Reklama

Rodzina

Niech Tatuś w niebie działa

Oli i Marcinowi w lipcu rodzi się dziewiąte dziecko – Benedykt. Przyjmują je z ogromną radością i wdzięcznością. Ale ich mieszkanie we Wrocławiu z przyjściem na świat kolejnej osoby znowu się kurczy

Ogromnym wsparciem dla nich jest 500+, jednak z oczywistych względów na całą rodzinę pracuje jedna osoba – Marcin. Nie stać ich na wynajęcie czegoś odpowiedniego. Do tej pory zajmowali mieszkanie przyznane im przez miasto. Od dwóch lat, bezskutecznie, starali się o nowe. Dziesiątki pism wysłanych do rzecznika ds. rodziny przy prezydencie Wrocławia oraz próba spotkania z prezydentem nie przynosiły rezultatu.

„My już się poddaliśmy, bo byliśmy wszędzie, gdzie to możliwe, jeśli chodzi o drogę urzędową. Więc teraz niech działa Tato. Zrobiliśmy, co było w ludzkiej mocy. Teraz niech to będzie cud od Taty w niebie”.

Dociera do mnie taka wiadomość. I choć nie znam osobiście Oli i Marcina, postanawiam do nich jechać. Może uda mi się jakoś pomóc? Mam czwórkę dzieci, mieszkam w Danii, a to przecież moja siostra z tej samej wspólnoty – z Drogi Neokatechumenalnej. Wydaje mi się, że jestem szczęściarą, bo mam spory dom i wystarczająco dużo pieniędzy. Potrafię sobie wyobrazić, jak może być zmęczona kobieta, która na niewielkiej przestrzeni opiekuje się dziewięciorgiem dzieci. Ruszam w drogę.

Reklama

Nim docieram do Wrocławia, okazuje się, że Tatuś w niebie już wszystko załatwił, a moja chęć pomocy wydaje się śmieszna w porównaniu ze wsparciem duchowym, które otrzymuję od tych niewiarygodnie oddanych Bogu ludzi. Kiedy wchodzę do ich domu, od progu uderza mnie prostota, w której żyją. Ale też radość dzieci, ich otwartość. Ze wzruszeniem patrzę, jak pięknie potrafią się dzielić tym, co otrzymują.

Życie w obfitości

Oczekuję narzekania na warunki mieszkaniowe, tymczasem wysłuchuję słów wdzięczności za to, co otrzymali od Boga. W tym skromnym mieszkaniu spotykam szczęśliwe dzieci, radosnych ludzi, którzy dziękują za wszystko, co mają, z niekłamanym blaskiem w oczach. – Tekst do gazety? O nas? – dziwi się Ola. – Ależ ja nie mam żadnych zasług! Zgadzają się jednak opowiedzieć o sobie – na chwałę Boga, nie swoją.

– Najpierw byliśmy siostrą i bratem we wspólnocie. Dużo o sobie wiedzieliśmy i nie pałaliśmy do siebie żadną miłością – zaczyna swoją opowieść Ola.

Reklama

Poszła na katechezy, bo jako dziecko widziała, jak rozsypywało się małżeństwo jej rodziców. Było coraz gorzej. I wtedy zostali zaproszeni na katechezy, które otwierają wejście na Drogę. – I wówczas to małżeństwo się odnowiło, przyszły na świat nowe dzieci, moi bracia. Na co dzień widziałam owoce tego, że rodzice byli we wspólnocie. Dla mnie więc naturalne było pójście na katechezy, kiedy miałam 15 lat, bo też chciałam takiego szczęścia, życia w obfitości. Wiedziałam, że wówczas będę syta życiem. I tak się stało. Pan Bóg – Ola uśmiecha się serdecznie – teraz rzadko mówię: Pan Bóg, raczej mój Tata, Tatuś, bo wówczas zaczęłam Go poznawać jako ukochanego Tatę, który do niczego mnie nie zmusza – dał mi to życie w obfitości. I do niczego nie zmuszał. Na przykład żeby mieć kolejne dzieci! On zawsze czekał na moje „tak”, na ten moment, kiedy będę gotowa. Zapraszał mnie do czegoś, ale ja zawsze mogłam powiedzieć „nie”. Wiele łask od Niego przyjęłam, ale wiele też zmarnowałam. Mimo to jestem pewna, że Jezus mnie kocha, taką właśnie – słabą. Zawsze mi też pokazywał, że jest Panem życia. Czworo naszych dzieci jest w niebie.

Z ciemności do Światła

Historia Marcina była zgoła inna. Jego rodzina się rozpadła, kiedy był małym chłopcem. – Nie miałem dobrych wzorców, rodzina kojarzyła mi się z cierpieniem. Z Kościołem nie mieliśmy nic wspólnego. Jedynie babcia modliła się za mnie Różańcem. Gorąco, mocno. I ta jej modlitwa mnie uratowała.

W młodości dotknął ciemnej rzeczywistości. Obracał się w środowisku zespołów heavymetalowych, grał w jednym z nich, muzykę z mocno antychrześcijańskim przesłaniem. – Na jednym z koncertów kolega na scenie zaczął wzywać szatana. Gdzieś głęboko w sercu poczułem, że to przegięcie. Zrozumiałem, że dłużej nie można tak żyć. Od imprezy do imprezy, od koncertu do koncertu. I w tym momencie życia zastały mnie katechezy. Wszystko zaczęło się zmieniać na lepsze.

Marcin wie, że gdyby nie Kościół, nie wspólnota, ta rodzina by nie zaistniała. Był zbyt poraniony, odrzucony. Chciał żyć tylko dla siebie. – Czasem, gdy jest mi trudno, bo życie z dziewiątką dzieci nie jest sielanką, wspominam czasy młodości. Ale szybko się z tego otrząsam, bo teraz życie jest trudne, ale prawdziwe. Tamto było oszustwem. Relacje z młodości były oparte na zainteresowaniach, muzyce. To nie może przetrwać. Teraz moje relacje w rodzinie są oparte na Chrystusie.

– Nie mieliśmy wspólnych zainteresowań – śmieje się Ola. – Ja – muzyka barokowa, Marcin – mocny rock. Ja – studentka germanistyki, on – wykształcenie zawodowe. Ale gwarancją dla mnie, że mamy być małżeństwem, były pewne fakty i słowo Boże. Ono zawsze jest dla mnie gwarancją prawdy.

Zaakceptowała miłość do Marcina i przyjęła jego miłość.

Bez Boga – bez szans

Rodzi się Ela. Chora. Jako dziecko musi przejść wiele operacji, zabiegów. Ola rezygnuje ze studiów, żeby zająć się córką. Potem na świat przychodzi Adam. Szef Marcina dziwi się, że decydują się na kolejne dziecko, kiedy pierwsze jest chore. Jego sugestia idzie dalej – dlaczego w ogóle się na nie zdecydowali zamiast dokonać aborcji. Następnie na świat przychodzi Rafał, który też musi przejść operację. Później rodzą się Dorotka, Ewa, Kasia z wadą serca i Agnieszka.

– Z jednej strony otworzyliśmy się na życie, z drugiej – zaczęłam narzekać, utyskiwać, jak mi ciężko – wspomnina Ola. – Nie akceptowałam wówczas swojego krzyża. Te narzekania przeniosły się na wspólnotę. Przestałam chodzić na Liturgię Słowa, sobotnią Eucharystię. Nie dlatego, że nie miałam czasu i siły, tylko z premedytacją. Nie lubiłam jednej osoby i tę nienawiść w sobie podsycałam. I wtedy zaczął się w naszym życiu poważny kryzys.

W tym czasie Marcin podupadł na zdrowiu, odezwały się w nim demony przeszłości i zaburzenia depresyjno-lękowe. – Mamy takie doświadczenie, że jak Bóg odejmie swoją rękę – nie dlatego, że się na nas gniewa, ale dlatego, że my tej Jego pomocy nie wzywamy – to wszystko zaczyna się walić. A zaczyna się od niezgody na to, co przychodzi. Na trudy, na choroby dzieci – zdradza Marcin. – Jeden z zakonników powiedział mi wówczas, że jestem atakowany przez diabła, bo on nienawidzi życia i rodziny: „Bez Boga będziesz bez szans”. A ja w swojej naiwności myślałem, że wszystko wezmę w swoje ręce. Tak wziąłem, że sprowadziłem na rodzinę okropne cierpienie. Myślałem, że będę twardzielem. Śmieszne. Teraz wiem, że jak Bóg nie pobłogosławi, to nie będę żadnym twardzielem. Niczego nie dokonam o własych siłach.

Nic się nie stało

– Ten stan beznadziei, kryzysu trwał pół roku – wspomina Ola. – Kiedy Marcin leżał pod choinką bożonarodzeniową, wijąc się w swoich depresyjnych cierpieniach, a ja czułam się samotna we wszystkim, co robiłam, wyszłam z domu z zamiarem, że do niego nie wrócę. Agusia, nasze siódme dziecko, miała wówczas pół roczku. Nagle pomyślałam sobie: Ja jestem z tym człowiekiem? To jest jakaś bzdura! Do tego mam z nim dzieci? To chrześcijaństwo to jakaś mistyfikacja!

Zastanawiała się: Do rodziców nie wróci, bo bez męża jej nie przyjmą. Dawno powiedzieli, że gdyby mieli jakieś rodzinne kłopoty, to może przyjść tylko z mężem, sama nie. Pieniędzy nie miała, żeby gdzieś wyjechać.

– I w ten zimowy wieczór „coś” zaprowadziło mnie do paulinów. To jest nasza rodzima parafia. Weszłam do kościoła wściekła na cały świat. Opierałam się bardzo, ale stanęłam w kolejce do konfesjonału, żeby ksiądz mi coś powiedział, rzucił jakieś światło na moje życie. Bo to moja ostatnia deska ratunku. Bo nie mam do kogo pójść. W konfesjonale siedział ks. Maksymilian, który jest egzorcystą. Wysłuchał mojego płaczu, jęku i powiedział: Teraz dam ci rozgrzeszenie i się nad tobą pomodlę. A ja byłam rozczarowana w sercu: Przecież przyszłam po jakieś słowo! Żeby mi ksiądz wyjaśnił sens tego życia, które mam. Ale ks. Maksymilian się za mnie modlił, egzorcyzmował, modlił się o Ducha dla mnie, bo stwierdził, że byłam nękana. Miał rację. Po tym wszystkim doświadczyłam obecności Chrystusa, przytulił mnie do serca i powiedział: „Nic się nie stało. Ja cię kocham. Nie pamiętam, co zrobiłaś. Ja ci wszystko przebaczam”. To był Jezus Miłosierny.

Wróciła do domu całkiem odmieniona. Marcin powiedział, że jej twarz była inna. – Warunki w domu były te same, a nawet gorsze, bo był jeszcze większy bałagan, dzieci marudziły jeszcze bardziej, bo były bardziej głodne niż wtedy, kiedy wychodziłam – wspomina Ola. – Ale wszystko mnie zachwycało! Dostałam siłę bawołu, wszystko mogłam robić, sprzątać, gotować, wynosić śmieci. To było namacalne dotknięcie Jezusa. Po tej niezwykłej spowiedzi powiedziałm Jezusowi: „Chcę Ci się cała oddać”.

Ola przyznaje, że wraca czasem do swoich bożków, bywa zdenerwowana na dzieci, ale jak słucha słowa Bożego, to jej serce pała. – Świat mnie wcale nie pociąga, jego błyskotki. Śmierć nie jest dla mnie czymś strasznym. Mogę żyć, mogę umrzeć, tylko żeby być z Jezusem. Doznanie miłości od męża, od dzieci jest piękne, ale ta miłość, z którą Jezus wtedy do mnie przyszedł, tej miłości nie da się niczym zastąpić... Jestem słaba. To nie jest tak, że jak coś kroję w kuchni, to zawsze wyśpiewuję psalmy. Nadal jestem grzeszna, brak mi pokory.

Tata się pod tym podpisuje

Po tym doświadczeniu wrócili do wspólnoty. – Ja muszę słuchać słowa Bożego. Ono mnie ratuje – oznajmiła Ola. – Jak go nie słyszę, umieram, i wszyscy wokół. – Wtedy, w tym kryzysie myślałam, że niedzielna Msza św. mi wystarczy. Ale bez słowa Bożego na co dzień jestem biedakiem.

– Wierzymy, że są ludzie, którym niedzielna Eucharystia wystarczy, żeby się uświęcać – dodaje Marcin. – Ale nam jest potrzeba więcej.

– Z przyjęciem każdego dziecka Pan Bóg nam pomagał. Cierpienie często nam towarzyszy, chociażby wtedy, kiedy dzieci chorują, ale zupełnie inaczej się je przyjmuje, jak Tata prowadzi – mówi Ola. – On zawsze nas zaskakiwał. Marcin stracił pracę w dniu ślubu, ja byłam wówczas studentką, a weselicho mieliśmy na 100 osób. Agape! Niesamowite, że od początku widzimy troskę Boga o nas. Że On się pod tym podpisuje! W ciągu siedmiu lat mieliśmy osiem przeprowadzek, rodziły się dzieci, z Dorotką niemal nie zdążyłam dojechać do szpitala...

Kiedy w lipcu tego roku rodził się Benedykt, Ola myślała: Dziewiąte dziecko, urodzę bez problemu. Ale pojawiły się komplikacje. Rozeszło się jej spojenie łonowe. Straszny ból, nie mogła chodzić przez dwa miesiące. Modliła się: Panie Boże, dziewiąte dziecko, a ja nie mogę chodzić! Pomóż! – I pomoc przyszła – opowiada. – Mój mąż wszystko wówczas ogarnął! To jest komandos! Mnie zawsze się wydawało, że pomoc od Boga nie przychodzi w odpowiednim momencie. Ale to dobrze, bo gdyby pomoc przychodziła precyzyjnie w tym momencie, w którym o nią proszę, mogłabym powiedzieć: To moja zasługa. Ja tego dokonałam, jestem tak wielka, że Bóg spełnia moje prośby. Ale jak już dotrę do przepaści i spadam, to wtedy On mnie łapie. Kiedy już nic nie mogę z siebie wykrzesać, wtedy przychodzi z pomocą.

Po narodzinach Benedykta rozmawiała z Bogiem: „Ja się tak otwieram na życie, na Twoją wolę i muszę tak cierpieć! Nie dam rady”. Z bólu przez pięć dni i pięć nocy nie spała. – To była moja granica. I wówczas przyszedł do szpitala brat ze wspólnoty, ksiądz, który jest na misji w USA, i udzielił mi sakramentów: spowiedzi, Komunii św., namaszczenia chorych. Wszystkie położne w szpitalu były cudowne, kobiety leżące ze mną na sali niesamowicie o mnie dbały. Pan Bóg przysyłał mi po prostu aniołów... Spotkało mnie coś niezwykłego. Przyszła do mnie rehabilitantka. Byłam w takim stanie, że 15 minut siadałam, a 25 kładłam się z powotem. I ta rehabilitantka powiedziała do mnie: Proszę wdychać wolno powietrze i wydychać, licząc: raz, dwa, trzy. Albo wdychać powietrze i wydychać, mówąc: Jezum, ufam Tobie!

Ta kobieta nawet nie wiedziała, że ja jestem wierząca! I znowu przez te wydarzenia Bóg mi powiedział: „Ja się pod tym twoim życiem podpisuję”.

Cudów ciąg dalszy

Ola i Marcin są przekonani o tym, że Pan Bóg ciągle się nimi opiekuje, daje wszystko, czego im potrzeba.

Oto dwa przykłady: Od pewnego czasu szukali jakiejś siostry ze wspólnoty lub kogokolwiek, kto mógłby czasem pomóc w domu. Nie za darmo, za pieniądze. – Bo ja albo jestem w ciąży, albo karmię, a tu codziennie trzeba wstawiać cztery dziesięciokilogramowe pralki, potem to poprasować, o zakupach, gotowaniu nie mówiąc – z uśmiechem opowiada Ola. – Modlę się: Maryjo, Ty przyszłaś do Elżbiety, pomagałaś jej! Pomóż i mi! Zadzwoniłam do przeora, naszego paulina – kościół Paulinów zwany jest Małą Jasną Górą. I za tydzień przyszła pani z kościoła – wspaniała, kochana! Przychodzi dwa razy w tygodniu i pomaga w sprzątaniu.

Drugi przykład z mieszkaniem: To, które teraz zajmują, 67-metrowe, dostali w 2011 r., gdy Dorotka miała 10 miesięcy. To były wówczas metry! Ale gdy rodziły się kolejne dzieci i trzeba było wstawiać kolejne meble, wówczas robiło się ciaśniej i ciaśniej. Rodzice nie mieli już kąta dla siebie. Pokój dzienny pełnił funkcje salonu, jadalni, ich sypialni, pokoju dziecięcego, gabinetu do pracy i w ogóle wszystkiego. Gdy oczekiwali Józefa, zaczęli już bardzo odczuwać te niewygody, dziewczyny się buntowały, że muszą we cztery dzielić pokój. Bezskutecznie walczyli też z wilgocią i grzybem w mieszkaniu.

– Korespondowaliśmy z rzecznikiem ds. rodziny przy prezydencie Wrocławia, długo nie dawało to żadnego efektu – mówi Ola. – Przed wakacjami próbowaliśmy się spotkać z prezydentem Wrocławia, ale nas do niego nie dopuszczono. Zaproponowano nam spotkanie z kierowniczką działu lokali mieszkaniowych. Poszliśmy tam całą rodziną, a ona stwierdziła, że się wszyscy nie zmieścimy do gabinetu – śmieje się. – Ale wtedy coś się ruszyło, bo właśnie dostaliśmy propozycję mieszkania 130-metrowego! Przez cały czas tych starań odmawialiśmy nowennę do św. Józefa.

Udzielają mi się radość i szczęście, które są w tej rodzinie. Nie chce mi się stamtąd wychodzić: „Jeszcze trochę posiedzę” – myślę sobie i przeciągam chwilę rozstania. Dzieci przynoszą swoje rysunki, wiersze, opowiadają o sobie nawzajem dobre rzeczy, śmieszne anegdotki...

Po wyjściu od nich piękny Wrocław nie wydaje mi się już taki pociągający. To u nich jest prawdziwe życie, pokój, który może dać tylko Chrystus.

2019-11-13 08:09

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Marsz dla Życia i Rodziny już w najbliższą niedzielę

Już 20 września w niedzielę ulicami stolicy przejdzie Marsz dla Życia i Rodziny. Organizatorzy zapraszają wszystkich zainteresowanych o 12:00 na Plac Zamkowy. Następnie po okolicznościowych przemówieniach, prorodzinna manifestacja wyruszy w kierunku kościoła Świętego Krzyża. Wśród uczestników będą m.in. kurator Barbara Nowak, ks. Dominik Chmielewski, a także niezwykły gość specjalny.

„Wspólnie brońmy rodziny” to hasło tegorocznego Marszu dla Życia i Rodziny, który zaplanowano na niedzielę 20 września w Warszawie. Organizatorzy z Centrum Życia i Rodziny zapowiadają, że będzie to manifestacja przywiązania do wartości prorodzinnych oraz afirmująca rodzinę oraz instytucję małżeństwa i wartości pro life. Jednak jak wskazuje Paweł Ozdoba, prezes organizacji, tegoroczny marsz będzie miał dwa wymiary.

– Tak jak w latach ubiegłych chcemy stawiać na promocję rodziny jako wspaniałej wartości, na której oparty jest nasz ład cywilizacyjny, która jest elementem naszego naturalnego porządku. Chcemy również afirmować małżeństwo oraz domagać się zwiększenia prawnej ochrony życia dzieci nienarodzonych. Zresztą w komisjach sejmowych znajduje się projekt „Zatrzymaj Aborcję”, którego przyjęcie oznaczałoby zlikwidowanie tzw. przesłanki eugenicznej i statystycznie uratowanie blisko 1000 istnień ludzkich rocznie

– wskazuje Paweł Ozdoba.

Jednak jak dodaje, to nie jedyny aspekt, na którym chcą się skupić organizatorzy Marszu. Szef Centrum Życia i Rodziny wskazuje bowiem na hasło tegorocznej manifestacji: „Wspólnie brońmy rodziny”. – Dostrzegamy, że rodzina stała się dziś obiektem ataków ze strony liberalnych i lewicowych ideologii. Chcemy postawić temu tamę i nie dopuścić do zanegowania rodziny i zniszczenia instytucji małżeństwa – mówi Paweł Ozdoba. Precyzuje, że strona społeczna musi reagować już dziś, ponieważ „rewolucyjna agenda” coraz silniej przedziera się do naszej codzienności, także dzięki wsparciu zachodnich koncernów medialnych. Prezes fundacji dodaje również, że Marsz dla Życia i Rodziny nie jest skierowany przeciwko komukolwiek, ale jest wyrazem sprzeciwu wobec nachalnej i agresywnej promocji ideologii sprzecznych z wartościami chrześcijańskimi.

Warto dodać, że na początku Marszu dla Życia i Rodziny głos zabierze m.in. Barbara Nowak, małopolska kurator oświaty, która zasłynęła swoją odważną postawą i tym, że przeciwstawia się promocji ideologii gender w szkołach.

Niezwykłym punktem programu tegorocznego Marszu dla Życia i Rodziny będzie również Msza święta sprawowana o godz. 13:00 dla wszystkich uczestników manifestacji. Organizatorzy zapraszają do wspólnej modlitwy podczas Mszy świętej, którą zaplanowano w kościele pw. Świętego Krzyża na Krakowskim Przedmieściu. Celebrował ją będzie ks. Dominik Chmielewski. Tuż po Mszy świętej zaplanowano również krótką konferencję, którą wygłosi do wszystkich zebranych.

Organizatorzy zapowiadają również, że w Marszu dla Życia i Rodziny weźmie udział niezwykły gość specjalny, choć nie precyzują o kogo chodzi. – Niestety jeszcze nie możemy zdradzić, kto zaszczyci nas swoją obecnością, ale zapewniam wszystkich, że będzie bardzo ciekawie. Zachęcam, by być z nami w niedzielę na Placu Zamkowym – mówi Ozdoba.

Marsz dla Życia i Rodziny odbędzie się 20 września w Warszawie i rozpocznie się o godz. 12:00 na Placu Zamkowym. Finał Marszu zaplanowano pod kościołem Świętego Krzyża, gdzie o 13:00 rozpocznie się Msza święta dla uczestników manifestacji.

Organizatorem wydarzenia jest Centrum Życia i Rodziny. Więcej na: Centrum Życia i Rodziny

CZYTAJ DALEJ

Kard. Nycz: za pracę rolników powinni dziękować przede wszystkim mieszkańcy miast

2020-09-20 12:45

[ TEMATY ]

dożynki

kard. Kaziemierz Nycz

PAP

W tym roku za pracę rolników jeszcze bardziej powinni podziękować mieszkańcy miast; oni przede wszystkim otrzymują dobrodziejstwa pracy rolnika - mówił w niedzielę metropolita warszawski kard. Kazimierz Nycz, podczas mszy rozpoczynającej Dożynki Prezydenckie.

W eucharystii odbywającej się w kościele seminaryjnym w Warszawie uczestniczył prezydent Andrzej Duda wraz z małżonką Agatą Kornhauser-Dudą. W uroczystości wziął także udział minister rolnictwa Jan Krzysztof Ardanowski.

Kard Nycz podczas homilii przypomniał, że tegoroczne dożynki z powodu pandemii nie odbywają się, tak jak w ubiegłych latach w Spale. Podkreślał, że uroczystości dożynkowe rozpoczynają się co roku od mszy, by podziękować Bogu za całoroczny trud pracy rolników. "Dziękujemy Bogu, że dał siłę wzrostu roślinom w tym ziemskim sanktuarium świata stworzonego. Nawet o tym na co dzień pewnie nie myślimy" - mówił hierarcha.

Jak dodał, dzięki temu błogosławieństwu przeżywamy dobry owoc tegorocznych żniw. "Dziękujemy także w tej mszy świętej rolnikom za ich ofiarną pracę, pełne miłości pochylanie się nad ziemią, żeby wydała owoce, żeby wydała plony. Dziękujemy także tym wszystkim, którzy rolnikom i polskiej wsi stwarzają warunki i możliwości godnego uprawiania ziemi i wyżywienia wszystkich" - wskazywał duchowny.

Podkreślił, że to podziękowania dla wszystkich osób, które wspierają polskie rolnictwo na różnych szczeblach życia społecznego. "Dziękujemy także przedstawicielom władz wszelakich, od pana prezydenta poczynając, przez władze rządowe i samorządowe za to, że także dzięki ich współpracy ten rok w rolnictwie przejdzie, jako ten przyzwoity i dobry" - powiedział kard. Nycz.

Jak dodał, tegoroczne dożynki są symboliczne. Zwrócił uwagę, że za pracę rolników w tym roku jeszcze bardziej powinni podziękować mieszkańcy miast. "Przecież oni są przede wszystkim tymi, którzy otrzymują dobrodziejstwo pracy rolnika. Myślę, że na co dzień idąc do sklepu, sięgając na półkę nie zawsze zdajemy sobie sprawy z tego, ile pracy, wysiłku, niepokoju ma w sobie rolnik, żeby wyprodukować żywność, z której my skorzystamy" - podkreślił.

Zaznaczył, że w tym roku dożynki są symboliczne także z tego powodu, że mają miejsce w środku wielkiego miasta - Warszawy.

Kard. Nycz wskazywał też, że polska wieś staje się coraz bardziej przyjazna. "Ludzie na polskiej wsi od dłuższego już czasu dużo mniej się napracują fizycznie przy pracy na roli" - powiedział. Zauważył jednocześnie, że są też zjawiska niepokojące - "ludzie z polskiej wsi muszą wychodzić i szukać pracy gdzie indziej".

"Cieszę się bardzo, że modli się z nami pan prezydent i modli się pan minister rolnictwa i wszyscy przedstawiciele odpowiedzialni za rolnictwo. Jest wtedy uzasadniona nadzieja, że wszyscy ci ludzi fachowi, odpowiedzialni, mądrzy potrafią upilnować te wszystkie procesy, które dokonują się w obrębie polskiej wsi, po to, żeby uchronić przed pokusami działań doraźnych, nieprzemyślanych pomysłów, u podstaw których nie stoi rzetelna troska o rolników" - podkreślił kard. Nycz.

W ubiegłym roku Dożynki Prezydenckie odbyły się w Spale (Łódzkie). Spalskie święto plonów, to tradycja sięgająca dwudziestolecia międzywojennego. Tradycję spalskich dożynek po 62 latach przerwy w ich organizowaniu wskrzesił w roku 2000 ówczesny prezydent Aleksander Kwaśniewski.(PAP)

autorki: Karolina Kropiwiec, Magdalena Gronek

kkr/ mgw/ itm/

CZYTAJ DALEJ

Misyjny charakter procesji

2020-09-20 21:45

Fot. Grzegorz Kryszczuk

Ulicami Wrocławia przeszła procesja z relikwiami św. Doroty i św. Stanisława. Dziękowano za ocalenie od powodzi tysiąclecia i modlono się o oddalenie pandemii.

Uroczystość rozpoczęła się w Bazylice św. Elżbiety specjalnym nabożeństwem, następnie w asyście wojskowej i policyjnej procesja przeszła do kościoła św. Stanisława, św. Doroty i św. Wacława. Uczestniczyło w niej kilkuset mieszkańców miasta.

Bp Andrzej Siemieniewski w homilii wyraźnie wskazał, że ta procesja i modlitwa o duchowe błogosławieństwo za Wrocław, ma także wymiar misyjny. Wyraził pragnienie, aby Wrocław, który jest niezwykłym miastem, piękniał również duchowo.

Hierarcha podkreślił, że ważniejsza jest Eucharystia i jej moc niż strach, który może pojawić się w sercu człowieka. - Tu jest Baranek Boży, który gładzi grzechy świata. My o tym wiemy, ale jest wielu, którzy nie wiedzą, albo o tym zapomnieli. Czasem lęk, obawy, albo wygodnictwo sprawiają, że ich nie pociąga liturgia. Może wydaje im się to jakimś obowiązkiem, a może popadli w koleiny prawno-dyscyplinarne, dyskutując o dyspensach. My jako świadkowie obecności Pana Jezusa mówmy raczej o Bożych obietnicach, wygłoszonych przez Chrystusa i zapisanych w Ewangelii – mówił bp Siemieniewski.

Zachęcił aby dzielić się tymi obietnicami z innymi, w swoich rodzinach i miejscach pracy. Szczególnie z tymi, którzy traktują niedzielną Eucharystię jako obowiązek. - Mówmy innym: spotkałem Pana! Tak, jak to jest zapisane na kartach Nowego Testamentu. Spotkałem Pana w Ewangelii, której słuchałem, a później wprowadziłem w życie. Kto pije Krew Pańską i spożywa Ciało Pańskie ma życie w sobie na wieki – mówił bp Siemieniewski.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję