Reklama

Kościół

Moje życie to cud!

Ojciec Jerzy Tomziński to jeden z najbardziej znanych polskich zakonników. Dwukrotnie był generałem Zakonu Paulinów, trzykrotnie przeorem Jasnej Góry. Spotykał się z papieżami: Piusem XII, Janem XXIII, Pawłem VI. Przyjaźnił się z Janem Pawłem II i kard. Stefanem Wyszyńskim. Rozmawiał z Ojcem Pio, Matką Teresą z Kalkuty i papieżem Franciszkiem. Człowiek uśmiechu, optymizmu i dobroci. 24 listopada ten legendarny zakonnik skończy 101 lat.
Z o. Jerzym Tomzińskim rozmawia Krzysztof Tadej

Niedziela Ogólnopolska 46/2019, str. 19-22

[ TEMATY ]

o. Jerzy Tomziński

Krzysztof Tadej

o. Jerzy Tomziński

o. Jerzy Tomziński

KRZYSZTOF TADEJ: – Co u Ojca słychać? Jak się żyje, mając 101 lat?

O. JERZY TOMZIŃSKI, PAULIN: – Znakomicie! Cudownie!

– Żartuje Ojciec?

– To wydaje się nieprawdopodobne, ale tak jest! Spoglądam na swoje życie i nadal doskonale wszystko pamiętam. Wydarzenia, rozmowy, ludzi. Nawet barwy głosów. Jakby działo się to wczoraj! Ktoś zaczyna rozmowę, a ja od razu chwytam. Nie mam trudności, żeby opowiadać o tym, co się działo w ostatnim czasie, a po chwili o tym, co się wydarzyło 85 lat temu. To niesamowite! Czuję się tak, jakbym 101 lat trzymał w garści i na nie spoglądał.

– I co Ojciec widzi? Szczęśliwe życie?

– Moje życie to jeden wielki cud. Urodziłem się w małej miejscowości Przystajń. Nie byłem ani zdolny, ani wybitny. Nie miałem siły i zdrowia. Pomimo tego zostałem przyjęty do zakonu. W kwietniu 1944 r. otrzymałem święcenia kapłańskie, a już w styczniu następnego roku zostałem kustoszem jasnogórskiego sanktuarium. Ja, Jasiu z Przystajni, najmłodszy zakonnik! To przecież niebywałe.

– Może Ojciec był wyjątkowy?

– Ja? Skąd! Przecież nagle się nie zmieniłem. To było coś innego. Taka Boża tajemnica. Pan Bóg posługuje się lichymi narzędziami. Ja byłem takim narzędziem. Bóg mi pomagał i mnie prowadził.

– Jak Ojciec po tych 101 latach życia ocenia dzisiaj świat, a w nim Polskę? Czy coś Ojca niepokoi?

– Nie rozumiem wielu rzeczy. Pewne zachowania były kiedyś nie do pomyślenia. Słyszę np., że ktoś bluźnił Matce Bożej. Jedna osoba, druga... Dla mnie, człowieka Jasnej Góry, to potwarz! Szok! Coś niepojętego! Jakim prawem? Dobrze, że nie głoszę już kazań, bo bym rozniósł to towarzystwo. Mocno bym powiedział. Znam język, potrafię. Ale czy można nie reagować? Jeśli ktoś opluwa matkę, to czy można siedzieć cicho? Stać spokojnie z boku? Bardzo mnie to boli. I dzieje się to w Polsce, gdzie jest największy na całym świecie kult Matki Bożej. Niebywałe! Jak kiedyś skradziono korony z obrazu Matki Bożej, to nawet car Rosji Mikołaj II od razu zareagował. Chciał nowe korony podarować. Car Rosji! Skończyło się tak, że papież Pius X przekazał je szybciej, ale car pokazał, jak bardzo szanuje Matkę Bożą. Nawet jak przyszli Niemcy w czasie II wojny światowej, to przestrzegali zasad. Wchodzili do Kaplicy Cudownego Obrazu Matki Bożej bez karabinu, bez czapki, bez psa. Raz jeden żołnierz wszedł w czapce. Zwróciliśmy mu uwagę. Przeprosił, zdjął czapkę. Oni okazywali szacunek Matce Bożej. Niemcy, hitlerowcy! Nawet w czasach komuny było inaczej niż teraz. Nie słyszałem marnego słowa. Więcej, po wojnie komuniści napisali, że uratowali Jasną Górę. Prymas się zdenerwował. Bo to oni uratowali? Trzeba jednak przyznać, że mieli szacunek dla Jasnej Góry. A teraz ktoś przychodzi i bluźni. To się w głowie nie mieści! Szczerze powiem, że nie chciałbym być w skórze tych ludzi. To nie ujdzie na sucho. Bo czyja to Matka? Kto się o Nią upomni? Pan Jezus. Na pewno będzie odpowiedź.

– Czy jest jeszcze coś, co nie daje Ojcu spokoju?

– Polacy nie potrafią ze sobą rozmawiać. Nie potrafią się różnić. To wielki błąd i nieszczęście Polski. Nasza narodowa wada. Jesteśmy przeciwieństwem np. Anglików. Oni się spierają, wymieniają argumenty, a potem poklepują po plecach i idą razem pić herbatkę. U nas jak dyskusja, to na noże. Nie potrafimy spokojnie rozmawiać. I co z tego wynika? Nic. Nie można zmusić kogoś, żeby myślał tak jak ja. Wiem, co mówię, bo całe życie dyskutowałem – z wrogami, z pijakami, z komunistami. Można spokojnie rozmawiać. Zobaczcie, co się działo w czasie Soboru Watykańskiego II. Na soborze było 2,5 tys. ojców soborowych. Mieli różne zdania, ale nikt się z nikim nie kłócił.

– Czy Ojciec czegoś żałuje w życiu?

– Nieraz pytam sam siebie, czy chciałbym dokładnie tak samo jeszcze raz przeżyć życie. Moją odpowiedzią jest podziękowanie Panu Bogu za życie, jakie miałem. Niczego nie żałuję.

– Zawsze był Ojciec szczęśliwy w zakonie?

– Nigdy nie żałowałem, że jestem w zakonie. Nigdy! Ani chwili. Nieraz dostawałem po głowie, płakałem, ale nie uciekłem. Mogłem powiedzieć: „Do widzenia”, ale wytrwałem. Sam siebie pytałem: Skąd mam tyle siły?

– Płakał Ojciec?

– Bo to raz? Również na początku. W Krakowie uczyłem się w gimnazjum Zakonu Paulinów. Gdy byłem w trzeciej klasie, to już mówili: „O, zakonnik idzie!”. Uważano, że już jesteśmy dojrzali i prawie jak zakonnicy. Ciągle też słyszeliśmy, że gdy się wchodzi do zakonu, umiera się dla świata.

– I pewnie zgodnie z tą zasadą przygotowywano Ojca do kapłaństwa...

– Zbliżało się Boże Narodzenie. Myślałem o wyjeździe do domu. Ale usłyszałem od przełożonych: „Nie pojedziesz...”. Smutek, żal, rozpacz. To były najgorsze święta w życiu. Nie mogę powiedzieć, że je całe przepłakałem, ja je przeryczałem. W toalecie musiałem wodę spuszczać, żeby nie było tego słychać!
Po latach, gdy byłem generałem zakonu, prefekt przyszedł z prośbą, aby puścić młodych zakonników na święta. „Niech jadą na Boże Narodzenie i na Wielkanoc też!” – poleciłem. Pamiętałem o swoich doświadczeniach.
A dzisiaj? Jestem bardzo zadowolony. Wszyscy się uśmiechają, pomagają na każdym kroku. Ojcowie, osoby świeckie. Zawsze mogę liczyć na przeora Jasnej Góry – o. Mariana Waligórę. Podziwiam go, bardzo się szanujemy.

– Jaka była najtrudniejsza chwila w życiu Ojca?

– Miałem siostrę Marysię. Wyszła za mąż, miała dziecko. Mieszkała pod Częstochową. Niestety, kiedy miała dwadzieścia kilka lat, poważnie zachorowała. Gdy do niej pojechałem, okazało się, że już nie żyje. Leżała w trumnie. Łzy mi się lały strumieniami. Pamiętam, jak klęczałem ze dwie godziny i ciągle płakałem. To był wstrząs i ból tak wielki, że przekroczył wszelkie granice. Od tamtego momentu nie byłem w stanie płakać na kolejnych pogrzebach.
Ale muszę dodać, że w każdej chwili życia pomagał mi Pan Bóg. Na każdym kroku odczuwałem Opatrzność Bożą. Tak było zawsze. Poza tym, gdzie się pojawiałem, zawsze się coś działo. Niezwykle ważne były śluby fatimskie, czyli uroczystość poświęcenia narodu polskiego Niepokalanemu Sercu Maryi w 1946 r. Oczywiście, również Apel Jasnogórski, Jasnogórskie Śluby Narodu, peregrynacja kopii Cudownego Obrazu Matki Bożej, Milenijny Akt oddania Polski w macierzyńską niewolę Maryi.

– Jasnogórskie Śluby Narodu odbyły się 26 sierpnia 1956 r.

– Pamiętajmy, że to były czasy komuny. Prymas Stefan Wyszyński był więziony w klasztorze w Komańczy. Zbliżała się rocznica Ślubów króla Jana Kazimierza. Ale co robić? Biskup Klepacz powiedział: Organizujcie sami, bo Episkopat nic nie może uczynić. I tu zaczyna się niezwykła historia. Zastanawialiśmy się, jak zawiadomić ludzi, że będzie ślubowanie na Jasnej Górze. Nie było katolickiej prasy, radia ani telewizji. Listy były pisane w największej tajemnicy, pod przysięgą – 6 tys. listów do wszystkich parafii! Ustaliliśmy, że jednego dnia po całej Polsce rozjedzie się 20-30 osób. O konkretnej godzinie we wszystkich miejscowościach listy te miały być wrzucone do skrzynek pocztowych. Gdyby UB przejęło choćby jeden list, to nie byłoby żadnego ślubowania. Ale nie przejęli, listy dotarły i każdy proboszcz przeczytał na ambonie, że będzie uroczystość na Jasnej Górze i obraz Matki Bożej będzie wyniesiony na szczyt. Na Jasną Górę dotarło milion osób!

– Inne wyjątkowe wydarzenie to Sobór Watykański II.

– Jak rozpoczynał się sobór, nagle zostałem wybrany na generała całego zakonu. Wróciłem do Polski i już nie pozwolono mi wyjechać na kolejne sesje. Dopiero na ostatnią. W Bazylice św. Piotra była główna trybuna. Siedziało na niej trzech generałów: jezuita, dominikanin i franciszkanin. Przyjeżdżam, a tu franciszkanin umarł. Poproszono mnie, żebym zajął jego miejsce. W czasie sesji ogłoszono, że Mszę św. na soborze odprawi generał paulinów z Jasnej Góry o. Jerzy Tomziński.

– Był Ojciec szczęśliwy?

– Raczej nieprzytomny. Cała Msza św. była po łacinie! Wyobrażasz sobie?! Modlitwy, śpiewy, nie można się pomylić. W bazylice 3 tys. ludzi z całego świata. Wszystko musiało być perfekcyjne! Po Mszy św. podszedł kard. Enrico Dante i powiedział: „Dobrze odprawiłeś!”. Odetchnąłem.

– W życiu Ojca pojawiały się i wciąż pojawiają wyjątkowe, święte osoby...

– Żyłem w cieniu dwóch wielkich Polaków – Karola Wojtyły i Stefana Wyszyńskiego. Patrioci, wyjątkowi kapłani. Opowiem ciekawostkę, która dotyczy kard. Wyszyńskiego. Przed wojną czytałem pismo „Ateneum”. Tam zamieszczał artykuły. To mnie ciekawiło. Po wojnie przyjechał na Jasną Górę. Był kanonikiem nominowanym na biskupa i odprawiał rekolekcje. Któregoś dnia powiedział: „Kochany, pomódl się za mnie, bo ja pisać to trochę potrafię, ale rządzić to nic!”.

– Ojciec poznał również jednego z najbardziej znanych świętych – Ojca Pio.

– Bardzo chciałem zobaczyć jego stygmaty. W 1962 r. z ks. Winterem pojechaliśmy do Neapolu zobaczyć cud św. Januarego, a potem do San Giovanni Rotondo, gdzie w klasztorze mieszkał Ojciec Pio. Jak dojechaliśmy, zobaczyliśmy mnóstwo ludzi. Włosi byli szalenie uprzejmi. Mówili: „Padre, padre”, uśmiechali się i pozdrawiali. W kościele starsze babcie, widząc, że jestem w habicie, przepuściły mnie i znalazłem się przy ołtarzu. Ojciec Pio wyszedł i zaczął odprawiać Mszę św. Powoli, spokojnie. U niego Msza św. to było misterium. Bez dziwactw, wyskoków! Widziałem twarz tego człowieka. Niesamowicie wszystko przeżywał. Tego nie da się opowiedzieć.
Pomyślałem sobie, że jak będzie błogosławił, to zobaczę stygmaty. Ale Ojciec Pio w ostatniej chwili naciągnął na dłonie kawałek alby i zakrył ręce. Nic nie zobaczyłem. Taki sprytny! Jak skończyła się Msza św., to Ojciec Pio poszedł do zakrystii. A za nim mężczyźni. On się pomodlił i zaczął przechodzić wśród ludzi. Raz pobłogosławił dziecko, raz kogoś pozdrowił. Widziałem takiego sympatycznego staruszka. Zgarbionego, pochylonego. I nagle spojrzał na młodego człowieka. Jakby diabła zobaczył. Ryknął: „Precz!”. Ten chłopak spuścił wzrok i się oddalił. O co chodziło? Nie wiem.

– Rozmawiał Ojciec z Ojcem Pio?

– Ojciec Pio poszedł do swojej celi w starym klasztorze, a ja za nim. Do dzisiaj pamiętam ten wąski korytarz. Mieszkałem naprzeciwko celi Ojca Pio. Wszedłem do swojej celi, a Ojciec Pio do swojej. Czekałem, miałem czas. Po chwili Ojciec Pio wyszedł. Jak wracał, stanąłem naprzeciwko niego. Byliśmy tylko ja i on. Po włosku powiedziałem: „Ojcze, jestem paulinem z Jasnej Góry. Mam prośbę, a w zasadzie trzy”. Uśmiechnął się. „Jakie?” – spytał. „Niech ojciec pomodli się za polskie zakonnice, bo mają być zabrane do obozu”. W tym czasie w Polsce władze miały właśnie takie plany. Ojciec Pio spojrzał na mnie, potem popatrzył gdzieś daleko i się uśmiechnął. Nic nie powiedział. Ja dalej: „Niech mnie ojciec wyspowiada”. Pokręcił głową. „Synu, trzeba iść na dół, bo mam zabronione spowiadanie na górze” – powiedział. To ja od razu: „Ojcze, trzecia prośba. Niech mnie ojciec pobłogosławi”. Położył rękę na mojej głowie. Mocno dotknął. Wtedy poczułem stygmaty. Miał narośl na dłoni, jakby to był orzech włoski. Pamiętam jego słowa: „Niech cię Bóg błogosławi!”. Zrobił znak krzyża i odszedł do celi. Wyjechałem z San Giovanni Rotondo z przekonaniem, że jeśli on nie jest święty, to nikt nie jest święty.

– Co chciałby Ojciec przekazać młodym ludziom? Jak żyć, żeby nie zmarnować życia?

– Po łacinie jest takie przysłowie: „Quidquid agis, prudenter agas et respice finem!”, czyli: Cokolwiek czynisz, czyń roztropnie i patrz na koniec! Według tego trzeba żyć.

– O czym Ojciec marzy?

– Już tylko o jednym. Chcę, żeby spełniła się wola Boża. Nie mam żadnych planów. Pan Bóg zabierze mnie, kiedy chce. Wszystko w rękach Pana Boga.

– Boi się Ojciec śmierci?

– Czekam i powtarzam: „Jezu, Maryjo, Józefie święty, bądźcie przy mojej śmierci”. Modlę się o spotkanie z Panem. (Ojciec Jerzy odwraca się i pokazuje krzyż w celi nad łóżkiem). Widzisz ten krzyż? Jak zrobiłem doktorat w Rzymie, to pytali: Jaką nagrodę chcesz dostać? Od razu odpowiedziałem: „Krzyż! Tylko krzyż!”. Chciałem mieć krzyż, bo tam jest Pan Jezus. To było i jest moje największe pragnienie.

– Ojcze, dziękuję za rozmowę i życzę dalszych lat życia w tak dobrej formie. To życzenia również od redakcji tygodnika „Niedziela”.

– Ten tygodnik jest dla mnie szczególnie ważny. Już w szkole, gdy zaczął się ukazywać, ksiądz powiedział: „Chłopcy, będziecie sprzedawali «Niedzielę»”. Polegało to na tym, że gazeta kosztowała 10 gr, a ja mogłem zatrzymać 2 gr z każdego sprzedanego egzemplarza. Obskoczyłem całą rodzinę i znajomych. Mówiłem: Ciotka, kupuj! I tak sprzedawałem. Z tych zarobionych pieniędzy kupowałem bułeczkę, która kosztowała 10 gr, albo czekoladkę. Wtedy taka bułeczka, czekoladka to był rarytas! Potem całe moje życie było związane z tygodnikiem „Niedziela”. Pamiętam dziennikarzy, redaktorów naczelnych. Ksiądz Marchewka mnie uczył. Znałem Zofię Kossak-Szczucką, która przez pewien czas pisała w tajemnicy do „Niedzieli” i ukrywała się tu, na Jasnej Górze. Znam doskonale Lidię Dudkiewicz. Ile pięknych przeżyć! Z tygodnikiem „Niedziela” zostanę na zawsze. Do śmierci...

2019-11-13 08:09

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Jasna Góra: 101 lat o. Jerzego Tomzińskiego

[ TEMATY ]

Jasna Góra

o. Jerzy Tomziński

Marian Florek/TV Niedziela

W tradycji starotestamentalnej błogosławieństwo długiego życia jest wyrazem łaski Najwyższego. Współcześnie kiedy ktoś dożywa 100 lat jest obiektem dociekań dotyczących tajemnicy długowieczności.

Lecz jeżeli ktoś kończy 101 lat i w dodatku tym kimś jest tak mocno związany z klasztorem na Jasnej Górze i jego heroiczną historią o. Jerzy Tomziński, to pytania dotyczące tajemnicy wieloletniego życia zyskują namacalną odpowiedź w obecności wśród nas Czcigodnego Jubilata. W niedzielę, 24 listopada o godz. 7.00 przed Cudownym Obrazem Matki Bożej odprawiona została uroczysta Eucharystia w intencji o. Jerzego, której przewodniczył o. Marian Waligóra, przeor Jasnej Góry. W homilii celebrans powiedział: „Czcigodny Ojcze, dziękujemy za każdy dzień Twojego długiego, bo już 101-letniego życia, Nie stawiamy granic łasce Bożej. Pragniemy prosić, by nasze życie, również twoje życie, było świadectwem tego, że rzeczywiście naszym istnieniem rządzi Bóg, tak jak to przypominamy sobie w ten uroczysty dzień Chrystusa Króla Wszechświata”. Trzeba dodać, że również o. Tomziński wielokrotnie podkreślał tę prawdę, że światem rządzi Bóg. W krótkiej rozmowie z „Niedzielą” wytłumaczył swoje życie i swoje decyzje nieustanną Bożą obecnością. Potem w zachrystii jasnogórskiego klasztoru o. Jerzy Tomziński przyjął urodzinowe życzenia, składane na jego ręce z radością i czcią. Również współbracia zakonni nie omieszkali uczcić tej radosnej chwili prezentami i życzliwą obecnością.

Zobacz zdjęcia: 101 lat o. Jerzego Tomzińskiego

O. Jerzy Tomziński jest najstarszym paulinem w Zakonie Paulinów. Był dwukrotnym generałem Zakonu i trzykrotnym przeorem Jasnej Góry.

CZYTAJ DALEJ

Bp Jeż: kiedy poniżane są wizerunki Matki Bożej, w naszych sercach powinna wzbierać fala współczucia Maryi i protestu

2020-09-12 17:10

[ TEMATY ]

profanacja

Tarnów

pl.wikipedia.org

„Nikt z nas nie pozwoliłby na to, gdyby jego matkę ktoś oczerniał i wyśmiewał, zawrzałaby w nas chęć obrony” - mówił biskup tarnowski Andrzej Jeż podczas Mszy św. i dróżek różańcowych w Zawadzie koło Dębicy. Odnosząc się do niedawnych profanacji i poniżania wizerunków Matki Bożej w Polsce, biskup podkreślił, że w naszych sercach powinna wzbierać fala współczucia dla Maryi, ale też protestu. W sanktuarium w Zawadzie trwają uroczystości z okazji 100-lecia koronacji łaskami słynącego obrazu Matki Bożej. W niedzielę odbędą się główne uroczystości pod przewodnictwem kard. Stanisława Dziwisza.

We wspomnienie Najświętszego Imienia Maryi, biskup tarnowski Andrzej Jeż podkreślił w homilii, że imię Maryi czcimy w Kościele w sposób szczególny, ponieważ należy ono do Matki Boga, Królowej nieba i ziemi. Jak dodał, imię domaga się szacunku ze względu na godność tego, kto je nosi.

„Z imieniem Maryi na ustach ruszali do boju polscy władcy. Tak uczynił król Władysław Jagiełło pod Grunwaldem – z pieśnią „Bogurodzica” na ustach. Król Jan Kazimierz w katedrze lwowskiej zawierzył Matce Najświętszej losy całego narodu. Imię Maryi widniało pod Wiedniem na sztandarach polskich wojsk, wypisane z rozkazu króla Jana III, gorliwego czciciela Matki Bożej. Bitwa pod Wiedniem rozpoczęła się 12 września 1683 roku rano, trwała 12 godzin. Król Jan III Sobieski nie miał wątpliwości, że zwycięstwo pod Wiedniem dokonało się za sprawą Matki Najświętszej” - dodał bp Jeż.

Ordynariusz diecezji tarnowskiej mówił, że nie wystarczy jedynie nosić jakieś imię, ale na dobre imię trzeba sobie zapracować.

„Naśladując Maryję w jej świętym i dobrym życiu zyskujmy imię godne nieba; imię godne zapamiętania przez ludzi, którzy mogą powiedzieć: dobrze, że miałem szczęście spotkać w życiu tego dobrego człowieka; ale dobrym życiem zyskujemy także imię godne zapamiętania na wieczność, zapisania go w Księdze Życia. Niech takie pragnienie towarzyszy nam ustawicznie w życiu. Niech jego przypomnieniem będzie też odmawiana codziennie modlitwa Zdrowaś Maryjo, w której wzywamy Maryję Jej pięknym imieniem, pełnym Bożej mocy” - podkreślił biskup.

Matka Boża w sanktuarium w Zawadzie bywa nazywana „Nadzieją zrozpaczonych Jedyną”. Księga łask prowadzona w sanktuarium zawadzkim świadczy o tym, że u stóp Matki Bożej modlący się zostali wysłuchani w rozmaitych potrzebach.

Obraz znajdował się najpierw na zamku, jako prywatna własność szlacheckiego rodu Ligęzów. Wizerunek zasłynął łaskami, jakich przez wstawiennictwo Maryi doznał zarówno sam ród Ligęzów jak i okoliczni mieszkańcy, dlatego też pod koniec XVI wieku wybudowano drewniany kościółek, aby w ten sposób umożliwić wiernym dostęp do cudownego obrazu. W połowie XVII wieku Ligęzowie pod wpływem dynamicznie rozwijającego się kultu Matki Bożej Zawadzkiej podjęli inicjatywę wzniesienia murowanej świątyni, by mogła pomieścić stale zwiększającą się liczbę przybywających pielgrzymów. Świadectwa na temat wielu cudów oraz łask otrzymanych za przyczyną czczonej w Zawadzie Matki Bożej sprawiły, że już w 1654 roku biskup krakowski Piotr Gembicki zaświadczył, że Jej obraz jest rzeczywiście łaskami słynący.

Znamienny dla rozwoju kultu Matki Bożej Zawadzkiej był 1831 r., kiedy to w poddębickich wioskach wybuchła epidemia cholery. Jej ofiarami stały się setki ludzi, sama jednak Zawada – jak podają świadectwa historyczne – nie ucierpiała zbytnio od szalejącej zarazy – zmarło bowiem tylko kilka osób. Fakt ten jednoznacznie odczytano jako wyraz niezawodnej opieki Matki Bożej i Jej macierzyńskiej troski o swój lud.

Fakt doznawania przez licznych ludzi łask za przyczyną Matki Bożej Zawadzkiej sprawił, że zostały podjęte działania prowadzące w kierunku koronacji obrazu papieskimi koronami. W 1913 roku watykańska Kapituła św. Piotra wydała orzeczenie zawierające zgodę na ukoronowanie zawadzkiego wizerunku koronami na prawie papieskim. Jednak w wyniku wybuchu I wojny światowej uroczystości koronacyjne mogły odbyć się dopiero po siedmiu latach – 8 września 1920 roku.

Główna uroczystość jubileuszu 100-lecia koronacji łaskami słynącego obrazu w Zawadzie odbędzie się w niedzielę, 13 września. Mszy św. o 11.00 będzie przewodniczyć kardynał Stanisław Dziwisz.

CZYTAJ DALEJ

Misyjny charakter procesji

2020-09-20 21:45

Fot. Grzegorz Kryszczuk

Ulicami Wrocławia przeszła procesja z relikwiami św. Doroty i św. Stanisława. Dziękowano za ocalenie od powodzi tysiąclecia i modlono się o oddalenie pandemii.

Uroczystość rozpoczęła się w Bazylice św. Elżbiety specjalnym nabożeństwem, następnie w asyście wojskowej i policyjnej procesja przeszła do kościoła św. Stanisława, św. Doroty i św. Wacława. Uczestniczyło w niej kilkuset mieszkańców miasta.

Bp Andrzej Siemieniewski w homilii wyraźnie wskazał, że ta procesja i modlitwa o duchowe błogosławieństwo za Wrocław, ma także wymiar misyjny. Wyraził pragnienie, aby Wrocław, który jest niezwykłym miastem, piękniał również duchowo.

Hierarcha podkreślił, że ważniejsza jest Eucharystia i jej moc niż strach, który może pojawić się w sercu człowieka. - Tu jest Baranek Boży, który gładzi grzechy świata. My o tym wiemy, ale jest wielu, którzy nie wiedzą, albo o tym zapomnieli. Czasem lęk, obawy, albo wygodnictwo sprawiają, że ich nie pociąga liturgia. Może wydaje im się to jakimś obowiązkiem, a może popadli w koleiny prawno-dyscyplinarne, dyskutując o dyspensach. My jako świadkowie obecności Pana Jezusa mówmy raczej o Bożych obietnicach, wygłoszonych przez Chrystusa i zapisanych w Ewangelii – mówił bp Siemieniewski.

Zachęcił aby dzielić się tymi obietnicami z innymi, w swoich rodzinach i miejscach pracy. Szczególnie z tymi, którzy traktują niedzielną Eucharystię jako obowiązek. - Mówmy innym: spotkałem Pana! Tak, jak to jest zapisane na kartach Nowego Testamentu. Spotkałem Pana w Ewangelii, której słuchałem, a później wprowadziłem w życie. Kto pije Krew Pańską i spożywa Ciało Pańskie ma życie w sobie na wieki – mówił bp Siemieniewski.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję