Reklama

Historia

Co ratuje człowieczeństwo? - 70. rocznica wyzwolenia obozu kobiecego w Ravensbrück

Dbanie o higienę, kultura, wiara, solidarność - to "metoda", dzięki której przeżyły piekło obozu, nie tracąc ludzkiej godności. 30 kwietnia upływa 70. rocznica wyzwolenia kobiecego obozu Ravensbrück. Co trzecia więźniarka spośród 132 tys. była Polką. Były wśród nich bł. Natalia Tułasiewicz, dr Wanda Póltawska, prof. Karolina Lanckorońska, malarki Maja Berezowska i Maria Hiszpańska.

[ TEMATY ]

rocznica

Bundesarchiv, Bild 183-1985-0417-15 / CC-BY-SA / pl.wikipedia.org

Więźniarki przy pracy w Ravensbrück (1939 r.)

"Ta solidarność była ewenementem, w męskich obozach nie było tak doskonałej samoorganizacji" - mówi w rozmowie z KAI Barbara Oratowska, kierownik Muzeum pod Zegarem, jedna z najlepszych znawczyń kobiecego ruchu oporu w czasie II wojny światowej.

Wanda Kiedrzyńska, była więźniarka obozu, obliczyła, że w Ravensbrück przebywało 132 tys. kobiet 27 narodowości. Polki były najliczniejszą grupą narodową. 12 tys. kobiet trafiło tu po Powstaniu Warszawskim.

W pięknych okolicach Meklenburgii, 80 km od Berlina, hitlerowcy założyli w marcu 1939 obóz Ravensbrück, który do 1942 był jedynym kobiecym obozem w systemie obozów III Rzeszy. Był to "Musterlager" - obóz szkoleniowo-wzorcowy dla przyszłych strażniczek SS, które trafiały tu na "staż" i jako wykwalifikowana kadra trafiały do innych obozów.

Reklama

Pierwszy transport z polskimi więźniarkami przybył do Ravensbrück 23 września 1939 r. Były wśród nich profesorki, artystki, ziemianki, działaczki polityczne, społeczne, polonijne, z terenów III Rzeszy i ziem polskich wcielonych do niej, z terenów Niemiec i Pomorza. Niemcy mieli wcześniej przygotowane listy proskrypcyjne i w ramach likwidacji polskiej inteligencji dokonywali aresztowań.

W związku z rozwijającym się ruchem oporu na terenach okupowanych, który działał już pod koniec września 1939, dowożono do obozu kobiety związane z konspiracją i podziemnymi strukturami państwa podziemnego. "W Lublinie działał cały Zarząd Główny Komendy Obrońców Polski" - mówi Barbara Oratowska,.

Pierwszy transport więźniarek politycznych wyruszył z Zamku Lubelskiego 4 kwietnia 1941. "W sumie z Lublina do Ravensbrück było pięć transportów, najbardziej znany to ten, który wyruszył z Zamku 21 września 1941 r., a dwa dni później w Warszawie dołączono do niego więźniarki z Pawiaka - było ich 150 i była to najliczniejsza grupa. Kolejny odbył się 30 maja 1942 r., było w nim 56 kobiet, wśród nich kobiety, potraktowane później jak "króliki doświadczalne" - przeprowadzano na nich eksperymenty medyczne. Ostatni z 55 kobietami wyruszył 22 maja 1944 - był to tzw. ewakuacyjny; łącznie - 300 kobiet z Zamku Lubelskiego.

Reklama

Gdy po kilku dniach podróży docierały na miejsce, wpadały w tryby ludobójczej machiny. Wyniszczający, 12-godzinny dzień pracy, bicie, terror, głodowe porcje żywnościowe. Sadystyczny personel, bijący drewnianymi pałkami na oślep, ze specjalnie wytresowanymi psami, który pilnował, by więźniarki nie miały "za dobrze", by były udręczone zawsze zimnem i głodem.

Historię obozu można podzielić na dwa okresy - mówi Oratowska. Pierwszy, gdy trafiały tu więźniarki polityczne. Obowiązywał nadzwyczajny rygor, dyscyplina, najmniejsze uchybienia były karane chłostą aż do uśmiercenia ofiary, zamykaniem w bunkrze. Do tego dochodziła ciężka praca, ponad kobiece siły. Dodatkową udręką były skłonności sadystyczne wielu strażniczek. Budziły przerażenie, ale warto wspomnieć o wyjątku - Johanna Langelfeld pomagała więźniarkom, sprzyjała szczególnie Polkom, niektóre z nich uratowała. Po wojnie odwdzięczyły jej się, broniąc jej przed sądem w Krakowie i pomogły jej odzyskać wolność.

W obozie pilnowano porządku, pielęgnowano trawniczki i rośliny, dr Wanda Półtawska wyznaje, że do dziś nienawidzi szałwi, gdyż przy szarych, ale czystych blokach, sadzono szałwie. Nie było wszawicy, dbano o higienę.

Dr Półtawska, która do obozu trafiła za działalność konspiracyjną i patriotyczną w 1941 r. wspomina, że wielkim błogosławieństwem dla więźniarek była chwila, gdy kierownictwo obozu podzieliło je na baraki narodowe. To pomogło odnaleźć się Polkom, policzyć, zorientować, jakimi zasobami ludzkimi dysponują. Starsze więźniarki, a było wśród nich wiele nauczycielek, podjęły decyzję tajnego nauczania. Odbywało się ono w grupach, dziewczęta zdawały egzaminy, a także maturę, gdyż wśród uwięzionych był nawet komplet profesorek, uprawnionych do przeprowadzania egzaminów państwowych.

"Były wśród nich dziewczyny po konspiracji, więc wiedziały, jak się zachować" - wyjaśnia skuteczność edukacyjną w obozie Oratowska.

Starsze kobiety czuły się odpowiedzialne za młode dziewczyny i podjęły się ich wychowania, wywierały presję na młodsze, żeby się uczyły i o siebie dbały, co oznaczało poranną toaletę w lodowatej wodzie.

Wyznaczanie sobie celu, słuchanie wykładów, było też antidotum na horror obozowej rzeczywistości. "Karla Lanckorońska, znakomita historyczka sztuki i nauczycielka akademicka, opisywała dzieła renesansowych twórców tak szczegółowo, że po wojnie od razu wiedziałam, z jakim obrazem mam do czynienia" - wspomina dr Półtawska. A każda z nich mogła w każdej chwili zginąć.

- Karolina Lanckorońska początkowo nie chciała prowadzić wykładów, bo uważała, że obóz jest skrajnym zaprzeczeniem wszelkich wartości. Wykłady o sztuce w tak strasznym miejscu uznała za absurd - mówi Oratowska. - Przekonała ją do tego jej dobra znajoma, Maria Grocholska, która zwróciła jej uwagę, jak ważne jest to dla przebywających tu dziewcząt. Było to przed Wielkanocą, Maria Grocholska powiedziała, że być może to ostatnie święta dla nich, trzeba więc mówić o rzeczach najważniejszych i powiązać wykład z przezywaniem Wielkiego Tygodnia. Nauczycielka od astronomii podczas nocnych apeli dyskretnie wskazywały gwiazdozbiory. Kontakt z kulturą, recytowanie wierszy i fragmentów utworów literatury dodawało sił, gdyż było sprzeciwem wobec wszechogarniającego barbarzyństwa. Była moda na pisanie wierszy. Nie są to wybitne utwory, choć wyróżniała się poetka Grażyna Chrostowska z transportu lubelskiego, rozstrzelana 14 kwietnia 1942 r. Do obozu trafiła też grupa harcerek. Józefa Kantor, Maria Rydarowska i Zofia Janczy, przedwojenne instruktorki założyły dla nich drużynę "Mury". Harcerki pracowały nad własnym charakterem, troszczyły się też o morale otoczenia, pomagały słabszym i chorym.

Część więźniarek poddawanych było eksperymentom pseudomedycznym. Zdecydowaną większość stanowiły Polki - spośród 86 "królików", jak mówiono o nich w obozie, 72 były Polkami. 120-140 kobiet poddanych było sterylizacji (były to Żydówki i Cyganki), a kat, który przeprowadzał te eksperymenty chełpił się, że w ciągu kilku godzin byłby w stanie wysterylizować do tysiąca kobiet - efektami jego bestialskich poczynań interesowały się najwyższe władze III Rzeszy. - Był niepisany zwyczaj otaczania szczególną opieką operowane dziewczyny, a gdy któraś z więźniarek dostawała paczkę z domu, nie zjadła okrucha nim nie podzieliła się z taką współwięźniarką - mówi B. Ornatowska. - Solidarność ta była ewenementem, w męskich obozach nie było takiej solidarności jak w Ravensbruck - dodaje.

Od sierpnia 1944 r. był masowy napływ więźniarek z Powstania Warszawskiego. Karolina Lanckorońska, która była wówczas "sztubową", czyli odpowiedzialną za blok wspomina, że przez jej blok przeszło całe Powstanie Warszawskie. Do Ravensbruck przywożono kobiety, często z dziećmi, niektóre z nich rodziły w obozie, a ich dzieci przeważnie umierały - na 800 - tprzeżyło tylko 30 noworodków. W drugim okresie istnienia obozu panował chaos, brud, bałagan i jeszcze bardziej dotkliwy głód.

Starsze więźniarki czuwały także nad formacją duchową obozowej młodzieży. Było wśród nich wiele komunistek i młode dziewczyny, które nieraz traciły wiarę, zaczynały fascynować się komunizmem. I tu rolę do odegrania miały starsze nauczycielki, m.in. Maria Grocholska i Karolina Lanckorońska.

Najważniejszym źródłem siły i nadziei była wiara i intensywne życie religijne, które odróżniało Polki od pozostałych grup narodowych. Niektóre więźniarki, m.in. Józefa Kantor, znały na pamięć tekst Mszy św., niektóre znały psalmy. Urszula Wińska, późniejsza profesor, napisała w 1942 r. "Modlitwę obozową", która była oparta na tekście "Ojcze nasz". Co roku jest ona odmawiana w czasie uroczystości rocznicowych w obozie.

Barbara Oratowska mówi, że zachował się modlitewnik, wykonany przez ofiary eksperymentów i ofiarowane Marii Liberze, która się nimi opiekowała. - Młode dziewczyny spragnione były ciepła, a ona bardzo troszczyła się o nie, mówiły o niej "matka Liberakowa". Po wojnie jeździły do niej do Zakopanego. - Pytałam więźniarek, co pozwoliło im przetrwać, a każda z nich chciała żyć. Odpowiadały bez wahania - rodzina i wiara. W obozie kwitło rzeźbiarstwo miniaturowe. Joanna Szydłowska z transportu lubelskiego wykonała 800 figurek - krzyżyków, figurek Matki Bożej. Robiły też różańce. Więźniarkom, które chciały przetrwać, wiara bardzo pomagała. Dlatego bezcenne dla nich były Komunie św. przekazane przez polskich oficerów - jeńców. Kilku z nich udało się przyjąć Komunię św., a jedna z nich została rozstrzelana następnego dnia. - To dawało im siłę.

W Wielki Piątek 1945 r. w komorze gazowej zginęła Natalia Tułasiewicz, męczennica II wojny światowej, beatyfikowana w 1999 r. w grupie 108 męczenników II wojny światowej. Nazajutrz po egzekucji obozowi kaci rozebrali krematorium, a prochy ofiar rozsypali po okolicy. W symboliczny sposób Natalia Tułasiewicz, świecka apostołka głęboko zjednoczona z Chrystusem, zamknęła orszak kobiet - męczennic z Ravensbrück.

2015-04-30 09:37

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

20. rocznica kanonizacji s. Faustyny Kowalskiej

2020-04-30 07:28

[ TEMATY ]

rocznica

Faustyna

Dziś przypada 20. rocznica kanonizacji s. Faustyny Kowalskiej ze Zgromadzenia Matki Bożej Miłosierdzia – apostołki Bożego Miłosierdzia. Kanonizacja miała miejsce na placu św. Piotra w Rzymie i w Sanktuarium w Krakowie-Łagiewnikach w 2000 roku. Przypominamy sylwetkę św. Faustyny.

Św. Faustyna urodziła się 25 sierpnia 1905 r. jako trzecie z dziesięciorga dzieci w ubogiej wiejskiej rodzinie. Rodzice Heleny, bo takie imię święta otrzymał na chrzcie, mieszkali we wsi Głogowiec. I z trudem utrzymywali rodzinę z 3 hektarów posiadanej ziemi. Dzieci musiały ciężko pracować, by pomóc w gospodarstwie. Dopiero w wieku 12 lat Helena poszła do szkoły, w której mogła, z powodu biedy, uczyć się tylko trzy lata. W wieku 16 lat rozpoczęła pracę w mieście jako służąca. Jak ważne było dla niej życie duchowe pokazuje fakt, że w umowie zastrzegła sobie prawo odprawiania dorocznych rekolekcji, codzienne uczestnictwo we Mszy św. oraz możliwość odwiedzania chorych i potrzebujących pomocy.

Mając 20 lat wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia. Decyzję wstąpienia do klasztoru podjęła podczas jakiejś zabawy tanecznej. Po latach opisała to w swoim "Dzienniczku": "W chwili, kiedy zaczęłam tańczyć, nagle ujrzałam Jezusa obok, Jezusa umęczonego, obnażonego z szat, okrytego ranami, który mi powiedział: »Dokąd cierpiał będę i dokąd Mnie zwodzić będziesz«". To była chwila, która dała jej siłę, by pokonać wszelkie przeszkody: sprzeciw rodziców, brak posagu (dawniej wstępując do zakonu trzeba było wnieść całkiem niemały posag), własny lęk i niezdecydowanie.

Przez 13 lat zakonnego życia wielokrotnie objawiał jej się Jezus przekazując orędzie miłosierdzia, które Faustyna zapisywała w swoim "Dzienniczku", tłumaczonym dziś na wiele języków. Jedno z tych objawień zaowocowało znanym dziś w całym świecie obrazem Jezusa Miłosiernego. Święta opisuje to pod datą 22 lutego 1931: "Wieczorem, kiedy byłam w celi, ujrzałam Pana Jezusa ubranego w szacie białej. Jedna ręka wzniesiona do błogosławieństwa, a druga dotykała szaty na piersiach. Z uchylenia szaty na piersiach wychodziły dwa wielkie promienie, jeden czerwony a drugi blady (...) Po chwili powiedział mi Jezus: wymaluj obraz według wzoru, który widzisz, z podpisem: »Jezu, ufam Tobie«". Obraz w dwóch wersjach powstał dopiero kilka lat później. Jeden znajduje się w Wilnie, w polskim kościele Świętego Ducha, drugi w sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Krakowie-Łagiewnikach. Na polecenie Chrystusa przekazane przez Faustynę pierwsza niedziela po Wielkanocy miała być - i obecnie rzeczywiście jest - obchodzona jako Niedziela Miłosierdzia.

Faustyna zmarła 5 października 1938 r. Była prostą, niewykształconą kobietą, najdłużej mieszkała w klasztorze w Krakowie, także w Wilnie, Płocku i Warszawie, pełniąc obowiązki kucharki, ogrodniczki i furtianki. W ostatnich latach życia bardzo cierpiała - trawiła ją gruźlica, była też niezrozumiana przez współsiostry, które czyniły jej wiele przykrości. Doświadczała jako mistyczka cierpień Chrystusa, pisała: "Czuję dobrze, że nie kończy się posłannictwo moje ze śmiercią, ale się zacznie. O dusze wątpiące, uchylę wam zasłony nieba, aby was przekonać o dobroci Boga, abyście już więcej nie raniły niedowierzaniem Najsłodszego Serca Jezusa. Bóg jest miłością i Miłosierdziem". Beatyfikował ją Jan Paweł II 18 kwietnia 1993 r. w Rzymie, a kanonizował 30 kwietnia 2000 r. też w Rzymie.

Jezus, który wielokrotnie objawiał się Faustynie, kazał jej zapisać takie słowa: "Córko moja miłowana, mów światu o moim miłosierdziu, o mojej miłości. Palą mnie płomienie miłosierdzia, pragnę je wylewać na dusze ludzkie. O jaki mi ból sprawiają, kiedy ich przyjąć nie chcą. Córko moja, czyń co jest w twej mocy w sprawie rozszerzenia czci miłosierdzia mojego, ja dopełnię czego ci nie dostawa. Powiedz zbolałej ludzkości, niech się przytuli do miłosiernego serca mojego, a ja ich napełnię pokojem. Powiedz, córko moja, że jestem miłością i miłosierdziem samym. Kiedy dusza zbliża się do mnie z ufnością, napełniam ją takim ogromem łaski, że sama w sobie tej łaski pomieścić nie może, ale promieniuje na inne dusze. Dusze, które szerzą cześć miłosierdzia mojego, osłaniam je przez życie całe, jak czuła matka swe niemowlę, a w godzinę śmierci nie będę im sędzią, ale miłosiernym zbawicielem. W tej ostatniej godzinie nic dusza nie ma na swą obronę, prócz miłosierdzia mojego; szczęśliwa dusza, która przez życie zanurzała się w zdroju miłosierdzia, bo nie dosięgnie jej sprawiedliwość. Wszystko, co istnieje, jest zawarte we wnętrznościach mojego miłosierdzia, głębiej niż niemowlę w łonie matki. Jak boleśnie rani mnie niedowierzanie mojej dobroci? Najboleśniej ranią mnie grzechy nieufności".

Od Faustyny pochodzi pięć form kultu Bożego Miłosierdzia: obraz Miłosierdzia Bożego - "Jezu ufam Tobie"; Koronka do Miłosierdzia Bożego, Godzina Miłosierdzia (godz. 15, w której Jezus skonał na krzyżu), a także Litania i samo święto - Niedziela Miłosierdzia.

W czasie konsekracji sanktuarium Bożego Miłosierdzia w sierpniu 2002 Ojciec Święty zawierzył cały świat Bożemu Miłosierdziu i wezwał do rozprzestrzenia kultu miłosierdzia. Jan Paweł II powiedział: "Dziś w tym sanktuarium chcę dokonać uroczystego aktu zawierzenia świata Bożemu miłosierdziu. Czynię to z gorącym pragnieniem, aby orędzie o miłosiernej miłości Boga, które tu zostało ogłoszone przez pośrednictwo św. Faustyny, dotarło do wszystkich mieszkańców ziemi i napełniało ich serca nadzieją. Niech to przesłanie rozchodzi się z tego miejsca na całą naszą umiłowaną Ojczyznę i na cały świat. Niech się spełnia zobowiązująca obietnica Pana Jezusa, że stąd ma wyjść »iskra, która przygotuje świat na ostateczne Jego przyjście« (por. Dzienniczek, 1732). Trzeba tę iskrę Bożej łaski rozniecać. Trzeba przekazywać światu ogień miłosierdzia. W miłosierdziu Boga świat znajdzie pokój, a człowiek szczęście! To zadanie powierzam wam, drodzy bracia i siostry, Kościołowi w Krakowie i w Polsce oraz wszystkim czcicielom Bożego miłosierdzia, którzy tu przybywać będą z Polski i z całego świata. Bądźcie świadkami miłosierdzia!"

Kult Miłosierdzia Bożego, zainicjowany przez św. Faustynę i bł. ks. Michała Sopoćkę (beatyfikowanego w 2008 r., wileńskiego spowiednika Faustyny, głosiciela kultu miłosierdzia, założyciela zgromadzenia Sióstr Jezusa Miłosiernego) rozwinął się z Polski na cały świat. Chyba najbardziej przyjął się na Filipinach, gdzie codziennie o godzinie 15.00 zamiera ruch na ulicach i odmawiana jest koronka do Miłosierdzia Bożego, a także w Stanach Zjednoczonych i wielu innych miejscach świata. Do sanktuarium w Łagiewnikach pielgrzymowały już miliony wiernych. Wyzwaniem pozostaje konkretne okazywanie miłosierdzia na co dzień wobec bliźnich i przyjęcie daru Bożego przebaczenia w postaci trwałej przemiany życia.

CZYTAJ DALEJ

Uleczony z głuchoty – cud Jana Pawła II w dniu urodzin

2020-05-18 17:04

pixabay

zdjęcie ilustracyjne

O nagłej chorobie chłopca, walce o zdrowie i interwencji Jana Pawła II 18 maja 2012 r., w którą wierzy cała rodzina, opowiada mama.

Jesteśmy rodzicami trójki dzieci, synowie są najstarsi, a najmłodsza jest córka. W maju 2012 r. nasz najstarszy syn nagle stracił słuch w lewym uchu. Już po pierwszych badaniach było wiadomo, że głuchota jest idiopatyczna, czyli niewiadomego pochodzenia. I całkowita.

Był maj, szykowaliśmy się do I Komunii Świętej młodszego synka, starszy był wtedy w czwartej klasie. To była sobota, po obudzeniu powiedział nam, że coś się dzieje z uchem, że nie słyszy. Syn od dzieciństwa chorował na zapalenie uszu, za każdym razem przebieg był bolesny, więc byliśmy bardzo wyczuleni na każdą informację dotyczącą uszu. Po kilku telefonach udało nam się umówić wizytę u laryngologa, ale pani doktor nie stwierdziła żadnych zmian zapalnych, skierowała nas, na cito, na badanie słuchu. Wynik tympanometrii był szokujący, wyniki kolejnych badań również: całkowita utrata słuchu. Lekarka po badaniu BERA (ABR), czyli słuchowych potencjałów pnia mózgu, wyjaśniła nam obrazowo, że nerw słuchowy syna reaguje dopiero na bodźce dźwiękowe równe bodźcom młota pneumatycznego…

Wdrożono leczenie sterydowe, wykonano dokładne badania głowy, również pod kątem zmian naczyniowych i nowotworowych, ale nie znaleziono przyczyny utraty słuchu. Tę nagłą głuchotę przypisano wreszcie przewlekłemu zapaleniu uszu, ale na wszelki wypadek, aby skorzystać ze wszystkich możliwości, skierowano nas na tlenoterapię w komorze hiperbarycznej i zalecono noszenie aparatu słuchowego, którego dobór miał się odbyć w jednej z poradni po zakończeniu terapii tlenem.

Syn był w szpitalu, skierowanie otrzymaliśmy 11 maja, kwalifikację do komory wyznaczono na 16, a po niej pierwszy zabieg tlenoterapii, wyznaczony na 18 maja.

I Komunia Święta młodszego syna miała odbyć się 13 maja, o godz. 9.00. Żyliśmy jak w transie, między szpitalem, domem i kościołem. Nie było zgody na wypis ze szpitala, tylko na kilkugodzinną przepustkę w niedzielę, ale i tak byliśmy szczęśliwi, że uda nam się przeżyć to wielkie święto razem, w komplecie. Rano mąż pojechał do szpitala, przywiózł nasze przerażone dziecko i pojechaliśmy do kościoła. Już kilka godzin później, jeszcze przed popołudniowym nabożeństwem, z ciężkim sercem, musieliśmy go zawieźć z powrotem. W szpitalu został dziadek, mój tato, bo nie chcieliśmy, aby syn był sam w takim dniu.

Skąd się wziął Jan Paweł II w tej historii?

Jest kilka przesłanek, że to, co wydarzyło się 18 maja 2012 r. stało się dzięki jego wstawiennictwu za naszego syna.

Po pierwsze – to jego imiennik. Po drugie syn miał od wczesnego dzieciństwa niezwykłe, nieinspirowane przez nas, nabożeństwo do Papieża. Na tyle duże i głębokie, że na rocznicę jego I Komunii Świętej zabraliśmy go na beatyfikację Jana Pawła II do Rzymu. Siedział na chodniku, w tłumie ludzi, zmęczony, ale urzeczony i szczęśliwy - to jedno z ważniejszych wydarzeń, które czasem i dziś wspomina.

Po trzecie – gdy usłyszeliśmy diagnozę o głuchocie i rozpoczęliśmy dramatyczną walkę o odzyskanie jego słuchu, byliśmy w trakcie, właściwie na progu, przygotowań do kolejnej I Komunii Świętej w naszej rodzinie – jego brata. Pamiętam, że w sobotę, 12 maja, uklękłam przed synkiem i spytałam, czy wie, że w dniu I Komunii Pan Jezus niczego swoim dzieciom nie odmawia. Odpowiedział, bardzo poważnie, ale w swoim stylu, że wie, bo już mu to mówiłam, i że już zdecydował o co Go poprosi: żeby brat wyzdrowiał. To była chwila gorących łez, ale też powrotu nadziei i spokoju.

No i po czwarte – data. Wszystko, o co gorąco modliliśmy się przez trzy tygodnie walki o zdrowie syna wydarzyło się 18 maja, w dniu urodzin Karola Wojtyły. Jak to było?

To był piątek, rano zabrałam syna do szpitala, gdzie miała odbyć się pierwsza sesja tlenoterapii z 14, które zalecono. Ubrany zgodnie z zaleceniami miał ze sobą żelki do żucia na ewentualne bóle w uszach – miał żuć, szczęka miała pracować. Był jedynym dzieckiem w czasie tego zabiegu, inni chorzy to byli ludzie dorośli. Komora hiperbaryczna wyglądała jak duży wagon, z wygodnymi, osobnymi miejscami do siedzenia. Syn wszedł, a ja usiadłam na zewnątrz i otworzyłam komputer, żeby przez godzinę trwania zabiegu popracować. Nikt nie mógł przewidzieć tego, co się stało za chwilę.

Nie upłynął kwadrans, a na dużym podglądzie zobaczyłam moje dziecko, które leży na podłodze, całe w drgawkach. Zrobiło się ogromne zamieszanie, usłyszałam że „chłopak nam schodzi”, a później sprawy toczyły się już bardzo szybko. Po otwarciu komory był nieprzytomny, wokół biegali lekarze, a ja dzwoniłam do męża kompletnie bezradna i przerażona. Gdy wreszcie udało się go przywrócić… pamiętam jego oczy, nie mogłam z nim nawiązać kontaktu, oczopląs był taki silny – zresztą trwał jeszcze przez wiele godzin – ręce były wiotkie, ciało w takim drgawkowym drżeniu…

Po pierwszym rozpoznaniu – był pomysł, że to zatrucie tlenem - karetką pojechaliśmy do innego szpitala. Razem z ratownikiem trzymaliśmy duży, rozpłaszczony worek foliowy, bo przez cały czas wymiotował. Pamiętam, że się bałam, ale że w środku – nie wiem skąd – byłam spokojna. Czułam, jakoś czułam, że to nie koniec, że coś się wydarzyło, jakbyśmy zdawali jakiś egzamin. W karcie przyjęcia na Oddział Neurologii Dziecięcej wpisano pod datą 18 maja 2012 r.: "udar mózgu w trakcie terapii hiperbarycznej". Zaczęły się godziny z uporczywym bólem głowy, oczopląsem, wymiotami, słabością. Pierwsze rozpoznanie to były mózgowe napady niedokrwienia i zespoły pokrewne. Musieliśmy czekać, aż wylewy w głowie się wchłoną, obrzęk mózgu ustąpi.

Pamiętam, że gdy przyjechał mąż zdałam sobie sprawę, że nie wiem gdzie zostawiłam mój samochód. Dopiero po chwili skojarzyłam, że tu przyjechałam karetką, a moje auto stoi od rana na parkingu szpitala z komorą hiperbaryczną. wszystko zeszło na dalszy, odległy plan. Na szczęście młodsze dzieci były pod opieką moich rodziców, którzy zaraz po pierwszej diagnozie przyjechali do nas, by pomóc i przejąć część obowiązków.

To wszystko wydarzyło się 18 maja – udar i zagrożenie życia. Ale wtedy, w komorze, wydarzyło się coś, o czym dowiedzieliśmy się później, dopiero z wyników kolejnych badań. W głowie naszego syna była mikro torbiel neuroglejowa, która – tak twierdzą lekarze – zaczęła uciskać na nerw słuchowy i powodować głuchotę. Udar, do którego doszło w komorze, był jak wybuch małej bomby w głowie…ale w jego następstwie naczynie odbarczyło się i uwolniło nerw!

W rezultacie dziś syn słyszy – pozostał niedosłuch, ale w stopniu niewielkim. Dla kogoś, kto nie zna tej historii, w stopniu zupełnie niezauważalnym. Nigdy też nie założył aparatu słuchowego. Nawet nie zdążyliśmy zapisać się na wizytę do poradni.

Po zakończeniu leczenia neurologicznego pojechaliśmy z synem do Kajetan, do Światowego Centrum Słuchu Instytutu Fizjologii i Patologii Słuchu. Pamiętam spotkanie z prof. Henrykiem Skarżyńskim, który zapoznał się z dokumentacją i historią choroby syna. Powiedział wtedy, że gdyby nie ten samoistny, spowodowany wysokim ciśnieniem „wybuch”, głuchota nigdy by nie ustąpiła. Torbiel, nawet jeśli ktoś by ją końcu wypatrzył na obrazie w czasie Angio –TK głowy, zostałaby zakwalifikowana jako nieoperacyjna. Była umiejscowiona tak, że ewentualny zysk z udanej operacji był zbyt mały, by ryzykować taką ingerencję. Ten kontrolowany „wybuch” był jedynym sposobem, ale my, ludzie, tak jeszcze naczyń w głowie kontrolować nie potrafimy.

Minęło osiem lat. Każdy 18 maja jest dla nas dniem szczególnym – nie tylko wspominamy, ja czasem uronię łzę ukradkiem, ale przede wszystkim dziękujemy – bo my naprawdę wierzymy, że to prezent od Jana Pawła II w dniu jego własnych urodzin – wtedy 92.

*Świadectwo mamy - na prośbę jej dorosłego dziś syna - jest anonimowe, personalia i dokumentacja choroby są znane redakcji. Może kiedyś sam zdecyduje się opowiedzieć tę historię.

CZYTAJ DALEJ

Rajd rowerowy śladami ks. Wicka

Już po raz 14. odbył się rajd rowerowy śladami bł. ks. Stefana Wincentego Frelichowskiego.

Zobacz zdjęcia: Rajd rowerowy ks. Frelichowskiego

Uczestnicy rajdu wyruszyli 23 maja spod Centrum Dialogu im. Jana Pawła II w Toruniu. Z powodu obostrzeń epidemiologicznych mogło w nim wziąć udział zaledwie 12 uczestników. Najmłodszy z nich miał 9, a najstarszy - 79 lat.


W Chełmży uczestniczyli we Mszy św w bazylice konkatedralnej Świętej Trójcy - kościele, w którym posługiwał mały Wicek. Wracając, nawiedzili mogiłę pomordowanych harcerzy w Olku oraz ofiar II wojny światowej na Barbarce.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję