Reklama

Kościół

Widzialna jedność jest naszym celem

O jedności budowanej każdego dnia, małżeństwach mieszanych i niezrozumiałej krytyce ekumenizmu z bp. Krzysztofem Nitkiewiczem, ordynariuszem sandomierskim i przewodniczącym Rady ds. Ekumenizmu KEP, rozmawia ks. Jarosław Grabowski, redaktor naczelny Niedzieli.

Niedziela Ogólnopolska 3/2020, str. 10-13

[ TEMATY ]

ekumenizm

bp Krzysztof Nitkiewicz

Bożena Sztajner/Niedziela

Bp Krzysztof Nitkiewicz, ordynariusz sandomierski

Ks. Jarosław Grabowski: Księże Biskupie, ekumenizm to dążenie do jedności chrześcijan. Kiedy nastąpi pełna jedność wszystkich wyznawców Chrystusa?

Bp Krzysztof Nitkiewicz: Pełna jedność nastąpi wówczas, gdy sam Bóg tego zechce, i w formie zgodnej z Jego wolą. On jednak oczekuje od nas współpracy przez modlitwę, nawrócenie, dialog teologiczny i wspólne chrześcijańskie świadectwo. Trzeba przyznać, że pragnienie jedności było zawsze obecne w dziejach Kościoła, chociaż w zależności od epoki zmieniały się jej koncepcje. W naszym przypadku przełom nastąpił dzięki Soborowi Watykańskiemu II. Zniknął mur wrogości, zostały zdjęte niektóre ekskomuniki i zakazy, można nawet mówić o jedności duchowej. Brakuje natomiast jedności widzialnej, wyrażającej się we wspólnocie wiary, w jedności sakramentalnej i hierarchicznej. Ta widzialna jedność jest naszym celem i powinniśmy konsekwentnie do niej dążyć.

- Pomimo wielkiego zaangażowania papieży – od Jana XXIII do obecnego Franciszka – i jednoznacznej katolickiej doktryny ekumenicznej wciąż słyszymy w pewnych kręgach katolickich krytykę ekumenizmu. Niektórym wciąż się wydaje, że ekumenizm to zdrada jedynego prawdziwego Kościoła. Czy mamy dziś do czynienia z oddolnym odrzuceniem lub niezrozumieniem dążeń ekumenicznych?

- Jeśli ktoś widzi tylko to, co dzieli, jeśli uważa, że ma monopol na prawdę i świętość, trudno mu będzie zaakceptować dialog z tymi, którzy inaczej formułują swoje Credo. Takich osób, dla których słowo „ekumenizm” brzmi podejrzanie, może nie ma zbyt wiele, ale dają o sobie znać. Oskarżają ruch ekumeniczny o wywołanie kryzysu w Kościele, nie dociera do nich to, że wiele kwestii spornych dawno wyjaśniono, a wspólne deklaracje ekumeniczne zostały podpisane przez papieża. To nie jest wyłącznie nasza katolicka specjalność. Paweł Florenski, wybitny rosyjski teolog prawosławny, porównał chrześcijan spierających się ze sobą do krewnych, którzy energię oraz pieniądze roztrwaniają na procesy, żeby przejąć cały majątek. Moralizujemy się nawzajem bez wsłuchiwania się w to, „co mówi Duch do Kościoła”. A On posyła nas do świata, który odrzucił Chrystusa i milczy, gdy chrześcijanie są prześladowani i zabijani. Ktoś powiedział, że ekumenizm jest jak kamizelka ratunkowa nie tylko dla chrześcijaństwa, ale dla całej ludzkości. Najpierw jednak musimy zrozumieć, że objęło nas wszystkich zbawcze dzieło Chrystusa i dlatego jesteśmy dla siebie siostrami i braćmi: katolicy, prawosławni, protestanci, anglikanie, starokatolicy.

- Ekumenizm nazywamy „szkołą uczenia się siebie nawzajem”. Czego katolicy mogą się nauczyć od prawosławnych i ewangelików?

- Możemy sporo się nauczyć od naszych sióstr i braci w Chrystusie i myślę, że tak się dzieje. Jeśli chodzi o prawosławnych, imponują mi zawsze ich znajomość tekstów patrystycznych i przywiązanie do tradycji. Z kolei ikony oraz wschodnia ikonografia pojawiają się coraz częściej w naszych katolickich świątyniach. W domach prywatnych, oczywiście, też. Organizowane są rekolekcje z pisaniem ikon. To również może się stać drogą do jedności. Przecież ikony Matki Bożej Częstochowskiej czy Matki Bożej Ostrobramskiej odbierają cześć zarówno u katolików, jak i u prawosławnych, a np. w naszej sandomierskiej katedrze mamy wspaniałe freski bizantyjsko-greckie z początku XVI wieku wykonane przez prawosławnych artystów. Jeśli chodzi o Kościoły protestanckie, należy pamiętać, że reformacja przyczyniła się do pozytywnych przemian w Kościele katolickim, i to pod różnymi względami: duchowym, dyscyplinarnym i organizacyjnym. Przypomniała o miejscu i roli Pisma Świętego, o tym, że powinno mieć ono prymat w życiu Kościoła i każdego chrześcijanina. Protestanci nadal nas uczą właściwego podejścia do słowa Bożego, co jest widoczne chociażby w ich trosce o tłumaczenia Biblii, a także w kaznodziejstwie. Myślę, że to również może ubogacić nasze duszpasterstwo.

- Często słyszymy o pentekostalizacji Kościoła katolickiego oraz innych tradycyjnych Kościołów chrześcijańskich. Czy ruchy charyzmatyczne w Kościele, dynamiczne i w stanie ciągłego rozwoju, stanowią konkurencję dla ekumenizmu?

- Pentekostalizacja jest faktem. Chodzi o jakiś nowy sposób przeżywania swojej wiary, dotyczący setek milionów osób w skali świata. Członkowie wspólnot pentekostalnych i charyzmatycznych, nazywanych także Kościołami wolnymi, byli wcześniej nierzadko naszymi wiernymi albo wiernymi Kościołów należących do Polskiej Rady Ekumenicznej. Są spontaniczni i „wyzwoleni” od teologicznych dogmatów, ściśle określonych obrzędów i przepisów prawnych. Uważają, że prowadzi ich Duch Święty, który objawia się przez nadzwyczajne charyzmaty. Stolica Apostolska już od lat prowadzi dialog ze wspólnotami pentekostalnymi i charyzmatycznymi, ale do niedawna brakowało takich kontaktów u nas w Polsce. Szczerze mówiąc, nie wiedzieliśmy, jak i od czego zacząć. Przeważyła jednak opinia, że ktoś powinien nawiązać z nimi relacje w celu wzajemnego poznania się. Konferencja Episkopatu Polski powierzyła to zadanie bp. Andrzejowi Siemieniewskiemu, który jest naszym delegatem do Polskiego Forum Chrześcijańskiego. Pierwsze doświadczenia tej nowej formy dialogu ekumenicznego wydają się pozytywne.

- Czy wzrastająca liczba małżeństw mieszanych (między osobami różnych wyznań chrześcijańskich) może się przyczynić do ożywienia świadomości ekumenicznej?

- Powinniśmy o to zapytać w pierwszej kolejności rodziny katolicko-prawosławne na Podlasiu albo katolicko-luterańskie na Śląsku, gdzie małżeństwa mieszane są czymś zwyczajnym. Z mojego doświadczenia, a miałem taki przypadek w bliskiej rodzinie – stanowi to przynajmniej na początku spore wyzwanie. Z upływem czasu, który jest potrzebny do lepszego poznania drugiego Kościoła, jego liturgii i zwyczajów, wszystko układa się z reguły w harmonijną całość. Możemy więc mówić o jedności budowanej każdego dnia, najpierw między małżonkami, a potem, kiedy rodzą się dzieci, wespół z nimi. Jedną z bardzo delikatnych kwestii jest sprawa chrztu dziecka (w jakim Kościele) oraz jego wychowania. Rodzice podlegają tutaj przepisom swoich Kościołów. Niezależnie od tego, jaką decyzję podejmą, dziecko samo powie któregoś dnia, za kogo się uważa, i może się okazać, że jego odczucia, tożsamość niekoniecznie będą zgodne z wolą rodziców, nie mówiąc już o prawie kanonicznym czy o wschodnich kanonach. Rozmawiamy o tych sprawach podczas spotkań Komisji ds. Dialogu między Polską Radą Ekumeniczną a Konferencją Episkopatu Polski, jednak nie wszystkie nasze pomysły mogą zostać zrealizowane.

- Ostatnio jedna z czytelniczek Niedzieli podzieliła się z nami swoim życiowym problemem: ma chłopaka, który jest adwentystą i myśli poważnie o małżeństwie. Dziewczyna pragnie zawrzeć związek małżeński w swoim kościele parafialnym, jednak narzeczony stanowczo odmawia i nalega, by wzięli ślub w zborze adwentystów. Czy zawarcie ślubu poza Kościołem katolickim przez katolika jest możliwe i ważne?

- Zasady zawierania małżeństwa przez katolików reguluje prawo kanoniczne. W podanym przez Księdza Redaktora przypadku należy zastosować przepisy odnoszące się do małżeństw mieszanych, w tym również do samej formy zawarcia małżeństwa. Jeśli więc wspomniana czytelniczka Niedzieli zdecyduje się na ślub w zborze adwentystów, będzie musiała otrzymać od swojego ordynariusza miejsca zgodę na zawarcie małżeństwa mieszanego oraz dyspensę od formy kanonicznej. Wcześniej musi jednak złożyć oświadczenie, że jest gotowa odsunąć od siebie niebezpieczeństwo utraty wiary, oraz przyrzec, że uczyni wszystko, co w jej mocy, aby dzieci zostały ochrzczone i wychowane w Kościele katolickim. Z kolei narzeczony ma być o tym powiadomiony. W tym celu oboje powinni się zgłosić do kancelarii parafialnej strony katolickiej, gdzie zostanie z nimi przeprowadzona rozmowa kanoniczno-duszpasterska (tzw. egzamin przedślubny). Ta rozmowa jest bardzo ważna, gdyż – jak przypomina promulgowany niedawno dekret ogólny Konferencji Episkopatu Polski – niezależnie od zapatrywań strony niekatolickiej małżeństwo niesie dla obojga takie same wymagania, jeśli chodzi o nierozerwalność i wierność. Ksiądz proboszcz albo jego współpracownicy zatroszczą się już o wszystkie przepisane prawem czynności.

- Dziękuję w imieniu naszej czytelniczki, mam nadzieję, że odpowiedź Księdza Biskupa pomoże jej w rozwiązaniu życiowego dylematu... Pytania dotyczące ekumenizmu w życiowej praktyce są częste. To niewątpliwie znak czasu. Czy jednak w polskiej rzeczywistości ekumenizm nie jest uprawiany zbyt odgórnie, wśród hierarchów czy teologów, przy dużej obojętności czy niezrozumieniu idei ekumenizmu ze strony przeciętnego katolika?

- Kardynał Joseph Ratzinger przestrzegał, że nie wystarczy dialog ekumeniczny między zwierzchnikami Kościołów. Pragnienie jedności musi być żywe w całym ludzie Bożym. „Góra” nie może narzucać niczego, co wcześniej nie dojrzało „na dole”. Z kolei św. Jan Paweł II zwrócił uwagę na to, że brakuje recepcji dokumentów ekumenicznych, które zostały podpisane. Są mądre, piękne, lecz nieznane. To dotyczy również Polski. Nawiasem mówiąc, 23 stycznia br. w ewangelicko-augsburskim kościele Świętej Trójcy w Warszawie będziemy dziękowali Bogu za podpisaną 20 lat temu wspólną Deklarację Kościołów w Polsce na progu trzeciego tysiąclecia: Sakrament chrztu znakiem jedności. Tylko ile osób o niej słyszało? Odnoszę nieraz wrażenie, że dialog ekumeniczny ma rys elitarny. Stąd bardzo ważna jest edukacja w seminariach duchownych, na katechezie, w parafiach. Młodzi katolicy powinni poznawać inne Kościoły, szczególnie te, które istnieją w Polsce. Cieszę się z niedawnego spotkania młodych we Wrocławiu, zorganizowanego przez Wspólnotę Taizé i archidiecezję wrocławską. Wierzę, że przyniesie ono owoce może już podczas najbliższego Tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan. >>n

2020-01-14 10:24

Ocena: +2 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Miejsce spotkania Boga z ludem

2020-02-25 12:00

Niedziela sandomierska 9/2020, str. IV

[ TEMATY ]

konsekracja

ołtarz

bł. ks. Michał Sopoćko

bp Krzysztof Nitkiewicz

Tarnobrzeg

Eucharystię koncelebrowali bp Krzysztof Nitkiewicz, ks. Jan Zając, proboszcz, ks. Adam Marek, dziekan dekanatu, oraz przybyli kapłani

W liturgiczne wspomnienie bł. Michała Sopoćki bp Krzysztof Nitkiewicz konsekrował ołtarz oraz poświęcił świątynię pw. Miłosierdzia Bożego w Tarnobrzegu.

Mszę św. wraz z bp. Krzysztofem Nitkiewiczem celebrowali: ks. Jan Zając, proboszcz parafii, ks. Adam Marek, dziekan dekanatu tarnobrzeskiego, oraz kapłani z Tarnobrzega. Na wspólnej modlitwie obecnych było bardzo wielu parafian, którzy własną pracą przyczynili się do budowy świątyni oraz upiększania jej wnętrza.

CZYTAJ DALEJ

Czterdzieści dni szansy

Pościć czy nie pościć? Oglądać telewizję czy z niej zrezygnować? Modlić się więcej, ale o ile... Czyli co zrobić, żeby nie przegapić Wielkiego Postu.

Nie będę: jeść słodyczy, oglądać telewizji, słuchać muzyki rozrywkowej, czytać gazet, „siedzieć” całymi wieczorami w internecie; nie będę pić kawy i alkoholu; nie będę chodzić do kina ani na mecze ukochanej drużyny; nie będę opowiadać dowcipów, nie będę czytać kryminałów, nie będę tańczyć, malować paznokci. Nie będę... Nie będę... Nie będę...

Będę: więcej się modlić, chodzić na Mszę św., Drogę Krzyżową (może nawet pójdę na tę ekstremalną) i Gorzkie żale; będę codziennie czytać Pismo Święte i pobożne lektury; będę pościć o chlebie i wodzie w wybrane dni tygodnia; będę poważny, skupiony w sobie, zamyślony. Będę... Będę... Będę...

Jeśli...

Idealny przepis na dobre przeżycie Wielkiego Postu? Niekoniecznie. Dlaczego? Bo to wszystko okaże się funta kłaków warte, jeśli: nadal będę żyć w nieprzyjaźni z sąsiadem; dalej „kisić” w sercu wieloletni żal do rodzeństwa o nierówny podział majątku po rodzicach; jeśli będę nieczułym mężem, kłótliwą żoną, ojcem jak zwykle tak zapracowanym, że niemającym pięciu minut na zabawę z dziećmi, matką uciekającą od poważnej rozmowy z dorastającą córką, bratem traktującym młodszą siostrę jak istotę niższego gatunku; jeśli będę „trudnym” kolegą w pracy, bezlitosnym przełożonym stosującym mobbing, leniwym podwładnym, który kombinuje, jak się nie napracować, a dobrze zarobić, kierowcą nagminnie przekraczającym przepisy ruchu drogowego, nieżyczliwym nauczycielem, studentem przypominającym sobie o swoich obowiązkach na tydzień przed sesją, uczniem wiecznie nieprzygotowanym do lekcji, urzędasem, który traktuje petentów z góry, „smutasem” bez ikry, wigoru, chęci do życia... Jeśli... Jeśli... Jeśli....

Co zrobić (a czego nie), aby za 40 dni się nie okazało, że pozostawiam za plecami kolejny zmarnowany Wielki Post?

Znaleźć czas dla Boga

Po pierwsze – muszę się zatrzymać, zwolnić szalone tempo życia, znaleźć czas na skonfrontowanie się z prostymi, fundamentalnymi pytaniami: kim jest dla mnie Pan Bóg? Jaki Jego obraz noszę w sercu? Surowego Sędziego, który czyha na każdy mój błąd? Wielkiego Nieobecnego, który przygląda się obojętnie z oddali, jak borykam się ze swoim losem? Jeśli właśnie tak Go postrzegam, jeśli mam do Niego dystans, jeśli Mu nie dowierzam, to daleko mi do miana chrześcijanina!

Modlitwa – rozmowa dwóch osób

A zatem – potrzebuję modlitwy, podczas której odkryję prawdziwego Boga, czyli Ojca: zatroskanego o mój los na każdym wirażu mego życia, kochającego mnie bezwarunkowo, również wtedy, kiedy po uszy tkwię w bagnie grzechów, zawsze gotowego mi przebaczyć, który niezmiennie czeka, aż przyjdę do Niego, tak szalonego z miłości do mnie, że oddał za mnie życie.

Potrzebuję modlitwy, która będzie nie wyliczanką moich żądań, życzeń, skarg i zażaleń, lecz wsłuchiwaniem się w to, co On ma mi do powiedzenia, poszukiwaniem Jego woli, uzgadnianiem z Nim swoich planów i pomysłów na życie.

Potrzebuję modlitwy, która będzie nie bezmyślnym recytowaniem formułek, lecz spotkaniem z Bogiem żywym, z Bogiem-Osobą. Potrzebuję modlitwy, która bardziej niż mówieniem będzie słuchaniem tego, co Bóg ma mi do powiedzenia.

Od niewolnika do syna

Owocem takiej modlitwy będzie nowa jakość naszej wzajemnej, Bosko-ludzkiej relacji: przestanę zachowywać się jak niewolnik, który kombinuje bez przerwy, jak oszukać swego pana, a przyjmę postawę syna: zacznę unikać grzechu i czynić dobro z miłości do Niego, a nie ze strachu; z pragnienia pozostawania blisko Niego, a nie z obawy przed karą, gdy zostanę „przyłapany”. Nie będę się bał Boga, lecz Go kochał. Pójdę na Mszę św., Drogę Krzyżową czy Gorzkie żale nie dlatego, że muszę, lecz dlatego, że CHCĘ, bo tam Go spotkam.

Post – zrobić miejsce dla Boga

Potrzebuję postu. Postu, który nie będzie polegał na zdobywaniu sprawności według własnego widzimisię. Postu, u progu którego przestanę jak co roku powtarzać: „Panie Boże, teraz Ty się odsuń, nic nie rób, a ja zakaszę rękawy i zabiorę się do pracy nad sobą. Zobaczysz, jak się zmienię!”, po czym zacznę z kopyta realizować wielki projekt duchowej przemiany, skrojony na moją modłę, z góry skazany na porażkę, gdyż nieliczący się z tym, czego oczekuje ode mnie Bóg. W tym roku postąpię inaczej: zapytam Go o zdanie. Uznam, że tylko On może mi pokazać, co mnie od Niego oddziela, co w moim życiu jest lub bywa ważniejsze od Niego, co zamiast Niego jest w moim życiu bożkiem. I wreszcie uwierzę, że tylko On może mi dać siłę do podźwignięcia się z moich zniewoleń.

Dopiero teraz – z oczyszczonymi motywacjami – mogę powrócić do listy wyrzeczeń przedstawionych na początku niniejszych rozważań. Być może od Boga oddziela mnie łakomstwo i faktycznie „przykrócenie” sobie uciech stołu będzie dobrym pomysłem. Jeszcze częściej będą to media z całym ich zgiełkiem i promowaniem pogańskiego stylu życia – i wtedy ograniczenie czasu spędzonego przy komputerze lub przed telewizorem okaże się „strzałem w dziesiątkę”. Dzisiaj prawdziwą plagą jest uzależnienie od internetu. Może najwyższa pora, aby do wstrzemięźliwości od pokarmów mięsnych dodać wielkopostną wstrzemięźliwość od www? Może trzeba się wreszcie zerwać ze smyczy smartfona – Facebooka, Messengera, YouTube’a? Ograniczyć ilość „wirtualu” na rzecz „realu”? A alkohol? Może nie wyobrażam już sobie dnia bez lampki wina lub butelki piwa, a jeśli mi tego zabraknie, to czuję się niespokojny, nerwowy. Może boję się odmówić, kiedy ktoś częstuje mnie alkoholem, balansując na granicy przymuszania. Jeśli tak, to znaczy, że nad moją głową bije alarmowy dzwon, wzywający do abstynencji. A co dopiero mówić o skłonności do plotkowania, o skwapliwości, z jaką wytykam innym ich prawdziwe lub wyimaginowane wady, o braku odwagi w mówieniu prawdy, o obmawianiu, oczernianiu. Grzechy języka – idealny materiał na wielkopostne postanowienie, że skoro mam dwoje uszu i jedne usta, to będę dwa razy więcej słuchał niż mówił. A gdy już będę mówił, to przede wszystkim dobrze, konstruktywnie, w zgodzie z prawdą.

Jałmużna – nie tylko pieniądze

Po uporządkowaniu obrazu Boga i relacji z Nim czas na korektę w relacjach z drugim człowiekiem. Nie z jakimś abstrakcyjnym bliźnim, nie z całą ludzkością in gremio, tylko konkretnie: z żoną, mężem, dziećmi, teściami, rodzeństwem; z koleżanką z biura, z kolegą z klasy, z tym wstrętnym Maćkiem, z tą wredną Kaśką, z tą klepiącą biedę rodziną z piątego piętra, z tą samotną wdową, moją sąsiadką. Dziś wielkopostna jałmużna to nie tylko pieniądze, lecz również (a wręcz przede wszystkim) dar czasu. Samotność w sieci zbiera straszliwe żniwo – choć smartfon pęka od setek kontaktów, to brakuje przyjaciół. Osób gotowych poważnie, od serca porozmawiać, a przede wszystkim słuchać.

A zatem celnym postanowieniem może się okazać gotowość do cierpliwego słuchania tego, czym chciałby się ze mną podzielić drugi człowiek.

Może postanowię, że w tegorocznym Wielkim Poście codziennie znajdę czas na pozbawioną rutyny rozmowę z żoną, na zainwestowanie w naszą przykurzoną nieco relację, na randkę raz w miesiącu, jak za dawnych, dobrych lat? A może przestanę żałować dzieciom czasu i uwagi, o które – zazwyczaj bezskutecznie – wręcz żebrzą?

Wracając do pieniędzy (jak wiadomo – stosunek do nich bardzo dużo mówi o naszej kondycji duchowej), to Wielki Post gromko wzywa do poszerzenia hojności serca i przewietrzenia portfela. Odmawianie sobie drobnych przyjemności ma sens wtedy, gdy nie stanowi sztuki dla sztuki, lecz generuje oszczędności, które następnie można przeznaczyć na rzecz potrzebujących.

Nawróć się!

Powyższe propozycje wielkopostnych praktyk to tylko skromna próbka z szerokiej gamy możliwości. Czytelnicy z łatwością „zaordynują” sobie inne środki, skrojone na miarę własnych potrzeb i – przede wszystkim – na miarę rozeznania, czego Bóg oczekuje od nich „tu i teraz”. Konsekwentnie, z wiarą podjęte, w dłuższej perspektywie mogą zaowocować trwałą przemianą życia, czyli nawróceniem, zaś w krótszej – nieporównanie głębszym niż do tej pory przeżyciem Triduum Paschalnego, tych najważniejszych dni w liturgicznym kalendarzu chrześcijanina.

CZYTAJ DALEJ

Dystrybutor filmu o Najświętszym Sercu Jezusa: ten kult ma gigantyczny potencjał duchowy

2020-02-28 10:44

[ TEMATY ]

film

Dziś na ekrany kin wchodzi film „Najświętsze Serce”. O tym, dlaczego w tym roku dla Polaków ma to wielkie znaczenie i jak odnaleźć sens kultu Najświętszego Serca Jezusa, mówi w rozmowie z KAI Andrzej Sobczyk, prezes Stowarzyszenia Rafael.

Andrzej Sobczyk: - Inspiracja wzięła się bezpośrednio z zagranicy od jego hiszpańskich twórców, którzy pokazali nam swoje dzieło. Poruszeni jego treścią z marszu stwierdziliśmy, że chcemy uczestniczyć w upowszechnianiu poprzez ekrany kinowe historii kultu Serca Jezusowego wiernym, a zwłaszcza pomóc im zrozumieć przesłanie, które płynie z objawień Małgorzaty Marii Alacoque.

KAI: O czym opowiada film i jaka jest jego budowa?

- Film jest historią fabularną z elementami dokumentu, w której poznajemy pisarkę przeżywającą kryzys twórczy. Ma napisać kolejne książki, jednak nie jest w stanie, mimo, że zbliża się koniec terminu wyznaczonego przez wydawcę. W tym momencie znajoma proponuje jej, by zainteresowała się osobą św. Małgorzaty Marii Alacoque. Pisarka zaczyna zgłębiać temat - samej świętej, której ciało przez kilkaset lat po śmierci pozostało nietknięte, objawień Serca Jezusa oraz 12 obietnic, które Chrystus dał ludziom, którzy czczą Jego serce. W toku dzieła zostają przedstawione losy pisarki, która dociera nawet do Watykanu. W filmie pojawia się też wątek polskich Łagiewnik. Zdradzę jeszcze tylko, że końcówka dzieła szczególnie porusza, gdyż dotyka cudów eucharystycznych, a więc rzeczy, których nie można pojąć rozumem, a które bardzo uwrażliwiają serce i ducha.

- Dlaczego film dokumentalno-fabularny to dobry sposób na przypomnienie kultu Najświętszego Serca Jezusa?

- Z mojego doświadczenia wiem, że sale kinowe to bardzo dobre miejsce ewangelizacji. Dobrze wyprodukowany film może z wielką mocą trafić do osób, które może na co dzień nie są blisko Kościoła. Tym razem chcemy trochę uporządkować ten element naszej wiary, o którym na pewno każdy słyszał, choćby w postaci uczestnictwa w 9 pierwszych piątkach miesiąca, co przecież wynika bezpośrednio z 12 obietnic Chrystusa, które przekazał On Małgorzacie Marii Alacoque czy też chodzenia na nabożeństwa czerwcowe. Co więcej, na pewno większość z nas pamięta z rodzinnych domów obrazy Jezusa z rozpalonym sercem. Ale czy wiemy co jest z nim związane? Nie da się ukryć, że w życiu duchowym naszych przodków ten kult był bardzo istotny. Dlatego warto poznać jego korzenie, a teraz można to zrobić w przystępny sposób - po prostu idąc do kina.

- Jakie przesłanie może wynieść widz z takiego religijnego seansu?

- Jeśli przyjdzie na niego z otwartym sercem, to na pewno zostanie ono poruszone. Najmocniejszy przekaz tego filmu to odkrycie tego, że Serce Jezusa zawsze przyjmuje człowieka. I że kieruje się względem nas niepojętą głębią miłosierdzia Boga. Osobiście dla mnie najbardziej przejmującym fragmentem dzieła było, kiedy główna bohaterka odkrywa jak ludzie odwrócili się od Serca Jezusowego, w tym także papież, który początkowo, wbrew prośbom św. Małgorzaty Marii Alacoque nie chciał poświęcić świata Sercu Jezusa i że miało to swoje konsekwencje w postaci tragicznych zdarzeń. Zacząłem się wtedy zastanawiać jak w przyszłości nas - którzy żyjemy w niełatwych czasach - ocenią następne pokolenia. Jak będą patrzeć na naszą wiarę i przyjmowanie takich objawień, jak tych dotyczących Najświętszego Serca Jezusa. Czy zobaczą głębokie zaufanie, czy ich odrzucenie.

- Polacy już kiedyś pokazali, że wierzą Sercu Jezusowemu. To znak na współczesne czasy, które są niełatwe już nie tylko światopoglądowo?

- Tak, to prawda. W tym roku przypada 100. rocznica zawierzenia losów naszej ojczyzny Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. Miało to miejsce w 1920 r., kiedy bolszewicy stali u granic Warszawy. Jak wiemy Polska została wtedy ochroniona, wydarzył się Cud na Wisłą. A papież Benedykt XV ten gest zawierzenia naszych rodaków ocenił jednoznacznie, pisząc, że nic stosowniejszego nie można było zrobić w celu naprawienia zła tamtych czasów. Sądzę, że te słowa są cały czas aktualne i obowiązujące - że na zło każdych czasów, którego również współcześnie nie brakuje, doskonałą odpowiedzią jest powierzanie się z ufnością Sercu Jezusa. Jednocześnie obchodzimy również 100. rocznicę kanonizacji św. Małgorzaty Marii Alacoque, co także zachęca do zapoznania się z objawieniami, których doświadczyła.

- Film „Najświętsze Serce” wchodzi do kin tydzień po premierze w Hiszpanii. To bardzo szybka reakcja.

- Tak. Było z tym trochę trudności, bo czasu było niewiele. Jednak jego wydźwięk jest na tyle istotny, że uznaliśmy, że trzeba podjąć wszelkie możliwe kroki, by polscy widzowie nie musieli za długo czekać. Jesteśmy bardzo pozytywnie zaskoczeni, gdyż w Polsce jest około 130 kin, które zdecydowały się wyświetlić dzieło. Adresy tych kin można znaleźć na stronie rafaelfilm.pl.

- Jak zachęcić ludzi, by wybrali się do kin?

- Ten film buduje wiarę. Naprawdę przybliża do dobrego i kochającego Boga, który zawsze czeka na człowieka. I jedno wiem na pewno - pomoże zrozumieć nam kult Serca Jezusowego, w którym większość z nas wyrosła, ale być może nie zdaje sobie sprawy z jego gigantycznego potencjału duchowego, wynikającego z objawień św. Małgorzaty Marii Alacoque. To jest swego rodzaju wyjątkowy testament duchowy, który otrzymaliśmy i bardzo konkretne obietnice Pana Jezusa. Warto z nich skorzystać.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję