Reklama

Niedziela Łódzka

Moje drugie życie

Jedno spotkanie odmieniło wszystko. Dostał kolejną szansę. I nie chce jej zmarnować

2019-11-13 11:47

Niedziela łódzka 46/2019, str. 1, 3

[ TEMATY ]

Caritas

Łódź

bezdomni

Ks. Paweł Kłys

Tego dnia nie zapomnę do końca życia – mówi wolontariusz punktu pomocy charytatywnej łódzkiej Caritas. – Siedziałem z kumplem na chodniku naprzeciwko klasztoru Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia na Krośnieńskiej. Piliśmy. Nagle ktoś mnie klepnął w ramię i usłyszałem: „Czy pan ma na imię Mirek?” – opowiada.

– To była s. Tarcyzja. Wszystko, co się potem zadziało, odmieniło moje życie – dodaje. Czy jest coś czego żałuje? Wstaje. Długo bije się z myślami. Denerwuje. I z zaszklonymi oczyma mówi: – Szczerze? Tego, że moi rodzice nie doczekali mojej przemiany.

Alkohol i rozboje

Z Mirkiem spotykam się w kuchence punktu Caritas przy ul. Wólczańskiej. Mężczyzna po pięćdziesiątce, z lekko przetrąconą szczęką – jak się potem okaże po kolejnej bójce – opowiada mi swoją historię. Spokojnie, ale nie bez emocji. – Moje życie to zakład karny i po każdym wyjściu obietnica, że to już koniec. Ale końca nie było – przyznaje. – Samego siebie mogłem oszukiwać, ale najgorsze, że zwodziłem rodziców i całą rodzinę – mówi.

Reklama

Za co siedział? Głównie za rozboje. W 1989 r. przyjechał do Łodzi z Pomorza. – Rodzice chcieli ratować moje małżeństwo, kupili nam mieszkanie, ale ja szybko trafiłem do ludzi, z którymi całe życie przestawałem. Pięć lat później żona z synem wrócili do Słupska – mówi dalej. I dodaje, że syn, którego ojciec siedział za napady, skończył studia i pracuje w policji.

Pokręcone losy

– Po odejściu żony piłem, piłem. Tatuś przyjechał i prosił, ale ja czułem się taki silny i bezkarny – łamie mu się głos, gdy o tym opowiada. W roku 2003 i 2012 kolejna odsiadka. Po wyjściach na wolność choć miała być poprawa, był alkohol i kolejne kłopoty.

– W 2018 r., gdy opuściłem zakład karny, miałem już dosyć, chciałem nawet popełnić samobójstwo, bo nie widziałem dla siebie żadnej przyszłości. I to byłby duży błąd – ocenia z perspektywy czasu.

Anioł Stróż

I wtedy, wiosną, zdarzyło się to na ul. Krośnieńskiej. Jak mówi: – Zjawił się Anioł Stróż, który go uratował. S. Tarcyzja zaprosiła go, by przyszedł na godz. 15 na Koronkę do Bożego Miłosierdzia. Nie bardzo wiedział, co to. Był też pijany, więc powiedział: – Jutro. Z rana wypił tyle, by wyleczyć kaca, ale więcej postanowił nie brać do ust, bo przecież obiecał siostrze.

I poszedł do kaplicy. – Widziałem radość na twarzy mojej siostry – dodaje. I tłumaczy: – Nie znałem koronki, nie wiedziałem, o co chodzi, w kaplicy patrzyłem na ten obraz św. Faustyny i coś się we mnie przełamało, postanowiłem zmienić swoje życie, odstawić alkohol.

Wiara odmienia

Nie zadziało się to od razu. Trochę popijał. Był też pobity, a zapity przewrócił się tak niefortunnie, że uderzył głową o poręcz; w szpitalu lekarze składali mu szczękę; trafił najpierw do Kalkutek, potem na odtrucie, odwyk, leczenie.

– Cały czas czułem, że jest przy mnie mój anioł – siostra. Ona nie odstępowała mnie na krok. U Kalkutek zrozumiałem, że trzeba iść w innym kierunku – dodaje. I powtarza po raz kolejny: – Tego się nie da opisać, co wydarzyło się w moim życiu. Wspomina osoby, które były przy nim: S. Tarcyzja, Krzysztof z magazynu Caritas, Ania z terapii uzależnień. – Ale to nie terapia mi pomogła z tego wyjść. To wiara, moje nawrócenie – podkreśla.

Praca

Chciał trzeźwieć, żyć normalnie, doceniać to, co wokół – piękno przyrody, życzliwość ludzi. Życie nabrało sensu. Chodził na Msze św. do sióstr od Faustyny. Stał się nawet świeckim ewangelizatorem.

– Dawniej gdyby mnie poproszono, by podać komuś różaniec, obrazek, uznałbym, że ktoś chce zrobić ze mnie idiotę, a teraz, z terapii, na Msze św. przyprowadzałem ze sobą po kilka osób – wspomina. Po zakończonym odwyku znalazł pracę – został wolontariuszem w Caritas. – Mam 55 lat i to moja pierwsza praca – przyznaje. – Ale kocham to, co robię. I coś pięknego jest w tym, gdy słyszę od innych słowo: „Dziękuję” – dodaje.

Nie zepsuć

– Wie pani, potrafię teraz podejść do człowieka leżącego na ławce i cuchnącego, i oddać mu swoje rzeczy, bo wiem, jak to jest. Nie brzydzę się. Ode mnie też śmierdziało – mówi Mirek. To półtora roku, jak nie pije. Jak odmieniło się całkowicie jego życie.

– Nic samo się nie dzieje – stwierdza. I opowiada, co teraz jest dla niego ważne – to, że ktoś mu ufa, że od jakiegoś czasu mieszka i opiekuje się chorym na stwardnienie rozsiane człowiekiem, że – podając chleb czy bułkę podopiecznym ich punktu – może powiedzieć: – Proszę, smacznego. Wtedy słyszy: – O, jest nasz pan Mireczek.

– Bardzo nie chciałbym tego zepsuć – słyszę. – Oszukać siebie, ale przede wszystkim Boga i ludzi, którzy mi zaufali – dodaje. Gdy opowiada o tym, szklą mu się oczy. Mówi, że jak jedzie do pracy, to mija kościół św. Faustyny, jej pomnik, katedrę – to punkty, które traktuję jako szansę na następny dzień. One wyznaczają mi wszystko.

Marzenie

– Z czego mogę być dumny? – pyta sam siebie. – Z tego, że odzyskałem zaufanie mojej siostry, choć nie dziwię się, że go nie było. Ile razy można komuś zaufać? Ale teraz miło usłyszeć: – Brat, nie musisz za nic przepraszać.

Mirek ma też marzenie. Słysząc jego historię, wiem, on także, że się spełni. Chciałby nie być sam, znaleźć kobietę, która czekałaby na niego w domu, która poznałaby tego Mirka obecnego, z którą mógłby pójść na spacer, do kościoła. Dzielić radości i smutki. – Życie w samotności nie jest dobre – mówi.

Czy uwierzyłby, że tak się zadzieje? Że dostanie drugą szansę? Że sam będzie ratował innych? – Jestem szczególnie wrażliwy na tych młodych, bo nie chcę, by zniszczyli sobie życie jak ja – podkreśla. Jemu się udało. Więc wierzy, że i przez niego komuś można pomóc.

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Zupa w Kato zbiera na remont kuchni, by wciąż rozlewało się dobro

2020-01-23 14:33

[ TEMATY ]

pomoc

wolontariat

bezdomni

Zupa w Kato

Od dwóch lat wolontariusze Zupy w Kato co czwartek rozgrzewają serca i żołądki wielu osób ubogich i w kryzysie bezdomności. Dalsza działalność katowickiej inicjatywy jest zagrożona ze względu na stan wysłużonej kuchni, w której odbywa się gotowanie. Wszystko może zmienić jej remont, na zrzutka.pl/zupawkato do końca stycznia trwa zbiórka pieniędzy, „by razem z zupą wciąż rozlewało się dobro”. Brakuje jeszcze blisko 10 tys. zł.

Publikujemy informacje przekazane od organizatorów akcji:

zrzutka.pl/zupawkato

Przepis na Zupę w Kato jest prosty. – Kilka otwartych serc wymieszać z solidną garścią ciepłych słów. Do tego dodać dużo zaangażowania oraz trochę świeżych sił i determinacji. Przyprawić sporą dawką uśmiechu i szczerych spojrzeń. Podawać z dużą porcją miłości! – uśmiecha się Małgorzata Wiatr, która co czwartek spotyka się na katowickim Placu Przyjaciół z Miszkolca z osobami trafiającymi tam po pracy czy szkole, ale też tymi, którzy docierają prosto z pustostanów czy z ulicy.

Przyciąga ich nie tylko smak pysznej zupy, dla wielu uczestników spotkania będącej jedynym ciepłym posiłkiem, jaki jedzą tego dnia. – Potrzebujemy siebie nawzajem, przecież nikt nie jest samotną wyspą – mówi Krystyna, która choć może uchodzić za osobę bardzo ubogą, jest niezwykle bogata w ciepło, uśmiech, otwartość na drugiego człowieka i wdzięczność. To między innymi dla niej wolontariusze Zupy w Kato przygotowują co czwartek wielki termos pysznej zupy, mnóstwo pożywnych kanapek, kawę, herbatę, często coś słodkiego i owoce. Podstawą są świetne składniki, tu nie ma miejsca na nic gorszego.

Zupa w Kato

Posilić może się każdy, różnice na Placu zacierają się, spotkania Zupy są cotygodniowym świętem wspólnoty, braterstwa i solidarności. Dla wielu to prawdziwa szkoła życia, w której najlepiej kształcą właśnie osoby ubogie. – Może mają mniej materialnie niż my i gorzej radzą sobie z niektórymi sytuacjami, ale tak naprawdę są tacy sami jak my. Mają uczucia, emocje, śmieją się i wzruszają. Myślę, że są dla nas nauczycielami. Nauczycielami uwagi i przekraczania samych siebie – przekonuje Aleksandra Jańdziak z Zupy w Kato.

– Co tydzień rozdajemy około 100-120 porcji zupy. Kiedy zaczynaliśmy dwa lata temu, Zupa miała być tylko pretekstem do czegoś więcej, do rozmowy, do wysłuchania, do działania. I dziś to się dzieje! Część naszych ubogich poszła nawet krok dalej, są gotowi, by Zupa stała się ich pretekstem do dawania! To coś, o czym zaczynając, nie mogliśmy nawet marzyć. Dzisiaj stajemy przy jednym stole z naszymi przyjaciółmi z Placu! – cieszy się Małgorzata Wiatr.

Problemów nie brakuje, wiary też nie

Nie brakuje osób, dla których spotkanie przy zupie było pierwszym krokiem do większych zmian, odzyskania wiary w siebie i w ludzi. Nie brakuje również tych, którym spotkania te pomogły dostrzec innych, nauczyły dzielenia się sobą. Co takiego jest w Zupie, że przyciąga ona osoby z bardzo różnych światów? – Potrzeba dawania, która drzemie w każdym człowieku, który chce kochać i być kochanym, a że dowodem miłości jest ofiarowany czas, toteż Zupa przyciąga, bo jest przestrzenią spotkania – uważa Małgorzata Wiatr.

Czwartkowe spotkania są wypełnione nie tylko bliskością, ciepłem i otwartością na drugiego człowieka. Coraz częściej towarzyszy im napięcie i niepewność. Te emocje rodzą się tam, gdzie gotowana jest zupa – w znajdującej się na katowickim Załężu wysłużonej kuchni klubu Wysoki Zamek, będącego bazą Zupy w Kato. Awaria palnika, wyścig z czasem, by zdążyć ugotować wiele litrów zupy mimo niewielkich zasobów sprzętowych, wpadki związane z brakiem gazu, brak pomieszczenia do składowania zapasowych butli, coraz gorszy stan wielu urządzeń – z takimi problemami borykają się wolontariusze Zupy w Kato.

Zupa w Kato

Ich rozwiązaniem ma być remont kuchni. Na www.zrzutka.pl/zupawkato trwa zbiórka pieniędzy, które mają być na niego przeznaczone. Szacunkowy koszt m.in. wykonania projektów, podłączenia do sieci gazowej, zakupu niezbędnych urządzeń i naczyń, przeprowadzenia remontu wykończeniowego, renowacji zaplecza kuchni to aż 27 tys. zł. Do czwartku 23 stycznia udało się zebrać ponad 18 tys. zł. „Potrzeby są spore, ale wierzymy, że z Twoją pomocą będziemy mogli spełnić nasze marzenie i przeprowadzić kuchenne rewolucje” – czytamy w opisie zbiórki.

Zupa w Kato

– Remont uratuje nas od kryzysu, który może się pojawić niebawem, ponieważ stan techniczny naszych kluczowych sprzętów może nie pozwolić nam na dalsze funkcjonowanie – uważa Wioletta Iwanicka-Richter, która wraz z mężem Markiem prowadzi Klub Wysoki Zamek, współtworząc również Wspólnotę Dobrego Pasterza i angażując się w Zupę w Kato. Każda złotówka przeznaczona na remont pomoże nie tylko Zupie, ale również podopiecznym Wspólnoty odwiedzających Wysoki Zamek. Są to m.in. osoby z różnego rodzaju uzależnieniami i znajdujące się w trudnej sytuacji życiowej.

Nie możemy powiedzieć „nie da się”

Gotujący w Wysokim Zamku są ostatnio wystawiani na wiele prób. –„Złośliwość rzeczy martwych” daje nam się we znaki, ale każda taka próba jest okazją do sprawdzenia, na ile jesteśmy zdeterminowani, by Zupa gotowała się co czwartek w naszym garze. Dzięki ogromnej życzliwości ludzi, którzy odpowiadają na nasze apele, nie było do tej pory czwartku bez Zupy – mówi Małgorzata Wiatr. – Staramy się to znosić z cierpliwością, ufając, że jest Ktoś, kto czuwa nad tym dobrem, jednak, jak mówił św. Ignacy, mamy się modlić tak, jakby wszystko zależało od Pana Boga, a robić wszystko tak, jakby zależało od nas! A więc musimy działać! Zupa się rozrasta, nie ogranicza się już tylko do jednego termosu i jednego kosza kanapek, widząc taki rozwój, trzeba nam za nim podążać, to nasze zadanie – dodaje.

Remont może diametralnie zmienić trudną sytuację. – Wiemy, że jesteśmy winni konkretne decyzje tym, w których rozbudziliśmy nadzieję. Nie możemy tak po prostu powiedzieć: „nie da się”. Lepiej wcześniej zareagować na sytuację, kiedy nie jest jeszcze tak źle, to jest ten moment graniczny w naszej działalności. Wierzymy, że się uda, bo nie jesteśmy sami, ale jest wielu ludzi, którzy chcą, by razem z zupą rozlewało się dobro. Nie jest ważne, czy ktoś wpłaci złotówkę czy tysiąc złotych, ale ważne jest, ile włoży w to serca. Takie zaangażowanie daje wzrost nie tylko tych, którym pomagamy, ale także tych, którzy pomagają. Dziękujemy pokornie za każde wsparcie i wierzymy, że będzie z tego piękny owoc – tłumaczy Wioletta Iwanicka-Richter.

Nie marzą o niemożliwym

W listopadzie Zupa w Kato współorganizowała w Katowicach 3. Światowy Dzień Ubogich połączony ze swoimi 2. urodzinami. Wydarzenie zgromadziło na Placu Teatralnym kilkaset osób, które mogły się poczuć tego dnia w centrum dobrze rozumianej uwagi. Życzeniem osób tworzących Zupę jest, by o ubogich pamiętać nie tylko od święta. – Światowy Dzień Ubogich nie może się zakończyć! Zdaję sobie sprawę, że brzmi to bardzo górnolotnie, ale jeśli tak się stanie, jeśli zapomnimy, jeśli nic z tym nie zrobimy, to będzie w tym ogromne zaniedbanie. To będzie nasza wina, że nic się nie zmieniło. Nie wina sytemu, władz i owych „innych”, na których tak łatwo przychodzi nam zrzucać winę – podkreśla Małgorzata Wiatr.

Rozwinięciem święta ubogich może być właśnie Zupa w Kato. Aby cotygodniowe spotkania nie stały pod znakiem zapytania, potrzebne są konkretne działania. – Mamy sporo marzeń, które snujemy w związku z remontem. Większa przestrzeń działania, usprawnienie gotowania, ograniczenie ryzyka, z którym wiąże się każdorazowe postawienie naszego gara na ogień – wymienia Małgorzata Wiatr. Najbardziej motywuje ją jednak do działania inne marzenie. – Chciałabym, żeby Klub Wysoki Zamek, w którym gości Zupa, był miejscem, gdzie każdy potrzebujący może coś dobrego zjeść, a podczas posiłku nie być samotny. Coraz częściej słyszymy o abonamentach na posiłki, o wykupywanych posiłkach, z których mogą skorzystać ubodzy, ja do posiłku dodałabym bliskość. To śmiałe marzenia, ale przecież Pan Bóg nie pozwala nam marzyć o rzeczach niemożliwych!

CZYTAJ DALEJ

Dlaczego chrzcimy dzieci, a nie dorosłych?

2020-01-08 08:08

Niedziela Ogólnopolska 2/2020, str. 11

[ TEMATY ]

chrzest

Internet

Chrzest jest najpiękniejszym darem, dlaczego więc pozbawiać go dzieci? Dlaczego krępować działanie Ducha Świętego w ich sercach i umysłach?

Kto naprawdę wierzy w skutki sakramentu, ten wie, że chrzest sprawia, iż stajemy się dziećmi Bożymi, otrzymujemy Ducha Świętego i zostajemy włączeni do Kościoła, w którym z czasem możemy przyjąć kolejne sakramenty. Skoro – w myśl słów św. Grzegorza z Nazjanzu – chrzest jest najpiękniejszym darem, dlaczego pozbawiać go dzieci? Dlaczego krępować działanie Ducha Świętego w ich sercach i umysłach? To przecież dzięki Niemu będą mogły kiedyś świadomym aktem wiary przyjąć Jezusa jako Pana i Zbawiciela, bo „chrzest dzieci domaga się katechumenatu pochrzcielnego” (Katechizm Kościoła Katolickiego, 1231). Ziarno wiary jest łaską, a ta może być przyjęta, jeśli spadnie na właściwie przygotowany grunt.

Duch Święty działający w duszy dziecka może je łatwiej przygotować na świadome przyjęcie wiary w wieku dojrzałym.

Jasne świadectwa tego, że chrztu udzielano dzieciom pochodzą z II wieku. Czy mogło tak być wcześniej? Wszystko na to wskazuje.

Biblijnych argumentów za chrztem dzieci jest kilka. W starożytności pod pojęciem „dom” rozumiano nie tylko wszystkich członków rodziny, w tym dzieci i niemowlęta, ale nawet sługi i niewolników (Dz 11, 14). Gdy Korneliusz wraz z całym domem przyjął chrzest, oznacza to także chrzest dzieci (Dz 10, 47-48). Wraz z całym domem chrzest przyjęli niejaka Lidia w Filippi (Dz 16, 15), strażnik więzienia, w którym przetrzymywani byli Paweł i Sylas (Dz 16, 33), Tycjusz Justus, przełożony synagogi w Koryncie (Dz 18, 8) czy Stefanas, mieszkający w tym samym mieście (1 Kor 1, 16). Trudno przypuścić, aby w żadnym z tych „domów” przyjmujących chrzest nie było ani jednego dziecka.

Z czasem, gdy Kościół się rozwijał, praktyka udzielania chrztu niemowlętom upowszechniała się coraz bardziej. Chrześcijanie odwoływali się do słów Jezusa: „Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie, nie przeszkadzajcie im; do takich bowiem należy królestwo Boże” (Mk 10, 14).

Już w dniu Pięćdziesiątnicy, gdy po raz pierwszy Piotr głosił najpiękniejszą wieść o zbawieniu, dodał: „Bo dla was jest obietnica i dla dzieci waszych” (Dz 2, 39).

Inny argument za chrztem niemowląt wynika z faktu, że Jezus był Żydem i nauczał wśród Żydów, a ci przecież obrzezywali niemowlęta. Trudno sobie wyobrazić, dlaczego Jezus – Żyd miałby zmieniać ten zwyczaj inicjacji niemowląt, który wywodzi się z Jego własnej religii, i nakazywać przyjmowanie do Kościoła tylko dorosłych. To raczej nieprawdopodobne. Gdyby takie było Jego pragnienie, z pewnością znalazłoby ono wyraz w Ewangelii.

Jest także bardziej egzystencjalny argument za chrztem dzieci. Bardzo poruszyło mnie świadectwo egzorcysty, który wiele lat spędził w Afryce. Zdarzało się, że dwie rodziny pokłóciły się ze sobą. Członkowie jednej z nich szli do czarownika, by ten rzucił urok lub przekleństwo na wrogów. Gdy urok padał na rodzinę chrześcijańską, dzieci nigdy nie doznawały uszczerbku. Jeśli czary skierowane były przeciw rodzinie pogańskiej, dzieci często zapadały na trudne do zdiagnozowania słabości. „Nie potrzeba mi innych dowodów, że chrzest dzieci jest potrzebny” – mówił egzorcysta. „Dziecko ochrzczone nie jest w stanie popełnić grzechu śmiertelnego, gdyż nie ma jeszcze pełnej świadomości winy. To oznacza, że od chwili chrztu zawsze mieszka w nim Duch Święty. I dlatego rzucane uroki nie mają żadnej mocy”. I dodawał: „Kłopot zaczyna się wtedy, gdy ktoś ochrzczony zrywa z Duchem Świętym przez grzech śmiertelny. Wówczas naraża się na działanie złego”.

Odmowa chrztu dzieciom nie ma egzystencjalnego uzasadnienia. Czy osobom, które rodzą się niepełnosprawne umysłowo i nigdy nie dojdą do świadomego przeżywania wiary, należy odmówić chrztu? Czy należy odmówić namaszczenia chorych osobom nieprzytomnym, nieświadomym, dotkniętym amnezją? Są przecież równie nieświadome jak dzieci. Czy posunięta miażdżyca jest podstawą do odmówienia Komunii św.? Oczywiście, że nie. Podobnie jest z sakramentem chrztu.

Nie jest więc tak, że chrztu nie udzielano niemowlętom w pierwotnym Kościele i protestanci przywrócili ten stan rzeczy, lecz odwrotnie – to właśnie niektóre wspólnoty protestanckie odeszły od praktyki udzielania chrztu dzieciom. Praktyki, która ma solidne podstawy biblijne i świadectwa nieprzerwanej Tradycji Kościoła.

CZYTAJ DALEJ

Abp Stanisław Budzik doktorem honoris causa Uniwersytetu Przyrodniczego w Lublinie

2020-01-24 06:54

Maciej Niedziółka/ Uniwersytet Przyrodniczy w Lublinie

Prof. Zygmunt Litwińczuk, prof. Zbigniew Grądzki i abp Stanisław Budzik

Abp Stanisław Budzik otrzymał tytuł doktora honoris causa Uniwersytetu Przyrodniczego w Lublinie.

Uniwersytet Przyrodniczy nadał Metropolicie Lubelskiemu tytuł doktora honoris causa, najwyższe akademickie wyróżnienie, w uznaniu jego wielkich zasług, a w szczególności jako: wybitnemu uczonemu o renomie europejskiej; doskonałemu organizatorowi życia religijnego na Lubelszczyźnie i w Polsce; zaangażowanemu kontynuatorowi pogłębiającemu dziedzictwo swoich lubelskich poprzedników w zakresie dialogu Kościoła z przedstawicielami świata kultury; niosącemu wyjątkową pasterską posługę w duchu i prawdzie wobec środowiska akademickiego; osobie godnej głębokiego szacunku i wielkiego poważania. Uroczystość z udziałem wielu znamienitych gości odbyła się 23 stycznia w Centrum Kongresowym UP.

- Słowo „uniwersytet” wiąże się zawsze z trzema podstawowymi funkcjami, jakie powinien pełnić: kształcić studentów, prowadzić badania i promować nowych profesorów. Uroczystość nadania tytułu doktora honoris causa jest zawsze wielkim świętem dla uczelni, która w tej formie wyraża najwyższe uznanie dla osób szczególnie zasłużonych dla życia naukowego, kulturalnego, społecznego lub politycznego - mówił rektor prof. Zygmunt Litwińczuk. Jak podkreślał, Uniwersytet Przyrodniczy w swojej 65-letniej historii wyróżnił taką godnością akademicką zaledwie 60 osób, nobilitując zarówno wyróżnionych, jak i uczelnię. - Abp prof. Stanisław Budzik to znacząca postać polskiego Kościoła Katolickiego, owocnie zespalająca działalność naukową z posługą religijną. Zbiory jego homilii stanowią dowód realizacji naukowych ustaleń, stając się szeroko dostępną kopalnią wiedzy. Abp Budzik to zaangażowany orędownik zgodnej współpracy trzech wyznań chrześcijańskich i środowiska akademickiego. Honorujemy go tytułem doktora honoris causa za szerokie zaangażowanie w dialog Kościoła z przedstawicielami świata kultury i otwartą pasterską posługę wobec środowiska akademickiego Lublina, w tym wobec Uniwersytetu Przyrodniczego

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję