Reklama

Najważniejsi są uczniowie

2019-08-21 11:24

Z min. Dariuszem Piontkowskim rozmawiał Andrzej Tarwid
Niedziela Ogólnopolska 34/2019, str. 10-13

©pressmaster – stock.adobe.com

O manipulacjach przeciwników reformy edukacji, podwójnym roczniku uczniów, pensjach nauczycieli i roli samorządu w reformie oświaty z Dariuszem Piontkowskim, ministrem edukacji narodowej, rozmawia Andrzej Tarwid

ANDRZEJ TARWID: – Za niewiele ponad tydzień rozpocznie się nowy rok szkolny. Co będzie w nim najważniejsze z punktu widzenia Ministerstwa Edukacji Narodowej?

MIN. DARIUSZ PIONTKOWSKI: – Zaczniemy kolejny rok wdrażania reformy. W nowym roku szkolnym zmiany strukturalne wejdą do szkół średnich, gdzie o jeden rok wydłuży się nauka w liceach i technikach. Zacznie obowiązywać szereg zmian w szkolnictwie zawodowym. Nauczyciele otrzymają kolejną podwyżkę płac. A młodzi nauczyciele, zaczynający pracę w zawodzie, otrzymają dodatkowe środki na start.

– Dlaczego wydłużenie nauki w szkołach średnich jest potrzebne?

– Dłuższa nauka w liceach czy technikach to przede wszystkim szansa na przywrócenie faktycznej rangi kształcenia ogólnego, które powinno dawać szeroką wiedzę i przygotowywać młodych ludzi do podjęcia studiów. Przypomnę, że poza naszym środowiskiem politycznym za takimi właśnie rozwiązaniami opowiadało się bardzo szerokie grono nauczycieli i ekspertów.

– Za to od początku przeciwna zmianom była opozycja. Teraz jej przedstawiciele mówią, że uczniowie szkół średnich przeżyją we wrześniu koszmar...

– Apeluję do tych uczniów i ich rodziców o spokój. A także o niepoddawanie się kolejnym manipulacjom. Niech Państwo poczekają na twarde fakty i skonfrontują je z tym, co było w latach poprzednich. Okaże się, jak jest naprawdę. I które samorządy dobrze się przygotowały do reformy, a które nie wykonały powierzonych im zadań.

– O jakich manipulacjach Pan Minister mówi?

– Mam na myśli całą tę złą atmosferę, którą politycy totalnej opozycji wraz ze sprzyjającymi im mediami wykreowali wokół reformy szkolnictwa. Przykładem jest histeria wywołana przy okazji ostatniego naboru do szkół średnich. Politycy opozycji mówili, że nie wystarczy miejsc dla absolwentów gimnazjów i szkół podstawowych, a wszystko okazało się nieprawdą. W oparciu o niepodważalne dane liczbowe pokazaliśmy, że liczba uczniów, którzy nie dostali się do szkół średnich w pierwszym terminie, jest mniejsza niż w poprzednich latach. W tym roku było to 11 proc., w poprzednich latach – ok. 14 proc. Ponadto przywołując konkretne przepisy, wykazaliśmy, że tegoroczna rekrutacja odbywała się według tych samych zasad, które obowiązywały w poprzednich latach.

– Mówi Pan Minister, że to, co słyszymy ze strony polityków opozycyjnych, jest czystą grą partyjną obliczoną na wywołanie emocji. Ale przecież także część zwolenników obecnego rządu uważa, że to niefortunne, aby tak dużą zmianę przeprowadzać w roku wyborczym...

– Chcę mocno podkreślić, że dla nas najważniejsze jest dobro Polski i Polaków, a w tym konkretnym przypadku – dobro dzieci i młodzieży. I to właśnie ze względu na ich dobro ustaliliśmy taki, a nie inny kalendarz wprowadzania kolejnych etapów reformy.
Gdybyśmy się kierowali interesem partyjnym, to rzeczywiście powinniśmy reformę odłożyć np. o rok. Ale ten sposób myślenia jest nam obcy.

– Proszę więc powiedzieć, co konkretnie zdecydowało, że akurat teraz do szkół średnich pójdzie podwójny rocznik?

– Minister Anna Zalewska, gdy przygotowywała kalendarz reformy, brała pod uwagę diagnozy demograficzne. One wyraźnie pokazują, że ten etap reformy powinien zostać przeprowadzony w tym roku, ponieważ mamy najmniej liczne roczniki. Gdybyśmy próbowali wprowadzić reformę za rok, dwa czy trzy lata, to liczba uczniów zdających do szkół średnich byłaby większa.

– Kiedy rozpoczynaliście reformę, niektórzy przedstawiciele Związku Nauczycielstwa Polskiego (ZNP) mówili, że jej efektem będzie utrata miejsc pracy przez nauczycieli. Tymczasem okazuje się, że zwłaszcza w dużych aglomeracjach nauczycieli brakuje. Kogo to dotyczy?

– Na początku pozwolę sobie przypomnieć, że ZNP i politycy opozycji straszyli, iż w wyniku reformy nauczyciele masowo będą tracili zatrudnienie. Niektórzy mówili nawet, że z zawodu zmuszonych będzie odejść ok. 100 tys. nauczycieli. Prawda okazała się zupełnie inna, o czym mówiliśmy od początku. Niestety, z tą prawdą trudno było nam się przebić przez kordon niechętnych nam mediów. W efekcie wielu nauczycieli żyło w strachu, że stracą miejsce pracy.

– A dzisiaj nie tracą pracy, tylko są poszukiwani. Jak duży jest to problem?

– Po pierwsze, zaczyna brakować nauczycieli zawodu. Wynika to z faktu, że muszą to być osoby, które w warunkach rynkowych spokojnie znajdą pracę w swoim zawodzie. Dla nich pensje nauczycielskie są mało atrakcyjne. Po drugie, w dużych miastach brakuje nauczycieli matematyki, fizyki czy języków obcych, co również wynika z sytuacji na rynku pracy.

– To diagnoza, a jak MEN zamierza rozwiązać ten problem?

– Dostrzegliśmy to już wcześniej, dlatego jest możliwość zatrudniania osób nawet bez wymaganych kwalifikacji nauczycielskich, zwłaszcza w przypadku przedmiotów zawodowych. Jest również możliwość zwiększenia wynagrodzenia tak, aby chociaż częściowo dorównać do stawek rynkowych i aby w ten sposób zachęcić specjalistów do przejścia do pracy w szkole.
Stworzyliśmy możliwości prawne, aby nauczyciela można było wynagradzać wyższymi kwotami, o ile organ prowadzący uzna, że warto to zrobić, lub np. dyrektor szkoły znajdzie firmy zainteresowane danym typem kształcenia.

– Samorządowcy mówią, że chętnie by tak zrobili, tylko nie mają na to pieniędzy...

– Niewiele osób wie, że finansowanie oświaty odbywa się nie tylko z budżetu państwa – ta część nazywana jest subwencją oświatową – ale także z udziału w podatkach publicznych, które w części powinny być przeznaczone na zadania edukacyjne. A te podatki przecież od kilku lat wyraźnie rosną. Żeby nie być gołosłownym, odwołam się do przykładu Warszawy, która ma o kilkanaście procent większe dochody z PIT-u i o ponad 25 proc. większe wpływy z CIT-u. Stolica jest więc miastem, które mocno korzysta z rozwoju gospodarczego. W ciągu 3 lat do kasy miasta wpłynęło 3 mld zł więcej. Włodarze Warszawy mają zatem środki na wyższe wynagrodzenia dla nauczycieli. I jeśli mówią, że brakuje im kadry nauczycielskiej, to namawiam ich do tego, aby traktowali oświatę jako inwestycję w młodzież, a nie tylko jako koszt dla miasta.

– Wątpliwe, aby politycy samorządowi sami z siebie zaczęli inaczej traktować oświatę. Wydaje się, że nowe działanie może wymusić jedynie zmiana prawa, ale czy jest to w ogóle możliwe?

– Rzeczywiście, musiałoby dojść do bardzo poważnej wymiany kompetencji między państwem a samorządem. Chcę jednak powiedzieć, że część samorządów postuluje np., aby sprawy wynagrodzenia nauczycieli w całości przyjęło na siebie państwo. Inne samorządy są przeciwne. Nie wiem więc, czy korporacje samorządowe są na to gotowe. Niemniej jako minister edukacji deklaruję, że możemy o tym rozmawiać.

– Pod koniec ubiegłego roku szkolnego ZNP zorganizowało strajk, który sparaliżował większość szkół. Głównym postulatem protestujących były podwyżki. Nie obawia się Pan Minister powtórki na początku tego roku szkolnego?

– Uważam, że tamten strajk wybuchł w dużej mierze z powodu tych złych emocji i wypaczania prawdziwych informacji, o których mówiłem wcześniej. Przypomnę bowiem, że rząd Prawa i Sprawiedliwości doprowadził do wzrostu wynagrodzeń nauczycieli. Już na samym początku premier Szydło i min. Zalewska zaproponowały 3-stopniową podwyżkę, o 5 proc. co roku. Teraz ta ostatnia podwyżka została przyspieszona ze stycznia 2020 r. na wrzesień 2019. Dzięki temu tylko w tym roku nauczyciele otrzymają podwyżkę o niemal 15 proc. Dodam, że jest to najwyższa skala podwyżek, jaka kiedykolwiek miała miejsce w oświacie.

– Odpowiedzią rządu na tamten strajk był również tzw. okrągły stół ws. edukacji. Wzięły w nim udział nie tylko niektóre centrale związkowe, ale obecni byli także rodzice, uczniowie czy kierujący szkołami prywatnymi. Jak rezultaty prac tak szerokiego forum wpłynęły na agendę działań MEN?

– Tak bezprecedensowo szerokie konsultacje są dla nas bardzo ważne, ponieważ chcemy wprowadzać zmiany w oparciu o możliwie duży konsensus społeczny. Jeśli zaś chodzi o skutki, efektem postulatów zgłoszonych przy okrągłym stole edukacyjnym jest m.in. to, że w najbliższych tygodniach zgłosimy kilka rozwiązań, które wzmocnią rolę rodziców w szkole, podniosą jakość kształcenia nauczycieli, a w dłuższej perspektywie rozpoczną zmiany systemu wynagradzania i awansu zawodowego nauczycieli.

– W jakim kierunku chcecie zmienić sytuację rodziców w szkole?

– Zamierzamy umożliwić rodzicom większy wpływ na to, co się dzieje w szkole. Mam na myśli większy wpływ przy opiniowaniu statutu szkoły, czyli dokumentu, który całościowo opisuje, jak szkoła funkcjonuje. Chcemy także uwzględnić rolę rodziców w aspekcie wychowawczym oraz ułatwić finansowanie rad rodziców.

– Sprawą, która obecnie najmocniej bulwersuje rodziców, jest wchodząca do szkół ideologia gender. Jak dorośli mogą przed nią bronić swoje dzieci?

– Rodzice mają wpływ na tzw. program profilaktyczno-wychowawczy szkoły. To tam określane są zadania wychowawcze szkoły. I już na tym poziomie rada rodziców może powiedzieć, jakie – według nich – zadania mogą być realizowane, a jakie nie. Przypomnę również, że zgodnie z Konstytucją RP rodzic może nie dopuścić do tego, aby jego dziecko uczestniczyło w zajęciach dodatkowych, na które on nie wyraża zgody.

– Na upowszechnianie ideologii gender zgadzają się niektóre samorządy. Twierdzą one, że zaproponowane przez nie zajęcia są zgodne z wytycznymi Światowej Organizacji Zdrowia (WHO).

– Chcę powiedzieć jednoznacznie, że według nas, programy WHO są niezgodne z podstawami programowymi przedmiotu „Wychowanie do życia w rodzinie”. W związku z tym dyrektor nie ma prawa wpuścić do szkoły żadnej fundacji, która chciałaby tego typu program realizować. Jeżeli próbowałaby to zrobić, to rodzice mają prawo, przez radę rodziców, zakwestionować wejście takiej organizacji do szkoły.

– A kiedy to nie pomaga?

– Wówczas rodzice mogą interweniować w kuratorium. Zapewniam, że kuratorzy oświaty mają instrumenty prawne, które zmuszą dyrektorów szkół do przestrzegania prawa. W skrajnych przypadkach mogą nawet odwołać dyrektora, który postępuje niezgodnie z prawem.

– Wróćmy jeszcze na chwilę do okrągłego stołu. W trakcie jednej z podjętych tam dyskusji rodzice postulowali skrócenie procesu rekrutacyjnego do szkół średnich. Dzisiaj dla niektórych uczniów trwa to niemal całe wakacje. Czy da się coś z tym zrobić?

– Pracujemy nad tym, ale od razu przyznam, że zaproponowane przez nas rozwiązanie skróci proces rekrutacji maksymalnie o kilkanaście dni. Wynika to głównie z orzeczeń sądowych, które nakazują, aby uczniowie mogli się odwoływać, donieść dokumenty itd. Jako MEN jesteśmy zobowiązani się stosować do tych wytycznych.

– Stałym zarzutem nauczycieli jest to, że programy nauczania są przeładowane. Nauczyciele podobnie twierdzili, kiedy rządziła koalicja PO-PSL. A przecież programy piszą doświadczeni nauczyciele. Na czym polega ten paradoks?

– Rzeczywiście jest tak, że nowe podstawy programowe bardziej szczegółowo określają wymagania wobec uczniów i to, jakie umiejętności powinni oni opanować. Nie zwiększono natomiast objętości materiału, który uczeń ma do opanowania.

– To Pańska odpowiedź jako ministra edukacji, lecz czy to samo powtórzyłby Dariusz Piontkowski jako nauczyciel historii?

– Zdecydowanie tak. Powiem więcej, jako nauczyciel historii – który uczył w szkołach podstawowej i średniej – bardzo dokładnie przejrzałem podstawę programową. Według mnie, nie ma tam znaczącego zwiększenia treści, które mają być przez ucznia opanowane. Nie sądzę więc, aby materiał był przeładowany.
Już jako minister chcę natomiast podkreślić, że obok zmiany struktury szkoły kluczowym elementem reformy jest to, aby nauczyciel nie tylko przekazywał treści, ale by uczył młodzież umiejętności krytycznego, kreatywnego myślenia, szerszej wypowiedzi itp.

– Specjaliści dostrzegli tę zmianę, kiedy porównywali egzaminy w gimnazjach z tymi w szkole podstawowej, w których było więcej zadań otwartych. Jest Pan Minister zadowolony z efektów, które osiągnęli absolwenci 8-letniej podstawówki?

– Mieliśmy wątpliwości, czym się to zakończy, ale okazało się, że nauczyciele szkół podstawowych stanęli na wysokości zadania i przygotowali młodzież do egzaminów pod kątem większej kreatywności i samodzielnego myślenia. W efekcie wyniki egzaminów po szkole podstawowej są porównywalne z wynikami egzaminów po gimnazjum. Wydaje się więc, że model uczenia umiejętności miękkich, a nie tylko zdobywania twardej wiedzy, stopniowo następuje. A na tym bardzo nam zależało, kiedy zaczynaliśmy „dobrą zmianę” w edukacji.

– Na czym jeszcze ma polegać „dobra zmiana” w edukacji?

– Obok odejścia od testomanii, o którą oskarżano polską szkołę, będzie to również przywrócenie nauczania przedmiotowego. Najczęściej w tym kontekście mówiło się o nauce historii, która w starych podstawach programowych kończyła się na pierwszej klasie szkoły średniej. Teraz naukę historii przywracamy aż do końca szkoły średniej. Podobny proces objął przedmioty przyrodnicze.

– A jaki jest cel ostateczny tych wszystkich zmian?

– Mamy nadzieję, że zmiany, w których kładzie się mocny akcent na samodzielne, logiczne i krytyczne myślenie oraz wydłuża czas pracy nauczycieli z tymi samymi uczniami, zaowocują tym, iż absolwenci szkół średnich będą lepiej przygotowani do kontynuowania edukacji na poziomie studiów. Z kolei ci z nich, którzy nie chcą iść na wyższe uczelnie, będą lepiej przygotowani do wykonywania wybranego przez siebie zawodu. Cała nasza młodzież, dzięki reformie, będzie lepiej przygotowana do dorosłego życia.

* * *

Dariusz Piontkowski (1964 r.)
Ukończył studia historyczne na Wydziale Humanistycznym Filii Uniwersytetu Warszawskiego w Białymstoku oraz podyplomowe studia: menedżerskie, z zakresu zarządzania kadrami w administracji publicznej i z zarządzania oświatą.
Pracował jako nauczyciel w I Liceum Ogólnokształcącym im. Adama Mickiewicza w Białymstoku. Zasiadał w białostockiej Radzie Miasta, był radnym Sejmiku Województwa Podlaskiego, a następnie marszałkiem tego województwa.
Poseł na Sejm VII i VIII kadencji.
Od 2015 r. pełnił funkcję zastępcy przewodniczącego sejmowej Komisji Edukacji, Nauki i Młodzieży.
4 czerwca 2019 r. powołany przez Prezydenta RP na urząd Ministra Edukacji Narodowej.
Żonaty, ma dwóch synów. W wolnych chwilach lubi aktywny wypoczynek, szczególnie siatkówkę, turystykę rowerową i żeglowanie.

Tagi:
wywiad

Przew. Konferencji Rektorów: Homoseksualista nie zostanie przyjęty do seminarium

2019-09-19 08:41

KAI

– Kryteria Kościoła są tu bardzo jasne. Dokumenty Stolicy Apostolskiej mówią, że jeśli ktoś ma głęboko zakorzenione skłonności homoseksualne, to nie powinien być w seminarium – powiedział KAI ks. Wojciech Wójtowicz, przewodniczący Konferencji Rektorów Wyższych Seminariów Duchownych. Rektor WSD w Koszalinie wyjaśnia na czym będą polegać wprowadzane obecnie reformy kształcenia przyszłych kapłanów, m. in. rok propedeutyczny. Jest świadom kryzysu powołań kapłańskich i analizuje jego przyczyny.

Graziako
Marcin Przeciszewski (KAI): Czy możemy mówić o kryzysie powołań kapłańskich w Polsce?

Ks. Wojciech Wójtowicz: Faktycznie, w gronie rektorów seminariów duchownych odczuwamy obawy w związku z malejącą ilością powołań. Dwa lata temu w wywiadzie dla KAI zdystansowałem się wobec kategorii „kryzys” . Dziś mówię odważniej: mamy w Polsce kryzys liczebny powołań kapłańskich. W różnym jednak stopniu dotyka on nasze diecezje i wspólnoty, bowiem tu i ówdzie sytuacja jest bardziej optymistyczna, a prezbiterzy wykonują zadania, które swobodnie można byłoby powierzyć także osobom świeckim.

KAI: Jakie są przyczyny tego kryzysu? Czy generują go nagłaśniane ostatnio skandale molestowania osób małoletnich przez księży?

– Skandale to tylko jeden z faktorów wpływających na stan powołań. Nie bez znaczenia pozostaje ich oddźwięk medialny. O ile słuszna krytyka nadużyć może wspomóc procesy oczyszczenia, o tyle natarczywe i celowe eksponowanie tylko złych stron, zasiewa pośród rozeznających powołanie zwątpienie oraz dystans. Z trudem bowiem poświęca się życie dla wartości, które w przestrzeni publicznej stają się przedmiotem ciągłego ataku czy złośliwej ironii.

Wspomniany kryzys jest jednak zjawiskiem o wiele szerszym. Najpierw stoi za nim słaba demografia. Po wtóre, także sytuacja rodzin. To pewien paradoks, ale w katolickiej Polsce decyzja o kapłaństwie coraz częściej kontestowana jest przez najbliższych. Zdarza się, że kandydat znajduje uznanie w grupie niewierzących rówieśników, podczas gdy rodzina sprzeciwia się jego wyborowi. Jedni, w domach gdzie nie praktykuje się wiary, przekonują że nie warto w ten sposób tracić życia. Inni, wywodzący się z tzw. wysokich sfer życia społecznego, narzucają dzieciom drogę lepszej „kariery”. To prawdziwa walka duchowa, pośrodku której młodym czasem brakuje sił.

Podziwiam tych, którzy mimo to się decydują. Dawniej ksiądz cieszył się dużym kredytem społecznego zaufania. Dziś jesteśmy świadkami upadku tego modelu, z czym wiąże się jednak duża szansa, czy wręcz łaska. Każe ona nie oczekiwać dłużej na respekt z automatu, a stanowi zaproszenie do życia wiarygodną, kapłańską miłością pasterza.

KAI: Przed laty do seminariów wstępowała głównie młodzież wiejska, dziś jest inaczej?

– Najwięcej powołań to kandydaci pochodzący z miast. Wielu wywodzi się z grona ministrantów bądź ze wspólnot i ruchów kościelnych. Rośnie grupa kandydatów przychodzących do seminarium w wieku późniejszym, często już po studiach. Nie w każdym wypadku oznacza to większą dojrzałość. Kondycja młodego pokolenia jest bowiem dziś tak mocno nadwątlona, że niektórzy badacze proponują przesunięcie progu pełnej męskiej dojrzałości nawet do wieku 35 lat. Widać to tak pośród powołanych do kapłaństwa, jak i wśród rozważających decyzję o małżeństwie.

KAI: A czy polskie seminaria są przygotowane do odpowiedzi na te nowe wyzwania?

– Ostatnia dekada przyniosła sporo pozytywnych zmian w formacji. Wiele środowisk szuka nowych dróg. Opierając się na fundamencie wiary i Ewangelii, chcemy także słuchać, co do powiedzenia nam mają szeroko pojęte nauki o człowieku.

Nowe szanse niesie ze sobą także dobre i odpowiedzialne przepracowanie sytuacji kryzysowych. Wspominane już nadużycia uwrażliwiają nas w aspekcie pracy nad dojrzałością ludzką i rodzą konieczność mądrej weryfikacji dotychczasowych modeli. W tym względzie warto jednak zwrócić uwagę, że jeszcze trzy dekady temu, nie tylko w Kościele, ale w całym społeczeństwie, niektóre aspekty ludzkiej seksualności obciążone były potężnym tabu. Otwarcie kwestii zeszło się jednak w czasie ze zjawiskiem silnej erotyzacji kultury i mediów. Dziś to w życiu wielu mężczyzn obszar wielkiej walki o wolność, stąd oczywistym jest, że w sferze psychopedagogicznej w seminariach musi dokonywać się ogromna praca.

KAI: Jak ona wygląda? Chodzi mi szczególnie o kształtowanie dojrzałości w dziedzinie seksualnej.

– Podzielę się doświadczeniem mojego, koszalińskiego środowiska. Korzystamy z szansy, jaką stanowi rok wstępny. W zespole ludzi pracujących na tzw. propedeutyku (rok propedeutyczny) jest ojciec rodziny, doktor nauk medycznych kilku specjalizacji, także tej z seksuologii, który prowadzi zajęcia nt. dojrzałej, wolnej od uzależnień męskości. Mamy też panią psychiatrę, matkę rodziny, która prowadzi warsztaty o różnicach w przeżywaniu płciowości, w sposobach komunikowania się, ucząc tym samym odpowiedzialnych relacji z kobietami. Prowadzone są też warsztaty rozwoju osobowościowego o znacznie szerszym charakterze. Tematyka ta powraca jednak stale, w ciągu całej formacji.

Bywa, że alumni muszą skorzystać ze specjalistycznej terapii. I to nie tylko na polu zmagania się z własną męskością czy czystością (wstrzemięźliwością seksualną), ale także w innych sferach. Szukamy więc pomocy psychologów, lekarzy, słowem kompetentnych ludzi.

KAI: Mówi Ksiądz o warsztatach dotyczących relacji księdza z kobietami. Jak młody ksiądz powinien zachowywać się wobec kobiet, szczególnie tych młodych, przez które często jest adorowany?

– Gdzie Duch Pański tam wolność, więc znakiem dojrzewania będzie serce coraz bardziej spokojne. Drugim, zasadniczym kryterium budowania relacji księdza i kobiety, nie tracąc nic z tożsamości prezbitera, jest zdolność do postawienia się w roli ojca albo brata, bez sztucznej pozy i kokieterii, a kiedy indziej, w odniesieniu do kobiet starszych, także syna. Jest to wyzwanie, do którego stale się dorasta, także przez wyciąganie wniosków z popełnianych błędów.

KAI: Stale powraca pytanie czy możliwa jest przyjaźń między kobietą a duchownym? Wspomnijmy chociażby św. Franciszka i św. Klarę.

– Oboje świętych cechowała wielka wolność duchowa. Już wcześniej, mówiąc za św. Pawłem, wszystko co dokonywało się w ich życiu poza Chrystusem uznali za śmieci. Warunkiem „sine qua non” jest więc najpierw mocne trwanie przy Chrystusie. Drugi warunek to dojrzała osobowość. W nawiązywaniu relacji między kapłanem a kobietą potrzeba dużo jasności. Niezbędny jest transparentny komunikat, na jakich zasadach opierają się te relacje i jakie są granice, których nie można przekroczyć.

KAI: Podejmijmy temat homoseksualizmu pośród kandydatów do kapłaństwa. Dzisiaj jest to ważny problem, poczynając od decyzji o przyjęciu do seminarium duchownego.

– Kryteria Kościoła są tu bardzo jasne. Dokumenty Stolicy Apostolskiej mówią, że jeśli ktoś ma głęboko zakorzenione skłonności homoseksualne, to nie powinien być w seminarium.

REKLAMA

KAI: Zgoda, ale co to znaczy „głęboko zakorzenione”?

– Przywołam tych psychologów i seksuologów, którzy uważają, że praktyki natury homoseksualnej, które nie są jednorazowe i wykraczają poza ramy incydentalnego, niechcianego czy nieoczekiwanego zdarzenia, to pierwszy, mocny argument do uznania skłonności za „głęboko zakorzenioną”. Wstępnym kryterium oceny stają się więc mechanizmy utrwalenia. To głos, z którym moim zdaniem należy się bardzo mocno liczyć. Jako przełożeni, z jednej strony wysoce roztropni, a z drugiej wolni od jakichkolwiek fobii, w ocenie takich przypadków liczymy na pomoc i diagnozę specjalistów szanujących fundamenty chrześcijańskiej antropologii.

KAI: Ale jeśli na furtę zgłosi się człowiek o utrwalonej tendencji homoseksualnej, a przekonany o autentycznym powołaniu… Co wtedy?

– Doświadczenie przekonuje, że osoby o utrwalonej tendencji homoseksualnej, potwierdzonej praktyką, nie są zdolne do życia w celibacie. Inaczej, gdy chodzi o osoby mające lęki, dylematy czy napięcia w tej sferze, zwłaszcza w okresie rozwojowym, na etapie dojrzewania do pełnej identyfikacji.

Nie ma wątpliwości, że takie kwestie powinny zostać podjęte już na wstępnym etapie rozeznawania powołania, w szczerej, pełnej szacunku rozmowie rektora i kandydata. Pamiętamy też o jasnym głosie papieża Franciszka, który często podkreśla, że droga powołania do kapłaństwa i życia w celibacie nie jest drogą dla osób homoseksualnych. Ufam, że aktualnie w naszych seminariach żaden formator ani kierownik duchowy nie zamyka tych dylematów w formie konkluzji „poczekamy, zobaczymy” albo „przemódl to”, choć z pewnością i czas, a tym bardziej modlitwa, są niezbędnymi elementami procesu rozeznania.

KAI: Skoncentrujmy się na formacji seminaryjnej w szerszym wymiarze. Uczestniczył Ksiądz w pracach komisji i zespołów przygotowujących polską wersję „Ratio institutionis sacerdotalis”, czyli nowych zasad formacji do kapłaństwa. Co – zdaniem Księdza – należy szczególnie docenić w reformach, które ma przynieść ten dokument?

– Nowe „Ratio” podkreśla mocno znaczenie wymiaru kerygmatycznego na wszystkich etapach formacji. Nie ma kapłaństwa bez doświadczenia osobistego spotykania się z Jezusem Zbawicielem, z Chrystusem Kapłanem i Sługą. Pierwszy więc owoc dobrej formacji naszych alumnów to po prostu widoczna w ich życiu radość zbawionych. Ostatecznie chodzi o to, aby przyszli kapłani przynosili duchowe owoce, w jasny sposób komunikując sobą: to nie ja, to On – to Bóg. Drugi ważny aspekt dokumentu, to postulat seminarium, które formując do kapłaństwa hierarchicznego, nie kreuje tożsamości funkcyjnej, ale kształtuje mocno ducha służebności i chrześcijańskiego braterstwa; to także seminarium, w którym pierwszą troską nie jest przekaz reguł rządzących kościelnymi instytucjami, ale kształtowanie poczucia wspólnotowości. Tak rozumiana przestrzeń formacyjna przestaje być głównie systemem kontrolno-weryfikacyjnym, a staje się najpierw przestrzenią wielowymiarowego, osobistego rozwoju.

Mój biskup, gdy zostawałem rektorem, powiedział mi: pamiętaj, kapral wychowa z dużym prawdopodobieństwem drugiego kaprala; starszy brat i mistrz we wierze, choć to zdecydowanie trudniejsze, może wychować brata we wierze. Ten dokument próbuje oddać takiego właśnie ducha.

KAI: A druga część dokumentu, dotycząca studiów, tzw. „Ratio studiorum”?

– To przede wszystkim przegląd i weryfikacja treści wykładowych, ujednolicenie systemów, odciążenie niektórych środowisk od przerostu godzin dydaktycznych, mnożonych niekiedy z tytułu potrzeby zagwarantowania etatów pracownikom naukowym. To także nachylenie pastoralne całej dydaktyki i postulat otwartości młodych teologów na inne dziedziny nauki, które pozwalają w prawdzie i całej rozciągłości spojrzeć na świat.

KAI: Wróćmy do zasad wedle których kształtowany jest kandydat do kapłaństwa. Zacznijmy od roku propedeutycznego.

– Episkopat Polski już kilka lat temu podjął decyzję o wprowadzeniu roku propedeutycznego w formie przewidzianej przez Stolicę Apostolską, ale wymóg ten wciąż rodzi wiele obaw, a nawet pytań o samą zasadność takiego projektu. Wszystkie seminaria zakonne od dawna mają nowicjaty. W diecezjach wielu martwi się jednak, że wydłużenie formacji o rok będzie odstraszało kandydatów. Na dziś nie znamy ani jednego takiego przypadku. Ostatnio mówi się o małej ilości kleryków, ale temu można akurat zaradzić organizując formację propedeutyczną np. dla wszystkich seminariów metropolii. Rok wstępny, poza główną siedzibą seminarium i poza tokiem studiów sześcioletnich, został do tej pory ustanowiony tylko w kilku diecezjach: w Koszalinie, Katowicach, a ostatnio w Poznaniu, Łodzi i Gnieźnie. Formatorzy zgodnie dostrzegają jego dużą wartość.

KAI: Na czym więc polega walor tej propozycji?

– Jest to czas pogłębionego rozeznawania decyzji i położenia solidnych, kerygmatycznych podwalin pod życie duchowe. To pierwsze kroki na drodze ascezy i metodycznej, regularnej pracy nad sobą. Nasi klerycy rozpoczynają formację jako uczestnicy rekolekcji ewangelizacyjnych, a na koniec roku udają się na ignacjański fundament. Potem chodzi także o wspominane już przeżywanie siebie w człowieczeństwie, również poprzez zaangażowanie w formy wolontariatu czy pracy hospicyjnej. Dalej, to również wzmocnienie szans edukacyjnych, wyrównanie wiedzy katechizmowej czy integracja wewnątrz rocznika, na razie bez szerokich odniesień do reszty seminaryjnych kolegów.

Osobiście, za duży walor roku propedeutycznego uznaję progresywność proponowanej w jego trakcie formacji. Jest to „rok pomostowy” pomiędzy światem z jakiego przychodzą kandydaci, a codziennym życiem seminaryjnym. Wyobraźmy sobie młodego człowieka, który od dzieciństwa spędza wiele godzin z komórką, telewizorem bądź z komputerem. Kiedy będzie on gotów do wieczornej, seminaryjnej ciszy, tzw. silentium sacrum? Z naszych doświadczeń wynika, że klerycy bez udawania wchodzą w ciszę dopiero po 3 – 4 miesiącach. Tyle czasu potrzeba im na wyjście ze świata szumów i interioryzację, usensownienie tej praktyki. Jeszcze inna sprawa, to w ogóle zasady roztropnego korzystania ze środków komunikacji. Podobnie z życiem modlitwy. Nie wkładamy im od razu brewiarza w dłonie, choć niekiedy się tego dopominają. Zaczynamy od nauki prowadzenia wspólnotowego pacierza. I wcale nie jest oczywiste, że dobrze go znają choćby ci, którzy formowali się w różnych grupach. Zamiast porannej medytacji, najpierw proponujemy lekcje ogólnego zapoznania się z Biblią i kilkanaście godzin warsztatu „lectio divina”. Potem moderator przez kilka tygodni prowadzi tzw. rozmyślanie głośne. Krok po kroku, cierpliwie, ku formom, które są w macierzystym seminarium.

Inny ważny aspekt tego etapu, to atmosfera domu, ważna zwłaszcza wtedy, gdy samo już słowo „dom” było obciążone negatywnymi uczuciami. Idzie o odkrycie piękna życia wspólnotowego i czerpanie z tego radości. W naszym domu klerycy uczą się także gotowania i troski o estetykę codziennego życia. W mojej diecezji to niezmiernie ważne, bowiem większość proboszczów nie może pozwolić sobie na zatrudnienie kogokolwiek do prac na plebanii. Czasem to także szkoła mycia podłogi, prania skarpetek czy krojenia chleba, bo w domu była mama… Na tę naukę jest czas, choćby dlatego, że nie ma jeszcze tylu obowiązków związanych ze studiami.

KAI: Nowe „Ratio Fundamentalis” nie tyle mówi już o wymiarach formacji ludzkiej, intelektualnej, co o etapach formacyjnych. Proszę je scharakteryzować.

– Kolejnym etapem jest „stawanie się uczniem Chrystusa”. Franciszek powtarza: zanim staniesz się misjonarzem, najpierw bądź uczniem Chrystusa. Zanim wystąpisz jako Kościół nauczający, naucz się być Kościołem słuchającym. Dwa lata tego okresu, zbiegające się z formacją filozoficzno-humanistyczną, to droga przejścia od subiektywnej, indywidualistycznej wizji kapłaństwa do doświadczenia wybrania przez niezasłużoną łaskę i miłosierdzie.

Następnym jest etap „upodobnienia się do Chrystusa”. Zajmuje on kolejne trzy lata. Wzniosła zasada teologiczna mówi nam, że kapłan ma być „alter Christus” (drugim Chrystusem). Etap ten to zatem czas uczenia się miłości służebnej i nabywania gotowości do dźwigania krzyża, aby posłusznie pójść za Barankiem, dokądkolwiek idzie. Źle pojęta kategoria „alter Christus” może tymczasem przysłużyć się do kształtowania w duchu klerykalizmu. Powołany powinien więc odkryć, że sam z siebie nie jest nikim wyjątkowym, ale niepojęta jest Jezusowa łaska, którą przynosi i dlatego szczególne jest jego powołanie.

W końcu następuje formacja do bycia „misjonarzem”. Jest to etap o charakterze pastoralnym, kiedy alumn przygotowuje się do zadań duszpasterskich, przejmując stopniowo odpowiedzialność za wspólnotę. Dzieje się to na szóstym roku formacji, gdy przychodzi także pora na ewaluację dotychczasowej wędrówki i na decyzje o święceniach.

Wszystkim tym etapom towarzyszą różne praktyki. Odbywane są one w hospicjach, więzieniach, domach pomocy, na oazach i pielgrzymkach. Klerycy zdobywają także doświadczenia w ramach różnych dzieł ewangelizacyjnych i praktyk katechetycznych. Słowem wszędzie tam, gdzie będą potrzebni jako kapłani.

KAI: A czy duży jest odsiew kleryków podczas formacji?

– Różnie bywa, w niektórych seminariach 40%, a w innych nawet 60%. Większość z występujących rezygnuje sama. Czasem jednak decyzję muszą podjąć przełożeni.

KAI: W oparciu o jakie kryteria?

– Stara tradycja Kościoła mówiła o trzech „s”, w postaci wymogów stawianych kandydatom do święceń: sanus, sapiens i sanctus (zdrowy, mądry i święty). Są one wciąż aktualne, aczkolwiek brzmią być może nieco patetycznie czy idealistycznie. Urzeczywistniają się one w procesie, który w życiu kapłana ma trwać do grobowej deski. Pokusą dla nas, formatorów, może być oczywiście chęć natychmiastowej oceny alumnów według wysokich miar. Nigdy jednak nie będziemy w stanie stwierdzić ostatecznie, na ile wielkie ideały urzeczywistniają się w życiu kleryka. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że badamy raczej poziom szczerości i stan gotowości do wyruszenia w drogę.

Jeśli alumn zgłasza się z problemami albo diagnozuje je sama wspólnota, otrzymuje szansę wzrostu na drodze towarzyszenia duchowego, kolokwiów formacyjnych, czy w końcu poprzez skorzystanie z pomocniczych wobec formacji narzędzi psychologicznych. Podstawową płaszczyzną, na której dokonuje się proces decyzyjny, jest jednak płaszczyzna wiary i modlitwy.

Gdy brak aspiracji albo środki zaradcze nie przynoszą skutku, wówczas podejmowana jest decyzja, że trzeba odejść. Ostateczną decyzję o dopuszczeniu do święceń podejmuje biskup, ale na wcześniejszych etapach olbrzymia odpowiedzialność spoczywa na osobie rektora i całego zarządu seminarium.

Decyzje co do święceń zawsze związane są z ryzykiem. Dlatego podejmujemy je z bojaźnią i drżeniem. Znane są przypadki ryzyka na korzyść kandydata, ryzyka wręcz błogosławionego. Tak było w przypadku ks. Jerzego Popiełuszki, który został wyświęcony dzięki osobistej decyzji kard. Stefana Wyszyńskiego, wbrew bardzo dużemu sceptycyzmowi formatorów.

KAI: Nowym fenomenem w Polsce jest stosunkowo duża ilość rezygnacji z kapłaństwa, już po święceniach. Czym można go tłumaczyć i jakoś mu zaradzać?

– Każde odejście, to indywidualna historia, na którą trzeba spoglądać w duchu pokory i wrażliwości wobec skomplikowania ludzkich losów. Poważny niepokój budzi jednak ostentacyjny styl tychże odejść. Pojawiają się tacy ich świadkowie, którzy występując w roli kibiców i oklaskując rezygnację, wydają się podśpiewywać „nic się nie stało, katolicy, nic się nie stało”. Tymczasem – mówię to najpierw z pozycji doświadczenia własnych słabości – każda niewierność to rana na Chrystusowym Ciele, a jej początkiem bardzo często bywa kryzys wiary i załamanie się osobistej relacji z Bogiem. To wskutek jej braku kapłan traci najgłębszą motywację, która daje mu siłę do konfrontacji z trudnościami jakie napotyka. Złamany celibat, różne formy ucieczki, niechęć czy brak odwagi w poszukiwaniu pomocy, to nierzadko tylko symptomy o wiele głębszych problemów.

Pośród środków zaradczych warto wskazać na konieczność uczenia alumnów gotowości do ofiary. Ta zaś jest kategorią niepopularną w dzisiejszym świecie. Tymczasem nie ma chrześcijaństwa bez drogi paschalnej, nie ma kapłaństwa bez ofiary. Brak ducha ofiary skutkuje w każdym z nas nową, selfistyczną religijnością, w której najważniejszą rolę pełni własne „ja” i jego potrzeby.

KAI: Jaka więc winna być tożsamość kapłańska dziś, w tym świecie, który nas otacza?

– Jej kształt wskazują ostatni papieże. Pierwsza sprawa to pokora i duch służebności. Po drugie, będąc człowiekiem wyraźnej ortodoksji, kapłan powinien być człowiekiem słuchania i dialogu. To duże wyzwanie. Zdarzają się bowiem ortodoksi miewający tendencje fundamentalistyczne, niezdolni do wysłuchania inaczej myślących. Z kolei ci, którzy chętnie dialogują, zapominają niekiedy o fundamencie jasnej tożsamości katolickiej. Pięknie byłoby obie te wartości w sobie zintegrować. Żywym ich przykładem był św. Jan Paweł II: otwarty na świat, a jednocześnie mocno zakorzeniony w żywej Ewangelii Jezusa Chrystusa. Wciąż aktualne jest też wezwanie Benedykta XVI, aby kapłan był przede wszystkim specjalistą od Boga: nie od polityki czy ekonomii. Wierni nie cierpią, gdy wkraczamy w nie swoje obszary kompetencyjne. Trzeci zaś element, to Franciszkowy apel o kapłana gotowego by pójść na peryferie, na spotkanie udręczonej ludzkości, zdolnego do umywania nóg braciom.

Nie zapominajmy jednak, że absolwent seminarium nie jest „gotowym produktem”. Formacja jego tożsamości po zakończeniu studiów zmienia styl, ale się nie kończy. Wiele zależeć będzie od przełożonych, do których trafi po święceniach. Niezmiernie ważni dla jego wzrostu będą też mądrze krytyczni i wspierający go pięknym świadectwem oraz modlitwą świeccy.

KAI: Dziękuję za rozmowę.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Rzecznik KEP: biskupi zobowiązali Caritas Polska do wyjaśnienia zarzutów

2019-09-21 11:39

BPKEP / Warszawa (KAI)

Biskupi obecni na zebraniu Rady Biskupów Diecezjalnych 27 sierpnia br. zobowiązali Komisję Nadzorczą Caritas Polska do wyjaśnienia zarzutów dotyczących kwestii zarządzania Caritas Polska – napisał w przesłanym KAI komunikacie ks. Paweł Rytel-Andrianik, rzecznik Konferencji Episkopatu Polski.

Caritas

Caritas Polska jest instytucją charytatywną Konferencji Episkopatu Polski. Caritas Polska koordynuje pracę 44 Caritas diecezjalnych i archidiecezjalnych w Polsce. Udziela pomocy doraźnej i długofalowej, materialnej i finansowej osobom bezrobotnym, bezdomnym, chorym, starszym, a także imigrantom i uchodźcom. Pomaga ofiarom wojen, kataklizmów i nieszczęść naturalnych poza granicami Polski. Dyrektorem Caritas Polska od 2017 r. jest ks. Marcin Iżycki. Przewodniczącym Komisji Nadzorczej jest bp Wiesław Szlachetka.

Publikujemy pełną treść komunikatu:

Biskupi obecni na zebraniu Rady Biskupów Diecezjalnych 27 sierpnia br. na Jasnej Górze zobowiązali Komisję Nadzorczą Caritas Polska do wyjaśnienia zarzutów dotyczących kwestii zarządzania Caritas Polska.

ks. Paweł Rytel-Andrianik

Rzecznik Konferencji Episkopatu Polski

Warszawa, 21 września 2019

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Rokitno: Diecezjalna Pielgrzymka Nauczycieli

2019-09-22 17:02

Katarzyna Krawcewicz

Do Sanktuarium Matki Bożej Rokitniańskiej 22 września pielgrzymowali nauczyciele i wychowawcy. Nauczycielską pielgrzymkę poprzedziły weekendowe rekolekcje dla katechetów. Ich temat brzmiał: „Być uczniem i czynić uczniów. O formacji chrześcijańskiej w świetle Eucharystii”, a nauki głosił ks. Tomasz Gierasimczyk.

Katarzyna Krawcewicz

- Dzisiaj sporo słuchaliśmy o nauczaniu św. Pawła apostoła. Sam św. Paweł przedstawiał się w swoim liście jako nauczyciel pogan. To ciekawe. Św. Paweł w tej liturgii przybył z nami na pielgrzymkę nauczycieli. Przybył ze swoim nauczaniem do nas, do pogan, bo chociaż jesteśmy ochrzczeni, to wiele razy myślimy jak poganie – mówił rekolekcjonista podczas wieńczącej pielgrzymkę Eucharystii. – A przecież my też jesteśmy powołani, by być nauczycielami i apostołami. Czy dobrze więc przyswoiliśmy sobie tę lekcję hierarchii wartości – dóbr Bożych i światowych? Czy umiemy tę lekcję powtarzać naszym życiem i przekazać tym, którzy zostali nam powierzeni? Powierzono nam wielkie dobro: mi, księdzu – tych, którym duszpasterzuję, a wam, nauczycielom – uczniów i wychowanków. Jaką lekcję przeczytają ci wszyscy ludzie z naszego życia?

Więcej w papierowym wydaniu.

Zobacz zdjęcia: Rokitno: Diecezjalna Pielgrzymka Nauczycieli (22 września 2019)
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem