Reklama

Wiadomości

Szwarne chopy

Niedawno znów byli na ustach całej Polski. Skromni, czarni od węglowego pyłu, niepozorni bohaterowie ze Śląska. Kim są? Co sprawia, że w ekstremalnie trudnych warunkach, ryzykując życie, nie wahają się ani chwili, by ratować kolegów górników?

Niedziela Ogólnopolska 21/2022, str. 30-32

[ TEMATY ]

reportaż

górnicy

Karol Porwich/Niedziela

Artur Koch, kierownik kopalnianej stacji ratowniczej, i jego ekipa

Artur Koch, kierownik kopalnianej stacji ratowniczej, i jego ekipa

W kopalni „Pniówek” w Pawłowicach 20 kwietnia nastąpił wybuch metanu, w wyniku czego zginęło dziewięć osób. Trzy dni później w kopalni „Zofiówka” w Jastrzębiu-Zdroju doszło do wstrząsu i wypływu metanu. Tam śmierć poniosło dziesięciu pracowników.

– Z KWK „Pniówek” zadzwonili do nas 20 kwietnia o 9.30 i poprosili o maksymalną liczbę zastępów ratowniczych. Do wypadków zawsze jedzie się z różnych kopalń, działamy na zasadach porozumienia. O 10.10 zaczęli się zjeżdżać ratownicy. Odległość między naszymi zakładami wynosi ok. 45 min jazdy autobusem. Na miejscu byliśmy o 12... – opowiada Artur Koch, kierownik Kopalnianej Stacji Ratownictwa Górniczego KWK „Budryk”, i dumny z szybkiej mobilizacji swoich chłopców, podkreśla: – Wiele pochwał spłynęło na nas po tych ostatnich akcjach.

Podstawowe pozdrowienie

Pierwszy napotkany ratownik, odpowiedział „szczęść Boże” na nasze świeckie „dzień dobry”. – U nas wszyscy mówią sobie „szczęść Boże”. „Dzień dobry” jest bardzo rzadko używane – mówi p. Artur. W biurze są jeszcze Leszek Modzelewski, przewodniczący Związku Zawodowego Ratowników Górniczych przy JSW, oraz Rafał Fojcik, pierwszy mechanik stacji ratowniczej. Pytamy o mijaną przed chwilą w korytarzu stacji figurę św. Barbary. – Załoga jak chce, może się przed nią pomodlić – zaznacza p. Leszek.

– Na sali aparatowej mamy ponad 100-letnią figurkę patronki górników – mówi p. Rafał i dodaje: – Po drodze do pracy przejeżdżam obok trzech krzyży i przed każdym z nich się żegnam. Jak przechodzę koło kościoła, mówię zawsze: „Niechaj będzie pochwalony Przenajświętszy Sakrament...”.

Górnicza wspólnota

Na terenie parafii św. Michała Archanioła w Ornontowicach mieszka ok. 600 górniczych rodzin. Ksiądz Grzegorz Lech, miejscowy proboszcz, podkreśla: – Z wielkim szacunkiem odnoszę się do pracy ratowników górniczych, bo ona zawsze jest związana z bezpośrednim narażeniem życia i zdrowia. Pewnie w niejednym z tych mężczyzn rodzą się egzystencjalne pytania o sens istnienia, o to, co jest po śmierci. Dla wielu jest to wezwanie do trwania w dobrej relacji z Bogiem.

Reklama

Teza ta wkrótce się potwierdza. Nasi rozmówcy mówią, że wśród nich nie znajdziemy nikogo, kto deklarowałby niewiarę. Ratownik Tomasz Kaczmarczyk zapewnia: – Łatwiej się pracuje, kiedy ma się jeszcze Kogoś obok siebie albo nad sobą. Arkadiusz Cichocki, nadsztygar górniczy, wyznaje: – Pan Bóg prowadzi mnie przez życie zawodowe i prywatne. Piotr Musiała, zastępca kierownika kopalnianej stacji ratownictwa, zwierza się: – Codziennie modlę się i dziękuję Bogu, że wszystkim szczęśliwie udało się powrócić na powierzchnię. Również kierownik Koch nie wyobraża sobie codziennego życia bez Boga. – Wierzę w życie po śmierci, ale wiem, że tutaj, na ziemi, mam misję do spełnienia – zaznacza.

Zostać jednym z nich

– Miałem 22 lata. Szedłem drogami przewozowymi i nagle zobaczyłem człowieka wciąganego do maszyny. Jeden z górników ją zatrzymał, drugi pobiegł po nosze, trzeci – po lekarza. Zostałem wtedy sam na sam z poszkodowanym, który strasznie krwawił. Rozebrałem się praktycznie do naga, by swoimi ubraniami tamować krew rannego. Gdy przyszła pomoc, ruszyłem do windy, ale nie czułem chłodu, chociaż była zima. Tak zaczęła się moja ratownicza przygoda – wspomina Artur Koch. Inaczej było w przypadku Tomasza Kaczmarczyka, który 10 lat zastanawiał się, czy wstąpić do drużyny ratowniczej. Marek Niemiec mówi: – Odwagi niesienia pomocy innym nauczyłem się w rodzinie, bo zawsze to ja byłem w niej taki bardziej wyrywny. Pewnie dlatego wybrałem zawód ratownika – dodaje i parska śmiechem.

Żeby zostać ratownikiem, trzeba przepracować pod ziemią minimum 2 lata oraz wyrazić chęć dołączenia do drużyny. Kandydat przechodzi przez gęstą sieć procedur i badań psychofizycznych, a następnie odbywa intensywne szkolenie, które kończy się egzaminem. Prawdziwy sprawdzian z hartu ducha zdaje się jednak przy pierwszej akcji. – To było w Zabrzu na okręgowej stacji ratowniczej. „Odbuczeli” nam na godz. 12 akcję przeciwpożarową na kopalni „Marcel”. Na miejscu, pod ziemią, zadymienie było takie, że przy zapalonych lampkach, stykając się maskami, nie mogliśmy zobaczyć swoich twarzy. Na wykonanie zadania dostaliśmy tylko 7 min. Chodziło o bezpieczeństwo, ponieważ tlenek węgla wchłania się do organizmu również przez skórę. Wróciliśmy do stacji o 1 w nocy. Po jakichś 2 godzinach budzi mnie kolega: „Wstawaj, jest akcja!”. Byłem tak zmęczony, że nie usłyszałem dzwonka alarmowego, a musicie wiedzieć, że on jest sto razy głośniejszy od szkolnego – śmieje się Rafał Fojcik.

Reklama

Idzie się po żywych

– Tam, skąd wszyscy wychodzą, my wchodzimy. I zawsze z przekonaniem, że idziemy po żywych – wyjaśnia Leszek Modzelewski. – Nawet kiedy mamy podejrzenie, że poszkodowany nie żyje, ratujemy dalej według procedur – dodaje Rafał Fojcik. – Walczymy o życie górnika do końca. Znamy przypadek człowieka reanimowanego przez 1,5 godz., który przeżył – wtrąca kierownik Koch. – Kopalnia to dobro materialne, ale najważniejsze w kopalni jest ludzkie życie – wtrąca Adam Szkoda, kierownik działu wentylacji.

Arkadiusza Kalabisa spotykamy, kiedy sprawdza aparat regeneracyjny W-70, który po użyciu w akcji trzeba zdemontować, zdezynfekować, sprawdzić jego parametry i wymienić w nim butlę tlenową. – W „Zofiówce” była akcja ratowania życia, szliśmy po żywych. Ten wypadek: wysoka temperatura, wilgotność, wypływ metanu, brak tlenu i stało się... Szybka śmierć z uduszenia – nasz rozmówca milknie, ale po chwili tłumaczy: – Kiedyś się na coś zdecydowałem i ze śmiercią muszę się liczyć. Przy zjeździe zawsze robię znak krzyża. Byle szczęśliwie „dorobić” do końca.

Reklama

Jak pięć palców

Podstawową jednostką ratowniczą jest zastęp. Tworzy go pięciu ludzi różnych specjalności, są ratownik medyczny, mechanik, elektryk. – Ratownicy są też różnej postury. Ktoś jest filigranowy, by łatwiej mógł się przecisnąć przez wąskie przejścia, ktoś inny większy, by mógł wziąć ze sobą więcej potrzebnego sprzętu lub użyć swojej siły – tłumaczy Tomasz Kaczmarczyk. Marek Niemiec dodaje: – Nie można sobie wbijać do głowy rzeczy, które by nas straszyły. Trzeba być nastawionym optymistycznie. Są pomiary, jest sztab ludzi, który czuwa. Idzie się spokojnie, z ludźmi, których się zna. Nie myśli się o najgorszym. Inaczej byłyby tylko strach i panika.

– Jesteśmy przeszkoleni, żeby pomagać i ratować, więc najgorzej jest wtedy, kiedy idziemy po ciała zmarłych. Trzeba mieć mocną psychikę, ale jesteśmy stale weryfikowani. Generalnie trzeba być twardym – mówi zastępowy Wojciech Dryjański.

– Każdy się boi, bo nie ma ludzi, którzy nie odczuwają strachu. Ale gdy patrzę na moich ratowników, jak są zmobilizowani i odważni, to ich podziwiam. Kiedy jadą na akcję, potrafią żartować i śmiać się w autobusie. Dopiero jak zjeżdżamy pod ziemię, zaczyna być cicho. Następują koncentracja, planowanie zadań, bo każdy ma je przydzielone według swoich możliwości i specjalizacji – tłumaczy szef ratowników Artur Koch.

Obowiązek i odpowiedzialność

Przysłuchujemy się tym historiom i obserwujemy życie stacji ratowniczej KWK „Budryk”. – Czy pamiętacie, jak ktoś chętnie zgodził się na udział w akcji, wiedząc, że zaraz rano jego dziecko miało przystępować do I Komunii św.? – A przypominacie sobie Kazika, który tak mocno poczuł się wyróżniony oddelegowaniem do roboty, że zapomniał o własnym ślubie? Anegdotyczne opowieści snute przy stole wywołują salwy śmiechu. Chłoniemy atmosferę męskiej przyjaźni, solidarności i zrozumienia.

Do obowiązków szefa Artura Kocha należy dbanie o gotowość ratowniczych zastępów. – Muszę tu być takim filarem, człowiekiem, który ma ratowników motywować do pracy. Przychodzą do mnie z problemami rodzinnymi i zawodowymi. Po ostatniej akcji jeden z moich podwładnych nie wytrzymał napięcia i się rozpłakał. Tłumaczyłem mu, że ktoś musi pojechać i ratować. Mówiłem: Człowieku, daj z siebie jeszcze trochę, bo Ktoś nad tobą czuwa. Dasz radę, bo nie jesteś z tym sam. Ktoś z góry na to patrzy i kiedyś zrekompensuje ten twój trud. Tylko życie poświęcone innym jest warte przeżycia tak naprawdę...

Reklama

Pokora

– Ratownictwo górnicze na ten moment nie ma ekstraprzywilejów, nowi ratownicy nie mają nic ponad to, co mają w kopalni inni. Ratownicy, choć narażają życie, nie dostają żadnego dodatkowego uposażenia. Nawet za uczestnictwo w akcji ratunkowej mają normalne wynagrodzenie, takie jak za gotowość i profilaktyczne zabezpieczenie kopalni – mówi Leszek Modzelewski.

– Nasze służby ratownicze pomagały w czasie pandemii. To my testowaliśmy górników na obecność wirusa SARS-CoV-2. Pomagaliśmy też w szpitalach – opowiada szef działu wentylacji Adam Szkoda. – Stu ratowników oddelegowaliśmy do szpitalnej czerwonej strefy podczas ostatniej pandemii – dodaje p. Leszek. – Wiedzieliśmy, że uda się tych dwudziestu kilku ratowników zorganizować, ale co dalej? A oni wrócili i powiedzieli, że za tydzień również pojadą do szpitala – chwali podopiecznych p. Adam. – Polskie prawo emerytalne nie przewiduje pracy ratowników poza terenem kopalni. Oddelegowanie ich np. do szpitali covidowych nie liczyło im się do emerytury i każda dniówka była potem przez ratowników do odrobienia. Epidemia trwała długo, więc tych dniówek byłoby naprawdę sporo. Napisałem o tym problemie do premiera, do ministra zdrowia i dzięki naszej interwencji czas pracy ratowników w szpitalach covidowych został im zaliczony do stażu – cieszy się z sukcesu przewodniczący branżowego związku ratowników Leszek Modzelewski.

Wracamy

Po całodziennej obecności na ratowniczej stacji w KWK „Budryk” nasza „niedzielna” ekipa postanawia odwiedzić jeszcze proboszcza ornontowickiej parafii. Rozmawiamy o niedawnej tragedii. – Cały czas się modliliśmy. Jak jeszcze była nadzieja, prosiliśmy Boga o ocalenie górników. Teraz modlimy się o życie wieczne dla nich, za ich pogrążone w żałobie rodziny. Codziennie modlę się za tych ludzi, którzy tam, na kopalni, pracują. Bardzo ich szanuję – mówi ks. Lech i uśmiecha się na pożegnanie.

2022-05-17 08:34

Ocena: +4 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

„Osz” znaczy „Płów”

[ TEMATY ]

reportaż

Przekleństwo Stalina

Płów to kasza z ryżu i baraniego mięsa, z dużą ilością kunduka (barani tłuszcz), cebuli, marchewki i ostrych przypraw. Ilość ryżu i marchewki w kazanie (wielki żelazny garnek w formie misy ze ściankami grubości ponad centymetr - pojemność garnka do 100 l) powinna być podobna, np. po 5 kg. Mięsa i cebuli może być w kazanie po 2 kg. Najpierw długo smaży się mięso z marchewką, a dopiero potem na wpół gotowy ryż miesza się ze „specjałami” i zostawia na godzinkę bez ognia, by „doszło”.
Taką ilością płowu (około 15 kg) można nakarmić jedną kilkupokoleniową rodzinę żyjących wspólnie na jednym podwórku Uzbekow. Podobną ilością karmimy od czasu do czasu naszą malutką wspólnotę parafialną w Angrenie, zwłaszcza na Wielkanoc lub na odpust. Mimo że nie ma w parafii Uzbeków, żyjący tu Europejczycy nauczyli się szybko tych sekretów. Spokojnie może się najeść 20 osób. Jest to daleki odpowiednik polskiego bigosu czy koreańskiej kimczi. Podobno tą potrawą karmił swoje wojsko Aleksander Wielki podczas długich eskapad do Indii. Od tamtych zamierzchłych czasów jest to narodowa potrawa wszystkich plemion środkowej Azji, zwłaszcza Uzbeków. Synonim słowa „Osz” to również „posiłek”. Stołówka po uzbecku to „Oszhona”.
Osz to również nazwa drugiego co do wielkości miasta w Kirgizji, z dużą liczbą etnicznych Uzbeków. Oni stanowią tu większość. Pograniczne wojewódzkie miasto Osz, wedle satanistycznego planu Stalina „Divide et impera” (dziel i rządź), „Czerwoni Uzbecy” odstąpili wielkodusznie Kirgizom. Tym samym „naważyli kaszy” na kilka stuleci. To głównie z tego miasta uciekają obecnie wystraszeni ludzie, porzucając swoje domy. Pędzą na „uzbecką stronę” Fergańskiej Doliny, poszukując spokoju. Tutaj właśnie zamordowano w połowie czerwca ponad 200 i raniono ponad 2 tys. ludzi. Liczbę uciekinierów szacuje się na 100 tys.
Jeśli uważnie obejrzeć mapę trzech sąsiednich państw w górach Pamiru (Tien Szan), to zagadkowo wygląda splot, a raczej labirynt granic pomiędzy Uzbekistanem, Tadżykistanem i Kirgizją. Czym kierowały się władze Związku Radzieckiego, tak właśnie, a nie inaczej, wytyczając granice dawnego Turkiestanu? Trudno pojąć. Na myśl przychodzi jedynie wola Generalissimusa, by o nim pamiętały stulecia.
Podobnie jak na Kaukazie, granice Gruzji, Azerbejdżanu i Armenii to łamigłówka geopolityki, która uwikłała w niekończące się wojny dzieci tych trzech bratnich narodów. Podobne rozgrywki „zaplanował” po swej śmierci Stalin w Średniej Azji, na wypadek gdyby mieli pokusę samodzielności, czyli funkcjonowania poza ZSRR.
Kirgizi i Kazachowie należą do tej samej rodziny językowej tureckojęzycznych „Kipczaków”. Był czas, że wszystkich Kazachów nazywano Kirgizami, a ich tereny „Siedmiorzeczem”. Część Siedmiorzecza jednak, jako samodzielna Kirgizja, potrzebna była Stalinowi dla osłabienia żywiołu Kazachskiego.
Uzbecy z kolei są braćmi Ujgurów, mówią niemalże tym samym czatagajskim dialektem starotureckiego języka, ale polowa ich ziemi leży na terenie Chin i ma nazwę „Szin Dzian”, ze stolicą w Urumczi. To też, jak mniemam, szczodra ręka Stalina. Uzbecy wspólnie z Ujgurami stanowią najpotężniejszy naród w okolicy. Trzeba ich było podzielić granicą, „by nie podskakiwali”. Próby odzyskania wolności Ujgurowie podejmują systematycznie. W trakcie Olimpiady w Pekinie też o nich mówiono. W zeszłym roku zamieszki wybuchały kilkakrotnie. Były jednak tłumione, bo Ujgurzy nie mogą przeciwstawić się chińskiemu imperium.
Tadżycy z kolei są braćmi Persów. Ich język jest dialektem języka farsi, używanego w Iranie. Mają wspólną historię, kulturę i literaturę z Iranem. Mają również wspólnotę kulturową i polityczną z Uzbekami. Literacki język uzbecki jest pełen farsyjskich słów, podobnie jak polski łacińskich. Tadżycy byli zawsze klasą ludzi wykształconych w chanatach uzbeckich i znajomość perskiego (tadżyckiego) należała do dobrego tonu.
Dwa najsilniejsze chanaty uzbeckie - Buchara i Samarkanda, do dziś w życiu codziennym posługują się językiem tadżyckim, jedynie w wioskach można usłyszeć uzbecki. Tym niemniej Bucharę i Samarkandę oderwano od Tadżykistanu z powodu geopolityki Stalina. Dołączono jednak obwód Sogdyjski, z uzbeckim miastem Hodżent.
Czy ta łamigłówka nie przypomina nam bezsensu granicy Curzona i linii demarkacyjnej, dzielącej Wschodnie Prusy na pół?

Skazany za Fatimę

Na Fergańską Dolinę, gdzie dzieją się rzeczy dziwne i z powodu sprzyjającego klimatu oraz żyznych ziem mieszka największy procent ludności uzbeckiej i kirgiskiej, wybrałem się po raz kolejny w ten gorący czas, na prośbę ks. prał. Józefa Świdnickiego. To człowiek legenda, autor wielu książek i wielki misjonarz Syberii oraz Azji Środkowej. Przyjechał w te strony jako jeden z pierwszych księży katolickich w 1975 r. i objął na długie lata parafię w Duszanbe, stolicy Tadżykistanu. Obsługiwał na terenie tej republiki 7 miast, dojeżdżając do osiedli zamieszkiwanych przez represjonowanych Niemców wołżańskich, których w te okolice w ogromnej ilości zesłał Stalin.
Na początku lat 80. objął kilka placówek na Uralu i w Zachodniej Syberii, gdzie jako jeden z ostatnich dostał wyrok w 1984 r. za posiadanie broszurek fatimskich. Wedle jego świadectwa, pallotyn ks. Pałyga ułożył opowieść-wywiad: „Skazany za Fatimę”. Ciekawa rzecz, że w Średniej Azji imię Fatima jest bardzo popularne pośród Uzbeczek, Tadżyczek i ludów kipczackich. Wyrok był bezlitosny: 8 lat zsyłki.
W łagrze zbijał drewniane skrzynki, a po 3 latach, zwolniony na prośbę Margaret Thatcher, opuścił łagier i osiadł w Ferganie - właśnie na te pięć, podarowane mu przez Opatrzność, lat. Dojeżdżał do Czyrczyka, Angrenu, Taszkientu i Samarkandy, gdzie od zera tworzył wspólnoty katolickie. Nie zapominał o Syberii, odwiedzając periodycznie Czelabińsk i Omsk. Dojeżdżał również do miasta Osz i Dżalal-Abad w Kirgizji. Wszędzie, gdzie się pojawiał w tamtych latach, kupował za ofiary zdobyte w Niemczech małe domki i tworzył w nich kaplice; rejestrował tam wspólnoty, które funkcjonują do dziś.
Gdy Ksiądz Prałat nas odwiedził, Ksiądz Biskup z Taszkientu przebywał w Polsce na urlopie, ale poprosił, bym na krok nie odstępował dostojnego gościa i pomógł mu odwiedzić te miejsca, których nie widział od 18 lat. Pomagał mu również pewien świecki teolog z Austrii, zafascynowany działalnością i osobowością Misjonarza. To on sfinansował dość kosztowne przeloty po Syberii i krajach azjatyckich.
Obecnie Ksiądz Prałat mieszka w znanej ukraińskiej parafii Murafa pod Winnicą, która dla Ukrainy podarowała kilkadziesiąt powołań kapłańskich, zakonnych i jedno biskupie (ks. Bernadski, ordynariusz w Odessie).

Wspólne wspomnienia

W piątek wieczorem zabrałem ks. Józefa z lotniska. Samolot z Biszkeku, skąd leciał do nas Ksiądz Prałat, spóźniał się, bo właśnie w Taszkiencie zakończyło się zebranie prezydentów państw z Grupy Szanghajskiej. Pogoda też była nie najlepsza. Tego samego wieczoru w Kirgizji, skąd leciał, zaczynały się krwawe zamieszki.
Znamy się z ks. Józefem 18 lat. On wracał z Azji na Ukrainę, a ja właśnie obejmowałem parafię w Rostowie nad Donem; i na tę podróż otrzymałem od Prałata kilka praktycznych rad. Spotkaliśmy się wtedy na Łotwie, na pielgrzymce do Agłony. Ks. Józef wydał mi się bardzo kategoryczny i pewny siebie. Zdyscyplinowany jak żołnierz, jednak mało patriotyczny (z pochodzenia Polak, bardzo krytykował sowiecką Polonię za słabą wiarę i koniunkturalizm), nadmiernie zafascynowany protestantami i ostrożny wobec prawosławnych.
Widzieliśmy się 4 lata temu na Donbasie. Wypytywał mnie wtedy o wszystkie szczegóły dotyczące mojego wydalenia z Sachalinu. Był nad wyraz grzeczny wobec mnie. Gdy zachorowałem, odwiedził mnie w szpitalu w Doniecku i długo, jak przystało na charyzmatyka, się modlił. Jego wizerunek w moim odbiorze do dziś się nie zmienił.

Luterańska Kircha

Jedząc zupkę własnej roboty, gadaliśmy do północy. Przedstawiłem Prałatowi swój plan pielgrzymki do Fergany, Samarkandy i Duszanbe. Poprosiłem, by koniecznie odwiedził moją i swoją parafię w Angrenie, która obecnie przeżywa ciężkie chwile. Niedzielę mieliśmy spędzić w Taszkiencie, a w poniedziałek jechać do Fergany.
Gdy „Dziadek” usłyszał, że na sobotę mamy tylko jedno miasteczko do odwiedzenia, troszkę się obruszył, a moje serce zabiło mocno, bo pojąłem, że ten 73-letni Gość nie przyjechał odpoczywać. Z samego rana zapoznałem go z o. Lucjanem, naszym proboszczem. To franciszkanin, wiec nie mieszka w kurii, tylko w niewielkim stylowym klasztorze obok katedry. Wypiliśmy razem kawę i pod pretekstem oglądania pomnika Tamerlana zaprowadziłem Prałata do luterańskiej Kirchy. Od dwóch lat bezskutecznie próbuję zapoznać się z luterańskim biskupem Korneliusem. Kircha jest zawsze zamknięta i tylko sporadycznie bywa tam kapłan - zwykle wtedy, gdy ja wyjeżdżam do Angrenu. Opatrznościowo tym razem był na miejscu. Przedstawiłem Prałata sądząc, że się nie znają, tymczasem Kornelius aż tupał z radości, że spotkał swego dawnego druha. Wymienili tak wielu wspólnych znajomych i opowiedzieli sobie tak wiele serdecznych spraw, że czasu na odwiedzanie pomnika Tamerlana już nie pozostawało. Przy katedrze czekał na nas niecierpliwie Erkien, mój znajomy taksówkarz.

Kazach Erken

Zapoznawszy się z taksówkarzem, ks. Józef zaczął go wypytywać o opinię w sprawie wojny. Zapytał jakiego Erken jest pochodzenia i gdy się wydało, że jest na wpół Kazachem, a na wpół Uzbekiem i Tadżykiem, to tym bardziej wiercił mu dziurę w brzuchu, dopóki ten mądry i oczytany człowiek nie wyjaśnił mu, że to zaszłości z czasów imperialnej Rosji. Stalin jedynie je wyostrzył i w sposób prawny zatwierdził, tworząc niezbyt udane rezerwaty dla niewiele się od siebie różniących Turków. Te podziały miały rozbić jedność tzw. Basmaczy, czyli powstańców muzułmańskich republik, którzy największą ilość wojsk posiadali właśnie w Kokandzkim Chanacie, czyli na Fergańskiej Dolinie. Właśnie tam trwał największy opór przeciwko wojskom Skobelewa - główno dowodzącego armią rosyjską. Chanat Kokandzki (tak się nazywała Fergańska Dolina do 1875 r.) został pozbawiony duszy przez stworzenie nowego miasta Skobelew (dzisiejsza Fergana) i zniżenie statusu Kokandu do rangi powiatowego miasteczka. Inne centra oporu, jak Hodżent, oddano Tadżykom, a Osz i Jalalabad, kolejne uzbeckie miasteczka, podarowano Kirgizji.

Osz znaczy bdquo;Płów”

W chwili obecnej w dawnej parafii ks. Józefa pozostało niewielu katolików, bo większość, pochodzenia niemieckiego, wyemigrowała w latach 90. do Niemiec. Parafię obsługują ojcowie jezuici, którzy systematycznie dojeżdżają do Osz z kolejnego „powstańczego” miasta południowej Kirgizji, które się nazywa: Dżalal-Abad. Dżalal to imię jednego z pierwszych książąt tiurkskich, dość popularne do dziś w Uzbekistanie. Obod lub Abad to starotureckie słowo, oznaczające los, szczęście.
W tym samym stopniu jak Osz Dżalal-Abad jest siedzibą mniejszości uzbeckiej i fragmentem południowego Kirgistanu, oddzielonego od Biszkeku pasmem wysokich gór. Osz i Dżalal-Abad to fragment fergańskiej doliny, sztucznie dołączony do północnej części Kirgizji. Aby z miasta Osz lub Dżalal-Abad pociągiem dojechać do Biszkeku, trzeba koleją jechać przez Tadżykistan, Uzbekistan i Kazachstan. Ilość Kirgizów na południu rośnie, ale sami politycy z Kirgizji, w tym nieszczęsny Bakijew, próbują na południu stworzyć ognisko buntu i nienawiści. Tak było również 5 lat temu, w trakcie powstania przeciwko prezydenturze Akajeva.

Angren

W Angrenie ks. Józef odprawił Mszę św. przy świecach. Chociaż w tym mieście jest węgiel, uran, złoto i dwie elektrownie, to światło bardzo często nam odłączają. To kolejny paradoks. Mawiają nie bez powodu: „Wschód - miejsce tajemnicze”.
Bardzo serdecznie obcował z młodzieżą i ze starszymi, opowiadając o swoich wojażach do tego miasta. Jedliśmy wyjątkowe danie: rybę Marynkę. Ta śledziowata ryba występuje w górach Tien-Szan jako zagadka dla naukowców. Jest nie mniej smaczna niż omol na Bajkale. Ostatnio jest pora deszczowa i rybę tę trudno złowić w mętnej wodzie. Trzy tygodnie pod rząd moi parafianie obiecywali, że zdobędą, i nareszcie na przyjazd dostojnego gościa przynieśli. Po powrocie do Taszkientu były jeszcze koreańskie dania. Zostaliśmy zaproszeni przez liderów Koreańczykow na sutą kolację.

Taszkient

Znając ekumeniczne hobby Księdza Prałata, z samego rana zrobiłem mu niespodziankę i zawiozłem do kaplicy najpopularniejszej wspólnoty protestanckiej w mieście, która sąsiaduje z naszymi siostrami Kalkutkami. Prałat siadł na pierwszej ławce i jak stary charyzmatyk podjął motyw pieśni chwały, które wykonywał pod gitarę młodzieżowy zespół. Byliśmy tam pół godziny. Poprosiłem o słowo i przedstawiłem Prałata. Zebrał burzę oklasków. Okazało się, że w przeddzień do protestantów przyszła komisja z zamiarem zamknięcia kaplicy. Obecność Prałata została odebrana jako akt solidarności w trudnych czasach.
Msza św. w języku rosyjskim przeciągnęła się do 15.00 Obawiałem się, że nie zdążę go nakarmić skromną zupką. Następna koreańska Msza św. o 16.00. Bez kompleksów przyłączył się do koncelebry, a gdy mu podałem tekst polskiej transkrypcji, głośno i dobitnie odczytał słowa konsekracji w języku koreańskim. Widać było, że robi to z satysfakcją. Wygłosił również krótkie kazanie. Drugie w tym dniu. Czekała na niego jeszcze nostalgiczna grupa polonusów. Raz w miesiącu wypada polska Msza św., na której bywa, jak żartują niektórzy, 3 i pół Polaka. Tym razem wieść poszła w naród i było Polaków 30. Po Mszy św. czekała nas niespodzianka - kolacja w Ambasadzie.

Dziadek Szuhrat

Rano wyruszyliśmy do Fergany. Na trasę wylotową zawiózł nas kierowca wdzięcznego pastora Sergiusza. Kierowca był Uzbekiem, więc zatroszczył się, by na „wylotówce” podebrać dla nas uczciwego kierowcę. Okazuje się, że od 5 lat władze zabraniają podróżowania na Fergańską Dolinę autobusami. Można tam dojechać tylko mikrobusem lub taksówką. 5-godzinna podróż przez malownicze góry z przełęczą na wysokości 2000 m kosztuje 40 dolarów. Ceny, jak widać, nie są wygórowane. W Warszawie żaden taksówkarz nie zgodzi się za takie pieniądze jechać w Góry Świętokrzyskie, a przecież są to porównywalne odległości. Naszym kierowcą okazał się dziadek Szuhrat. Był na tyle rozmowny i dobry, żeśmy się umówili na wspólny powrót do Taszkientu rankiem dnia następnego. Prałat mógł pozostawać w Uzbekistanie nie więcej niż 5 dni, w tym część weekendu. Na tyle pozwala prawo o rejestracji obcokrajowców. Oczekiwanie na rejestracje oznaczałoby obowiązek siedzenia w Taszkiencie bez żadnych wyjazdów za miasto. Na przełęczy jest coś w rodzaju kontroli granicznej, więc do Fergany bez paszportu byśmy nie dojechali.
Zrezygnowaliśmy z poniżającej policyjnej procedury rejestracyjnej. Kontrolowano nas trzykrotnie. Wyczuwało się w gestach żołnierzy pogranicza nerwowość i skrupulatność. Zapisywali dokładnie nasze nazwiska, jak potencjalnych prowokatorów. Wiele się mówi teraz, że właśnie zamieszki w Kirgizji spowodowali najemnicy z zagranicy.
Gdyśmy przemierzali po raz kolejny Angren, zwróciłem uwagę na wioskę Ohunbabajew i zapytałem dziadka Szuhrata, co znaczy ta nazwa, którą spotykałem również w Almalyku. Dziadek opowiedział mi smutną historię uzbeckiego komunisty, który w latach 40. wybudował kanał irygacyjny w Ferganie, ponad 100 km w ciągu 40, dni używając taniej siły roboczej. Jedynym narzędziem była łopata. Był ponoć analfabetą, ale dobrym mówcą-agitatorem. To, że był słabym politykiem, Szuhrat opowiedział mi, przypisując temu generalnemu sekretarzowi sowieckiego Uzbekistanu rozgrabienie uzbeckiej ziemi. Według opowieści dziadka Szuhrata, Ohunbabajew zgodził się, by podarować Kazachstanowi uzbecki obwód Czymkent (trzecie co do wielkości miasto kazachskie), dwa obwody (Osz i Dżalal-Abad) podarował Kirgizji i wspomniany Hodżent - Tadżykistanowi. Ciekawa rzecz, że na terenie Kirgizji są 3 powiaty uzbeckie nieposiadające wspólnej granicy z Uzbekistanem i oddalone ok. 30 km od Fergany. To właśnie te uzbeckie podarki dla Kirgizji stały się sceną strasznych czystek etnicznych, wywołanych na zamówienie zbiegłego do Mińska eksprezydenta Batyjeva. Już od lat uzbecka karta w południowych województwach Kirgizji jest umiejętnie wykorzystywana po to, by osłabić centralne władze w Biszkeku.
Był to temat naszych rozmów i modlitw podczas pobytu w Ferganie. Nie odwiedzaliśmy obozów jenieckich. Dziadek Szuhrat nie miał na to czasu. Musiał się wyspać, by następnego dnia o piątej rano zabrać nas z powrotem do Taszkientu.

Msza św. w Ferganie

Ksiądz Prałat, jak Odyseusz po wielu latach wędrówki, zastał w Ferganie jedna osobę, która go pamiętała. Skład parafii, z powodu gwałtownej emigracji Europejczyków, zmienił się na tyle w odwiedzanych miastach, że znalezienie choćby jednej osoby było wielkim wydarzeniem. W Taszkiencie to była organistka i dwie polonuski. W Angrenie nie znaleźliśmy nikogo ze starego składu. Podobnie miało być w Samarkandzie. Nie umniejsza to jednak rangi i sensu dla tej nostalgicznej wizyty. Miałem wrażenie, że podobnie jak Papież odwiedzający Łagiewniki w 2002 r., Ksiądz Prałat również chce się z tymi miejscami pożegnać.

Suchary w Samarkandzie

Do Samarkandy z Taszkientu wiedzie trasa szybkiego ruchu. To ojczyzna prezydenta Karimowa. On dba o te strony, podobnie jak Putin dba o rodzinny Petersburg.
Miasto pozostaje duchową stolicą kraju, pomimo że, jak wspomniałem, większość mieszkańców to Tadżycy. Nasz kolejny kierowca, Bahtior (Szczęśliwiec), był również Tadżykiem. Opowiedział nam, że miasto odbudowuje się w wielkim tempie, bo ze względu na planowane remonty al Kaaby w Mekce duża część pielgrzymów z krajów arabskich ma być za parę lat skierowana na tzw. Mały Hadż, do Samarkandy, do grobu al-Buchari i proroka Daniela (Daniyar).
W Samarkandzie jest też mogiła Tamerlana. Podobno za jego życia było w Samarkandzie 10 tys. chrześcijan i metropolia nestoriańskiego Biskupa. Tamerlan nie cierpiał chrześcijan i starał się zmusić ich do przyjęcia islamu. W dużej mierze mu się to udało, ale w sztuce ludowej można zauważyć, że połączenie ośmiokątnych gwiazd tworzy w pustych polach wizerunek krzyża, co jest uważane za pomysł prześladowanych przez Tamerlana chrześcijan. Nie będzie żadną przesadą, jeśli nazwę tę ziemię ziemią męczenników. Oni zginęli, ale stworzyli grunt po to, byśmy na ich miejsce mogli powrócić.

Ziyo

Ponieważ na podroż do Duszanbe potrzebna jest wiza, nie mogłem dalej towarzyszyć Prałatowi. Z pomocą Bahtiora znalazłem kierowcę, który dowiózł naszych gości z Ukrainy i Austrii w okolice miasta Szahinzade - 70 km od Duszanbe, tadżyckiej stolicy. Tam mają spędzić kolejne 3 dni i wrócić do Taszkientu. Kierowca, który podjął się misji zawiezienia Prałata do Tadżykistanu, miał na imię Ziyo, co po persku znaczy „wspaniały”. Mam nadzieję, że to symboliczne imię dla tego ostatniego etapu pielgrzymki po śladach misyjnych, jakie pozostały po Prałacie w tak wielu miejscach pogrążonej w zamęcie Średniej Azji.
Gdy w Ferganie zwiedzałem prawosławny kościół, pewien batiuszka pół żartem pół serio powiedział, że „nie wszyscy muzułmanie to terroryści, ale większość terrorystów to, niestety, muzułmanie”. Być może z tego powodu tak ważne jest to, czego na tym terenie dokonał Ksiądz Prałat. Może to, co my próbujemy jego śladami i przykładem kontynuować, w tym kontekście nabiera specjalnej wagi i sensu. Mało jest w tych okolicach chrześcijan, ale jako sól próbujemy trwać w imię pokoju, którego ta święta ziemia tak bardzo potrzebuje.

Taszkient - Fergana - Samarkanda
18 czerwca 2010

CZYTAJ DALEJ

Papież na „Anioł Pański”: zawierzył Maryi Kościół we Włoszech, pokój na Ukrainie, w Mjanmie i Kamerunie

2022-09-25 11:02

[ TEMATY ]

Franciszek

Grzegorz Gałązka

Na zakończenie Mszy św. w Materze Ojciec Święty zawierzył Maryi Kościół we Włoszech, pokój na udręczonej wojną Ukrainie, w Mjanmie i Kamerunie. Z okazji Światowego Dnia Migranta i Uchodźcy zaapelował także o otoczenie ich troską.

Drodzy bracia i siostry!

CZYTAJ DALEJ

Watykan: dziękczynienie za św. Jana Pawła II w Bazylice Watykańskiej

2022-09-25 12:24

[ TEMATY ]

Jan Paweł II

Grzegorz Gałązka

Jan Paweł II

Jan Paweł II

Msza św. z piękną oprawą liturgiczną, sprawowana pod przewodnictwem kard. Stanisława Dziwisza przy ołtarzu katedry św. Piotra była kulminacyjnym punktem obchodów jubileuszu 40-lecia działalności Fundacji Jana Pawła II. Było to najbardziej uroczyste od czasu kanonizacji dziękczynienie za pontyfikat i dzieło papieża Polaka, odprawione z udziałem wiernych w Bazylice Watykańskiej.

W Eucharystii, sprawowanej, co zdarza się niezwykle rzadko, w języku polskim przy jednym dwóch głównych ołtarzy Bazyliki Watykańskiej, wzięli udział członkowie i przyjaciele Fundacji Św. Jana Pawła II, a także Polacy i pielgrzymi przebywający w Rzymie. Mszy św. przewodniczył kard. Stanisław Dziwisz, a koncelebrowali ją m.in. kard. Stanisław Ryłko, abp Jan Romeo Pawłowski, abp Marek Jędraszewski, abp Józef Staniewski z Mińska na Białorusi, ks. Paweł Ptasznik, przewodniczący Rady Administracyjnej Fundacji JP2 i rektor Kościoła św. Stanisława BM w Rzymie oraz ks. Andrzej Dobrzyński dyrektor Ośrodka Dokumentacji i Studium Pontyfikatu Jana Pawła II w Rzymie. Wśród zaproszonych gości obecny był m.in. ambasador RP przy Stolicy Apostolskiej, Adam Kwiatkowski, towarzyszący obchodom jubileuszu Fundacji Jana Pawła II. O oprawę muzyczną zadbał Chór Papieski im. Jana Pawła II, dzięki któremu w Bazylice Św. Piotra, podczas jednej z głównych niedzielnych celebracji, można było usłyszeć piękne pieśni liturgiczne w języku polskim, co również należy do rzadkości i co spotkało się ze wzruszeniem ze strony wiernych z różnych krajów, obecnych w bazylice.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję