Reklama

Niedziela Kielecka

Aby życia nie zmarnować

Od lat słucha trudnych ludzkich historii, pomaga bezdomnym, samotnym matkom, ofiarom przemocy. Każdy człowiek zasługuje na miłość, szacunek i uwagę – mówi Teresa Brzeska, wiceprezes Kieleckiego Koła Towarzystwa św. Brata Alberta

Niedziela kielecka 49/2019, str. IV

[ TEMATY ]

pomoc

sylwetka

Kielce

pomoc społeczna

TER

Teresa Brzeska nie umie żyć bez pomagania

Pracuje w nim z oddaniem jako wolontariuszka już trzydzieści pięć lat. Bez pomagania innym nie potrafi żyć. W wolnych chwilach odwiedza niewidomych oraz seniorów i organizuje im muzykoterapię.

Chęć pomagania i miłość od ludzi wyniosła z domu. – Moja mama bardzo lubiła nieść pomoc. Jeśli czegoś jej się dużo urodziło w polu, zanosiła do wielodzietnych rodzin. Wiedziała, że dzieci cierpią głód, że są problemy, alkohol, nie ma pieniędzy. Zanosiła wiadrami kapustę i ogórki. Widziałam to jako mała dziewczynka i podobało mi się to. Po latach, jako dorosła kobieta, spotkałam ks. prof. Jana Śledzianowskiego. Poinformował mnie, że chce w Kielcach utworzyć Koło Pomocy św. Brata Alberta. Zaproponował mi współpracę, która trwa od 1985 r. Początki wymagały od nas ogromnego zaangażowania. Założone przez nas Schronisko w Łukowej dla samotnych matek potrzebowało pilnie remontów, trzeba było również znaleźć pieniądze na utrzymanie kobiet, które się tutaj schroniły. Niektóre spodziewały się dziecka, inne przybywały już z dziećmi, uciekając przed przemocą. Jeździliśmy więc na kwesty do odległych parafii w naszej diecezji. Nie mieliśmy samochodów, trzeba było więc wstać po czwartej i jakoś dojechać – wspomina dziś Teresa Brzeska.

Ocalone życie

Czasem wraca do pierwszych spotkań z ubogimi. – Pewnego razu idąc na dyżur zauważyłam siedzącą na schodach przed biurem Koła Pomocy św. Brata Alberta uroczą dziewczynę. Opowiedziała mi swoją trudną historię. Rodzice się rozwiedli, mama wyjechała do Szwecji, ojciec poślubił inną kobietę. Została pod opieką starszego wuja, matka zapewniła ją, że będzie o nią dbała finansowo, aby mogła się uczyć, ale zastrzegła że nie może być absolutnie mowy o ciąży, o dziecku. Ona zakochała się, zaufała i zaszła w ciążę. Była dopiero w liceum. Zrozpaczona przybiegła tutaj po wsparcie, aby mogła wrócić do łask matki. Zaproponowałam jej pomoc. Rozpromieniła się i poczuła ulgę. Nie czuła się sama, razem z dzieckiem była bezpieczna. Sama nie była wtedy w stanie zapewnić mu należytej opieki, musiała ukończyć szkołę i zarabiać na swoje utrzymanie. Urodziła pięknego chłopca i oddała go do adopcji. Czasem wspominam tę młodą dziewczynę. Nie wiadomo jak skończyłaby się ta historia bez naszego wsparcia. Życie zostało ocalone – mówi.

Reklama

Często dotyka ludzkich dramatów i płacze razem z ubogimi. – Do naszego biura przyszedł drobny, skulony mężczyzna lat ok. 70. Miał na imię Józef. Zapytał mnie, czy znajdzie się tutaj dla niego miejsce. Został bez dachu nad głową. Był samotny, mieszkał z siostrą, jej mężem i dziećmi w rodzinnym domu. Po śmierci rodziców namówiła go, aby zrzekł się spadku. Pewnego dnia oświadczyła, że to wszystko jest jej. – Wyszedłem więc – powiedział. Płakaliśmy oboje. Potem obiecałam mu, że znajdę dla niego u nas dom.

Wierna azylem dla samotnych matek

W Adwencie myśli o tych kobietach, które przewinęły się przez prowadzony przez Towarzystwo Dom Samotnej Matki w Wiernej (wcześniej w Łukowej) przez 30 lat istnienia placówki, o blisko trzystu dzieciach, które w tym miejscu znalazły schronienie, o tych które się tutaj urodziły. W Domu Samotnej Matki w Wiernej – w 2017 r. schronienie i opiekę otrzymało osiem kobiet i sześcioro dzieci, w 2018 – dziesięć kobiet i jedenaścioro dzieci. Ileż to przez te lata było opłatków, serdecznych spotkań... Wierna stałą się prawdziwym azylem dla samotnych matek. Dostrzegała, że tutaj czują się bezpieczne i spokojne. Siostry Pasterzanki dbają, aby było jak w domu, jak w rodzinie, ciepło serdecznie, przytulnie. Czasem kobiety zostają tutaj na kilka miesięcy, a czasem nawet na rok. Kiedy sytuacja tego wymaga i nie ma innej możliwości, matka po narodzinach może oddać dziecko do adopcji, gdzie czekają na niego nowi rodzice, którzy chcą otoczyć go miłością. – Kiedyś, będąc w jednej parafii opowiadałam mieszkańcom o pracy naszego Towarzystwa, mówiąc o takich właśnie przypadkach. W końcu kościoła stał mężczyzna z małym dzieckiem na ręku i dumnie prężył pierś. Okazało się potem, że chłopiec był adoptowany, a mama urodziła go będąc w naszym Domu w Wiernej – opowiada.

Jak plaster na ranę

– Kocham to robić. Zdarza mi się często płakać z tymi ludźmi, bo taką mam już empatię, ale potem mówię: „zaradzimy”, „jakoś będzie”. Ewangelia mówi „Nie ten kto mówi Panie, Panie dostąpi zbawienia”. Dlatego staramy się swoim konkretnym działaniem ukazywać realizm wiary chrześcijańskiej – tłumaczy. Myśląc o tych, którym pomaga, powtarza, że „widzi w nich potrzebującego Chrystusa”. Słucha ich bardzo trudnych, traumatycznych przeżyć, patrząc na ich okaleczone życie, naznaczone cierpieniem odrzuceniem, samotnością, co często jest tak wyraźnie wyrysowane na twarzach. Podkreśla, że pragną zrozumienia, wsparcia, współczucia i opieki. – Zdaję sobie sprawę, że całego świata nie uratujemy, ale jeśli choć jednemu człowiekowi pomożemy, to warto. Sprawia mi ogromną radość i satysfakcję, kiedy widzę na twarzy potrzebującego uśmiech, poczucie spokoju, gdy ustępuje z jego życia lęk przed przemocą i agresją, z którą musiał się zmagać, gdy może położyć głowę w bezpiecznym miejscu. Jesteśmy jak ten plaster na ranę. Przywracamy uśmiech, dajemy miłość.

Reklama

Ze Schroniska dla Bezdomnych Mężczyzn w l. 2017-19 do chwili obecnej rocznie średnio korzystało od 70-90 osób, z Noclegowni – w 2017 r. – 64 osoby, 2018 r. – 67 osób , a w 2019 r. do września – 46 osób. Dawniej, po transformacji ustrojowej, w schronisku częściej szukali pomocy mężczyźni w sile wieku. Nie było tyle kontraktów, bezrobocie spychało ich w długi, nie byli w stanie opłacić mieszkania. Teraz więcej jest mężczyzn w okolicach 70 lat, emerytów z orzeczonymi eksmisjami. Oni tutaj znajdują schronienie. Biedni potrzebują miłości. Schronisko daje im poczucie przygarnięcia. Nikogo nie wykluczamy, ubóstwo nie odbiera godności człowiekowi. Św. Brat Albert mówił „każdemu należy się dach i strawa” – podkreśla Teresa. Towarzystwo prowadzi także dziesięć mieszkań chronionych, w których dom znalazło 16 osób.

Muzykoterapia z Teresą

Nawet będąc na emeryturze, nie zwalnia tempa. Obok licznych obowiązków znajduje czas na odwiedziny pensjonariuszy w jednym z DPS i prowadzi tutaj dwa razy w tygodniu muzykoterapię. Uczestniczą w nich niemal wszyscy pensjonariusze, którzy mogą przemieszczać się o własnych siłach, czy na wózkach. – Repertuar jest bardzo różnorodny – od pieśni maryjnych, które przeplatają naszą modlitwę różańcową. Jest litania, a potem przechodzimy do patriotycznych. Wtedy u niektórych kombatantów widzę taki zapał i radość – mówi. Czasem opowiadam ich o moich podróżach do różnych sanktuariów, przenosząc ich choć na chwilę oczyma wyobraźni w te miejsca. Staram się im przywieść z tych pielgrzymek jakieś pamiątki, obrazki np. św. Charbela z Libanu, Matki Bożej Pompejańskiej. A kiedy spotkanie się kończy, musi im obiecać, że wkrótce znów do nich przyjdzie.

Pozytywnie zajęta

– Kiedy tam jestem, nie mam wątpliwości że Pan Bóg dał tę starość, niedołężność, biedę, aby reszta się zbawiała. Człowiek może być kiedyś bliżej nieba. Obserwuję pracowników, jak się starają, troszczą o seniorów – leżących pokarmią, przebiorą. Jakaś dziewczynka przychodzi, zagra im na pianinie. Jesteśmy sobie nawzajem potrzebni. Odwiedza również regularnie niewidomych w ośrodku przy ul. Złotej w Kielcach. Przychodzi w odwiedziny, by im poczytać, porozmawiać, pośpiewać wspólnie.

Terasa mówi, że „chce przynieść do Pana Boga naręcza dobra”. Mimo, że jest na emeryturze, to jakby pracowała na dwóch etatach. Działa we wspólnocie Szkoła Maryi. W działaniu i modlitwie nie ma dla niej żadnych granic. Potrafi modlić się brewiarzem przez skype’a ze swoimi przyjaciółmi z różnych stron świata. Wyjeżdża na rekolekcje w Polsce i za granicą. – Jestem pozytywnie zajęta. Wiem co robić, aby życia nie zmarnować – mówi z uśmiechem.

2019-12-04 07:36

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Konrad nie rezygnuje, chce walczyć o lepszą przyszłość

2020-07-28 09:02

[ TEMATY ]

Caritas

pomoc

Archiuwm prywatne

Nie jest tak, że życie osoby niepełnosprawnej toczy się tylko wokół niepełnosprawności. Jesteśmy tacy sami w marzeniach, nadziejach, radości i smutku. Ale niepełnosprawność ogranicza możliwość wyboru, odbiera wolność i niezależność i zwyczajnie utrudnia życie. Nikt z nas, zdrowych osób nie zrozumie do końca jak to jest, gdy nie możesz grać w piłkę z kolegami, skakać na bombę do wody, czy jeździć na nartach i zawsze w takich sytuacjach jesteś z boku, bez możliwości przeżywania wspólnych emocji.

Konrad ma 20 lat, w tym roku skończył technikum, zdawał egzamin zawodowy i maturę. Wszystkie plany i decyzje mają w jego życiu kontekst - niepełnosprawność, która powoduje, że wielu rzeczy w życiu nie zrobił i nie zrobi. Po prostu nie może. Urodził się z hemimelią - nie ma kości strzałkowej, cierpi na niedorozwój prawej stopy z nieprawidłowo wykształconym zrostem układu skokowo-piętowego.

Ma ortezę, ale dłuższe jej noszenie powoduje otarcia i nieznośny ból bo cały ciężar ciała opiera się na zdeformowanej nodze. W domu Konrad porusza się o kulach.

Mama zawsze go chroniła, ale szybko zdał sobie sprawę, że jest i będzie inny niż wszyscy. Dzieciństwo to wizyty lekarskie, konsultacje, badania - sinusoida emocji, od nadziei do rozpaczy. I tak ciągle. Dzisiaj, po latach, wiadomo już, że wiele decyzji lekarskich okazało się niesłusznych np. skrócenie kości piszczelowej i wstawienie śruby. Ta śruba powodowała nieustanny ból, podrażnienie i infekcje. W końcu została usunięta. Mały Konrad nie rozumiał dlaczego tak musi być, dlaczego nie dość, że nie ma sprawnej nogi, to jeszcze musi cierpieć.

Archiuwm prywatne

• Nawet jak dziś o tym opowiadam, nie mogę powstrzymać płaczu. Nie wiedziałam jak wytłumaczyć Konradowi, że różni się od dzieci w jego wieku. Dlaczego tak wiele rzeczy łatwych dla innych, dla niego jest nieosiągalnych. Miałam ochotę wyć. W modlitwach pytałam dlaczego Konrad, dlaczego nie mogę wziąć na siebie jego bólu i cierpienia - wspomina wyraźnie poruszona mama Konrada, Aneta.

Przez te wszystkie lata najczęściej słyszeli od lekarzy słowo „amputacja”. To było jedyne proponowane rozwiązanie. Amputacja i protezowanie. Przez skrócenie kości piszczelowej Konrad ma jeszcze większą różnicę długości nóg. Ta operacja nie tylko nic nie dała, ale patrząc z dzisiejszej perspektywy, zaszkodziła Konradowi. W sumie przeszedł w dzieciństwie 3 bardzo poważne operacje. Żadna z nich nie przyniosła oczekiwanych rezultatów.

MOŻESZ POMÓC KONRADOWI Zobacz

Od podstawówki zaczęło się dokuczanie, podkreślanie inności, złośliwości. Nikt z dorosłych nie reagował, gdy Konrad stał się w szkole obiektem prześladowań. Nikt nie tłumaczył kolegom z klasy, że Konrad jest taki sam jak oni. Zresztą Konrad robił wszystko, by od kolegów różnić się jak najmniej. Mimo bólu i ortezy nie odpuszczał. Na zajęciach wychowania fizycznego skakał przez kozła, grał w piłkę. Ambitnie i z zacięciem, tak by pokazać, że jest taki jak wszyscy.

• Lubię ruch fizyczny i jestem często sfrustrowany z powodu moich ograniczeń. Jeżdżę na rowerze w ortezie, ale wiele aktywności jest poza moim zasięgiem. - opowiada Konrad

Teraz jest lepiej, ale przez wiele lat niepełnosprawność była dla Konrada źródłem wstydu i kompleksów. Nie nauczył się pływać, bo na basenie wszyscy widzieliby jego nogi. Na wycieczkach szkolnych zagryzał zęby, żeby nikt nie zobaczył jak bardzo się męczy, jak boli noga po całodziennym chodzeniu w ortezie.

• Jakie mam marzenia? Praca w zawodzie związanym z lotnictwem, przedtem studia. Chciałbym podróżować, zwiedzać świat. No i nauczyć się pływać. - odpowiada bez zastanowienia.

Dużo czasu upłynęło zanim w 2014 dotarli do informacji, że jest klinika, w której prowadzi się udane operacje wydłużenia kości. Jak zawsze w takich przypadkach najlepszym źródłem informacji są inni rodzice. Mama dziecka z podobnym schorzeniem, poznana w internecie, powiedziała Anecie o doktorze Paley’u i jego klinice. Pojawiło się światełko nadziei.

Późno, bo Konrad powinien być operowany przed ukończeniem drugiego roku życia, ale lepiej późno niż wcale. Już na pierwszej konsultacji profesor Paley w szczerej życzliwej rozmowie przedstawił plan działania. Pierwszym etapem miała być rekonstrukcja stawu skokowego a następnie wydłużanie kończyny przy pomocy specjalnego aparatu. Doktor nie dawał 100% gwarancji, ale uważał, że są duże szanse na znaczną poprawę sprawności Konrada. Teraz już tylko pozostało zebranie pieniędzy. Okazuje się, że to największa przeszkoda. NFZ odmówiło refundacji a koszt operacji przekracza wielokrotnie możliwości rodziny Konrada.

Nie rezygnują jednak, chcą walczyć o lepszą przyszłość.

Jaki jest Konrad? Nieco nieśmiały, z rezerwą, ale kiedy zaczyna opowiadać o swoich pasjach nie można go zatrzymać, w głosie brzmi entuzjazm i wielkie zaangażowanie. Od najmłodszych lat interesuje się lotnictwem. To hobby oraz filmy science fiction, a szczególnie „Gwiezdne wojny”, były inspiracją do wyboru klasy lotniczej w technikum.

Oczy Konrada błyszczą, gdy opowiada o marzeniach na przyszłość.

• Uczyłem się w klasie o profilu technik lotniskowych służb operacyjnych, ze specjalnością koordynator naziemnego ruchu lotniczego. Chcę pracować na lotnisku, gdzie ciągle coś się dzieje, jest dużo emocji, trzeba podejmować szybkie decyzje. To mnie kręci i daje mnóstwo radości. - mówi.

• W ramach szkolnych praktyk ćwiczyliśmy samodzielne naprowadzanie samolotów, używanie sygnalizacji i znaków świetlnych. Trochę się bałem, ale to był taki strach, który mobilizuje do wysiłku i motywuje - dodaje.

Konrad poważnie myśli o studiach związanych z lotnictwem. Wie oczywiście, że pilotem nie będzie, ale może kontrolerem ruchu powietrznego. To ciągle marzenia, ale Konrad wierzy, że spełnią się prędzej czy później. Czy uda się wyjechać na studia z dala od domu i rodziców? Nie wiadomo, niepełnosprawność bardzo ogranicza możliwości, bo Konrad ciągle zależny jest od fizycznej pomocy i wsparcia innych. Jeżeli studia, to raczej blisko domu. Konrad bardzo chciałby mieć prawo jazdy. To pieśń przyszłości, ale kiedyś kto wie…

• Drugą moją miłością jest muzyka. Słucham głównie klasycznej, ale lubię także muzykę dance z 80-tych i 90-tych lat. Od 13-tego roku życia gram na fortepianie. Skończyłem szkołę muzyczną I stopnia i kontynuowałem naukę na lekcjach prywatnych. Uwielbiam grać na klawiszach. Często gram bez nut, z pamięci. Hemimelia to także zdeformowane dłonie i palce, ale nie daję się. Zapominam o wszystkim, gdy gram. - uśmiecha się Konrad

Nauczyciele muzyki sugerują, żeby Konrad kształcił się dalej, ale czasu brakuje. Nauka, egzaminy szkolne, wizyty lekarskie i konsultacje wypełniają szczelnie każdą godzinę. Konrad wie na pewno, że muzyka zawsze będzie ważnym elementem jego życia.

Niestety, czas płynie nieubłagania a Konrad powoli przestaje wierzyć, że dostanie się na operację do dr Paleya. Jeszcze niedawno przyszłość rysowała się w jasnych barwach. Wszystko przez brak pieniędzy na operację.

• Nauczyłem się śmiać przez łzy. Co innego mogę zrobić? Łatwo nie jest. Spotkanie z dr Paley’em dało mi nadzieję, że stanę na dwóch nogach i wreszcie poczuję się pewnie. Wiem, że nigdy nie będę chodził normalnie, ale może być lepiej. Jak uda się zebrać pieniądze, to nagram najpiękniejsze utwory i udostępnię na YT w podziękowaniu darczyńcom. - zapala się Konrad

Konrad opowiada o sobie bardzo szczerze. Jest otwarty, ciekawy świata i drugiego człowieka.

• Mam jednak w sobie dużo obaw, lęków, tyle razy przeżyłem rozczarowanie. Z trudem ufam lekarzom, służbie zdrowia. Tyle razy spotkałem się z obojętnością, niezrozumieniem a nawet odrzuceniem. Dlatego spotkanie z dr Paley’em to było coś niezwykłego. Poczułem, że jest dla mnie szansa, jest nadzieja. - mówi.

Konrad ma do nas prośbę. Taką największą, z głębi serca.

- Błagam wszystkich ludzi dobrej woli o pomoc. O dorzucenie się do mojej zbiórki w charytatywnym serwisie Zobaczl. Ja już tak długo czekam, a teraz jeszcze pojawiła się nadzieja na lepsze. Nie wiem czy zniosę kolejną porażkę, kolejne rozczarowanie.

Darowizny na operację Konrada można przekazywać bezpośrednio poprzez stronę uratujecie.pl lub przelewem na konto 47 1160 2202 0000 0003 2305 9331, tytuł przelewu: KONRAD20

CZYTAJ DALEJ

Prezydent: gospodarstwa rodzinne to fundament naszego ustroju rolnego

2020-08-02 12:02

[ TEMATY ]

prezydent

Andrzej Duda

creenshot/Facebook

Gospodarstwa rodzinne to fundament naszego ustroju rolnego; musimy to pielęgnować - powiedział w niedzielę prezydent Andrzej Duda.

Prezydent Duda podkreślił w TVP, że jego kolejna prezydentura będzie "taka jak była, tylko – mam nadzieję – jeszcze bardziej intensywna". Zaznaczył, że przez całą pierwszą kadencję bardzo ważne były dla niego obszary wiejskie, te o których "wcześniej bardzo często mówiło się Polska B".

"Jeżeli ktoś tę Polskę poza wielkimi miastami nazywał kiedyś Polską B, to ja poświęciłem więcej uwagi Polsce B niż Polsce A. Dlatego, że Polską A zajmowano się przez ostatnie lata, Polską A zajmują się politycy samorządowi, którzy dysponują ogromnymi budżetami" - zauważył. Natomiast - dodał - polskie wioski i małe miasteczka były "porzucone". Zdaniem prezydenta ludzie nie chcieli w nich żyć, ze względu m.in. na brak pracy lub połączeń komunikacyjnych.

"Postawiłem sobie jako wielki cel, by te trendy odwrócić – i to się działo przez ostatnie lata. One w ogromnym stopniu są już odwrócone" - powiedział prezydent. Jednocześnie podkreślił, że "jeszcze nie wszystko zostało naprawione, zbudowane, ale są to procesy, które trwają, one się dzieją, zostały rozpoczęte i na pewno chcę to kontynuować".

Pytany o dopłaty dla rolników w nowej perspektywie finansowej Unii Europejskiej, prezydent zaznaczył, że polskie rolnictwo w ogromnej części nie ma charakteru przemysłowego. "Na pewno musimy to pielęgnować – właśnie gospodarstwa rodzinne jako fundament naszego ustroju rolnego" - powiedział. I dodał, że to właśnie one powinny być "wielkimi beneficjentami" środków unijnych.

Jak również wskazał, polscy rolnicy to "ludzie wykształceni, którzy zainwestowali w swoje gospodarstwa ogromne pieniądze i rzeczywiście uprawiają dziś rolę w sposób bardzo zmechanizowany, ale jednocześnie nie jest to przemysł - to jeszcze cały czas ziemia dotknięta ręką rolnika". "I to jest nasza ogromna wartość, dlatego że dzisiaj na tego typu produkcję rolną stawia się także w Unii Europejskiej" - zaznaczył Duda.

"Cieszę się, że dzisiaj jest właśnie taka sytuacja, że mamy bardzo światłych rolników - śmiało można powiedzieć, że są światowcami, świetnie ubrani, świetnie wykształceni, mają piękne domy, świetnie wyposażone, bardzo modnie urządzone. A jednocześnie ich żony, mamy, córki ubierają się w tradycyjne stroje ludowe, kultywują obrzędy związane z wiarą, Święta Wielkanocne itd. Czy po prostu tańce ludowe, właśnie lokalny haft, lokalny strój – wszystko, co ważne, jest przenoszone z matki na córkę, z ojca na syna" - przekonywał.(PAP)

autor: Dorota Stelmaszczyk

dst/ ozk/

CZYTAJ DALEJ

Łódzcy Diakoni z abp Grzegorzem Rysiem wędrowali po górach

2020-08-03 11:09

dn Łukasz Kowalski

W ostatnim tygodniu lipca diakoni naszej archidiecezji wraz z księdzem arcybiskupem Grzegorzem Rysiem i rektorem seminarium — ks. Sławomirem Sosnowskim wędrowali po szlakach Gorców i Pienin. Centralnym punktem każdego dnia była Eucharystia. Jedna z nich została odprawiona w Centrum Oazowym, a dokładniej w kaplicy Chrystusa Sługi w Krościenku nad Dunajcem. Podczas homilii ks. arcybiskup zwracając się do diakonów, podkreślił, że powinni brać wzór z Chrystusa Sługi i właśnie z Jego czerpać wszelką inspirację do swoich działań.

Jeden dzień wyjazdu został poświęcony ks. Józefowi Tischnerowi. Diakoni wraz z księżmi odwiedzili dom rodziny Tischnerów. Tam rozmawiali i wsłuchiwali się w opowiadania o życiu księdza profesora. O księdzu Tischnerze opowiadali, jego brat Marian, a także bratanek Łukasz, który towarzyszył umierającemu ks. profesorowi do ostatnich chwil. Po spotkaniu z rodziną Tischnerów łódzcy diakoni razem z arcybiskupem i rektorem udali się na Mszę Święta do zabytkowego kościoła w Łopusznej. Później nawiedzili grób księdza profesora na miejscowym cmentarzu.

Zobacz zdjęcia: Łódzcy diakoni z abp Grzegorzem Rysiem w Gorcach i Pienianich

Oprócz wędrówek pieszych nie zabrakło także czasu na wycieczkę rowerową. Celem wyprawy był po — kartuski Czerwony Klasztor, znajdujący się na Słowacji. Tegoroczny wyjazd jest kontynuacją pomysłu ks. arcybiskupa, który od 2018 w okresie wakacji udaje się na kilkudniowy wyjazd z nowo wyświęconymi diakonami.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję