swoje dzieci?

– Rodzice mają wpływ na tzw. program profilaktyczno-wychowawczy szkoły. To tam określane są zadania wychowawcze szkoły. I już na tym poziomie rada rodziców może powiedzieć, jakie – według nich – zadania mogą być realizowane, a jakie nie. Przypomnę również, że zgodnie z Konstytucją RP rodzic może nie dopuścić do tego, aby jego dziecko uczestniczyło w zajęciach dodatkowych, na które on nie wyraża zgody.

– Na upowszechnianie ideologii gender zgadzają się niektóre samorządy. Twierdzą one, że zaproponowane przez nie zajęcia są zgodne z wytycznymi Światowej Organizacji Zdrowia (WHO).

– Chcę powiedzieć jednoznacznie, że według nas, programy WHO są niezgodne z podstawami programowymi przedmiotu „Wychowanie do życia w rodzinie”. W związku z tym dyrektor nie ma prawa wpuścić do szkoły żadnej fundacji, która chciałaby tego typu program realizować. Jeżeli próbowałaby to zrobić, to rodzice mają prawo, przez radę rodziców, zakwestionować wejście takiej organizacji do szkoły.

– A kiedy to nie pomaga?

– Wówczas rodzice mogą interweniować w kuratorium. Zapewniam, że kuratorzy oświaty mają instrumenty prawne, które zmuszą dyrektorów szkół do przestrzegania prawa. W skrajnych przypadkach mogą nawet odwołać dyrektora, który postępuje niezgodnie z prawem.

– Wróćmy jeszcze na chwilę do okrągłego stołu. W trakcie jednej z podjętych tam dyskusji rodzice postulowali skrócenie procesu rekrutacyjnego do szkół średnich. Dzisiaj dla niektórych uczniów trwa to niemal całe wakacje. Czy da się coś z tym zrobić?

– Pracujemy nad tym, ale od razu przyznam, że zaproponowane przez nas rozwiązanie skróci proces rekrutacji maksymalnie o kilkanaście dni. Wynika to głównie z orzeczeń sądowych, które nakazują, aby uczniowie mogli się odwoływać, donieść dokumenty itd. Jako MEN jesteśmy zobowiązani się stosować do tych wytycznych.

– Stałym zarzutem nauczycieli jest to, że programy nauczania są przeładowane. Nauczyciele podobnie twierdzili, kiedy rządziła koalicja PO-PSL. A przecież programy piszą doświadczeni nauczyciele. Na czym polega ten paradoks?

– Rzeczywiście jest tak, że nowe podstawy programowe bardziej szczegółowo określają wymagania wobec uczniów i to, jakie umiejętności powinni oni opanować. Nie zwiększono natomiast objętości materiału, który uczeń ma do opanowania.

– To Pańska odpowiedź jako ministra edukacji, lecz czy to samo powtórzyłby Dariusz Piontkowski jako nauczyciel historii?

– Zdecydowanie tak. Powiem więcej, jako nauczyciel historii – który uczył w szkołach podstawowej i średniej – bardzo dokładnie przejrzałem podstawę programową. Według mnie, nie ma tam znaczącego zwiększenia treści, które mają być przez ucznia opanowane. Nie sądzę więc, aby materiał był przeładowany.
Już jako minister chcę natomiast podkreślić, że obok zmiany struktury szkoły kluczowym elementem reformy jest to, aby nauczyciel nie tylko przekazywał treści, ale by uczył młodzież umiejętności krytycznego, kreatywnego myślenia, szerszej wypowiedzi itp.

– Specjaliści dostrzegli tę zmianę, kiedy porównywali egzaminy w gimnazjach z tymi w szkole podstawowej, w których było więcej zadań otwartych. Jest Pan Minister zadowolony z efektów, które osiągnęli absolwenci 8-letniej podstawówki?

– Mieliśmy wątpliwości, czym się to zakończy, ale okazało się, że nauczyciele szkół podstawowych stanęli na wysokości zadania i przygotowali młodzież do egzaminów pod kątem większej kreatywności i samodzielnego myślenia. W efekcie wyniki egzaminów po szkole podstawowej są porównywalne z wynikami egzaminów po gimnazjum. Wydaje się więc, że model uczenia umiejętności miękkich, a nie tylko zdobywania twardej wiedzy, stopniowo następuje. A na tym bardzo nam zależało, kiedy zaczynaliśmy „dobrą zmianę” w edukacji.

– Na czym jeszcze ma polegać „dobra zmiana” w edukacji?

– Obok odejścia od testomanii, o którą oskarżano polską szkołę, będzie to również przywrócenie nauczania przedmiotowego. Najczęściej w tym kontekście mówiło się o nauce historii, która w starych podstawach programowych kończyła się na pierwszej klasie szkoły średniej. Teraz naukę historii przywracamy aż do końca szkoły średniej. Podobny proces objął przedmioty przyrodnicze.

– A jaki jest cel ostateczny tych wszystkich zmian?

– Mamy nadzieję, że zmiany, w których kładzie się mocny akcent na samodzielne, logiczne i krytyczne myślenie oraz wydłuża czas pracy nauczycieli z tymi samymi uczniami, zaowocują tym, iż absolwenci szkół średnich będą lepiej przygotowani do kontynuowania edukacji na poziomie studiów. Z kolei ci z nich, którzy nie chcą iść na wyższe uczelnie, będą lepiej przygotowani do wykonywania wybranego przez siebie zawodu. Cała nasza młodzież, dzięki reformie, będzie lepiej przygotowana do dorosłego życia.

* * *

Dariusz Piontkowski (1964 r.)
Ukończył studia historyczne na Wydziale Humanistycznym Filii Uniwersytetu Warszawskiego w Białymstoku oraz podyplomowe studia: menedżerskie, z zakresu zarządzania kadrami w administracji publicznej i z zarządzania oświatą.
Pracował jako nauczyciel w I Liceum Ogólnokształcącym im. Adama Mickiewicza w Białymstoku. Zasiadał w białostockiej Radzie Miasta, był radnym Sejmiku Województwa Podlaskiego, a następnie marszałkiem tego województwa.
Poseł na Sejm VII i VIII kadencji.
Od 2015 r. pełnił funkcję zastępcy przewodniczącego sejmowej Komisji Edukacji, Nauki i Młodzieży.
4 czerwca 2019 r. powołany przez Prezydenta RP na urząd Ministra Edukacji Narodowej.
Żonaty, ma dwóch synów. W wolnych chwilach lubi aktywny wypoczynek, szczególnie siatkówkę, turystykę rowerową i żeglowanie.

2019-08-21 11:24

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Bp Solarczyk: Młodzi w KSM biorą odpowiedzialność za siebie, Kościół i Ojczyznę

2020-02-22 14:40

[ TEMATY ]

wywiad

KSM

Bp Marek Solarczyk

Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży

Materiał prasowy KSM

Bp Marek Solarczyk

Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży jest ważną częścią Kościoła. Niewymierna wartość Stowarzyszenia to młodzi ludzie, którzy biorą odpowiedzialność za siebie, Kościół i Ojczyznę – podkreślił bp Marek Solarczyk, delegat Episkopatu Polski ds. KSM. Bp Solarczyk uczestniczy w Ogólnopolskiej Sesji Zarządów i Krajowej Rady KSM w Porszewicach.

KSM: Młodzi w Kościele to szczególny potencjał. Jak wg. ks. Biskupa ich aktywizować?

Bp Marek Solarczyk: Młodzi mają niesamowitą energię i potencjał w każdej przestrzeni życia. W Kościele również. Młodość to etap rozeznawania powołania i rozwijania wiary. Nie można zapominać, że jest to również trudny czas, który zwykłem nazywać czasem przejścia od naśladowania wiary innych, tj. rodziny i bliskich do wiary żywej. Młody człowiek powinien zbudować osobistą wieź z Panem Bogiem. Aktywizacja młodych w kościele to według mnie pomoc w dojściu do pełnej dojrzałości wiary i osobowości. Jeśli wiara będzie szczera, to niezależnie od okoliczności, człowiek głęboko zaangażuje się w relacje z innymi i Panem Bogiem. Nie stanie też niejako obok swojego życia, a będzie żył jego pełnią.

Co KSM daje Kościołowi?

Przede wszystkim KSM jest ważną częścią Kościoła i to podstawowy atut. Niewymierna wartość Stowarzyszenia to młodzi ludzie, którzy potwierdzają swoją wiarę i przynależność do wspólnoty Kościoła. Od początku swojego życia chcą przez obecność w Stowarzyszeniu wyrażać swoją odpowiedzialność za siebie, Kościół i Ojczyznę. Jednak w tym miejscu należy pamiętać o tym, aby aktywizm nie przysłonił formacji duchowej.

Jaką myśl chciałby ksiądz przekazać młodym z KSM?

Przesłanie tak naprawdę jest jedno, biorąc pod uwagę czas w jakim się znajdujemy. W 2020 roku, gdy przygotowujemy się do 100. rocznicy Cudu nad Wisłą, nie sposób będąc młodym człowiekiem, przejść obok tego obojętnie. To dobra okazja, aby pokazać czym jest patriotyzm i prawdziwe wartości w życiu chrześcijanina. Warto przypomnieć czym jest poświecenie w życiu społecznym i osobistym. Stąd, kiedy patrzę na KSM, widzę organizację młodych ludzi, którzy są gotowi dać świadectwo wiary i ofiarności wobec ojczyzny.

Młodzi ludzie lubią rozmawiać z ks. biskupem, co zrobić żeby nie tylko słuchali, ale zostali na lata w Kościele?

Byłbym za tym, aby pomóc zrozumieć młodym kim są i jakie bogactwo mają w sobie. Jako duszpasterz zawsze staram się wczuć w perspektywę młodego człowieka. Coś, co dla mnie może wydawać się oczywiste dla innych nie zawsze takie jest i to z różnych powodów. Młody człowiek jeszcze pewnych sytuacji nie przeżył. Dorasta i uczy się wiary i życia. Sytuacja wiary człowieka, szczególnie młodego, jest bardzo dynamiczna, należy zawsze o tym pamiętać i towarzyszyć młodym.

Czy ks. biskup w młodości działał organizacjach kościelnych? Jeżeli tak, to co ksiądz biskup wyniósł z tamtego doświadczenia?

Moja młodość, to były czasy dość zamierzchłe (śmiech). Od pierwszej komunii, kiedy w mojej miejscowości powstała parafia, byłem ministrantem a potem lektorem. Tak naprawdę środowisko Liturgicznej Służby Ołtarza było w czasach mojej młodości zasadniczą przestrzenią zaangażowania w życie Kościoła. Byłem uczestnikiem a potem absolwent kursu lektorskiego w Warszawie, pod kierunkiem księdza Wiesława Kądzieli. Uczyłem się od niego, wiele rzeczy wspólnie realizowaliśmy i to nie tylko w parafii. Im dłużej żyję i patrzę na tamten czas, widzę jak bardzo ukształtowało to moją wiarę i moje późniejsze życie.

W Porszewicach koło Łodzi w dniach od 21 do 23 lutego trwa Ogólnopolska Sesja Zarządów i Krajowej Rady KSM. Najważniejszymi punktami sesji są obchody 30-lecia reaktywacji KSM w Polsce, nowy program formacyjny i wybory władz ogólnopolskich Stowarzyszenia.

CZYTAJ DALEJ

Depresja - choroba naszych czasów

Niedziela Ogólnopolska 48/2019, str. 42-43

[ TEMATY ]

depresja

stock.adobe.com

Kiedy kończy się zły nastrój, a zaczyna się choroba? Z prof. Łukaszem Święcickim – kierownikiem II Kliniki Psychiatrycznej Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie – rozmawia Mateusz Wyrwich

MATEUSZ WYRWICH: – Późna jesień, krótki dzień – czujemy się zmęczeni. Powiadamy: prześpię się i jakoś to przejdzie. Mamy jednak kłopoty ze snem. Tymczasem za zaburzeniami snu może się kryć depresja. Kolokwialnie i „po domowemu” – deprecha. Wielu ją bagatelizuje, tymczasem depresja to groźna choroba...

PROF. ŁUKASZ ŚWIĘCICKI: – Bardzo groźna. Chociażby dlatego, że 10-25 proc. osób chorych na depresję popełnia samobójstwo. Przy czym rozpoznaje się 20-30 proc. depresji.

Bywa, że niektórzy chorzy potrafią żyć z depresją przez 10 lat, a pewnego dnia, zmęczeni chorobą, odbierają sobie życie.
Nadto nie ulega wątpliwości, że u chorych na depresję częściej występują takie choroby, jak: cukrzyca, nadciśnienie, choroba niedokrwienna serca czy nowotwory. Można więc powiedzieć, że depresja jest dziś jedną z najgroźniejszych chorób. Ale jest chorobą uleczalną, a im wcześniej zacznie się ją leczyć, tym większa jest szansa wyleczenia. Jeśli natomiast proces depresyjny trwa bardzo długo, to pojawia się wiele wtórnych okoliczności podtrzymujących chorobę i potem bardzo trudno jest to kłębowisko problemów rozwikłać.

– Istnieje jednak przekonanie społeczne – ale też pogląd niektórych medyków – że depresja nie jest niczym innym niż rodzajem większego czy bardziej patologicznego smutku...

– Absolutnie się z tym nie zgadzam i walczę z takim przekonaniem. Depresja zawsze była groźna. W polskim piśmiennictwie wspomina się o niej już w XV wieku. Wprawdzie wzmianki o tej chorobie nie pojawiają się jeszcze w pismach medycznych, lecz już całkiem jednoznacznie w piśmiennictwie o charakterze religijnym. W swoim poemacie ks. Jędrzej Gałka nazywa ją: tszczyca. Czytamy więc: „Chcem-li tszczyce zabyć,/A pokoja nabyć,/ Musimy się modlić”. Tszczyca to inaczej tęsknica. Owa tęsknica to bolesna pustka, obojętność. W depresji jest to główny motyw nastrojowy. Tęsknota nie wiadomo za czym. Poczucie niewypełnienia wewnętrznego.

– Jest jesień, niewiele słońca, które doładowuje nasz organizm. Czy o tej porze roku mamy większą skłonność do zapadania na depresję?

– Przeprowadziliśmy z moją asystentką – dr Moniką Dominiak badania, które jasno pokazują korelację między pogodą a zachorowalnością. Zestawiliśmy przyjęcia pacjentów do naszego instytutu z powodu depresji z ostatnich 10 lat z danymi Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej na temat światła słonecznego. I co się okazało? Że zależność jest ewidentna. Im mniej słońca, tym większa zachorowalność. Przy czym – co ciekawe – ta zależność jest modyfikowana płcią.

– No właśnie, badania wykazały też, że depresja jest 3-4 razy częściej rozpoznawana u kobiet niż u mężczyzn, ci zaś 6 razy częściej popełniają samobójstwa. Dlaczego?

– Mężczyzna przychodzi do lekarza z reguły po to, by powiedzieć, że... nic mu nie jest. Słyszy się, że mężczyźni to histerycy, bo jak dostają kataru, to wzywają karetkę pogotowia. Tymczasem fakty są takie, że im mężczyzna jest ciężej chory, tym bardziej nadrabia miną. Przychodzi do lekarza i mówi: „No, nie jest ze mną tak źle”. Jedna z moich współpracownic pisze pracę doktorską na temat depresji u mężczyzn. Jesteśmy przekonani, że taka postawa bierze się zazwyczaj z fałszywego stereotypu męskości. W ubiegłym roku w Polsce samobójstwa popełniło ok. 700 kobiet i ok. 4,9 tys. mężczyzn. Ta szokująca różnica wynika w dużym stopniu właśnie z ukrywania przez mężczyzn swojego problemu. Tymczasem kobiety o wiele chętniej zgłaszają się do lekarza, który się nimi zajmuje.

– Pokutują jeszcze w narodzie opinie, że depresja to kara, klątwa?

– To nonsens. Depresja nie różni się w swej istocie od innych chorób. Jest to choroba częściowo biologiczna, ale do jej powstania przyczyniają się też czynniki zewnętrzne. Od początku do końca jest to jednak choroba. Równie dobrze można by myśleć, że grypa jest karą za grzechy, bo ktoś np. palił papierosy na dworze, a palenie papierosów jest grzechem – zaziębił się, no i zachorował na grypę. Jest w tym logika? Jest w tym sens? Ano, jest, ale jakoś nie słyszałem, żeby ludzie tak mówili. A powinni, bo przecież człowiek sam się wystawił na niebezpieczeństwo zachorowania. Tymczasem jest to nonsens. Co, oczywiście, nie znaczy, że nieład moralny nie sprzyja zachorowaniu na depresję. Niewątpliwie sprzyja. Jeśli człowiek jest ze sobą wewnętrznie skłócony – nie żyje w jakiejś wewnętrznej harmonii, to oczywiście, choroba łatwo w niego „wejdzie”.

– Kiedy powinny nas zaniepokoić nasze zniechęcenie, zmęczenie? Co wskazuje na to, że być może są to początki depresji?

– Takim wskaźnikiem są przede wszystkim zaburzenia snu – jeśli ktoś długotrwale i bez specjalnego powodu nie może spać. Przykładowo: wieczorem nie możemy się doczekać, żeby się położyć. Kładziemy się i nawet szybko zasypiamy, ale budzimy się po dwóch, trzech godzinach, spoceni, wylęknieni, z szybko bijącym sercem. I często z bardzo przykrymi myślami. Druga rzecz, bardzo ważna, to właśnie przykre myśli. Jeśli złapiemy się na tym, że mamy bardzo nierealistyczną ocenę tego, co nas otacza, to jest to już jakiś dzwonek ostrzegawczy. W rzeczywistości bowiem wszystko nam idzie dobrze. Otaczający nas ludzie mają pozytywną o nas opinię, ale my mamy wrażenie, że wszystko robimy źle. To też jest sygnał, że coś z nami nie tak. Wtedy na pewno powinno się pójść do psychiatry. Każdy moment jest bardzo groźny, najgroźniejszy jest jednak ten, kiedy ni stąd, ni zowąd przyjdzie człowiekowi do głowy: a może powinienem popełnić samobójstwo? Wtedy następnego dnia trzeba koniecznie pójść do psychiatry. Nie ma bowiem takiej możliwości, by zdrowy człowiek miał takie myśli.

– Ale przecież do dziś wizyta u psychiatry czy nawet u psychologa to wstydliwa sprawa, swego rodzaju stygmatyzacja. Wprawdzie w ciągu minionego ćwierćwiecza nastąpiła duża zmiana w podejściu do tego problemu, jednak wciąż nie jest to wystarczające.

– Niedawno miałem pacjenta z powiatowego miasta, nauczyciela. Leczył się u mnie na depresję i zabrakło mu leków. Poszedł do psychiatry w swoim miasteczku tylko po receptę. Zaraz po wizycie zadzwonił do mnie i powiedział: „Panie profesorze, stała się straszna rzecz! Kiedy byłem w poczekalni, widział mnie ojciec jednego z uczniów”. Powiedziałem mu, że przecież to nic takiego. Następnego dnia dowiedziałem się, że... popełnił samobójstwo. Wciąż ma miejsce duża stygmatyzacja psychiatryczna i jest tak silna, że ludzie wykształceni, mądrzy są gotowi odebrać sobie życie tylko dlatego, że ktoś ich widział u psychiatry.

CZYTAJ DALEJ

Pogarsza się sytuacja dzieci na całym świecie

2020-02-23 17:21

[ TEMATY ]

dzieci

głód

konflikt

UNICEF

źródło: vaticannews.va

Nie tylko konflikty wojenne, głód i brak dostępu do służby zdrowia zagrażają życiu i przyszłości dzieci. Negatywny wpływ na ich zdrowie ma też zanieczyszczenie środowiska oraz agresywna reklama popychająca młodych w kierunku fast foodu, alkoholu i tytoniu.

Najnowszy raport Funduszu Narodów Zjednoczonych na rzecz Dzieci UNICEF jednoznacznie stwierdza, że sytuacja dzieci na całym świecie znacząco się pogarsza. Żaden kraj nie chroni też wystarczająco ich zdrowia i przyszłości. Badania zostały przeprowadzone w 180 krajach, zarówno charakteryzujących się chronicznym ubóstwem, częstymi suszami i niekończącymi wojnami, jak i w najbardziej rozwiniętych i bogatych.

UNICEF bije na alarm, że w krajach ubogich aż 250 mln dzieci poniżej 5. roku życia nie będzie miało szansy na rozwój swego potencjału.

Ich los jest zagrożony przez kryzysy humanitarne, konflikty, klęski żywiołowe i nowe problemy coraz częściej związane ze zmianami klimatycznymi. Raport podkreśla, że w krajach bogatych zanieczyszczenie powietrza i zły styl życia zbierają równie negatywne żniwo. W porównaniu z rokiem 1975 r. otyłość wśród dzieci wzrosła aż 11-krotnie (z 11 mln do 124 mln). Negatywny wpływ na nasz styl życia mają reklamy. Dzieci bombardowane są rocznie 30 tys. różnych reklam, które nie pozostają obojętne na ich styl życia. Dla przykładu policzono, że tylko w Australii, podczas transmisji telewizyjnych meczy piłkarskich, krykieta i rugby, wyemitowano 51 mln reklam produktów alkoholowych. Raport podkreśla też, że styl życia w krajach rozwiniętych jednoznacznie pokazuje, że nie myślimy dalekowzrocznie i nie zastanawiamy się nad tym, jakie konsekwencje przyniesie to dla przyszłych pokoleń.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję