Reklama

Wiadomości

Orlen obowiązki ma polskie

Z Danielem Obajtkiem, prezesem PKN Orlen, rozmawiają ks. Jarosław Grabowski i Artur Stelmasiak.

Niedziela Ogólnopolska 23/2020, str. 12-15

[ TEMATY ]

wywiad

Orlen

PKN Orlen

Orlen narzucił potężne tempo rozwoju, ale ten rozwój nie byłby możliwy bez inwestycji także w ludzi – mówi prezes Daniel Obajtek w rozmowie z ks. Jarosławem Grabowskim (z lewej) i Arturem Stelmasiakiem

Ks. Jarosław Grabowski: Dlaczego Orlen rzucił się jako jedna z pierwszych firm do wsparcia walki z koronawirusem? Generalnie koncern paliwowy ma przecież inne zadania.

Daniel Obajtek: Naszym podstawowym zadaniem jest dbanie o bezpieczeństwo paliwowe Polski. Z tego zadania wywiązujemy się w 100%. Jednak firma narodowa, a jest nią Orlen, przy prowadzeniu biznesu musi też uwzględniać zadania społeczne. Tego zresztą oczekują od nas Polacy, często nasi klienci. Dlatego aktywnie zaangażowaliśmy się w walkę z pandemią. Na ten cel przeznaczamy łącznie ok. 100 mln zł. Nasza pomoc obejmuje wsparcie zarówno finansowe, jak i rzeczowe. Skierowana jest przede wszystkim do służby zdrowia i służb mundurowych, ale też pracowników i podopiecznych Domów Pomocy Społecznej. Działamy kompleksowo, a Polacy to doceniają i coraz chętniej korzystają z naszych usług. Wiedzą, że Orlen jest z nimi również w trudnych czasach.

Mało osób wie, że już po raz piąty Orlen jako jedyna polska firma znalazł się w rankingu najbardziej etycznych firm świata – The World’s Most Ethical Companies.

Jaki jest klucz do działalności etycznej w biznesie? Na pierwszym miejscu zawsze są ludzie. Aktywa można zbudować szybciej albo wolniej. Można mieć nowe pomysły, ale jeżeli nie dobierze się odpowiedniego zespołu i się go nie zmotywuje, to nie wyzwoli się chęci do pracy i realizacji ambitnych celów. Dlatego skuteczne zarządzanie to wymaganie na pierwszym miejscu od siebie. Trzeba być pracowitym człowiekiem, bo swoją postawą motywuje się innych. Pieniądze są ważne, ale dopiero jeżeli połączymy zarabianie z chęcią do pracy i pasją, to mamy sukces. Jeżeli człowiek może się w pracy spełniać i coś kreatywnie tworzyć, to potrafi pracować za pięciu innych, którzy pracują z przymusu.

Jak to wygląda w Orlenie?

Gdy przyszedłem do PKN Orlen, wyznaczyliśmy nowe kierunki rozwoju koncernu. Wdrożyliśmy m.in. Program Rozwoju Petrochemii. Po 2 latach finalizujemy budowę najnowocześniejszej bazy badawczo-rozwojowej w Europie Środkowo-Wschodniej. Ten projekt jest właśnie inwestycją w kapitał ludzki. W Polsce są świetni naukowcy na politechnikach, ale brakuje nowoczesnych baz z instalacjami pilotażowymi, gdzie osiągnięcia naukowe można testować, a później skutecznie wdrażać do przemysłu. To właśnie w takich warunkach ludzie mogą się rozwijać, opracowywać licencje i projekty bazowe. Mając własne centrum badawczo-rozwojowe, nie będziemy zależni od licencji zagranicznych. To oznacza realne oszczędności, bo koszty pozyskania takich licencji są bardzo duże. Nastąpi też wzrost konkurencyjności. Przez ostatnie 4 lata Orlen narzucił potężne tempo rozwoju, ale ten rozwój nie byłby możliwy bez inwestycji także w ludzi.

Artur Stelmasiak: A jak było wcześniej?

W przeszłości generalnie rozwiązaniem była sprzedaż majątku. Brakowało pomysłu na rozwój aktywów, zrezygnowano z ważnych inwestycji. Planowano np. sprzedaż rafinerii w Możejkach. Tłumaczono, że przynosi straty, a klimat polityczny na Litwie nie sprzyja rozwojowi biznesu. Udowodniliśmy, że można to zmienić. I to właśnie z tego kierunku uzupełnialiśmy dostawy paliw do Polski, kiedy na krajowym rynku wzrosło zapotrzebowanie na diesla w związku z ograniczeniem szarej strefy. Dzisiaj Możejki są w dobrej kondycji finansowej, są modernizowane. Zmienił się również klimat do prowadzenia biznesu na Litwie. Duża w tym zasługa prezydenta Andrzeja Dudy, który zbudował świetne relacje z prezydentem i premierem Litwy. Kiedy się prowadzi biznes za granicą, takie wsparcie jest bardzo ważne. W przeciwieństwie do poprzedników mamy pomysły na rozwój spółek z Grupy Orlen i konsekwentnie je realizujemy. Gdybyśmy nie mieli tych spółek zależnych, to nie uruchomilibyśmy w ciągu 10 dni produkcji płynu do dezynfekcji rąk, tak potrzebnego podczas pandemii COVID-19.

Ks. J.G.: Jeśli już jesteśmy przy temacie pomocy w czasie pandemii, to proszę zdradzić kulisy pomocy dla Watykanu. Jak doszło do tej akcji humanitarnej, dzięki której kard. Konrad Krajewski może rozdysponować pomoc z Polski?

W trudnych czasach warto, ale i trzeba być solidarnym, również z potrzebującymi za granicą. W tym przypadku inicjatywa należała do prezydenta Dudy, który w rozmowie z papieżem Franciszkiem dowiedział się o problemach związanych z zapewnieniem środków zabezpieczających przed pandemią. My mieliśmy zapasy środków ochrony, więc na prośbę pana prezydenta podjęliśmy decyzję o ich wysłaniu do Watykanu. Nie mogliśmy pozostać obojętni na potrzeby innych. Tym bardziej że mieliśmy możliwości, by takiej pomocy udzielić. Wysłaliśmy do Watykanu dwa tiry z maskami, kombinezonami i płynami do dezynfekcji.

A.S.: I za to Prezes Orlenu był atakowany...

Nie spodobało się to kilku politykom opozycji, w tym m.in. kandydatom na urząd prezydenta RP. Rozumiem, że opozycja ma prawo do krytyki, ale nie do rozpowszechniania nieprawdziwych informacji. Dlatego chciałbym uściślić, że to nie była pomoc wyłącznie dla Watykanu. Nasza ambasada była cały czas w kontakcie z nami i papieskim jałmużnikiem kard. Konradem Krajewskim. Znacząca część naszego transportu została przekazana najbardziej potrzebującym. Wiemy, jak trudna sytuacja była we Włoszech. Watykan też potrzebował np. płynów do dezynfekcji rąk i pomieszczeń. Kościół służy nam wszystkim, odgrywa bardzo ważną rolę społeczną i w tym trudnym czasie powinniśmy się wspierać na miarę naszych możliwości. Watykan jest też bardzo ważnym ośrodkiem naszego dziedzictwa, naszej cywilizacji.

Ks. J.G.: Czy pomoc dla Watykanu jest też promocją Polski i samego Orlenu?

Oczywiście, że tak. Przez akcje charytatywne buduje się również markę i rozpoznawalność, także za granicą. Przecież katolicy są naszymi klientami, biznesowymi partnerami, księża też tankują na Orlenie. Robienie zarzutu z tego, że się pomaga innym, w tym kontekście jest zupełnie nie na miejscu. Jesteśmy firmą, która 60% przychodów generuje poza granicami Polski i nasza społeczna odpowiedzialność biznesu nie może się ograniczać wyłącznie do krajowych inicjatyw. Pomogliśmy również potrzebującym na Litwie i trochę na Białorusi.

A.S.: Pan Prezes często mówi o budowie koncernu multienergetycznego. Orlen bardzo szybko uzyskał zgodę Komisji Europejskiej na przejęcie Grupy Energa.

To częste mówienie o budowie koncernu multienergetycznego wynika z naszych konkretnych działań. Kiedy zostałem prezesem Orlenu, zapowiadałem, że moim celem jest rozwój koncernu i budowanie jego wartości. Dążymy do tego przez inwestycje, ale również przez akwizycje. Przejęcie Grupy Energa w te działania się wpisuje. To największa tego typu transakcja w branży energetycznej w Polsce. Udało się ją zrealizować faktycznie bardzo szybko, w ok. 4 miesiące. Duży wkład ma zespół Orlenu, ale mają go również premier Mateusz Morawiecki i wicepremier Jacek Sasin, dla których wzmacnianie polskich firm jest racją stanu. Ta transakcja jest komplementarna. Aktywa Energi stanowią doskonałe uzupełnienie działalności PKN Orlen, a Orlen jako właściciel wzmacnia również Energę.

Jakie będą dalsze kroki?

Kolejne kroki w budowaniu koncernu multienergetycznego to przejęcie kapitałowe Grupy Lotos. Jak jednak podkreślam od początku, to bardzo skomplikowany proces. Na tę transakcję musimy również uzyskać zgodę Komisji Europejskiej. Negocjacje trwają już drugi rok, ale zbliżamy się do finału. W tym przypadku KE ma wątpliwości dotyczące zachowania zasad konkurencji. My z kolei uważamy, że fuzja Orlenu z Lotosem właśnie wzmocni konkurencję. Ostatnio przedstawiliśmy kolejną, poważną propozycję środków zaradczych, które w pełni adresują obawy KE w zakresie konkurencyjności rynku po transakcji. Rozumiemy, że Komisja potrzebuje więcej czasu na ich analizę, i będziemy musieli zaczekać na jej decyzję najpóźniej do 22 lipca br. Wierzę, że decyzja będzie pozytywna, bo ta fuzja będzie korzystna zarówno dla polskiej gospodarki, jak i dla całego regionu. Lotos, podobnie jak Energa, jest nam potrzebny do zdynamizowania inwestycji, zwłaszcza w nisko- i zeroemisyjne źródła energii. Ta fuzja to również szansa na optymalizację kosztów, choćby w obszarze logistyki. Połączenie poprawi także naszą pozycję negocjacyjną przy zakupie ropy naftowej, a to przełoży się na zwiększenie bezpieczeństwa paliwowego nie tylko Polski, ale również Litwy i Czech, na których terenie mamy rafinerie. Silny koncern multienergetyczny, jakim będzie PKN Orlen po połączeniu z Lotosem, jest w stanie podołać wyzwaniom wynikającym z transformacji energetycznej, którą KE traktuje jako jeden z priorytetów.

Ks. J.G.: Czy tylko od wielkości koncernu zależy jego skuteczność?

Skala jest ważna, bo duży może więcej. Kluczowe jest jednak dobre i odważne zarządzanie. W ostatnich latach dokonaliśmy dywersyfikacji dostaw ropy, ograniczając znacząco udział surowca z Rosji. Orlen zaczął też wzmacniać pozycję w Europie Środkowo-Wschodniej i stał się bardziej konkurencyjny w stosunku do innych graczy na tym rynku. Na pewno nie przysparza nam to przyjaciół, bo nie wszystkim się podoba rosnący potencjał polskiego koncernu. Dla konkurencji nasz region jest dobry do inwestycji, bo stabilnie i przewidywalnie rozwija się gospodarczo, więc obecni gracze woleliby, aby wszystko zostało po staremu. Tyle tylko że wszystkie duże firmy paliwowo-energetyczne w Europie procesy konsolidacyjne mają już za sobą. My musimy nadrabiać stracony czas – w interesie nie tylko koncernu, ale także Polski i następnych pokoleń.

A.S.: Mówi Pan o dużych inwestycjach dla Polski, które może zrealizować koncern gigant. Jakie jest obecnie największe wyzwanie?

Już teraz prowadzimy wiele inwestycji, m.in. modernizujemy rafinerie, rozwijajmy petrochemię czy obszar detaliczny, które w przyszłości przełożą się na konkretne zyski. Największym wyzwaniem dla polskiej gospodarki jest jednak zrównoważona transformacja energetyczna. Zgodnie z polityką klimatyczną UE musimy inwestować w nowoczesne aktywa energetyczne, aby zmniejszać emisję CO2. I właśnie to zadanie może zrealizować tylko duży koncern, bo przecież nie ma u nas firm, które mogłyby zainwestować np. po kilkanaście miliardów w farmy wiatrowe na morzu. Musimy komplementarnie zamykać łańcuchy wartości biznesu paliwowo-energetycznego, by mieć możliwość tworzenia miksów nowoczesnej energetyki. Budujemy koncern multienergetyczny właśnie po to, by był on stabilny i odporny na wahania w otoczeniu zewnętrznym. A będzie to możliwe, jeśli oprzemy go na kilku filarach działalności. PKN Orlen będzie oparty na wydobyciu, rafinerii i petrochemii, nowoczesnej elektroenergetyce, aż po sprzedaż detaliczną. Tak funkcjonują światowe koncerny.

Jakim elementem budowy tego koncernu jest przejęcie Grupy Energa?

Aktywa Energi stanowią doskonałe uzupełnienie dla działalności PKN Orlen. Orlen ma doświadczenie, jeśli chodzi o energetykę niskoemisyjną, w tym bloki gazowo-parowe. Energa z kolei ma największy udział zielonej energii w miksie energetycznym ze wszystkich polskich spółek energetycznych. Już dysponuje ciekawym pakietem odnawialnych źródeł energii, a z pewnością będziemy ten obszar dalej rozwijać. Nie musimy budować go od zera, a to duża wartość w biznesie. Orlen od dawna jest czwartym producentem energii elektrycznej w Polsce. Nie ma jednak rozbudowanej sieci dystrybucyjnej, którą ma Energa. Dodatkowo plany Energi dotyczące budowy bloków zasilanych gazem ziemnym w Gdańsku i Grudziądzu wpisują się w strategiczne plany PKN Orlen rozwoju aktywów energetycznych. Portfel planowanych przez nas farm wiatrowych na Bałtyku będą uzupełniać elektrownie gazowe, co pozwoli dobrze zarządzać bilansem energetycznym.

Ks. J.G.: Wytłumaczmy czytelnikom, dlaczego odnawialne źródła energii potrzebują innych źródeł. O co chodzi z tym bilansowaniem?

Na każdym morzu, więc również na Bałtyku, wiatr wieje z różną siłą i nie przez wszystkie dni w roku. Jeśli system energetyczny składałby się tylko ze źródeł odnawialnych bez możliwości magazynowania energii – a jak wiemy, te technologie dopiero się rozwijają – to niemożliwe byłoby dostosowywanie produkcji do zmiennego obciążenia odbiorców. W systemie, w którym występują źródła odnawialne – czyli takie, których produkcja energii jest zależna od siły wiatru, nasłonecznienia czy przepływu wody – muszą być elektrownie, które są w stanie zbilansować ten system dzięki temu, że można zarządzać ich produkcją. Będą one dopasowywać swą produkcję tak, aby w każdej chwili ilość energii wyprodukowanej była równa ilości energii zużytej przez odbiorców. Takie źródła regulacyjne to głównie elektrownie gazowe. Dlatego też nowe gazowe inwestycje Energi są nam potrzebne – m.in. po to, by bilansować system. W skrócie: my potrzebowaliśmy Grupy Energa do uzupełnienia naszej działalności, a ona potrzebowała nas, aby realizować inwestycje w odnawialne źródła energii.

A.S.: W czasie epidemii COVID-19 ceny za emisję CO2 znacząco spadały. Może więc do łask znów wróci węgiel, a przecież Energa jest zaangażowana w projekt elektrowni w Ostrołęce. Czy warto teraz inwestować w energetykę węglową?

Każda inwestycja musi być opłacalna biznesowo. Elektrownia w Ostrołęce powstanie, ale akurat w tym przypadku efektywniejsze i tańsze będzie oparcie się na technologii gazowej, w której my jako PKN Orlen mamy bardzo duże doświadczenie. Ostatnio złożyliśmy deklarację gotowości realizacji takiej inwestycji. Nie możemy działać w oderwaniu od realiów. Polityka klimatyczna w Europie idzie w kierunku nisko- i zeroemisyjnych źródeł energii, zmieniło się też nastawienie instytucji finansujących. Oczywiście, można funkcjonować w oderwaniu od światowych trendów i realizować inwestycje po swojemu, ale zasadnicze pytanie brzmi: kto to sfinansuje?

Czyli – na węgiel są po prostu blokady finansowe?

Dokładnie tak to wygląda. Dzisiaj większość funduszy i instytucji finansowych eliminuje ze swojego portfela firmy, które mają u siebie przedsięwzięcia oparte na węglu.

Jak będzie więc wyglądała dalsza rozbudowa Ostrołęki?

Orlen jest koncernem, który ma robić biznes, ale w ramach tego biznesu ma też zabezpieczać interesy państwa. Transformacja energetyczna w Polsce to będzie długi i kosztowny proces, który można zrealizować tylko z udziałem dużych, silnych finansowo firm, mających możliwości pozyskania zewnętrznego finansowania. Aby je uzyskać, należy wybierać takie technologie, które też gwarantują zwrot z inwestycji. Zyski mogą być wykorzystywane na dalszy rozwój, który przysłuży się zarówno całej gospodarce, jak i gospodarce w regionie Polski, w którym te inwestycje będą realizowane.

Czy Orlen musi iść zgodnie z wyznaczonymi trendami politycznymi, a także tymi wytyczonymi przez instytucje finansowe?

Jeśli chcemy sprostać konkurencji na tym wymagającym rynku, to musimy iść do przodu. Niestety, świat finansowy jest tak skonstruowany, że jak ktoś u siebie w portfelu ma dużo tzw. czarnej energii z węgla, to nie uzyska kredytów na dalszy rozwój i potrzebne inwestycje. W interesie Polski jest pozyskanie środków finansowych, by przeprowadzić transformację energetyczną, a my podejmujemy to trudne wyzwanie.

Teraz pytanie w imieniu mediów drukowanych, w tym także prasy katolickiej. Dobrze, że Orlen zainicjował przejęcie Ruchu, bo ta firma sama by sobie nie poradziła. Jaka będzie strategia wobec Ruchu, który jest również naszym – Niedzieli dystrybutorem?

Przejęcie Ruchu to przede wszystkim decyzja biznesowa. Widzimy tu wiele synergii szczególnie w rozwoju sprzedaży detalicznej, ale również w obszarze logistyki. Dlatego zdecydowaliśmy się na tę inwestycję. Proces przejmowania Ruchu nie jest prosty, próbowano go zablokować na różne sposoby. Mimo tego jest on realizowany. Mamy gotową strategię biznesową rozwoju tej firmy, która przez różne działania znalazła się na skraju upadłości. Będą restrukturyzacja, inwestycje i dokapitalizowanie Ruchu, bo to, co się zadziało, trzeba zmienić i naprawić. Będziemy ten biznes rozwijać, prasa będzie obecna zarówno w kioskach Ruchu, jak i na stacjach Orlen.

Ks. J.G.: Mówił Pan Prezes wcześniej o pracowitości. A czy jest coś jeszcze, jakieś cechy, wartości, cnoty, które są potrzebne w biznesie?

Jak jest pracowitość, to jest także szacunek do wartości. Dla mnie osobiście ważna jest też wiara, bo z niej wywodzą się wszystkie wartości, którymi staram się kierować w życiu.

Wiara, pracowitość i...

Wiara, pracowitość i... chyba lojalność. Ja należę do ludzi lojalnych i tę cechę bardzo cenię u innych.

Czy zgodzi się Pan z parafrazą słów jednego z ojców naszej niepodległości, że „Orlen jest Polakiem i ma obowiązki polskie”?

Oczywiście, że ma obowiązki polskie. Jesteśmy narodową firmą, a ja zawsze powtarzam, że kapitał ma swoją narodowość. Na szczęście czasy, kiedy wmawiano nam, że kapitał nie ma narodowości, już minęły. Każdy kapitał ma narodowość i każdy chroni swój rodzimy rynek, a widać to zwłaszcza w czasach kryzysu. Popatrzmy, jak zachowują się inni, choćby Francuzi czy Niemcy.

A.S.: W trudnych dla gospodarki czasach ważną kwestią jest tani pieniądz, czyli dostępność tanich kredytów. Czy z tanim paliwem jest podobnie?

Dokładnie tak samo, bo przecież tanie paliwa obniżają koszty transportu, a to jest ważne dla gospodarki. Dlatego PKN Orlen zainicjował akcję „tanie tankowanie”. Choć wszyscy kupują ropę za tę samą cenę na światowych rynkach, to Orlen zapewnił Polakom najtańszą benzynę w Europie. W ten sposób wspieraliśmy również tych wszystkich, którzy musieli się poruszać – w tym, oczywiście, lekarzy czy służby mundurowe – w czasie, kiedy ze względów bezpieczeństwa zalecano pozostawanie w domu. Teraz akcję „tanie tankowanie” traktujemy jako nasz wkład w „odmrażanie” polskiej gospodarki. Są czasy, kiedy zarabia się więcej, ale są też czasy, gdy trzeba szczególnie chronić swój rynek. A nasz rynek to polscy przedsiębiorcy i Polacy. Poza tym im szybciej zregeneruje się gospodarka, tym szybciej także Orlen wejdzie na ścieżkę wzrostu.

2020-06-03 08:44

Ocena: +4 -1

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Szumowski: ponowne zamknięcie Polaków w domach raczej niemożliwe; obecnie epidemia wygasa (wywiad)

Ponowne zamknięcie Polaków w domach, ograniczenie ich aktywności zawodowej i społecznej jest raczej niemożliwe - powiedział w rozmowie z PAP minister zdrowia Łukasz Szumowski. Dodał, że w tej chwili jesteśmy na etapie wygaszania epidemii.

Minister zdrowia przyznał, że w tej chwili epidemia w wielu województwach jest "w formie szczątkowej". W niektórych diagnozuje się dziennie tylko pojedyncze zachorowania na COVID-19, a ich łączna dobowa liczba spadła poniżej 300. Nie można jednak założyć, że to już koniec. Niewykluczone, że dojdzie do wzrostu zachorowań jesienią, ale sytuacja wtedy będzie inna, bo przetarto już pewne ścieżki, wyprowadzono mechanizmy, działania, by skuteczniej przeciwdziałać jego rozprzestrzenianiu. Ponadto "nauczyliśmy się" żyć z tym wirusem, choć nadal do końca nie został on poznany.

Natomiast w kontekście wypełnienia jednego z dwóch możliwych scenariuszy, dotyczących niedzielnego głosowania na prezydenta, minister Szumowski stwierdził, że wybór prezydenta stolicy Rafała Trzaskowskiego wiąże się z niewiadomą, jeśli chodzi o politykę zdrowotną, bo jego program, to "puste obietnice". Z kolei prezydent Andrzej Duda w ciągu swojej prezydentury podejmował inicjatywy ustawodawcze w wielu kwestiach zdrowotnych.

PAP: Jesteśmy już na ostatniej prostej, jeśli chodzi o wybory. Możemy zatem "pogdybać". Realne są dwa scenariusze. Czego możemy spodziewać się w kontekście polityki zdrowotnej, gdyby doszło do reelekcji prezydenta Dudy, a czego, gdyby w pałacu prezydenckim pojawił się Rafał Trzaskowski?

Ł.Sz.: Trzeba zaznaczyć, że Rafał Trzaskowski był członkiem rządu Platformy Obywatelskiej i wówczas nie zabierał za bardzo głosu na temat nakładów na ochronę zdrowia, a przecież rząd jednak jest ciałem kolegialnym. Przez osiem lat rządów PO-PSL była tu stagnacja. Nakłady, jeżeli rosły to w bardzo ograniczonym zakresie. Dlaczego przez osiem lat ich rządów nie uchwalono takiej ustawy jak „ustawa 6 proc.”? Przypominam, że za rządów Zjednoczonej Prawicy i prezydentury Andrzeja Dudy taka ustawa powstała. Tylko do ubiegłego roku nakłady na ochronę zdrowia wzrosły o 30 mld zł. Na samą onkologię do 7,3 mld zł w 2019 roku z 4,9 mld zł z 2015 roku. Liczba refundowanych leków w leczeniu raka piersi zwiększyła się z dwóch do jedenastu. Dlaczego pan Trzaskowski będąc ministrem administracji i cyfryzacji nie zdecydował się wprowadzić informatyzacji w ochronie zdrowia: e-recepty, e-wizyty, e-skierowania? My to wszystko wprowadziliśmy.

PAP: Czy pana zdaniem jest możliwe, by nakłady na politykę zdrowotną wzrosły do 6 proc. PKB już w przyszłym roku? Ustawa przewiduje osiągnięcie tego pułapu za cztery lata. Prezydent Trzaskowski zapowiada m.in. zwiększenie wydatków na ochronę zdrowia w przeliczeniu na głowę każdego Polaka do 3676 zł wobec 2757 zł już w 2021 roku, czyli w ujęciu do PKB do 6 proc. z 5,03 proc. planowanych w 2020 roku.

Ł.SZ.: To są puste obietnice. Gdy pan Trzaskowski jako minister w rządzie PO-PSL miał realną władzę, nie zabiegał, zresztą jak cały rząd, o zwiększenie nakładów na służbę zdrowia. A teraz nagle, jako kandydat na prezydenta, tak dużo o tym mówi. To jest niepoważne. Dopiero rząd Zjednoczonej Prawicy podjął realną pracę w zakresie zwiększania finansowania służby zdrowia. Zwiększyliśmy wynagrodzenia, w tym urealniliśmy płace w zawodzie pielęgniarki czy ratownika. Te płace podstawowe wzrosły w sposób istotny, choćby od lipca wzrasta minimalne wynagrodzenie w sektorze ochrony zdrowia. Wzrosły wynagrodzenia rezydentów. To realne działania. Przez osiem lat rządów Platformy Obywatelskiej, którego członkiem był pan Trzaskowski, nie widzieliśmy tego.

PAP: Jednak przy spełnieniu scenariusza nazwijmy go "B", czyli sytuacji wygranej prezydenta Trzaskowskiego, będziecie panowie musieli ze sobą współpracować, znaleźć punkty styczności, bo chodzi przecież o zdrowie Polaków.

Ł.Sz.: Nie mam pojęcia, jakie by one były, bo program pana Trzaskowskiego jest bardzo enigmatyczny, wręcz zdawkowy. To są puste obietnice. Nie ma realnego programu. Natomiast prezydent Andrzej Duda zainicjował realne projekty, jak choćby regulację dotyczącą onkologii, czyli tzw. cancer plan, w którym są m.in. nowe szczepionki, których rząd PO-PSL nie chciał wprowadzić. My wprowadzamy szczepienie na HPV, które ratuje kobiety przed rakiem szyjki macicy. Dodatkowo z inicjatywy prezydenta Andrzeja Dudy mamy projekt ustawy o Funduszu Medycznym. To w tym roku 2 mld zł, w kolejnych 4 mld zł na konkretne działania.

PAP: Pozostawmy w tej chwili najgorętsze wydarzenia. Cofnijmy się do marca. Mijające cztery miesiące musiały być dla pana, jako ministra zdrowia, jak zły sen. Wysiłek, odpowiedzialność, nowe regulacje pisane i wprowadzane błyskawicznie, pod wpływem zmieniającej się sytuacji. Z jednej strony musiał pan dbać o to, by system dał radę, z drugiej było wiele niewiadomych. Wirus rozprzestrzeniał się. Nikt nie wiedział jak szybko i głęboko będzie atakował. Gdyby pan mógł cofnąć czas i miał tę wiedzę, co dzisiaj, jakich decyzji nie podjąłby pan? Co zmienił?

Ł.Sz.: Zawsze z perspektywy upływającego czasu można powiedzieć, że pewne rzeczy można byłoby przeprowadzić lepiej. Ale o tym wiemy zawsze po czasie. Decyzje ocenia się jednak po efektach. Jakie mamy efekty, każdy widzi. Spowolniliśmy rozprzestrzenianie się wirusa, zabezpieczyliśmy łóżka i niezbędny sprzęt. Każdy chory wymagający hospitalizacji otrzymywał miejsce w szpitalu. Każdy wymagający respiratora był do tego respiratora podłączany. W innych państwach tych możliwości zabrakło. Na pewno z tą wiedzą, którą teraz mamy, konkretniej dostroilibyśmy się do początkowej fazy epidemii. Chodzi np. o sieć szpitali jednoimiennych, transport pacjentów zakażonych koronawirusem. Zapewne zasady dotyczące triażu pacjentów można było lepiej na początku doprecyzować. Ale pamiętajmy, że to my jako pierwsi wprowadziliśmy jednoimienne szpitale zakaźne, które okazały się bardzo dobrym rozwiązaniem. W przypadku pozostałych szpitali pewnie wprowadzilibyśmy izolatki czy oddziały izolacyjne dla pacjentów oczekujących na wynik badania pod kątem obecności koronawirusa. Szybciej wprowadzilibyśmy zapewne także zakaz pracy w kilku miejscach dla personelu medycznego. Oczywiście z rekompensatą. To jednak, można by rzec niuanse, przy tym, co realnie udało się zrobić. Wystarczy punkt odniesienia. Popatrzmy na Włochy, Hiszpanię, Wielką Brytanię, Niemcy, Francję. Popatrzmy na USA.

PAP: Przypuszczam, że niedługo czeka pana urlop, nabierze pan sił, ale czy jest pan gotów na drugie starcie z epidemią? Jak może ono wyglądać?

Ł.Sz.: W wielu krajach niestety obserwujemy ponowny wzrost zakażeń. Czytamy doniesienia o ponownym zamykaniu regionów i miast. W Polsce widzimy natomiast poprawę sytuacji i spadek zakażeń. Raporty wojewódzkich stacji sanitarno-epidemiologicznych pokazują, że liczba zdiagnozowanych nowych przypadków ustabilizowała się na niższym poziomie niż jeszcze dwa, czy trzy tygodnie temu. W niektórych województwach są to już tylko pojedyncze przypadki. To pokazuje, że w wielu województwach epidemia jest w formie szczątkowej. Wirusa mamy znacznie, znacznie mniej. Jeśli popatrzymy na wyniki badań przesiewowych u osób jadących do sanatoriów to z 18,5 tys. przebadanych - to gigantyczna grupa - tylko 30 osób jest chorych. To jest mniej niż 1,7 promila. Zrobiliśmy też przesiew u policjantów. Przebadaliśmy 3 tys. z nich i okazało się, że nie było żadnego chorego. To pokazuje, że w przesiewie populacji, nie w wyselekcjonowanych grupach, tego wirusa jest naprawdę niewiele. Stan epidemiczny w kraju uważam, że jest niezły i to nie na podstawie wymysłów, widzimisię, hipotez, ale na podstawie wyników badań.

PAP: Czego dowiedzieliśmy się o tym wirusie, patrząc na niego już z pewnej perspektywy i biorąc pod uwagę nasze doświadczenia?

Ł.Sz.: Powstały ostatnio prace mówiące na przykład o tym, że kod genetyczny niektórych osób daje mniejszą lub większą szansę na chorowanie i powikłania. Dowiedzieliśmy się też, że dość duża grupa osób choruje bezobjawowo, ale jest też grupa osób, dla których ma on poważne konsekwencje i w tym przypadku ta choroba ma bardzo ciężki przebieg. Wiemy, że zakaźność jest dość duża i zależy od samej formy zakażenia. Na przykład tylko 1/4 zakażonych górników, którzy w większości chorowali bezobjawowo, zaraziło swoje rodziny. To pokazuje, że u osób bezobjawowych ta zakaźność jest niższa. Myślę, że jeszcze długo, wręcz przez całe lata, będziemy analizowali te dane. Nadal uczymy się tego wirusa. Otwarte jest nadal pytanie, dlaczego tak mocno pozakażani byli górnicy? Być może wpłynęły na to warunki, w których pracują, czyli w kopalniach na dole, gdzie trudno zachować dystans i mamy dużą wilgotność powietrza.

PAP: Jeśli dojdzie do eskalacji choroby w następnych miesiącach, czy czekają nas kolejne obostrzenia? Czy gospodarkę i system opieki zdrowotnej będzie stać na ewentualne zamykanie wszystkiego na kłódkę, jak miało to miejsce w marcu i kwietniu? Tym bardziej, że oswoiliśmy już tego wirusa, lęk w społeczeństwie przed nim jest mniejszy, a zatem nie będzie już tak łatwo ograniczać aktywności społecznej i zawodowej Polaków, gdyby była taka konieczność.

Ł.Sz.: Pełnego lockdownu nie da się już przeprowadzić, zarówno z punktu widzenia medycznego, jak i gospodarczego. Gdyby naprawdę było niedobrze, wtedy można myśleć np. o większej kontroli kontaktów społecznych. Ale mam nadzieję, patrząc na te liczby w naszym kraju i krajach sąsiadujących, że nie będziemy mieli aż tak dramatycznego wzrostu. Trzeba też pamiętać, że mamy wypracowane już mechanizmy, procedury, szpitale jednoimienne, gotową sieć laboratoriów, testy genetyczne, szybkie testy na czas jesienny, by diagnozować możliwe zakażenia. To wszytko jest przygotowane. Będziemy też zachęcali do szczepień przeciw grypie.

PAP: Koronawirus schodzi na drugi plan, ale znowu powracają stare bolączki: rozpoczęta tylko w mikro stopniu reforma psychiatrii dziecięcej, kwestie chorób onkologicznych i rzadkich, kolejki do specjalistów, które jeszcze bardziej się wydłużą, bo pacjentów przybyło, przemęczony personel. Pojawiła się też nowa kwestia – lęk pacjentów przed bezpośrednim kontaktem z lekarzami, placówkami. Gdzie leżą największe wyzwania? Jakie są rokowania dla systemu zdrowia krótkofalowo i długofalowo? Czy uda się ten czas nadgonić, który jest też tak istotny w leczeniu?

Ł.Sz.: Należy pamiętać, że reformę psychiatrii rozpoczęliśmy od dorosłych. I ona w opinii psychiatrów poszła całkiem dobrze. Podobną reformę robimy w psychiatrii dziecięcej. Oczywiście koronawirus trochę zatrzymał postępowanie konkursowe dotyczące tworzenia poradni psychologiczno-psychoterapeutycznych. Jednak trzeba podkreślić, że dotychczas zakontraktowaliśmy 130 placówek z 300, które założyliśmy, że powstaną. Mam nadzieję, że teraz wszystko nabierze tempa i będziemy już niedługo mieli pełną sieć poradni. To, co epidemia przesunęła w czasie, to samą opiekę psychiatryczną nad dziećmi i młodzieżą. Wielu opiekunów wystraszyło się i przyjmowanie dzieci nie odbywało się w takiej formie i stopniu, jak zakładaliśmy. Korzystając jednak z okazji, chciałbym zaapelować do wszystkich pacjentów, by wracali do badań profilaktycznych. Nie obawiali się. Tak, jak mówiłem wcześniej, wirusa jest znacznie, znacznie mniej.

PAP: Jakie reperkusje dla światowej i polskiej polityki zdrowotnej będzie miało wycofanie się USA ze Światowej Organizacji Zdrowia (WHO). Czy Pana zdaniem rzeczywiście WHO działała zbyt opieszale, jeśli chodzi o reakcję na rozprzestrzenianie się wirusa?

Ł.Sz.: Na pewno WHO prezentowała dość chwiejne komunikaty na temat epidemii. Na tej podstawie wszystkie państwa wprowadzały zaś swoje działania. WHO mówiła na początku wyraźnie, że prawdopodobieństwo przejścia wirusa do Europy jest znikome lub bardzo niskie. Potem zmieniła zdanie. Po doświadczeniach Lombardii, wszyscy się przestraszyli i zobaczyli do czego ten wirus jest zdolny. Ale on nadal nie jest dobrze poznany. Trudno mieć za złe ekspertom, że zmieniają swoje zdanie na temat epidemii, jeśli wirus jest znany od miesiąca. Wydaje się też, że na decyzji USA o wyjściu z WHO zaważył nie tylko koronawirus. Nie tylko on był przedmiotem rozbieżności. Jest szereg różnych innych spraw, z którymi administracja amerykańska się nie zgadza.

PAP: Niewątpliwie ta decyzja rzutuje na postrzeganie Światowej Organizacji Zdrowia...

Ł.Sz.: Pamiętajmy, że WHO była postrzegana w różny sposób. Przez wiele lat kwestie światopoglądowe były przemycane w różnych aktach prawnych WHO. Ostatnio wspólnie z USA pisaliśmy negatywne stanowisko do jednej z takich akcji. Z drugiej strony WHO działa bardzo sprawnie w krajach trzeciego świata. Propaguje tam wiedzę medyczną, zachowania prozdrowotne. Światowa Organizacja Zdrowia nie jest ani biała, ani czarna.(PAP)

autorka: Klaudia Torchała

tor/ mhr/

CZYTAJ DALEJ

Kuria bielsko-żywiecka: oświadczenie ws. bp. Tadeusza Rakoczego

2020-07-09 14:34

[ TEMATY ]

Bielsko‑Biała

Żywiec

Diecezja Bielsko-Żywiecka nie otrzymała od Stolicy Apostolskiej żadnych oficjalnych informacji dotyczących rozpoczęcia postępowania wobec bp. Tadeusza Rakoczego w sprawie zasygnalizowanych zaniedbań w prowadzeniu spraw o nadużycie seksualne na szkodę osób małoletnich ze strony osoby duchownej - brzmi przesłane KAI oświadczenie bielsko-żywieckiej kurii biskupiej.

Oświadczenie odnosi się do informacji, które pojawiły się w czwartek w mediach. Dotyczyć one mają zaniedbań ze strony bp. seniora Tadeusza Rakoczego, który kilkanaście lat temu nie przeprowadził kościelnego dochodzenia w sprawie molestowania w dzieciństwie ministranta przez jednego z duchownych. Bp Rakoczy miał spotkać się z dorosłym już mężczyzną dwa razy i wysłuchać go, nie podejmując jednak żadnych działań. Ksiądz, który skrzywdził chłopca, wkrótce wykorzystał kolejne dziecko. Zareagował na to dopiero następca bp. Rakoczego - bp Roman Pindel, który zlecił dochodzenie. Obecnie na polecenie Stolicy Apostolskiej sprawą ma się zajmować metropolita krakowski abp Marek Jędraszewski.

Poniżej tekst oświadczenia dyrektora Centrum Informacyjno Medialnego ks. Mateusza Kierczaka z kurii bielsko-żywieckiej:

Oświadczenie w sprawie Biskupa Tadeusza Rakoczego

Diecezja Bielsko-Żywiecka nie otrzymała żadnych oficjalnych informacji od Stolicy Apostolskiej dotyczących rozpoczęcia postępowania względem Biskupa Tadeusza Rakoczego w sprawie zasygnalizowanych zaniedbań w prowadzeniu spraw o nadużycie seksualne na szkodę osób małoletnich ze strony osoby duchownej.

Wiemy o tym, że Ofiara złożyła do Stolicy Apostolskiej skargę dotyczącą zaniedbań Biskupa Tadeusza Rakoczego.

Postępowanie zlecone przez Stolicę Apostolską prowadzi zwykle metropolita.

Pytania w sprawie ewentualnego postępowania prowadzonego przez Stolicę Apostolską należałoby kierować do Nuncjatury Apostolskiej.

Mając na uwadze dobro ofiar przestępstw seksualnych wobec osób niepełnoletnich oraz dochodzenie prawdy, Biskup Bielsko-Żywiecki Roman Pindel prosi o zgłaszanie wszelkich ewentualnych nadużyć do wyznaczonego w diecezji Delegata ds. Ochrony Dzieci i Młodzieży, ks. Klaudiusza Dzikiego.

Ksiądz Klaudiusz Dziki

Kuria Diecezjalna

Ul. Żeromskiego 5a

43-300 Bielsko-Biała

e-mail: delegat@kuria.bielsko.pl

Telefon: +48 734 176 655

Każde zgłoszenie jest przyjmowane z należytą uwagą i troską o ochronę dobra osoby pokrzywdzonej.

CZYTAJ DALEJ

Szumowski: ponowne zamknięcie Polaków w domach raczej niemożliwe; obecnie epidemia wygasa (wywiad)

Ponowne zamknięcie Polaków w domach, ograniczenie ich aktywności zawodowej i społecznej jest raczej niemożliwe - powiedział w rozmowie z PAP minister zdrowia Łukasz Szumowski. Dodał, że w tej chwili jesteśmy na etapie wygaszania epidemii.

Minister zdrowia przyznał, że w tej chwili epidemia w wielu województwach jest "w formie szczątkowej". W niektórych diagnozuje się dziennie tylko pojedyncze zachorowania na COVID-19, a ich łączna dobowa liczba spadła poniżej 300. Nie można jednak założyć, że to już koniec. Niewykluczone, że dojdzie do wzrostu zachorowań jesienią, ale sytuacja wtedy będzie inna, bo przetarto już pewne ścieżki, wyprowadzono mechanizmy, działania, by skuteczniej przeciwdziałać jego rozprzestrzenianiu. Ponadto "nauczyliśmy się" żyć z tym wirusem, choć nadal do końca nie został on poznany.

Natomiast w kontekście wypełnienia jednego z dwóch możliwych scenariuszy, dotyczących niedzielnego głosowania na prezydenta, minister Szumowski stwierdził, że wybór prezydenta stolicy Rafała Trzaskowskiego wiąże się z niewiadomą, jeśli chodzi o politykę zdrowotną, bo jego program, to "puste obietnice". Z kolei prezydent Andrzej Duda w ciągu swojej prezydentury podejmował inicjatywy ustawodawcze w wielu kwestiach zdrowotnych.

PAP: Jesteśmy już na ostatniej prostej, jeśli chodzi o wybory. Możemy zatem "pogdybać". Realne są dwa scenariusze. Czego możemy spodziewać się w kontekście polityki zdrowotnej, gdyby doszło do reelekcji prezydenta Dudy, a czego, gdyby w pałacu prezydenckim pojawił się Rafał Trzaskowski?

Ł.Sz.: Trzeba zaznaczyć, że Rafał Trzaskowski był członkiem rządu Platformy Obywatelskiej i wówczas nie zabierał za bardzo głosu na temat nakładów na ochronę zdrowia, a przecież rząd jednak jest ciałem kolegialnym. Przez osiem lat rządów PO-PSL była tu stagnacja. Nakłady, jeżeli rosły to w bardzo ograniczonym zakresie. Dlaczego przez osiem lat ich rządów nie uchwalono takiej ustawy jak „ustawa 6 proc.”? Przypominam, że za rządów Zjednoczonej Prawicy i prezydentury Andrzeja Dudy taka ustawa powstała. Tylko do ubiegłego roku nakłady na ochronę zdrowia wzrosły o 30 mld zł. Na samą onkologię do 7,3 mld zł w 2019 roku z 4,9 mld zł z 2015 roku. Liczba refundowanych leków w leczeniu raka piersi zwiększyła się z dwóch do jedenastu. Dlaczego pan Trzaskowski będąc ministrem administracji i cyfryzacji nie zdecydował się wprowadzić informatyzacji w ochronie zdrowia: e-recepty, e-wizyty, e-skierowania? My to wszystko wprowadziliśmy.

PAP: Czy pana zdaniem jest możliwe, by nakłady na politykę zdrowotną wzrosły do 6 proc. PKB już w przyszłym roku? Ustawa przewiduje osiągnięcie tego pułapu za cztery lata. Prezydent Trzaskowski zapowiada m.in. zwiększenie wydatków na ochronę zdrowia w przeliczeniu na głowę każdego Polaka do 3676 zł wobec 2757 zł już w 2021 roku, czyli w ujęciu do PKB do 6 proc. z 5,03 proc. planowanych w 2020 roku.

Ł.SZ.: To są puste obietnice. Gdy pan Trzaskowski jako minister w rządzie PO-PSL miał realną władzę, nie zabiegał, zresztą jak cały rząd, o zwiększenie nakładów na służbę zdrowia. A teraz nagle, jako kandydat na prezydenta, tak dużo o tym mówi. To jest niepoważne. Dopiero rząd Zjednoczonej Prawicy podjął realną pracę w zakresie zwiększania finansowania służby zdrowia. Zwiększyliśmy wynagrodzenia, w tym urealniliśmy płace w zawodzie pielęgniarki czy ratownika. Te płace podstawowe wzrosły w sposób istotny, choćby od lipca wzrasta minimalne wynagrodzenie w sektorze ochrony zdrowia. Wzrosły wynagrodzenia rezydentów. To realne działania. Przez osiem lat rządów Platformy Obywatelskiej, którego członkiem był pan Trzaskowski, nie widzieliśmy tego.

PAP: Jednak przy spełnieniu scenariusza nazwijmy go "B", czyli sytuacji wygranej prezydenta Trzaskowskiego, będziecie panowie musieli ze sobą współpracować, znaleźć punkty styczności, bo chodzi przecież o zdrowie Polaków.

Ł.Sz.: Nie mam pojęcia, jakie by one były, bo program pana Trzaskowskiego jest bardzo enigmatyczny, wręcz zdawkowy. To są puste obietnice. Nie ma realnego programu. Natomiast prezydent Andrzej Duda zainicjował realne projekty, jak choćby regulację dotyczącą onkologii, czyli tzw. cancer plan, w którym są m.in. nowe szczepionki, których rząd PO-PSL nie chciał wprowadzić. My wprowadzamy szczepienie na HPV, które ratuje kobiety przed rakiem szyjki macicy. Dodatkowo z inicjatywy prezydenta Andrzeja Dudy mamy projekt ustawy o Funduszu Medycznym. To w tym roku 2 mld zł, w kolejnych 4 mld zł na konkretne działania.

PAP: Pozostawmy w tej chwili najgorętsze wydarzenia. Cofnijmy się do marca. Mijające cztery miesiące musiały być dla pana, jako ministra zdrowia, jak zły sen. Wysiłek, odpowiedzialność, nowe regulacje pisane i wprowadzane błyskawicznie, pod wpływem zmieniającej się sytuacji. Z jednej strony musiał pan dbać o to, by system dał radę, z drugiej było wiele niewiadomych. Wirus rozprzestrzeniał się. Nikt nie wiedział jak szybko i głęboko będzie atakował. Gdyby pan mógł cofnąć czas i miał tę wiedzę, co dzisiaj, jakich decyzji nie podjąłby pan? Co zmienił?

Ł.Sz.: Zawsze z perspektywy upływającego czasu można powiedzieć, że pewne rzeczy można byłoby przeprowadzić lepiej. Ale o tym wiemy zawsze po czasie. Decyzje ocenia się jednak po efektach. Jakie mamy efekty, każdy widzi. Spowolniliśmy rozprzestrzenianie się wirusa, zabezpieczyliśmy łóżka i niezbędny sprzęt. Każdy chory wymagający hospitalizacji otrzymywał miejsce w szpitalu. Każdy wymagający respiratora był do tego respiratora podłączany. W innych państwach tych możliwości zabrakło. Na pewno z tą wiedzą, którą teraz mamy, konkretniej dostroilibyśmy się do początkowej fazy epidemii. Chodzi np. o sieć szpitali jednoimiennych, transport pacjentów zakażonych koronawirusem. Zapewne zasady dotyczące triażu pacjentów można było lepiej na początku doprecyzować. Ale pamiętajmy, że to my jako pierwsi wprowadziliśmy jednoimienne szpitale zakaźne, które okazały się bardzo dobrym rozwiązaniem. W przypadku pozostałych szpitali pewnie wprowadzilibyśmy izolatki czy oddziały izolacyjne dla pacjentów oczekujących na wynik badania pod kątem obecności koronawirusa. Szybciej wprowadzilibyśmy zapewne także zakaz pracy w kilku miejscach dla personelu medycznego. Oczywiście z rekompensatą. To jednak, można by rzec niuanse, przy tym, co realnie udało się zrobić. Wystarczy punkt odniesienia. Popatrzmy na Włochy, Hiszpanię, Wielką Brytanię, Niemcy, Francję. Popatrzmy na USA.

PAP: Przypuszczam, że niedługo czeka pana urlop, nabierze pan sił, ale czy jest pan gotów na drugie starcie z epidemią? Jak może ono wyglądać?

Ł.Sz.: W wielu krajach niestety obserwujemy ponowny wzrost zakażeń. Czytamy doniesienia o ponownym zamykaniu regionów i miast. W Polsce widzimy natomiast poprawę sytuacji i spadek zakażeń. Raporty wojewódzkich stacji sanitarno-epidemiologicznych pokazują, że liczba zdiagnozowanych nowych przypadków ustabilizowała się na niższym poziomie niż jeszcze dwa, czy trzy tygodnie temu. W niektórych województwach są to już tylko pojedyncze przypadki. To pokazuje, że w wielu województwach epidemia jest w formie szczątkowej. Wirusa mamy znacznie, znacznie mniej. Jeśli popatrzymy na wyniki badań przesiewowych u osób jadących do sanatoriów to z 18,5 tys. przebadanych - to gigantyczna grupa - tylko 30 osób jest chorych. To jest mniej niż 1,7 promila. Zrobiliśmy też przesiew u policjantów. Przebadaliśmy 3 tys. z nich i okazało się, że nie było żadnego chorego. To pokazuje, że w przesiewie populacji, nie w wyselekcjonowanych grupach, tego wirusa jest naprawdę niewiele. Stan epidemiczny w kraju uważam, że jest niezły i to nie na podstawie wymysłów, widzimisię, hipotez, ale na podstawie wyników badań.

PAP: Czego dowiedzieliśmy się o tym wirusie, patrząc na niego już z pewnej perspektywy i biorąc pod uwagę nasze doświadczenia?

Ł.Sz.: Powstały ostatnio prace mówiące na przykład o tym, że kod genetyczny niektórych osób daje mniejszą lub większą szansę na chorowanie i powikłania. Dowiedzieliśmy się też, że dość duża grupa osób choruje bezobjawowo, ale jest też grupa osób, dla których ma on poważne konsekwencje i w tym przypadku ta choroba ma bardzo ciężki przebieg. Wiemy, że zakaźność jest dość duża i zależy od samej formy zakażenia. Na przykład tylko 1/4 zakażonych górników, którzy w większości chorowali bezobjawowo, zaraziło swoje rodziny. To pokazuje, że u osób bezobjawowych ta zakaźność jest niższa. Myślę, że jeszcze długo, wręcz przez całe lata, będziemy analizowali te dane. Nadal uczymy się tego wirusa. Otwarte jest nadal pytanie, dlaczego tak mocno pozakażani byli górnicy? Być może wpłynęły na to warunki, w których pracują, czyli w kopalniach na dole, gdzie trudno zachować dystans i mamy dużą wilgotność powietrza.

PAP: Jeśli dojdzie do eskalacji choroby w następnych miesiącach, czy czekają nas kolejne obostrzenia? Czy gospodarkę i system opieki zdrowotnej będzie stać na ewentualne zamykanie wszystkiego na kłódkę, jak miało to miejsce w marcu i kwietniu? Tym bardziej, że oswoiliśmy już tego wirusa, lęk w społeczeństwie przed nim jest mniejszy, a zatem nie będzie już tak łatwo ograniczać aktywności społecznej i zawodowej Polaków, gdyby była taka konieczność.

Ł.Sz.: Pełnego lockdownu nie da się już przeprowadzić, zarówno z punktu widzenia medycznego, jak i gospodarczego. Gdyby naprawdę było niedobrze, wtedy można myśleć np. o większej kontroli kontaktów społecznych. Ale mam nadzieję, patrząc na te liczby w naszym kraju i krajach sąsiadujących, że nie będziemy mieli aż tak dramatycznego wzrostu. Trzeba też pamiętać, że mamy wypracowane już mechanizmy, procedury, szpitale jednoimienne, gotową sieć laboratoriów, testy genetyczne, szybkie testy na czas jesienny, by diagnozować możliwe zakażenia. To wszytko jest przygotowane. Będziemy też zachęcali do szczepień przeciw grypie.

PAP: Koronawirus schodzi na drugi plan, ale znowu powracają stare bolączki: rozpoczęta tylko w mikro stopniu reforma psychiatrii dziecięcej, kwestie chorób onkologicznych i rzadkich, kolejki do specjalistów, które jeszcze bardziej się wydłużą, bo pacjentów przybyło, przemęczony personel. Pojawiła się też nowa kwestia – lęk pacjentów przed bezpośrednim kontaktem z lekarzami, placówkami. Gdzie leżą największe wyzwania? Jakie są rokowania dla systemu zdrowia krótkofalowo i długofalowo? Czy uda się ten czas nadgonić, który jest też tak istotny w leczeniu?

Ł.Sz.: Należy pamiętać, że reformę psychiatrii rozpoczęliśmy od dorosłych. I ona w opinii psychiatrów poszła całkiem dobrze. Podobną reformę robimy w psychiatrii dziecięcej. Oczywiście koronawirus trochę zatrzymał postępowanie konkursowe dotyczące tworzenia poradni psychologiczno-psychoterapeutycznych. Jednak trzeba podkreślić, że dotychczas zakontraktowaliśmy 130 placówek z 300, które założyliśmy, że powstaną. Mam nadzieję, że teraz wszystko nabierze tempa i będziemy już niedługo mieli pełną sieć poradni. To, co epidemia przesunęła w czasie, to samą opiekę psychiatryczną nad dziećmi i młodzieżą. Wielu opiekunów wystraszyło się i przyjmowanie dzieci nie odbywało się w takiej formie i stopniu, jak zakładaliśmy. Korzystając jednak z okazji, chciałbym zaapelować do wszystkich pacjentów, by wracali do badań profilaktycznych. Nie obawiali się. Tak, jak mówiłem wcześniej, wirusa jest znacznie, znacznie mniej.

PAP: Jakie reperkusje dla światowej i polskiej polityki zdrowotnej będzie miało wycofanie się USA ze Światowej Organizacji Zdrowia (WHO). Czy Pana zdaniem rzeczywiście WHO działała zbyt opieszale, jeśli chodzi o reakcję na rozprzestrzenianie się wirusa?

Ł.Sz.: Na pewno WHO prezentowała dość chwiejne komunikaty na temat epidemii. Na tej podstawie wszystkie państwa wprowadzały zaś swoje działania. WHO mówiła na początku wyraźnie, że prawdopodobieństwo przejścia wirusa do Europy jest znikome lub bardzo niskie. Potem zmieniła zdanie. Po doświadczeniach Lombardii, wszyscy się przestraszyli i zobaczyli do czego ten wirus jest zdolny. Ale on nadal nie jest dobrze poznany. Trudno mieć za złe ekspertom, że zmieniają swoje zdanie na temat epidemii, jeśli wirus jest znany od miesiąca. Wydaje się też, że na decyzji USA o wyjściu z WHO zaważył nie tylko koronawirus. Nie tylko on był przedmiotem rozbieżności. Jest szereg różnych innych spraw, z którymi administracja amerykańska się nie zgadza.

PAP: Niewątpliwie ta decyzja rzutuje na postrzeganie Światowej Organizacji Zdrowia...

Ł.Sz.: Pamiętajmy, że WHO była postrzegana w różny sposób. Przez wiele lat kwestie światopoglądowe były przemycane w różnych aktach prawnych WHO. Ostatnio wspólnie z USA pisaliśmy negatywne stanowisko do jednej z takich akcji. Z drugiej strony WHO działa bardzo sprawnie w krajach trzeciego świata. Propaguje tam wiedzę medyczną, zachowania prozdrowotne. Światowa Organizacja Zdrowia nie jest ani biała, ani czarna.(PAP)

autorka: Klaudia Torchała

tor/ mhr/

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję