Reklama

21-22 września • pielgrzymka małżeństw i rodzin na Jasną Górę

Zaufać bez granic

2019-09-17 14:31

Justyna Zbroja
Niedziela Ogólnopolska 38/2019, str. 16-18

Archiwum rodzinne

Jak być przekonanym, że nie nasza, ale Boża wola spełnia się w życiu? Jak stawiać Boga na pierwszym miejscu? Radykalnie. Bo to zawsze się opłaca. On jest miłością, a ten, kto kocha, zawsze chce dla nas dobrze. To, co wydaje nam się dobre bez Boga, najczęściej jest fiaskiem

Ewa i Jacek Lichotowie, rodzice siedmiorga dzieci, katechiści, odpowiedzialni za wspólnotę neokatechumenalną w Danii, opowiadają, ile musieli przekroczyć granic, tych dosłownych oraz tych własnych, by dojść do miejsca, które przeznaczył dla nich Pan. By mogli służyć Temu, który daje życie.

Dzięki nim, choć oni zawsze zgodnie twierdzą, że tylko dzięki Panu Bogu, który ich prowadzi, na północy Danii – w Aalborgu od 10 lat istnieje wspólnota neokatechumenalna. Należą do niej: Duńczycy, Polacy, Rumuni, Słowacy, Brazylijczycy. Rok temu powstała następna – w odległym o 80 km Randers. Głoszą katechezy, w każdą środę spotykają się na Liturgii Słowa, a w soboty na Eucharystii. Są kantorami. Ewa, choć dobrze wykształcona, poświęciła swoje życie rodzinie i wspólnocie. Jacek, profesor na Uniwersytecie w Aalborgu, za swoją najważniejszą misję uważa głoszenie Ewangelii. Śmieje się z siebie, że zdarza mu się do studentów medycyny, których naucza, zwrócić słowami: Drodzy bracia i siostry...

Wbrew sobie

Rok 1999. Jacek kończy studia – biologię molekularną na Uniwersytecie Warszawskim. Myśli o doktoracie. Dostaje propozycję we Freiburgu, na południowym zachodzie Niemiec. To duże wyróżnienie, ale pojawia się wątpliwość. Ewa, jego narzeczona, właśnie kończy trzeci rok germanistyki. Należą do Odnowy w Duchu świętym, jest im i we wspólnocie, i w Warszawie dobrze, bezpiecznie.

Reklama

Postanawiają jednak skorzystać z tej propozycji. – Było dla nas jasne, że jeśli wyjeżdżamy, to jako małżeństwo – mówi Ewa. Nie było opcji mieszkania ze sobą przed ślubem, więc Jacek wyjechał sam, Ewa wszystko przygotowywała do ślubu i wesela. Robiła prawo jazdy, pakowała się, załatwiała przeniesienie na germanistykę we Freiburgu. – Jestem osobą, która długo się zastanawia przed podjęciem jakiejkolwiek decyzji, powolną. Tym razem szło jak z płatka, łącznie z przeniesieniem moich studiów. Mimo innego systemu nauczania wszystko mi zaliczono. Odczytałam to jako Opatrzność, wolę Bożą, bo to, co miałam zrobić – i w takim tempie, było sprzeczne z moją naturą, z moim charakterem – wyjaśnia Ewa.

Wzięli ślub w Ełku, rodzinnym mieście, i na trzeci dzień wyjechali do Freiburga. – Koledzy wiedzieli, że przyjadę z żoną, pięknie przystroili mieszkanie kwiatami, na stole stał szampan, a Ewa weszła tam i w płacz. Siedziała i płakała. – Bo tak naprawdę ten wyjazd dużo mnie kosztował. Miałam 22 lata, zostałam wyrwana z bezpiecznej rzeczywistości – dopowiada Ewa.

Na studiach szło jej dobrze. Ledwie jednak zdołała się przyzwyczaić do nowego miejsca, a tu promotor Jacka dostał propozycję pracy na Uniwersytecie w Aalborgu, w Danii, i chciał zabrać swoich doktorantów ze sobą. – Zbuntowałem się. Jak się potem okazało, przeciw woli Bożej. „Gdzie tam, myślę sobie, do jakiegoś Aalborga. Mowy nie ma”. Szukałem możliwości dokończenia mojego doktoratu gdzieś w okolicy, we Francji albo w Szwajcarii. Pewnego dnia mój promotor zaskoczył mnie, mówiąc: „Dzwonili do mnie z Zurychu, podobno tam załatwiasz sobie doktorat. Jesteś nielojalny”. „Jedźmy do tej Danii” – powiedziałem skruszony. Jakbym nie był sobą. Uparty, bezkompromisowy naraz spasowałem. Teraz widzę, w jaki sposób Bóg działał przez ludzi – wspomina Jacek.

Umarłe miasto

I znowu przenoszenie, dla Ewy kolejny uniwersytet, kolejny, odmienny system nauczania. Dziekan z Uniwersytetu Aalborskiego po rozmowie stwierdził, że Ewa nie może się przenieść na germanistykę. Może natomiast zostać przyjęta na studia międzynarodowe. „Co mi z tych studiów międzynarodowych, kiedy ja chcę uczyć języka niemieckiego!” – westchnęła głośno.

Do Aalborga przyjechali w sierpniu: 16 stopni, odrapane budynki, silosy na nabrzeżu, fabryki.

– Była niedziela, wyszliśmy na spacer – wspomina Ewa. – Godzina 17, a tu ani żywej duszy. Czy tu jest jakaś godzina policyjna? – zaczęliśmy się zastanawiać. Wszystkie bary, restauracje zamknięte. W końcu coś znaleźliśmy. Zamówiliśmy makaron – rachunek 300 koron! To miasto nie jest do życia – stwierdziliśmy.

Naraz Ewa dostała list z uniwersytetu. Została przyjęta na germanistykę. Cud. Ten dziekan postąpił wbrew regułom! – Kiedy potem lepiej poznałam Duńczyków, wydało mi się to nieprawdopodobne. Oni nie postępują wbrew regułom! Tu znowu zobaczyłam działanie Boga – podkreśla.

Posłaniec Boży

Ewa skończyła studia. Teraz czas na dzieci – zawyrokowali. Na kursie przedmałżeńskim mówiono im, że z dziećmi najlepiej trochę się wstrzymać, najpierw dobrze się poznać, nacieszyć sobą. Regulować poczęcie dziecka z kalendarzykiem małżeńskim. Tak też zrobili. – Najpierw My, studia, potem, kiedy My będziemy chcieli, będą dzieci – mówi Ewa, podkreślając słowo: My. – Guzik. Teraz my chcieliśmy, próbowaliśmy wiele razy, a tu nic. Minął rok. Pan Bóg nam pokazał, że to jednak nie my decydujemy, kiedy powstaje życie, tylko On. Od razu tak to odczytaliśmy. Myślałam, że jestem bezpłodna – śmieje się Ewa. Wtedy Jacek dostał propozycję pracy w Bazylei. W Szwajcarii poczęła się Hania. Spędzili tam trzy lata. Kontrakt się kończył. Jacek znowu szukał pracy gdzieś w Europie. Była tylko w Danii. – W tym dziadowskim Aalborgu, myślałam sobie. Ale mamy już Hanię, nie ma co wybrzydzać – wyznaje Ewa. I wrócili do Danii. Pan Bóg prowadził ich jak Izraelitów przez pustynię, dookoła, w tę i we w tę.

W kościele w Aalborgu nie było żadnej wspólnoty. Nie było nawet codziennych Mszy św., jedynie ta niedzielna. Wśród polonii znaleźli kilkanaście chętnych osób i w obecności księdza odmawiali Różaniec oraz modlili się do Ojca Pio o pomoc w założeniu jakiejś wspólnoty, jakiejkolwiek. Modlili się regularnie, raz w tygodniu. Minął rok i pojawił się w Aalborgu ks. Mikołaj Górszczyk-Kęcik. Z Drogi Neokatechumenalnej. Katechista, w znoszonym ubraniu, z długą brodą i jedną walizką w ręku. – Byliśmy w szoku, kiedy poznaliśmy tego kapłana – opowiada Ewa. – Dla niego nie było przeszkód, nie było granic, by głosić Ewangelię, założyć wspólnotę. Chodził od rodziny do rodziny, głosił dobrą nowinę. Ofiarował cały swój czas. Niebawem zorganizował katechezy, po których powstała wspólnota. To było 10 lat temu. Pan Bóg konkretnie odpowiedział na nasze pragnienie wspólnoty.

Oddaj wszystko, co masz

Ewa była już w czwartej ciąży, kiedy zawisły nad nimi czarne chmury. Stała praca w Aalborgu okazała się niestała. Nie chciano Jackowi przedłużyć kontraktu. Co robić? Pytali w modlitwie, jaka jest wola Boża. Znowu mamy się przeprowadzać? Ale dokąd? Tym razem nie było na horyzoncie żadnych perspektyw, żadnych możliwości. Jacek szukał pracy w całej Europie, łącznie z Polską. I nic. Żadnej odpowiedzi.

– Musicie pokazać Panu Bogu, że ufacie Mu bezgranicznie – powiedział wtedy ks. Mikołaj. – Ale jak? – pytali małżonkowie. – Oddajcie biednym wszystkie swoje oszczędności, a On Wam odpowie.

– Pierwsza moja myśl – wspomina Ewa – była taka, że ks. Mikołaj zgłupiał. Jak w takiej sytuacji, gdy jedyny żywiciel rodziny właśnie traci pracę, oddać swoje oszczędności biednym? Wtedy to był dla nas skok w przepaść. Byliśmy wściekli na Mikołaja. Jak on może coś takiego powiedzieć? Jak śmie! Z jednej strony – na co Panu Bogu nasze oszczędności? Ale z drugiej – jak najpełniej okazać Mu swoje zaufanie?

Duch Święty dał im siłę, żeby skorzystać z tej – tak po ludzku rzecz biorąc – ryzykownej propozycji. Oddali wszystkie swoje oszczędności potrzebującym. – Nie minęły trzy tygodnie – opowiada Jacek – a mój szef nagle się uaktywnił. I choć wcześniej prosiłem go miesiącami o zatrzymanie mnie na stanowisku i otrzymywałem odpowiedź: „niestety, nie mam żadnej możliwości”, teraz sam biegał i wszystko załatwiał, żeby zatrzymać mnie na uniwersytecie. Dostałem nareszcie stałą pozycję, wymarzoną pracę. I to była konkretna odpowiedź Pana Boga na nasze zaufanie. I wskazówka: macie zostać w Aalborgu.

Ile dzieci? Kto decyduje?

– Jak już urodziła się Hania, wiedzieliśmy, że to Bóg decyduje, kiedy powstaje życie. Ale ile dzieci chcemy mieć – no to chyba my. Ideałem wydawała się trójka. Dwoje to może takie wygodnictwo – uśmiecha się Ewa. – Trójka to coś ponad to wygodnictwo. Idealnie. Niech będzie trójka.

– I znowu ten ks. Mikołaj, posłaniec Boży – śmieje się Jacek. – W nocnych Polaków rozmowach mówi do nas: „A skąd wiecie, jaka jest wola Boża? Skąd wiecie, ile Bóg chce wam dać dzieci?”. – No, sami czujemy... – my na to. – To przecież nasza decyzja. „A gdzie w tym Pan Bóg? Może on chce wam dać więcej dzieci, a wy Mu na to nie pozwalacie?”.

W Ewie zrodziła się myśl, że może ksiądz ma rację. Może to nie ona powinna sama planować, ile ma mieć dzieci. Ale jak to sprawdzić? Z doświadczenia wiedziała, że pierwsza zaplanowana trójka nie poczynała się za pierwszym razem. Ewa była szczera wobec Boga: „Jeśli to Ty decydujesz, ile mamy mieć dzieci, to daję Ci tylko jedną szansę. Teraz. W następnym miesiącu już Ci jej nie dam. Już się nie zgodzę”. I począł się Damian. Udało się za pierwszym razem. Pan Bóg odpowiedział na tę ich wątpliwość.

Jeśli chcesz, zabierz Damiana

– Przyjmowanie Bożej woli nigdy nie przychodzi z łatwością – twierdzi Ewa. – To, że jesteśmy katechistami, odpowiedzialnymi za wspólnotę, nie oznacza, że zawsze z radością mówimy Bogu: tak. Żeby głosić katechezy w odległym mieście, trzeba się do nich przygotować, zostawić dzieci, zorganizować im opiekę. Trudno jest powiedzieć: „Panie, jestem do dyspozycji”. Wbrew sobie. Czujemy też swoje ograniczenia, chociażby językowe. Katechezy głosimy po duńsku. – Chciałoby się, żeby wszyscy słuchający się nawrócili, weszli do wspólnoty – dodaje Jacek. – Ale tak nie jest. Choć nawrócenie każdego pojedynczego człowieka to dla nas wielka radość, święto.

Mają też wielką nadzieję, że swoimi postawami – Jacka na uczelni, Ewy w kontaktach z napotkanymi ludźmi w przedszkolu i w szkole – oraz tym, że są otwarci na życie i z radością je przyjmują, pokazują ludziom w tym konsumpcyjnym społeczeństwie, że można żyć inaczej.

Ewa często głosiła katechezy, będąc w ciąży albo z maleńkim dzieckiem, bo te, które karmiła, zabierała ze sobą. – To zawsze jest walka, kuszenie, żeby zaniechać głoszenia Ewangelii, bo rodzina, domowe obowiązki.

Dwa lata temu Damian był ciężko chory. Zainfekowany cały organizm, podejrzenie sepsy.

– Antybiotyki nie pomagały, z dnia na dzień było coraz gorzej. Mógł umrzeć, to było bardzo realne – opowiada Ewa. – Jacek opiekował się naszym synem w szpitalu, a ja miałam głosić katechezę o Abrahamie i Izaaku. Myślałam, że nie dam rady. Bolało mnie serce, miałam ściśniętą krtań. Ale ją wygłosiłam – o Abrahamie, który ofiarowuje Bogu Izaaka. Mówiłam prawdę, z własnego doświadczenia. Dla mnie to nie była teoria, odległa opowieść ze Starego Testamentu. Oczywiście, słuchający nie wiedzieli o mojej sytuacji, ale ja w duchu powtarzałam: „Boże, jeśli chcesz zabrać Damiana, jest Twój”, i serce mi krwawiło.

Potem ks. Davide de Nigris (on jest teraz opiekunem wspólnoty, po wyjeździe ks. Mikołaja na misję do Islandii) namaścił Damiana. I chłopiec zaczął zdrowieć. Szybko, z dnia na dzień. Pielęgniarka powiedziała do niego: „O, nareszcie antybiotyk ci pomógł”. „Nie! To namaszczenie chorych” – odpowiedział jej.

* * *

Czy Lichotowie są szczęśliwi, prowadząc takie życie? – Bardzo. Bo szczęście to nie jest brak problemów, ale wspólne w małżeństwie ich rozwiązywanie. W obecności Boga – twierdzi Jacek. – Pewnie, że przychodzą takie myśli, które na pewno są od diabła, że to wszystko na marne, ten trud głoszenia Ewangelii – dodaje Ewa. – Ale wiemy, że Pan Bóg nas do tego powołał. I odpłaca nam. Nie dostatkiem i pieniędzmi, bo te są z tego świata. Ale wiarą dzieci, pokojem serca. Swoją obecnością.

Reklama

Kiedy obowiązuje post?

Ks. Ryszard Kamiński
Edycja płocka 9/2003

Bożena Sztajner

Moi rodzice opowiadali mi, że kiedyś w okresie Wielkiego Postu wypalano nawet garnki, żeby nie została w nich ani odrobina tłuszczu. Dziś praktyka postu w Kościele jakby złagodniała. Przykazanie kościelne mówi o czasach pokuty, ale pozostaje problem, jak rozumieć te "czasy pokuty". Czy 19 marca, w czasie Wielkiego Postu, można zawrzeć sakrament małżeństwa z weselem? Czy w piątek można iść na dyskotekę? Czy w Adwencie można się bawić? Czy post nadal obowiązuje w Kościele?

Czwarte przykazanie kościelne, które dotyczy tych spraw, brzmi: "Zachowywać nakazane posty i wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych, a w okresach pokuty powstrzymywać się od udziału w zabawach". Wydaje się, że najważniejszym wyrażeniem w tak sformułowanym przykazaniu jest słowo "pokuta". Katechizm Kościoła Katolickiego precyzuje, że chodzi tutaj o pokutę wewnętrzną, która polega na nawróceniu serca, przemianie postaw, radykalnej zmianie całego życia na lepsze. To jest podstawowa, prawdziwa wartość pokuty, jej sedno. Takiej pokuty oczekuje od chrześcijanina Pan Bóg i Kościół. Chrześcijanie są zobowiązani do jej praktykowania cały czas. Ponieważ jednak różnie z tym bywa w ciągu kolejnych dni i miesięcy, Kościół ustanowił dni i okresy pokuty, gdy koniecznie należy praktykować czyny pokutne, które wspomagają nawrócenie serca.
Jakie są te czyny pokutne? Wykładnia do omawianego przykazania podana przez Sekretarza Generalnego Episkopatu Polski wylicza: "modlitwa, uczynki pobożności i miłości, umartwienie przez wierniejsze pełnienie obowiązków, wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych i post". Czas zaś pokuty, określony przez czwarte przykazanie, to poszczególne piątki całego roku i Wielki Post. We wszystkie piątki całego roku oraz w Środę Popielcową i Wigilię Bożego Narodzenia (o ile nie przypada wtedy IV niedziela Adwentu), obowiązuje chrześcijanina powstrzymanie się od spożywania pokarmów mięsnych, gdy ukończył on 14 rok życia. Zaleca się jednak, aby także młodsze osoby wprowadzać do tej praktyki, nie czekając aż osiągną one 14 lat. Warto jeszcze dodać, że według Konstytucji Apostolskiej Paenitemini zakaz spożywania pokarmów mięsnych nie oznacza zakazu spożywania nabiału i jaj oraz przyprawiania potraw tłuszczami zwierzęcymi.
Prymas Polski (to także ważne) udzielił dyspensy od obowiązku powstrzymania się od potraw mięsnych w piątki wszystkim, którzy stołują się w zakładach zbiorowego żywienia, gdzie nie są przestrzegane przepisy postne, a także takim osobom, które nie mają możności wyboru potraw, a muszą spożywać to, co jest dostępne do spożycia. Dyspensa ta nie dotyczy jednak Wielkiego Piątku, Środy Popielcowej i Wigilii Bożego Narodzenia. Zatem w te trzy dni obowiązuje w każdych okolicznościach powstrzymanie się od spożywania potraw przyrządzonych z mięsa.
Po wyjaśnieniu wymagań IV przykazania kościelnego w odniesieniu do wstrzemięźliwości od pokarmów mięsnych, zwróćmy uwagę na "nakazane posty" w tym przykazaniu. Post może być jakościowy i ilościowy. Ten pierwszy dotyczy niespożywania określonych pokarmów, np. mięsa. Ilościowy zaś polega, według wyżej wspomnianej Konstytucji Apostolskiej, na spożyciu jednego posiłku dziennie do syta i dopuszcza możliwość przyjęcia "trochę pokarmu rano i wieczorem". Taki post obowiązuje wszystkich wiernych między 18 a 60 rokiem życia w Środę Popielcową i w Wielki Piątek. Należy tutaj powtórzyć wcześniej napisane słowa, że ci, którzy nie mają 18 lat, właściwie od dzieciństwa powinni być wychowywani do spełniania tej praktyki. Błędem byłoby stawianie tego wymagania dopiero od wieku pełnoletności. Racje wydają się oczywiste i nie ma potrzeby ich przywoływania w tym miejscu.
Gdy chrześcijanin podlega uzasadnionej niemożności zachowania wstrzemięźliwości w piątek, powinien podjąć inne formy pokuty (niektóre z nich zostały przytoczone wcześniej). Natomiast post ilościowy i jakościowy w dwa dni w roku: Wielki Piątek i Środę Popielcową, powinien być koniecznie zachowywany. Winien rozumieć to każdy chrześcijanin, nawet ten, który słabo praktykuje wiarę. Dyspensa Księdza Prymasa, o której wspomniałem wcześniej, nie dotyczy zachowania postu w te dwa dni roku. Ci zaś, którzy z niej korzystają, powinni pomodlić się w intencji Ojca Świętego, złożyć ofiarę do skarbonki z napisem "jałmużna postna", lub częściej spełniać uczynki miłosierdzia.
Jeszcze kilka słów o zabawach. Powstrzymywanie się od udziału w nich obowiązuje we wszystkie piątki roku i przez cały Wielki Post, łącznie z dniem św. Józefa (19 marca) - jeśli wtedy trwa jeszcze Wielki Post. Adwent nie został zaliczony do czasów pokuty, dobrze jednak byłoby w tym czasie powstrzymać się od udziału w zabawach, zachowując starą i dobrą polską tradycję - Adwent trwa bardzo krótko, a karnawał jest tak blisko. W Adwencie zaś - co staje się coraz powszechniejszą praktyką - jest wiele spotkań opłatkowych, które mają inny charakter. Warto je upowszechniać i pozostawać w radosnym, pełnym nadziei oczekiwaniu na przyjście Zbawiciela w tajemnicy Bożego Narodzenia.

Od marca 2014 r. obowiązuje nowa wersja IV przykazania kościelnego

Przeczytaj także: Nowa wersja IV przykazania kościelnego - powstrzymanie się od zabaw tylko w Wielkim Poście
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Sympozjum „Ogrody przykościelne – teoria i praktyka”.

2019-12-14 16:41

ks. Wojciech Kania

W Diecezjalnym Centrum Kultury, Edukacji i Formacji Chrześcijańskiej „Quo Vadis” w Sandomierzu odbyło się sympozjum pt. „Ogrody przykościelne – teoria i praktyka”. Organizatorem spotkania była Kuria Diecezjalna oraz Instytut Matematyki Informatyki i Architektury Krajobrazu KUL w Lublinie.

ks. Wojciech Kania

Jak powiedział ks. dr hab. Jacek Łapiński, jeden z współorganizatorów sympozjum: – Cały czas jesteśmy w dyskusji na temat przestrzeni sacrum. Okazuje się, że teren przykościelny to jest takie przedłużenie sacrum. Zdarza się często, że teren poza świątynią jest na pograniczu sacrum profanum. A on tak naprawdę jest przedłużeniem sacrum. Dobre zaaranżowanie tego terenu, to jest wprowadzenie do właściwego sacrum. Ktoś idąc do świątyni, jeśli przechodzi przez ładnie zaprojektowany teren, to jest to dalsze przygotowanie do spotkania z sacrum. Sympozjum ma na celu pokazanie, co według sztuki ogrodów powinno być robione, aby było też zgodne z sacrum.

ks. Wojciech Kania

Pierwszy z zaplanowanych wykładów wygłosiła dr hab. Ewa Trzaskowska pt. „Kształtowanie terenów przykościelnych”. – Przestrzeń przy kościołach włączona jest w życie społeczne i gospodarcze poprzez takie formy jak parking i garaże. Powoduje to nieświadomą, przypadkową, ale zwykle szkodliwą ingerencję w sferę sacrum. Często rodzi to zagrożenia dla wartości estetycznych i symboliczno – emocjonalnych – podkreśliła dr Ewa. Wskazała również na brak lub pomijanie symboliki. Na zakończenie prelekcji udzieliła kilku wskazówek odnośnie projektowania ogrodów przykościelnych. – Ważne jest uwzględnienie otoczenia czyli kontekstu miejsca, dlatego należy inwentaryzować wszystko, co należy do terenu kościelnego: budowle, gatunki roślinności oraz ich stan zachowania. Dopiero na podstawie analiz można podjąć decyzje dotyczące zachowania, rewitalizacji lub ewentualnego usunięcia konkretnych elementów.

ks. Wojciech Kania

Kolejnym prelegentem był dr inż. Piotr Kulesza, który wygłosił prelekcje pt. „Aranżacja współczesnej przestrzeni sakralnej. Wybrane elementy przestrzenne i kompozycyjne”. W swoim wystąpieniu odwołał się do symboliki chrześcijańskiej, wskazując takie elementy jak: ogrodzenie, brama, woda. Ogrodzenie jest symboliczną granicą miedzy sacrum a profanum. Jak mówił: – Mur w znaczeniu alegorycznym utożsamiano z Chrystusem ze względu na moc jego opieki nad ludźmi. Jezus Chrystus uczył jak godzić i spajać odmienne światy. Mur ma chronić, oddzielać, a z drugiej strony wyznaczać przestrzeń o cechach sakralnych. Brama z kolei jest symbolem wejścia do Królestwa Bożego.

Dodał, że symbol wody można uzyskać stawiając w ogrodzie imitację studni z cembrowiną, instalując tzw. suchy potok albo ekologiczny ogród deszczowy napełniany wodą podczas opadów. Potem ta woda stopniowo opada, następuje jej retencja, jest więc połączenie symboliki z ekologią – stwierdził prelegent.

Natomiast o chrześcijańskiej symbolice roślin mówiła dr hab. Magdalena Lubiarz. – Wielką stratą ogrodów przykościelnych jest niedocenianie drzew, a trzeba pamiętać, że chrześcijaństwo przejęło od wcześniejszych kultur postrzeganie drzew jako miejsca przebywania Boga. Grusza jest symbolem objawień Matki Bożej, a we współczesnych ogrodach przykościelnych raczej trudno jest znaleźć gruszę. Swój wymiar świętości w toku rozwoju chrześcijaństwa stracił także dąb. To dlatego, że dawniej w lasach pod dębami wypasano świnie, które jadły żołędzie. To wystarczyło, aby dąb stracił swoją symbolikę. Tymczasem warto do niego wrócić w ogrodach przykościelnych, ponieważ jest on długowieczny, potężny, o przepięknym pokroju – mówiła prelegentka.

Na zakończenie spotkania zostały poprowadzone warsztaty z projektowania przykościelnych ogrodów. Jak mówił ks. dr hab. Jacek Łapiński: – Chcemy pokazać księżom na konkretnych przykładach, jak powinny być projektowane ogrody przykościelne oraz dać pewne wskazówki.

ks. Wojciech Kania
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem