Reklama

rozmowa z mistrzem

Bez sztuki ludzie stają się gorsi

Niedziela Ogólnopolska 42/2019, str. 46-47

Grzegorz Boguszewski

Wiesława Lewandowska: – Na szwajcarskich stronach internetowych jeszcze dziś można znaleźć zdjęcie radosnego młodego chłopaka z rozwichrzoną czupryną i batutą w ręku. To wtedy, Maestro, wszystko się zaczęło – współpraca z najlepszymi orkiestrami świata oraz ze znakomitymi solistami, wielkie sale koncertowe Europy, Ameryki, Azji?

Grzegorz Nowak: – Tak, to był międzynarodowy konkurs dyrygencki im. Ernesta Ansermeta w Genewie, w którego historii tylko dwa razy przyznano pierwsze nagrody; miałem zaszczyt być pierwszym zwycięzcą. Do Genewy udałem się nie z Polski, lecz ze Stanów Zjednoczonych; studiowałem w Eastman School of Music, która zafundowała mi stypendium doktoranckie, potem objąłem posadę profesora na Uniwersytecie Ohio. Po genewskim konkursie pojawiło się mnóstwo zaproszeń na koncerty, objąłem stanowisko dyrektora znakomitej szwajcarskiej orkiestry symfonicznej i opery w Biel/Bienne. Wróciłem więc do Europy, a stąd znów ruszyłem w świat, atrakcyjnych propozycji pracy nigdy nie brakowało.

– I to przez wiele lat! A przecież praca wziętego dyrygenta to niezwykle wyczerpujące zajęcie...

– Po jednym z koncertów moja córeczka, mająca wówczas cztery lata, oświadczyła: ja też będę dyrygentem, bo ty masz tyle radości przy pracy, a inni ludzie wcale tak się nie cieszą, gdy ciężko pracują. A codzienność dyrygenta jest taka, że zanim dojdzie do koncertu, potrzeba wytężonej pracy nad własną wizją poprowadzenia utworu, a potem często niełatwej pracy z orkiestrą. Mimo wszystko nigdy nie opuszcza mnie ta radość z muzykowania.

– A kiedy po raz pierwszy przyszły maestro ją w sobie odkrył?

– Nie jest to odkrycie, ale z pewnością byłem najnudniejszym przedszkolakiem; gdy moi rówieśnicy wciąż zmieniali plany na przyszłość, ja niezmiennie obwieszczałem, że będę muzykiem i kropka. Nie mogło być inaczej, bo w mojej rodzinie od pokoleń wszyscy byli organistami. Zresztą później, już w czasie studiów muzycznych, sam byłem organistą w kościele na Wzgórzu św. Wojciecha w Poznaniu.

– Skąd pomysł na dyrygenturę?

– Rodzice posłali mnie na przedszkolną naukę gry na skrzypcach, ale jak tylko zobaczyłem orkiestrę i dyrygenta, od razu postanowiłem, że będę dyrygentem. W czasie studiów byłem koncertmistrzem w Teatrze Muzycznym w Poznaniu, ale ostatecznie na drogę dyrygentury skierował mnie pewien zabawny tzw. zbieg okoliczności. Władze nowo powstałego wówczas województwa słupskiego zwróciły się do znakomitego reżysera Macieja Prusa o „zrobienie w ich mieście operetki”, a ten się ochoczo zgodził, myśląc, że chodzi o „Operetkę” Gombrowicza. Gdy okazało się, że idzie o stworzenie teatru operetkowego, zaangażowany w tę niebywałą sprawę kompozytor Jerzy Satanowski poprosił mnie o pomoc, jak się z tego wykręcić, nie przyznając się do nieporozumienia. Zaproponowaliśmy jedynie sensowną w tamtych warunkach formułę teatru muzycznego, a nie operetki. Tłumaczyliśmy słupskim marzycielom, że taki teatr to ogromne przedsięwzięcie, że nie da się ściągnąć artystów, bo przecież nie ma dla nich mieszkań...

– Nie poskutkowało?

– Na szczęście! Dziś tamten upór daje wiele do myślenia... Mieszkania zbudowano. Wielu bardzo dobrych artystów zdecydowało się wtedy na tę słupską przygodę. Wkrótce zrobiliśmy tam przedstawienie złożone z dwu oper Mozarta („Bastien i Bastienne” i „Dyrektor teatru”) w reżyserii Ryszarda Peryta, który wtedy po raz pierwszy wyreżyserował operę, a potem był już wyłącznie reżyserem operowym, dedykowanym do Mozarta. A Maciej Prus zrobił tę swoją „Operetkę” Gombrowicza. Znakomicie się tam pracowało. To były naprawdę dobre czasy dla polskiej kultury: naszą uwerturę z „Dyrektora teatru” w całości puszczono w czasie dziennika telewizyjnego! Dzisiejszy świat uważa, niestety, że muzyka klasyczna interesuje wyłącznie osoby starsze. Moim zdaniem, trzeba bić na alarm i zadbać o to, żeby nasze dzieci oswajać z tym rodzajem muzyki, żeby pokazywać całe jej piękno i znaczenie.

– Czy komuś jeszcze na tym zależy?

– Nie wiem, jak to wygląda obecnie w Polsce, ale w tzw. wielkim świecie tak się jeszcze zdarza; najlepsze orkiestry organizują specjalne serie koncertów dla dzieci. W USA w swoim czasie prowadziłem takie specjalne koncerty; robiłem quiz na rozpoznanie zagranego utworu, dzieci odpowiadały, że to muzyka ze znanej im bajki lub filmu... Wtedy tłumaczyłem, że to motyw np. z symfonii Césara Francka, a potem graliśmy oryginalny utwór. Dzieciaki były zachwycone, na pewno przestały się bać określenia „muzyka poważna”. A to ważne dla przyszłości, bo przecież „muzyka łagodzi obyczaje”, zwłaszcza subtelna muzyka klasyczna. Nic więc nie zastąpi dobrej klasycznej orkiestry.

– Ile prawdy jest w powiedzeniu, że „nie ma dobrych orkiestr, są tylko dobrzy dyrygenci”?

– Powiedziałbym, że bywają dobre orkiestry i dobrzy dyrygenci. Warszawski Teatr Wielki ma dziś bardzo dobrą orkiestrę, mającą wielu znakomitych muzyków, którzy potrafią grać zespołowo, słuchają się nawzajem, idealnie reagują na dyrygenta, co jest bardzo ważne w orkiestrze operowej, bo tu na scenie mogą się zdarzyć różne nieprzewidziane sytuacje. Muszę przyznać, że dziś ta orkiestra może się porównywać z najlepszymi na świecie.

– Czego zatem brakuje, by mogła zrobić światową karierę?

– Trzeba by jej stworzyć szansę na samodzielne wyjście na estradę i zaistnienie czysto symfoniczne. Chciałbym, aby mogła grać własne wielkie koncerty. A zatem należałoby pozyskać odpowiednie zaplecze materialne i opracować atrakcyjny repertuar, inny od tego, który proponuje Filharmonia Narodowa.

– Czyli jaki?

– Teatr operowy ma tu ogromne możliwości. Mamy przecież wielu robiących światową karierę polskich śpiewaków, lecz w przedstawieniach Teatru Wielkiego występują oni raczej rzadko, bo nie mogą sobie pozwolić na dłuższe przerwy w zagranicznych kontraktach, zaś na koncerty zapewne byliby w stanie przyjechać. A z czasem można by planować także koncerty zagraniczne...

– W 2017 r. objął Pan ponownie stanowisko dyrektora muzycznego Teatru Wielkiego Opery Narodowej. Jak wiele już udało się zdziałać?

– Mamy już pewne sukcesy. Zrobiliśmy np. wznowienia zapomnianych polskich oper – „Goplana” Władysława Żeleńskiego zdobyła operowego Oscara: nagrodę International Opera Awards, natomiast nasza produkcja z minionego sezonu – „Manru” Ignacego Paderewskiego – zdobyła nominację do tejże nagrody. Dostrzeżono nas! Warszawski Teatr Wielki z lokalnej opery zmienia się w instytucję na naprawdę światowym poziomie.

– Czy współpraca z warszawską orkiestrą jest podobnie satysfakcjonująca jak z tymi najlepszymi, którymi było Panu dane dyrygować?

– Trudno tu porównywać, bo za każdym razem to całkiem nowe wydarzenie, ale radość i satysfakcja pozostają zawsze na tym samym poziomie. Tak było od początku, od pamiętnego koncertu w Genewie. Jednak najbardziej fantastycznym moim doświadczeniem był pierwszy kontakt z Royal Philharmonic Orchestra, po którym zaproponowano mi stanowisko jednego z jej stałych głównych dyrygentów.

– Na czym polega ta zaszczytna współpraca?

– Jest to orkiestra, która gra mnóstwo koncertów na całym świecie, a o jej sukcesie i repertuarze decyduje złożony z muzyków tzw. komitet dyrekcyjny. Trzeba przyznać, że ta struktura organizacyjna funkcjonuje tam fantastycznie, bo w dużym stopniu eliminuje ograniczenia repertuarowe narzucane przez menadżerów...

– Można powiedzieć, że w tej orkiestrze rządzą muzycy z ogromnym poczuciem misji szerzenia tzw. kultury wysokiej?

– Tak. I robią to najlepiej na świecie. A przy tym są to muzycy znakomici, skromni, grają jak marzenie, cieszą się bardzo z tego, co robią, i są otwarci na wszelkie nowe wyzwania. Mogę o tym zaświadczyć, bo spośród wszystkich orkiestr, z którymi pracowałem, to właśnie z Royal Philharmonic Orchestra odbyłem najwięcej koncertów.

– Co ze swego bogatego doświadczenia będzie się Pan starał przeszczepić na dzisiejszy polski grunt?

– Nie wszystko jest możliwe. Niestety, zbyt ambitne realizacje – te naprawdę rozwijające kulturę wysoką, kształtujące gusta odbiorców – nigdzie nie „sprzedają się” dobrze. Gdybym np. chciał zrobić w Teatrze Wielkim cały sezon muzyki współczesnej, to zapewne stracilibyśmy publiczność, która wciąż chce słuchać tych już jej znanych, najgenialniejszych utworów. Niemniej każda dobra orkiestra ma moralny obowiązek popierać muzykę współczesną, zwłaszcza muzykę lokalnych kompozytorów.

– To chyba coraz mniej możliwe, skoro w dzisiejszych czasach liczy się „dobra sprzedaż”, a więc raczej schlebianie niezbyt wysmakowanym gustom niż ich kształtowanie...

– To jest możliwe, jeśli tylko politycy zechcą bardziej wspierać artystów. Gdy pracowałem w Kanadzie, robiłem mnóstwo premier nowych kompozycji, a nawet zamawialiśmy je u kanadyjskich kompozytorów. Mam nadzieję, że także tu, w Polsce, gdy uda nam się zrobić i spopularyzować serię koncertów, nadejdzie czas na regularne zamawianie utworów u naszych twórców, zarówno młodych utalentowanych, jak i tych już uznanych.

– Bez solidnego mecenasa czy raczej – mówiąc dzisiejszym językiem: sponsora – nie będzie to chyba możliwe...

– Niestety, państwowe dotacje na orkiestry są wszędzie na świecie wciąż zmniejszane, np. budżet Royal Philharmonic Orchestra kilka lat temu obcięto o połowę. W Niemczech doprowadzono do powolnej eliminacji orkiestr przez ich łączenie zamiast drastycznej likwidacji. Tak więc na świecie mamy coraz mniej orkiestr, ponieważ politycy chcą mieć więcej pieniędzy na zbrojenia, a kultura jest pierwsza do odstrzału... Szkoda, bo bez wysublimowanej sztuki ludzie stają się gorsi, skłonni do agresji i przemocy.

– Jak Pan postrzega tę misyjno-ekonomiczną sytuację dzisiejszych polskich orkiestr?

– Niewiele ich mamy, a zatem wszystko przed nami. Faktem jest, że nawet w Teatrze Wielkim musieliśmy kilka razy skasować koncerty, bo nie najlepiej się sprzedawały. Państwo wprawdzie stara się wspierać sztukę, ale marzy mi się, żeby Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego miało większy budżet, który umożliwiłby nam realizację ambitnych planów. W Polsce kłopot z – nieźle funkcjonującym w innych krajach – sponsoringem prywatnym. Brakuje dobrych dla rozwoju kultury regulacji podatkowych. Musimy więc polegać na mecenacie państwa i liczyć na większą przychylność polityków. Loża rządowa w Teatrze Wielkim nigdy nie świeci pustką – mam nadzieję, że ten dowód docenienia naszej działalności artystycznej to dobry znak na przyszłość.

Grzegorz Nowak
Absolwent poznańskiej Akademii Muzycznej. Współpracował z kilkudziesięcioma orkiestrami na całym świecie. Jego wielokrotnie nagradzana dyskografia liczy ponad 100 płyt. Od września 2017 r. pełni funkcję dyrektora muzycznego Teatru Wielkiego – Opery Narodowej

2019-10-16 12:28

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Zielone Świątki, tatarak w kątki!

Po Bożym Narodzeniu i Wielkanocy przez długie wieki w sposób najbardziej uroczysty świętowano właśnie Zesłanie Ducha Świętego. Jest to jedno z najstarszych świąt Kościoła wprowadzone już w II w. To Duch Święty napełnił mocą i żywą wiarą Apostołów tak, by na całym świecie mogli głosić prawdy wiary Chrystusowej.
W początkach chrześcijaństwa święto nosiło nazwę pentekoste - pięćdziesiąt dni po Wielkiej Nocy. W Polsce, podobnie jak w innych krajach europejskich, tradycje zielonoświątkowe łączą się jeszcze z elementami obyczajów pogańskich, szczególnie z tymi, które wiązały się ściśle ze świętem rolników i pasterzy. Obfitowały one w pieśni, modlitwy, procesje błagalne wśród pól o dobry urodzaj. W narożnikach pól zatykano gałązki zieleni, by chronić od gradobicia.
Różne regiony Polski dopracowały się nieco odmiennego obyczaju zielonoświątkowego, ale wszystkie łączyła radość z tej najpiękniejszej pory roku. Domy i obejścia musiały być udekorowane kaskadami zieloności, wśród której pierwsze miejsce zajmowały brzezina, jodła, klon i tatarak. Gałęzie zatykano za obrazy i belki, układano je na sprzętach i pułapach, a podłogę wysypywano rześko pachnącym tatarakiem.
„Musiało być wszędzie zielono: w oknach, ścianach, płotach - musiało się mienić świeżym liściem (...). W okolicach Pińczowa na ten dzień mieszkańcy wsi rozrzucają tatarak po podłodze w izbach i przed sieniami, a ponadto majętniejsi włościanie pieką na te święta placek z twarogiem, powszechnie tu nazywany kołaczem” (W. Siarkowski, Materyjały do etnografii ludu polskiego z okolic Pińczowa, reprint Kielce 2000, s. 25).
Zieleń była od czasów pogańskich łączona z tymi dniami. Zielone wieńce zdobiły głowy dziewcząt, a wieńce z liści brzozy, dębu i klonu zakładano nawet na szyje koni i rogi bydła, zaś wianuszki z polnych kwiatów opasywały szyje gęsi i kaczek. Wybór liści nie był przypadkowy; delikatna brzoza miała wzbudzać miłość i sympatię, dąb zapewniał przyjaźń i długie życie, a klon - zdrowie. Wierzono, że cechy te przechodzą z liści na zwierzęta.
Zielonym Świętom towarzyszyły zabawy ludowe, m.in. gonitwy czy wdrapywanie się na wysoki słup zwany majem (np. w okolicach Bliżyna), chodzenie po domach z „gaikiem” i zbieranie datków. Nie brakowało wówczas zabaw o charakterze matrymonialnym. Zdaniem przede wszystkim Oskara Kolberga, jak i innych etnografów, zwyczaje tego święta trzeba łączyć z tradycją sobótkową. W naszym regionie była ona szczególnie związana z Łysicą i okolicami Świętego Krzyża, gdzie świętowano według wręcz pradawnego schematu pogańskiego, a ponadto łączono to z organizacją w tych dniach jarmarku.
Jeszcze w średniowieczu Kościół zwalczał te zabawy jako uporczywe pozostałości pogańskie, pozwalając tylko na „majenie obejść zielenią, jako otwieranie zielonych bram dla Ducha Świętego, aby zechciał nawiedzić domy dla oświecenia serc i umysłów mieszkańców” (H. Szymanderska, Polskie tradycje świąteczne, Świat Książki, Warszawa 2003, s. 258). W 1468 r. król Kazimierz Jagiellończyk zakazał urządzania w tych dniach zgromadzeń na Łysej Górze. Z powodu „niezliczonych, gorszących wypadków” Kościół zabraniał także surowo obrzędów na Łyśćcu, ale zebrania przeniosły się wówczas na Górę Witosławską - prawdopodobnie dawne pogańskie miejsce kultowe w Paśmie Jeleniowskim.
Zwyczaj ogni sobótkowych w drugi dzień Zielonych Świąt do niedawna bywał praktykowany w niektórych rejonach. Tak oto Władysław Anczyc pisał przed laty o sobótkach:
„Rzecz szczególna, że gdy w innych stronach Polski obrzęd ten od wieków odbywa się w wigilię św. Jana, w Krakowskiem palą sobótki w dzień Zielonych Świątek. Wieczorem od Ojcowa do Lanckorony, od Wzgórz Chełmskich aż po mogiłę Wandy, cały widnokrąg goreje tysiącami ognisk po wzgórkach, jak nieprzejrzane obozowisko wśród nocy. Przy każdym ognisku mnóstwo włościan otacza kręgiem palący się stos gałęzi i słomy, wciąż podsycany. W pośrodku bucha ciemnym płomieniem beczka smolna umyślnie na ten cel u smolarzy zakupiona. Dookoła stosu biegają chłopcy, często skaczący przez ogień, jakby przez kąpiel dla oczyszczenia grzechów...”.
Od 1931 r. Zielone Świątki stały się świętem ruchu ludowego, kiedy to stare tradycje zaczęto łączyć z wystąpieniami i wiecami ludowymi. W polskim kalendarzu Zielone Święta trwały dwa dni aż do r. 1957, kiedy to drugi dzień przestał być dniem wolnym

Charakterystyczną rośliną Zielonych Świątek jest balsamiczny tatarak, powszechnie używany od XVI w., gdyż wcześniej ta pospolita roślina, zarastająca bujnie brzegi stawów i strumieni, nie była znana.
Tatarak przywędrował z Azji. Przywieźli go do Pragi z Konstantynopola posłowie cesarscy przy tureckim dworze, skąd rozpowszechnił się po całej Europie Środkowej. Równie dobrze mógł przybyć do Polski z najazdami tatarskimi. Jednakże już w starożytności stosowany był do okadzania sprzętów i pomieszczeń. Dotąd Indianie Ameryki Północnej, gdy są zmęczeni, stosują proszek lub wywar z tataraku. Ludowe nazwy tej rośliny to: tatarczuk, tatarskie ziele, ajer, bluszcz, kalmus, łobzie, szuwar. Liście tataraku były używane jako podkładka do wypieku chleba, a jego kłącza - do pielęgnacji włosów. Bywa on także stosowany do wyrobu suchej konfitury z tataraku i kalmusówki bądź wykwintnych likierów, a także dodawany do mięs. Niestety, tego rodzaju tatarakowe tajniki kulinarne, pozostają raczej tajemnicą naszych prababek.

CZYTAJ DALEJ

Bp Suchodolski: kocham Kościół żyjący w sercach młodych ludzi

2020-06-01 14:00

[ TEMATY ]

Bp Suchodolski

Grzegorz Suchodolski/twitter

Kocham Kościół żyjący w sercach ludzi młodych. To dla nich poświęciłem dotychczas największą część mojego kapłańskiego życia – powiedział wyświęcony dziś na biskupa pomocniczego diecezji siedleckiej bp Grzegorz Suchodolski, dotychczasowy proboszcz parafii katedralnej, a wcześniej wieloletni dyrektor Krajowego Biura Światowych Dni Młodzieży i sekretarz generalny Komitetu Organizacyjnego ŚDM Kraków 2016.

Poniżej pełny tekst słowa bp. Grzegorza Suchodolskiego:

Słowo bpa Grzegorza Suchodolskiego na zakończenie liturgii święceń

„Panie, Ty wszystko wiesz. Ty wiesz, że Cię kocham”

Moi Drodzy, te słowa św. Piotra z dzisiejszej liturgii, chcę raz jeszcze uczynić swoimi w jakże ważnym dla mnie dniu, w którym tak „wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny”. Każdy Boży dar jest zanurzeniem obdarowanego w Bożym miłosierdziu. Bóg wybiera to, co słabe, by nawet tam, gdzie grzech, jeszcze bardziej rozlała się łaska. Wdzięczny za to wybranie, pełne miłosierdzia, wołam: „Panie, Ty wszystko wiesz” Ty wiesz, że Cię kocham”.

Ty wiesz, że kocham Twój Kościół. Kościół, który od dnia mojego chrztu w parafii Podwyższenia Krzyża Świętego w Łukowie, 24 listopada 1963 r. stał się moim domem.

Ty wiesz, że kocham Twój Kościół, który dzięki wierze moich Rodziców Marianny i Hieronima Suchodolskich od dzieciństwa, poprzez wspólną rodzinną modlitwę, formację w Domowym Kościele, a także posługę ministranta, lektora i animatora, stał się dla mnie środowiskiem pokornej służby i modlitwy.

Ty wiesz, że kocham Twój Kościół, który od 32 lat, od dnia święceń prezbiteratu otrzymanych tutaj w siedleckiej katedrze, 11 czerwca 1988 r. uczy mnie samego siebie składać w ofierze.

Ty wiesz, że kocham Twój Kościół żyjący we wspólnotach wiernych, do których byłem i jestem posłany. Kocham Twój Kościół żyjący w parafii św. Zygmunta w Łosicach, gdzie dwa lata byłem wikariuszem; kocham twój Kościół – wiernych parafii Matki Bożej Królowej Korony Polskiej w Kopciach i wiernych parafii katedralnej pw. Niepokalanego Poczęcia NMP w Siedlcach, gdzie przez kilka lat dane mi było posługiwać jako proboszcz.

Ty wiesz, że kocham Twój Kościół żyjący w sercach ludzi młodych. To dla nich poświęciłem dotychczas największą część mojego kapłańskiego życia. Kocham Kościół formujący się w małych grupach i ten spotykający się na Światowych Dniach Młodzieży. Kocham Kościół żyjący w duszpasterstwach akademickich, w ruchach, wspólnotach i stowarzyszeniach.

Kocham Kościół, który słucha Słowa Bożego, który gromadzi się we wspólnocie na sprawowanie świętej liturgii i adoruje Najświętszy Sakrament. Kocham Kościół, który trwa jednomyślnie na modlitwie oczekując nowego zesłania Ducha Świętego, który modli się na różańcu i na koronce do Bożego Miłosierdzia. Kocham Kościół, który prowadzi nową ewangelizację i który nie rezygnuje ze starych sprawdzonych form pobożności ludowej.

Kocham Kościół żyjący w duszpasterzach, którzy wiernie trwają przy swojej owczarni i Kościół jakże wielu form życia konsekrowanego, które charyzmatycznym powiewem Ducha ożywiają sprawdzony i tradycyjny urząd.

„Panie, Ty wszystko wiesz. Ty wiesz, że Cię kocham”. Ty wiesz, że kocham Twój Kościół

Przez lata, wpatrując się w dwa szczególne symbole Kościoła pielgrzymującego, w krzyż Światowych Dni Młodzieży i ikonę Matki Bożej Salus Populi Romani, uczyłem się i doświadczałem bogactwa i piękna powszechności Kościoła, który żyje w Kościołach lokalnych. Poznawałem różne ruchy i wspólnoty, które Duch Święty, jako Pan i Ożywiciel, daje swojemu Kościołowi. Patrzyłem na wspaniałych i oddanych posłudze pasterzy Kościoła, zarówno prezbiterów jak i biskupów. Budowałem się wiarą świeckich i duchownych fundatorów nowych ruchów. Uczyłem się struktur dykasterii, rad i kongregacji watykańskich, a także wzajemnych zależności pomiędzy konferencjami biskupów oraz poszczególnymi diecezjami. Swoimi czyniłem troski młodych - szczerze szukających Jezusa i nie rzadko zmagających się z trudnościami, by uczestniczyć w światowych spotkaniach. Przez cały ten czas Pan Bóg otaczał mnie rzeszą dobrych i oddanych współpracowników. Nauczyłem się odpowiedzialności za tę cząstkę Kościoła, która aktualnie jest mi powierzona. Dlatego te dwa symbole – krzyż Światowych Dni Młodzieży i ikona Salus Populi Romani znalazły się w moim herbie, a dzięki moim Rodzicom i Rodzeństwu także na moim biskupim pierścieniu.

„Panie, Ty wszystko wiesz. Ty wiesz, że Cię kocham”.

Z pokorą więc i wdzięcznością serca przyjmuję Twoje zaproszenie do naśladowania Cię dalej i do miłowania Cię więcej. Dziękuję za łaskę powołania, za wybranie, które trwa; które nie wyczerpuje się w tym, co „wczoraj”, ale – jak prawdziwa miłość – otwarte jest na i „dziś”, i na „jutro”.

Słowa szczerej wdzięczności – na ręce Księdza Arcybiskupa Nuncjusza Salvatore Pennacchio – kieruję do Ojca Świętego Franciszka. Ojcze Święty, dziękuję za nominację i włączenie mnie do grona Następców Apostołów. Obejmuję Waszą Świątobliwość moją stałą modlitwą.

Księdzu Arcybiskupowi Nuncjuszowi wyrażam wdzięczność za to, że w tych niepewnych czasach zagrożenia epidemicznego, zechciał osobiście przybyć do Siedlec i przyjął funkcję pierwszego współkonsekratora. Dziękuję także za życzliwe słowa wypowiedziane pod moim adresem.

Eccelenza, dal profondo del mio cuore - grazie infinite per la sua presenza, per le parole che mi ha rivolto, e per questo spirito di fratellanza che ho sperimentato da Lei già dal primo momento dopo la nomina. Prego umilmente di portare al nostro Papa Francesco la mia più profonda gratitudine e assicuraLo delle nostre preghiere. Grazie ancora.

Księdzu Biskupowi Kazimierzowi Gurdzie, Biskupowi Siedleckiemu, dziękuję za przewodniczenie tej Eucharystii, za wygłoszoną homilię oraz za posługę głównego konsekratora. Muszę dodać, że nie byłoby dzisiejszej uroczystości, gdyby bp Kazimierz cztery lata temu otwartym sercem nie przygarnął mnie wówczas wracającego niczym syn marnotrawny po „śdm-owej tułaczce” i nie okazał mi swojego zaufania. Bardzo za nie dziękuję. Księże Biskupie oddaję się do dyspozycji dla dobra naszej diecezji.

Księdzu Biskupowi Henrykowi Tomasikowi, dzisiaj Biskupowi Radomskiemu i drugiemu współkonsekratorowi, ale przez ponad dwadzieścia lat mojemu pierwszemu bezpośredniemu przełożonemu w dziele Światowych Dni Młodzieży, bardzo serdecznie dziękuję za stałą obecność w moim życiu, za każdą radę, za otwartość i życzliwość. Z bpem Henrykiem pochodzimy z tej samej łukowskiej parafii, mamy to samo źródło chrzcielne, nasi rodzice byli sąsiadami. Bóg zapłać za „wczoraj”, za „dziś” i za „jutro”.

Na ręce Prymasa Polski, abpa Wojciecha Polaka, naszego Metropolity Lubelskiego abpa Stanisława Budzika oraz Sekretarza Generalnego Konferencji Episkopatu Polski bpa Artura Mizińskiego dziękuję wszystkim Księżom Arcybiskupom i Biskupom, którzy otoczyli mnie modlitwą i są obecni na dzisiejszej uroczystości. Pragnę dostrzec Biskupów naszej metropolii, naszych Sąsiadów, Biskupów, z którymi zasiadam w Radzie ds. Duszpasterstwa Młodzieży oraz pochodzących z naszej diecezji abpa Andrzeja Dzięgę i bpa Piotra Sawczuka.

Dziękuję za przyjazd bpa Andrzeja Przybylskiego z Częstochowy oraz bpa nominata Adama Baba z Lublina, z którymi od lat łączy mnie szczera nić przyjaźni i współpracy w dziele duszpasterstwa młodzieży.

Na ręce Kard. Stanisława Ryłko z Watykanu, Archiprezbitera Bazyliki Santa Maria Maggiore w Rzymie i wieloletniego przewodniczącego Papieskiej Rady ds. Świeckich, pragnę złożyć podziękowanie wszystkim osobom duchownym i świeckim, którzy bardzo pragnęli, ale z powodu koronawirusa nie mogli niestety przybyć do nas do Siedlec. Dziś łączą się duchowo za pośrednictwem przekazu medialnego. Bóg zapłać za tę jedność w modlitwie, za przesłane listy gratulacyjne i zapewnienie o pamięci przed Panem.

Razem z obecnymi tu kolegami, z którymi 32 lata temu, przyjmowaliśmy w tej katedrze święcenia kapłańskie, dziękuję śp. bpowi Janowi Mazurowi, który włączył nas wtedy w Chrystusowe kapłaństwo. Za cztery dni, 5 czerwca, wspominać będziemy 100-ną rocznicę jego urodzin. Powierzając go Bożemu miłosierdziu, wspominam także zmarłych w ostatnim roku dwóch naszych kolegów kursowych ks. kan. Józefa Kuzawińskiego i ks. Mirosława Ruszkowskiego. Niech Pan Bóg za ich wierną służbę da im nagrodę życia wiecznego.

Bóg zapłać drodzy Koledzy za waszą kapłańską obecność i wszelką codzienną życzliwość wobec mojej osoby.

Słowa podziękowania za dar wiary i życia pragnę skierować do moich kochanych Rodziców. To dzięki Wam jestem tym, kim jestem. U waszego boku uczyłem się modlitwy, która jest ufnością. Od was uczyłem się sumienności i systematyczności w pracy. Wasze otwarcie na dar życia zaowocowało tym, że jestem najstarszym z sześciorga rodzeństwa. Dziś jesteśmy tu wszyscy razem. Bogu niech będą dzięki za 58 lat waszej sakramentalnej wierności i za codzienny trud, byśmy życie mieli i mieli je w ewangelicznej obfitości. Bóg zapłać.

Dziękuję wszystkim Prześwietnym Gościom obecnym na dzisiejszej uroczystości.

Panu Ministrowi, Parlamentarzystom, Przedstawicielom władz państwowych i samorządowych. Magnificencjom, szanownym Rektorom, Profesorom i Przedstawicielom wyższych uczelni. Panu Generałowi i Przedstawicielom wszystkich służb mundurowych.

Dziękuję Czcigodnym Księżom za udział w koncelebrze oraz reprezentującym poszczególne Kapituły. Dziękuję wszystkim Osobom Życia Konsekrowanego, także Siostrom z Zakonów Klauzurowych z Siedlec i Kodnia, które modlitwą otaczają naszą dzisiejszą uroczystość.

Bóg zapłać Alumnom naszego seminarium, przedstawicielom parafii, bractw, ruchów, stowarzyszeń i grup modlitewnych. Dziękuję wszystkim obecnym w katedrze oraz łączącym się z nami za pośrednictwem mediów. Bóg zapłać Telewizji TRWAM, Katolickiemu Radiu Podlasie, Tygodnikowi Echo Katolickie oraz portalowi Podlasie.24.pl.

Bóg zapłać Chórowi Katedralnemu pod dyrekcją ks. prof. Michała Szulika. Szczególnie dziękuję za ten utwór „Iesum Christum praedicare”, specjalnie opracowany na dzisiejszą uroczystość, do którego słowa zwrotek napisał nie kto inny jak sam św. Jan Paweł II.

Bóg zapłać asyście liturgicznej pod kierownictwem ks. prof. Kazimierza Matwiejuka, a także całej służbie kościelnej z parafii katedralnej. Bardzo dziękuję Księdzu Kanclerzowi Janowi, Księdzu Ekonomowi Jarosławowi oraz moim najbliższym współpracownikom ks. Łukaszowi i mojej siostrze Agacie za czuwanie nad całością przygotowań do dnia dzisiejszego.

Świadomy własnych grzechów, wad i słabości raz jeszcze wzywam Bożego Miłosierdzia i proszę o nieustanną modlitwę. „Panie, Ty wszystko wiesz. Ty wiesz, że Cię kocham”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję