Reklama

Abp Depo: Najpierw musimy być ludźmi sumienia, a dopiero potem dziennikarzami!

2015-06-30 12:04

Marcin Przeciszewski / Częstochowa / KAI

Bożena Sztajner/Niedziela

Nie chodzi mi o to, by każdy dziennikarz wyznawał wartości religijne, ale są też wartości uniwersalne, których każdy winien przestrzegać, niezależnie od tego czy jest wierzący czy nie - mówi w wywiadzie dla KAI abp Wacław Depo, metropolita częstochowski i przewodniczący Rady Konferencji Episkopatu ds. Środków Społecznego Przekazu. Dodaje, że triada: dobro, prawda i piękno ma charakter uniwersalny i tym uniwersalnym wartościom służyć winien każdy dziennikarz.

KAI: Ekscelencjo, Ksiądz Arcybiskup przewodniczy Radzie Episkopatu ds. Środków Społecznego Przekazu. Praca ta zakłada częste kontakty z mediami. Jak można ocenić dziś stan polskich mediów, biorąc pod uwagę całą ich różnorodność? Na ile wypełniają one misję jaka na nich spoczywa? Czy można przeprowadzić jakąś typologię w tym zakresie?

Abp Wacław Depo: Stan mediów w Polsce jest zróżnicowany ze względu na ich światopogląd czy np. podejście do różnych kwestii historycznych. Dlatego dobrze jest dostrzegać w nich przekaz pozytywny, oddziaływujący na odbiorców, zawierający rzetelną informację oraz - co chciałbym bardzo podkreślić - szanujący godność człowieka. A tego nieraz brakuje w konkrecie np. jakiegoś wywiadu. Winien być to szacunek zachęcający do kolejnego dialogu.
Istnieje też przekaz medialny, który zagraża człowiekowi, dlatego, że jest skoncentrowany na przekazywaniu stereotypowych, tendencyjnych i jednostronnych interpretacji. Należy o tym mówić wyraźnie i ostrzegać przed takim sposobem realizacji warsztatu dziennikarskiego. Z pewnością jest to jednym z zadań katolickich mediów.
Wśród medialnych niebezpieczeństw wymieniłbym przede wszystkim propagowanie nihilizmu ateistycznego, na co często zwracał uwagę papież Benedykt XVI. Równie niebezpieczne jest propagowanie relatywizmu moralnego. Nie chcę już wspominać o jednostronnych, równie płytkich co ostrych wystąpieniach antyklerykalnych, które obserwujemy w wielu polskich mediach. Od polskich mediów oczekiwałbym zgody na to, że Kościół ma prawo do swojej tożsamości i apelowałbym o szacunek dla tejże tożsamości, którą zresztą podzielają miliony wiernych. Natomiast atakowanie Kościoła i ukazywanie go wyłącznie od strony negatywnej jest po pierwsze nieobiektywne, a po drugie nie służy społeczeństwu ani narodowi.

- Tendencja ta chyba niestety mocno się nasila w ostatnich latach? Jakie są tego przyczyny?

- Źródła są przeróżne i nie dotyczą wyłącznie polskiej ziemi. Nurt ten przychodzi często spoza naszych granic. Nie oszukujmy się, są pewne grupy czy nawet organizacje międzynarodowe, które tego rodzaju działania antyklerykalne i antykościelne podsycają i mają w tym swój cel. Nie nazywam tego po imieniu, nie chcę mówić wprost, ani wymieniać nazw tych organizacji.

- Obecnie chyba najsilniej ten nurt podsycają kręgi współczesnej nowej lewicy, których celem jest kolejna rewolucja społeczna w imię absolutyzacji pojęcia wolności rozumianej bardzo indywidualistycznie. Kościół i jego nauczanie jest tu główną przeszkodą...

- Zgadzam się z tym, że indywidualizm i wolność są dziś absolutyzowane. Ten projekt, swego rodzaju rewolucji kulturowej silnie oddziaływuje dziś na ludzi, w dużej mierze dzięki takiemu nagłośnieniu medialnemu. Faktycznie, wśród dzisiejszej lewicy zanikło już pojęcie sprawiedliwości społecznej, aby oddać człowiekowi to, co mu się należy, nie mówiąc już o postulatach szacunku dla pracy i sprawiedliwej płacy. Zastąpił to pomysł na nowe niejako urządzenie świata, polegające na rzekomym wyzwoleniu człowieka z wszelkich tradycyjnych struktur od rodziny poczynając, co stoi w całkowitej opozycji do chrześcijaństwa.

- Zapytałbym o media publiczne, które ze swej natury winny być mediami silnie nastawionymi na realizację misji? Jak je ocenia Ksiądz Arcybiskup?

- W mediach publicznych winno być więcej wierności prawdzie. Ta wierność prawdzie powinna przeważać nad skłonnością do interpretacji. Prawda, która jest trudna do prostego opisu, powinna być głównym punktem zainteresowania mediów publicznych, a nie taka czy inna jej interpretacja bądź komentarz. Jednostronne interpretacje, te z jakimi najczęściej się spotykamy, rodzą emocje i utrudniają dialog.

- Kiedyś zawód dziennikarski związany był z ethosem, porównywalnym do ethosu lekarza czy nauczyciela. Czy dziś nie zostało to zagubione?

- Przy słowie "ethos" musimy od razu włączyć pojęcie sumienia. Niestety w tej sferze nastąpiła dość znamienna ewolucja. Zawsze sumienie było odnoszone do Boga jako źródła, które jest ponad nami. Dzisiaj jest akurat odwrotnie i sumienie bywa traktowane w kategoriach zagrożenia. Dlatego człowiek stara się je uśpić. Dekalog jest nie do udźwignięcia dla współczesnego człowieka. A sumienie postrzegane jest coraz częściej jako środek, który wyznacza mi określone sposoby usprawiedliwienia, nawet w sytuacji ewidentnego wejścia w krąg zła.

- Jakie mechanizmy, które obserwujemy dziś w mediach, uważa Ksiądz Arcybiskup za najbardziej niebezpieczne?

- Demoralizację dzieci i młodzieży, która na masową skalę dokonywana jest za pośrednictwem mediów. Jest to propagowanie amoralności, czyli moralności, która pozbawiona jest związku z odpowiedzialnością za kogokolwiek. Wynika to z logiki myślenia, że wyłącznie ja sam jestem odpowiedzialny za moje wybory. Do tego dochodzi sprawa systemowej demoralizacji, którą dostrzegamy coraz częściej w programach szkolnych czy nawet przedszkolnych.
W dzisiejszej Europie obserwujemy poważny paradoks. Z jednej strony poprzez różne konwencje, deklaracje Rady czy Parlamentu Europejskiego potępia się deprawatorów dzieci czy piętnuje przemoc w rodzinie, a z drugiej strony obniżany jest wiek programowej seksualizacji dzieci, sprowadzając ją nawet do poziomu przedszkolnego. Edukacja w tej dziedzinie przez przedszkole czy szkołę zastępuje wychowanie przez rodzinę, gdzie wiedza na ten temat powinna być przekazywana stopniowo, w zależności od wieku i poziomu dojrzałości dziecka. Tymczasem wspomniane programy seksualizacji wprowadzają człowieka wyłącznie w sferę doznań, przyjemności, bez przygotowania do głębszych relacji, nie mówiąc już o odpowiedzialności.
Bardzo niebezpieczne jest obserwowane w mediach dzielenie społeczeństwa i stygmatyzowanie ludzi wedle określonych kategorii, tych rzekomo nowoczesnych i rozumiejących świat oraz tych "zacofanych", nic nie rozumiejących. Przykładem tej tendencji jest mapa opublikowana po ostatnich wyborach prezydenckich, która podzieliła Polskę jedną linią na dwie części: nowoczesną i zacofaną. Takie podziały są nieuprawnione. Każdy ma przecież swój rozum i swoje prawo wyborcze.
Często cytuję testament kard. Wyszyńskiego, w którym Sługa Boży przypominał, że musimy uchronić naród przed nienawiścią społeczną. Wówczas zagrażały nam głębokie podziały wynikające chociażby z przynależności partyjnej. Niestety dziś równie głębokie podziały budowane są w społeczeństwie - niczym jakaś groźna choroba. W dyskursie publicznym obecny jest głęboki poziom nienawiści. To bardzo smutne. Jak obywatele wychowywani w takiej atmosferze mają uczyć się miłości do ojczyzny?
Inny problem to manipulacja informacją. W kolejnych edycjach programów telewizyjnych, informacji pochodzącej z tego samego źródła nadaje się zupełnie inną interpretację, co całkowicie zmienia jej sens. Kiedyś wykazywał to świetnie w swoim programie Marek Markiewicz. Szkoda, że dziś się tym już nikt nie zajmuje.

- W takim razie zapytam, o jakich wartościach nigdy nie powinni zapominać dziennikarze oraz wydawcy mediów? Co powinno być dla nich niezmienną busolą?

- Zaproponuję tytuł, który słusznie przynależy się dziennikarzom. Są oni rodzajem "społecznych misjonarzy". Jest to w duchu nauczania Ojca Świętego Franciszka, który przypomina wciąż o naszym misyjnym powołaniu. Dziennikarze są przecież misjonarzami przekazu prawdy, realizującego prawo dostępu każdego człowieka do rzetelnej informacji. Dziennikarz ma ważną misję, z którą wiąże się duża odpowiedzialność. Dziennikarz nie jest tylko przekaźnikiem jakiegoś przekazu, wymaganego przez wydawcę, nawet jeśli są to treści, z którymi się nie zgadza. Obywatele mają prawo do poznania prawdy za pośrednictwem mediów, a nie do przekazu, który z prawdą się rozmija. Dlatego obok prawa do wolności przekazu, musi być wprowadzone pojęcie dobrze ukształtowanego sumienia.
Nie chodzi mi o to, by każdy dziennikarz wyznawał wartości religijne, ale są też wartości uniwersalne, których każdy winien przestrzegać, niezależnie od tego czy jest wierzący czy nie. Triada: dobro, prawda i piękno ma charakter uniwersalny. I tym uniwersalnym wartościom służyć winien każdy dziennikarz.

- Czy i w jaki sposób powinien dziś być prowadzony dialog Kościoła z mediami. Jakie wskazówki w tym zakresie mógłby Ksiądz Arcybiskup przekazać kościelnym instytucjom, które są do tego powołane: np. Biuru Prasowemu KEP i jej rzecznikowi czy KAI?

- Punktem wyjścia winny być dla nas "kręgi dialogu", wyznaczone przez bł. Pawła VI w encyklice "Ecclesiam suam". Nawet ateizm, choć uznawany jest za problem i dramat ludzkości, jest zapraszany do dialogu. Kościół jest powołany do dialogu z bardzo różnymi środowiskami, w tym oczywiście ze środowiskiem medialnym. Kościół prowadzi dialog ze wszystkimi środowiskami od przedstawicieli nauki, poprzez biznes, świat artystów, ludzi kultury i dziennikarzy, rolników i robotników. Różnorodne kręgi ludzi, obecne w życiu społecznym i politycznym oraz środowiska kościelne, winny się ze sobą spotykać. Warto dodać, że w ramach tego dialogu Kościół ma prawo do formułowania swej oceny moralnej takiego czy innego zagadnienia. Obecność Kościoła na tych wszystkich odcinkach i postawa dialogu jest absolutnie niezbędna. Towarzyszyć temu winien szacunek dla wszystkich, niezależnie od ich odmienności i poszukiwanie tego, co łączy.

- A na czym polegać winna tzw. polityka informacyjna Kościoła? Niebawem rozpoczyna pracę nowy rzecznik Konferencji Episkopatu.

- Jan Paweł II powiedział nam bardzo prosto: "Budujmy mosty, które jednoczą, a nie mury, które dzielą. Pracujmy z przekonaniem, że miłość i służba są najważniejszym zadaniem życia, zarówno dziennikarzy jak i tych, którym służą. Każda ich troska ma na względzie dobro społeczności". I to jest podstawowe kryterium.
Dziennikarze, także kościelni, muszą służyć sprawie pokoju. Pokój nie bierze się tylko z równowagi sił czy ze strachu przed bombą atomową. Pokój rodzi się w sercu poprzez odpowiedzialność w sumieniu za drugiego człowieka. Jeśli nienawiść nie zostanie przezwyciężona na płaszczyźnie człowiek-człowiek, to nie będzie pokoju na świecie. A pokój jest darem Chrystusa zmartwychwstałego. Dlatego musimy o niego prosić i zabiegać.

- A w jakim kierunku powinna rozwijać się KAI?

- Nie podjąłbym się dokonać oceny, gdyż Warszawa jako stolica i państwa i w pewnym sensie Kościoła, ma już wypracowane własne metody działania i współpracy z mediami. Dlatego nikt się nie dziwi, że przekaz idzie najpierw z Warszawy, a później dotyka Krakowa, Gniezna czy Poznania, pomimo, że przewodniczący był kiedyś z Przemyśla a dziś jest z Poznania. Katolicka Agencja Informacyjna jest to dar nieoceniony i trzeba go pomnażać. Mam na myśli obsługę medialną papieskich pielgrzymek, serwis agencji bądź inne jej wydawnictwa.

- Jakie szczególne wyzwania wiążą się dziś z internetem czy mediami społecznościowymi, z których korzysta szczególnie młode pokolenie?

- Kościoła i nas jako chrześcijan nie może zabraknąć na tej płaszczyźnie. Media społecznościowe są dziś ważnym polem spotkań. Przekaz religijny w mediach społecznościowych musi być dostępny. Z tej szansy winniśmy korzystać.
Ale pojawia się oczywiście pytanie czy postęp naukowy i techniczny, którego wyrazem jest internet, służy konkretnie człowiekowi i czy nie wypiera z naszego życia głębszych wartości humanistycznych. Z pewnością niebezpieczne jest nadmierne czy nieprzemyślane korzystanie z internetu. Nauczyciele mówią mi o wycieczkach czy pielgrzymkach dla dzieci, kiedy każde z nich nieustannie klika, zajęte jest swoim smartfonem, i w takiej sytuacji nie ma okazji do bezpośredniego spotkania. A to jest dramat. Internet - gdy wypiera realność myślenia - zagraża człowiekowi. Dlatego z jednej strony media społecznościowe są polem, które jest niezbędnym polem do spotkań, do ewangelizacji, a z drugiej strony nam zagraża.

- Jak my jako obywatele i jako wierni Kościoła, za pomocą jakich środków, możemy oddziaływać na media?

- Trzeba przypomnieć kilka prawd niepodważalnych. Niezmienność prawdy według św. Augustyna przemawia za istnieniem Boga. Inaczej nazwie to Immanuel Kant mówiąc o "prawie moralnym, które jest we mnie". Tłumaczy, że to prawo moralne winniśmy przyjąć jako fundament, na naszej drodze życia. Nie wolno się zgodzić na to, by prawo moralne było odrzucane, bo przecież nosi je w sobie nawet człowiek niewierzący. Albo na interpretowanie prawa moralnego jako "prawa przeciwko człowiekowi". Wówczas - jeśli nie będzie prawa moralnego w nas - łamiemy samego człowieka, zgadzamy się na jego unicestwienie. Dyktatura relatywizmu, o której mówił Benedykt XVI, jest dziś wszechobecna. Jest to niebezpieczeństwo, o którym trzeba mówić, bo inaczej wpadniemy w pułapkę.
Trzeba także wołać o wspólny i wyrazisty głos rodziców. Rodzice muszą zdawać sobie sprawę, że mają pierwsze prawo i obowiązek w kształtowaniu własnej rodziny oraz wychowaniu dzieci. Jako pedagodzy, rodzice i duszpasterze, musimy mówić jednym głosem. Szkoła nie może wychowywać dzieci w opozycji do tego, co otrzymują w rodzinie - tak jak w totalitaryzmie. Jako katolicy wciąż niedostatecznie uświadamiamy sobie prawo do protestu. A jesteśmy do niego zobowiązani, w szczególności przeciwko jakimkolwiek formom demoralizacji czy ataku na wartości chrześcijańskie. Po prostu mamy taki obowiązek. Musimy być zdolni do sprzeciwu, jednym głosem, a nie na zasadzie chwiejnego stanowiska. Chodzi o tematy, które poniżają naszą godność i tym samym odmawiają wierzącym obecności w mediach, czy na forum publicum. Dobrym przykładem są marsze za życiem i za rodziną. Pytanie czy my jako Polacy potrafimy tak działać? Francja się już obudziła i to nie tylko praktykujący katolicy, ale i duża część społeczeństwa, która wychodzi w proteście na ulice przeciwko wprowadzeniu tzw. małżeństw homoseksualnych. Warto podkreślić, że manifestacji tych nie organizowali ani biskupi, ani księża, tylko laikat. A chodzi tu o obronę nie tylko moralności katolickiej, ale cywilizacji. Jest to walka o prawa człowieka, a nie o sprawy światopoglądu czy religii.

- Kiedy w Polsce będziemy mieć taki laikat?

- Są pewne pozytywne symptomy. W naszych marszach w obronie rodziny czy życia bierze udział bardzo wielu młodych. Istotne znaczenie miały odrzucone projekty ustaw, które były propozycjami obywatelskimi, np. o prawie rodziców do decydowania kiedy mają posłać dziecko do szkoły. Nie chcę wchodzić w debatę na ten temat, ale powinniśmy się domagać, by prawa rodziców były szanowane. Państwo musi szanować autonomię rodziny. Podobnie należy działać w zakresie programów szkolnych nt. życia rodzinnego czy edukacji seksualnej. Parlament winien reprezentować dobro rodziny. Dlatego rodzice winni mieć tu głos decydujący, a dopiero później określone partie polityczne.

- Przejdźmy do mediów katolickich, w które bogaty jest Kościół w Polsce. Jaka jest specyfika ich misji? Jaka jest ich szczególna rola na szerokim i pluralistycznym współczesnym rynku medialnym?

- Media katolickie zobowiązane są do wierności Ewangelii i nauce Kościoła. Najpierw mówię o Ewangelii, gdyż w Kościele mogą być różne zdania, jak chociażby to, co widzimy dziś w Kościele niemieckim, jak świadczy przykład dyskusji o możliwości dopuszczania do Komunii św. osób rozwiedzionych, żyjących w ponownych związkach.
Wartość wszystkich naszych mediów - telewizji katolickiej, radia czy prasy - w dziele ewangelizacji jest niezastąpiona. A jeśli ktoś neguje wartość jakiegokolwiek odcinka pracy medialnej Kościoła, to znaczy, że nie rozumie jego misji.
A generalną misją mediów katolickich jest służenie rozwojowi osoby ludzkiej. Każda osoba ludzka ma prawo do ubogacania się za pośrednictwem katolickiej telewizji, radia czy prasy. W mediach katolickich nie może zabraknąć tej triady, o której już mówiliśmy: prawda, dobro i piękno. Wartości te muszą być ściśle ze sobą powiązane, bo tylko wtedy jednoczą nas, a nie dzielą.
Ponadto tym co winno charakteryzować media katolickie jest zdolność byśmy się pięknie różnili. A pięknie, to znaczy i mocno. Konkurencja wśród mediów katolickich nie powinna polegać na chęci złamania przeciwnika, ale abyśmy umieli sobie nawzajem powiedzieć: dobrze, że wy podkreślacie ten aspekt wiary czy życia Kościoła, my z kolei poświęcamy się innemu odcinkowi. Dopiero takie komplementarne, wzajemne dopełnianie się jest prawdziwie katolickie.
Pewnym problemem jest "Tygodnik Powszechny", który przegrywa w tej konkurencji z tego powodu, że nie stanął w prawdzie po liście Jana Pawła II do Jerzego Turowicza na 50-lecie Tygodnika. Ten list do dziś nie został należycie przemyślany przez redakcję. Dlatego pismo to jest odbierane - jako wycofujące się niekiedy z pozycji katolickich. Biskupi, duchowni mają prawo wypowiadać się na jego łamach. Ale gdy na jednej stronie publikowane jest stanowisko nie mające nic wspólnego ze stanowiskiem Kościoła, a na drugiej stronie jest tekst biskupa, to coś nie jest w porządku.

- A tzw. media toruńskie? Jak Ksiądz Arcybiskup je ocenia?

- Potrzebna jest nam grupa hierarchów, którzy będą towarzyszyć temu fenomenowi. Obecnie abp Sławoj Leszek Głodź jest delegatem Episkopatu ds. Telewizji TRWAM. Istnieje też Rada Programowa Radia Maryja składająca się z zakonników i księży, mianowana częściowo przez Episkopat. Potrzebne są organizacyjne formy i gremia służące mówieniu sobie prawdy, wskazujące, gdzie może nastąpić przejście na niewłaściwą stronę. Powinien zostać wyeliminowany nurt polegający na zwalczaniu przeciwnika. Musi być jeden kierunek: W służbie prawdzie! A prawda jest nie tylko zbiorem przekazywanej informacji, ale przekazowi musi towarzyszyć odniesienie w sumieniu do Chrystusa. Chrystus jest naczelnym kryterium naszej prawdy.
Dziś można mówić o nowym otwarciu Episkopatu wobec mediów toruńskich. Tym bardziej, że ich propozycja jest szeroko obecna, chociażby poprzez dostęp do multipleksu. Niebawem nastąpi proces cyfryzacji Radia Maryja. Ale oczywiście, niezależnie od tej otwartości, trzeba strzec granic, które nie mogą zostać przekroczone. W mediach katolickich nie może być języka nienawiści wobec kogokolwiek czy wobec jakiejkolwiek grupy.

- Na ile media katolickie winny służyć formacji religijnej wiernych, a na ile ukazywać im zewnętrzny, skomplikowany i pełen problemów świat? W jaki sposób winno być to robione?

- Mass media, choć opanowały swoim wpływem wszelkie dziedziny życia ludzkiego, nie są celem samym w sobie. Media muszą służyć człowiekowi w budowaniu jego godności, a w przypadku mediów katolickich, służyć sprawie zbawienia. I to jest cel nadrzędny. Opis rzeczywistości - zarówno tej dobrej jak i złej - ma służyć formacji i wewnętrznemu rozwojowi dojrzałego człowieka.
Kard. Wyszyński przestrzegał mówiąc, że kiedy tłum czyta o zbrodniach i wychowuje się na zbrodniach, to co z niego wyrośnie. Tłum jest zdolny do zbrodni. Wiele razy w historii tego doświadczaliśmy, jak choćby w przypadku zbrodni na Wołyniu. A skąd to wynika? Z tego, że ludzie ci byli tym karmieni od dziecka i tacy później się stali. Dlatego ta granica w przekazie medialnym stale musi być strzeżona.

- Co w architekturze polskich mediów katolickich należałoby zmienić?

- Warto, aby pracownicy mediów katolickich stale podnosili swe kwalifikacje zawodowe. Towarzyszyć temu winno rozwijanie w sobie wartości moralnych. Najpierw musimy być ludźmi sumienia, a dopiero potem dziennikarzami. Nie wolno oddzielić morale dziennikarza od jego warsztatu i sposobu przekazywania prawdy.
Trzeba dbać o jedność dziennikarzy katolickich. Dlatego jako biskupi, czy ja jako przewodniczący Rady, głośno wołamy o jedność dziennikarzy katolickich. Apelujemy o komplementarność, a nigdy o przeciwstawność. To tak jak w Stolicy Apostolskiej poszczególne dykasterie mają prawo do wypowiadania swojego głosu, ale później Ojciec Święty zbiera to w jedno. Warto przywołać inicjatywę i realizację od 2013 Forum Niezależnych Rozgłośni Katolickich. Oczywiście niezależnych od sieci społecznościowych czy korporacji.

- Od niemal czterech lat Ksiądz Arcybiskup pasterzuje Archidiecezji Częstochowskiej. Jest to miejsce szczególne, gdyż wiąże się z obecnością Jasnej Góry, jednego z najważniejszych sanktuariów w Europie, określanych jako duchowa stolica Polski. Na ile jest to inspiracją dla Księdza Arcybiskupa?

- Darem, który wpisany jest w naszą państwowość i historię na pewno jest chrzest. 1050-rocznica chrztu Polski zobowiązuje nas do pogłębienia tego daru, jest też związana z maryjnością polskiego katolicyzmu. Świadczy o tym już tekst Bogurodzicy, która była pierwszym niejako hymnem narodowym. Jeśli chcemy mówić o Kościele pielgrzymującym, to Maryja jest na tej drodze razem z nami.
Cieszę się, że w specyfikę naszej archidiecezji jest wpisany kult Matki Bożej - jeszcze starszy od Jasnej Góry. Są tu obrazy Maryi, starsze od obrazu jasnogórskiego. Ale Obraz Jasnogórski, poczynając od obrony Jasnej Góry przed Szwedami, stał się zwornikiem jedności narodowej i naszego katolicyzmu.
Niezależnie od tego uważam, że słuszne jest zdefiniowanie mojej roli jako pasterza tej diecezji, według pierwszego jej biskupa Teodora Kubiny, który przychodząc z Katowic określił swoje priorytety w zawołaniu biskupim: Żal mi tego ludu. W swój herb wpisał potrzeby ludzi, związanych z przemysłowym charakterem tego miejsca. Przyszedł tu, aby zaradzić ludzkiej biedzie poprzez pracę duszpasterską. Dzisiaj moje zadanie jest takie same. Tym bardziej, że nastąpiło tu zubożenie po okresie transformacji. Dawny kombinat hutniczy dzisiaj zatrudnia tylko garstkę ludzi, a jego właścicielami są Ukraińcy i przedsiębiorcy z Rosji. To jest kolejny dramat. Bezrobocie jest tu coraz większe. Częstochowa przegrała po tym, kiedy zostało zlikwidowane tu województwo.
Bp Kubina określił siebie "ministrem Królowej Polski". Powtórzył to nuncjusz abp Celestino Migliore podczas mojego ingresu. Wyjaśnił, że to słowo nie oznacza przywileju tylko służbę. Proszę więc się nie dziwić, że podczas mojej wprost codziennej obecności na Jasnej Górze przed Jej Obliczem, przynoszę całą dzisiejszą historię archidiecezji: moją radość i niepokój o to, co się dzieje z ludźmi, w jakich warunkach żyją oraz jakie mają problemy w swych rodzinach.

- A jaka jest specyfika religijności owieczek Księdza Arcybiskupa?

- W samej Częstochowie są 54 kościoły. Ale średnia praktyk niedzielnych nie przekracza 30 procent. Jest to poważny problem. Na Jasną Górę pielgrzymuje co prawda bardzo wielu pielgrzymów ale spoza Częstochowy. Mieszkańcy Częstochowy przychodzą tam tylko w określonych dniach.
W archidiecezji mamy 312 parafii, a 175 spośród nich liczy mniej niż tysiąc wiernych. Kiedy rok temu jechałem do Rzymu z wizytą ad limina, liczba wiernych w diecezji wynosiła 820 tys. A dziś księża podają mi liczbę 746 tys.

- Co się stało z tymi 70 tysiącami?

- Emigracja, nie tylko zagraniczna ale także wyjazdy do innych miast za pracą. Dramatem jest, że bardzo mało młodych zostaje w Częstochowie. Jadą na studia gdzie indziej i tam zostają. Częstochowa miała niedawno ambicje bycia miastem 250-tysięcznym. Dzisiaj mieszka tu 180 tys. osób.
Na dziś mam jeszcze ponad 700 księży, ale w seminarium jest zaledwie 56 kleryków. W tym roku wyświęciłem 5 nowych kapłanów, a wciągu ubiegłego zmarło 16. Przy każdym spotkaniu z wiernymi apeluję o ufną modlitwę do Ducha Świętego o dar nowych powołań. Jeśli nie będzie nowych kapłanów, będę musiał łączyć parafie.

- Ale to jest zadanie raczej dla następcy?

- Zapewne tak, ale nie jest to wielkie pocieszenie.

- Mówi Ksiądz Arcybiskup o tych wielkich wyzwaniach społecznych. A jak udaje się na nie odpowiadać?

- Kościół częstochowski prowadzi olbrzymią działalność charytatywną i wychowawczą. Jednak zderza się to z tym, że od kilku lat mamy władze miasta z nadania SLD. Zasłynęły one m. in. z tego, że Częstochowa jako pierwsze miasto w Polsce zaczęła finansować zabiegi in vitro. Dopiero teraz nasze stosunki z lokalnymi władzami zaczynają układać się poprawnie, w perspektywie zbliżającej się wizyty papieża Franciszka.

- Jakie są najpilniejsze wyzwania duszpasterskie, którym Pasterz diecezji poświęca najwięcej uwagi?

- Pierwszym jest ochrona rodziny. Powołałem do istnienia przy katedrze św. Rodziny, archidiecezjalny ośrodek duszpasterstwa rodzin w nowym wymiarze. Działają w jego ramach grupy duszpasterzy, psychologów, lekarzy, pedagogów. Ośrodek skupia się na przygotowaniu młodych do małżeństwa jak i prowadzi rozwinięte poradnictwo dla rodzin z problemami. Jest też dom pomocy społecznej dla rodzin, a przede wszystkim kobiet z dziećmi. Działa dom samotnej matki w Żarkach.
Powołałem też pierwsze w Polsce duszpasterstwo "singli". Sami zwrócili się do mnie, aby się nimi zająć. Organizujemy dla nich systematycznie dni skupienia. Na ich bazie powstała ponad 60-osobowa grupa, która systematycznie się spotyka zarówno na wypoczynku jak i rekolekcjach. Na te spotkania zaczęli przyjeżdżać młodzi z innych miast. Sprawa promieniuje. Mamy już cztery małżeństwa, które narodziły się w tym środowisku.
Bardzo ważną sprawą jest gwałtowny wzrost ilości dzieci spoza związków małżeńskich. Kiedy byłem na chrzcie w jednej z parafii, na 14 chrzczonych dzieci 12 pochodziło ze związków pozamałżeńskich.

- Jak Ksiądz Arcybiskup odnosi się do kontrowersyjnego wątku, jakim są propozycje kard. Waltera Kaspera i jego zwolenników odnośnie do udzielania Komunii św. osobom rozwiedzionym i żyjącym w nowych związkach? Jak Kościół w Polsce na to reaguje?

- Odpowiem mocnym zdaniem prefekta Kongregacji Nauki Wiary kard. Gerharda Müllera, który powiedział, że miłosierne podejście do rozwiedzionych nie oznacza odejścia od zasad Ewangelii. Miłosierdzie nie oznacza, że te postulaty miałyby zostać przyjęte. Bo fakt, że Kościół w Niemczech usankcjonował tego rodzaju praktyki, nie oznacza, że mamy to wprowadzić jako prawo Kościoła. Praxis nie może oznaczać zmiany nauki moralnej Kościoła.

- Za rok przyjeżdża do Polski papież Franciszek. Jakie oczekiwania wiąże Ksiądz Arcybiskup z kolejną wizytą Następcy św. Piotra w naszej Ojczyźnie, w tym w Częstochowie i na Jasnej Górze?

- Cieszymy się, że decyzja papieża o obecności na Jasnej Górze została już potwierdzona. Widzimy to również w kategoriach jego duchowości. Papież chce dotknąć tego miejsca i doświadczyć charyzmatu jaki niesie Jasna Góra. Podczas wizyty ad limina powiedział do mnie: "Spójrz w oczy Matki Bożej i powiedz jej o mnie!". Franciszek sam chce stanąć na tym miejscu by spojrzeć Jej w oczy. Przyjeżdża na Jasną Górę by umocnić swoją wiarę i tym samym umocnić nas Polaków.
Częstochowa jest przygotowywana na to, że młodzież jadąca do Krakowa przyjedzie na Jasną Górę. Mam już zgłoszenia wielu grup z Włoch, Francji i USA. Przyjadą też liczni pielgrzymi ze Wschodu Europy i z całej Polski. Będzie to Rok Miłosierdzia. Maryja stąd poprowadzi młodych do sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie. Nie zapominajmy, że na prośbę biskupów polskich Stolica Apostolska do Litanii Loretańskiej wpisała zawołanie: Matko Miłosierdzia! To wszystko splata się w nieoczekiwany sposób.

- Błonia Jasnogórskie wypełni wówczas milion wiernych?

- Byłbym ostrożniejszy i wedle szacunków na dziś powiedziałbym: Pół miliona!

- Bardzo dziękuję za rozmowę.

Tagi:
media abp Wacław Depo

Reklama

Abp Depo: jesteśmy świadkami antykultury, która żywi się naszym cierpieniem i zniewagą

2019-08-16 11:35

Ks. Mariusz Frukacz

„Na co dzień jesteśmy świadkami antykultury, która objawia się poprzez tzw. marsze równości, bluźniercze sztuki, profanacje religijne, a zwłaszcza Najświętszego Sakramentu, obrazów Matki Bożej i świętych” – mówił w homilii abp Wacław Depo metropolita częstochowski, który wieczorem w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny przewodniczył Mszy św. na jasnogórskim szczycie. Metropolita częstochowski modlił się m. in. za Częstochowę i jej mieszkańców.

YouTube.com/Jasna Góra

W homilii abp Depo za kard. Wyszyńskim przypomniał, że „Jasna Góra w świadomości narodu na przestrzeni dziejów jest jakąś wieżą, stanicą, twierdzą, gdzie dochodzimy do spokoju i równowagi, gdzie zaczynamy trzeźwo myśleć pod kątem naszych obowiązków, codziennych zadań, ale także i praw, które nam przynależą”.

– Nasze wieczorne trwanie na Jasnej Górze jest wpatrywaniem się w Oblicze Maryi i Jej Serce. Nasze trwanie przy Maryi jest najważniejszą szkołą zawierzenia Bogu na Jej wzór we wszystkim, co nas spotyka – podkreślił arcybiskup i dodał: „Obecność i modlitwa w tej szkole zobowiązuje nas do codziennego świadectwa, abyśmy byli godnymi Jej dziećmi”.

– Maryja jest dla nas wzorem jak zawierzyć Bogu we wszystkich okolicznościach życia i jak być posłusznym Bogu. Maryja w Bożym Planie zbawienia zajmuje pierwsze miejsce. Jest wzorem tego, co Bóg pragnie uczynić dla każdego i każdej z nas – kontynuował abp Depo.

Metropolita częstochowski przypomniał, że „Bóg zapewnia nam życie, zjednoczenie z Nim wbrew prawu śmierci. Magnificat Maryi jest uwielbieniem Boga za Jego miłość miłosierną, która dźwiga człowieka z jego największych zagrożeń, a są nimi: zło i śmierć”.

– Maryja stała się Matką Życia. Matką ludzi od czasu Kalwarii i Zesłania Ducha Świętego. Jest z nami w każdy czas. W troskach i niepokojach, w cierpieniach i bólu, ale i w radościach i nadziei – kontynuował abp Depo i zaznaczył: „Dzisiejsze święto to przypomnienie o ludzkiej naturze”.

– Kim jesteśmy jako mężczyzna i niewiasta? Kim jesteśmy jako powołani do wspólnoty osobowej oraz szczególnej godności naszego ludzkiego ciała? – pytał metropolita częstochowski i powtórzył za św. Augustynem: „Tylko wiara daje nam przyszłość. Chrześcijanie są ludźmi przyszłości”.

Arcybiskup odnosząc się do czasów współczesnych podkreślił, że „jesteśmy świadkami antykultury” – Ta antykultura żywi się naszym cierpieniem i naszą zniewagą – mówił abp Depo.

– Dobrze to ujął jeden z polskich dziennikarzy, który w felietonie „Redukcja i rewolucja antykultury” ostrzega: polskie społeczeństwo będzie bezbronne wobec rewolucji antykultury, dopóki sobie nie uświadomi, że mamy do czynienia z celowym, zaplanowanym działaniem, dokładnie zaprogramowanym, tak jak rewolucja bolszewickiej odmiany, zaprogramowana przez jej twórców – kontynuował arcybiskup i wskazał, że ta antykultura ma trzy cele: pozbawić kulturę Boga, zniszczyć pojęcie osoby, zrównać ludzi ze zwierzętami.

– A bestializacja człowieka, skłanianego przez popkulturę, poddaje się władzy najniższych instynktów, głównie seksualnego. I wreszcie antykultura chce zniszczyć naturę ludzką, która porządkuje świat, i która jest fundamentem cywilizacji. Desakralizacja, odczłowieczenie – oto cel owej rewolucji. Kolejne cele to zniszczenie pojęcia prawdy, odebranie ludziom łaski wielkiej sztuki oraz rozbicie tradycyjnej rodziny – kontynuował metropolita częstochowski i przypomniał: „Tylko wiara w Boga jest dla nas źródłem życia i trwałym fundamentem zarówno życia ziemskiego, jak również i poręką dóbr, które Bóg nam przygotował”.

Metropolita częstochowski nawiązał również do rocznicy Cudu nad Wisłą z 15 sierpnia 1920 r. – To wydarzenie weszło w historię Europy i świata do kanonu najważniejszych bitew ocalających naszą cywilizację – podkreślił abp Depo.

– Jezus w mistycznym widzeniu powiedział Słudze Bożej Wandzie Malczewskiej: „Nie bójcie się! W moim Sercu znajdziecie Miłosierdzie, tylko z wiarą uciekajcie się do Niego”. Publiczny Akt Zawierzenia Polski Najświętszemu Sercu Jezusowemu dokonany w Warszawie, przy udziale Marszałka Józefa Piłsudskiego został powtórzony przez Prymasa Polski, ks. kard. Edmunda Dalbora 27 lipca 1920 r., w obecności Konferencji Episkopatu Polski w jasnogórskiej kaplicy Królowej Polski. W tym samym dniu Episkopat ponowił akt obrania Bogurodzicy na Królową Polski. W dniu 6 sierpnia, w uroczystość Przemienienia Pańskiego, została zainicjowana ogólnopolska nowenna w intencji ocalenia Ojczyzny. Od tej chwili cały Naród włączył się w walkę z bolszewikami, duchowo, na kolanach, z różańcem w ręku. W każdej świątyni decyzją księdza Prymasa był wystawiany Przenajświętszy Sakrament – kontynuował arcybiskup i dodał: „To był potrzebny modlitewny szturm. Generał Maxime Weygand zaświadczył: “ Ja nigdy w życiu nie widziałem takiej modlitwy, jak w Warszawie”.

Na zakończenie metropolita częstochowski przypomniał słowa kard. Stefana Wyszyńskiego, który 3 września 1970 r. powiedział: „Myślenie, które nas zobowiązuje w Polsce ochrzczonej, nie pozwala nam na rozdzielanie spraw Kościoła i narodu – jak gdyby życie narodu nic nas nie obchodziło. Wiara każe nam widzieć w wielu zdarzeniach historycznych naszego narodu interwencję Bożą. Taką interwencję Bożą niewątpliwie widzieliśmy w roku 1920”

CZYTAJ DALEJ

Reklama

A może edukacja domowa?

2019-08-06 09:21

Aleksandra Nitkiewicz, Aleksandra Sztuka
Niedziela Ogólnopolska 32/2019, str. 44-45

– W edukacji domowej najbardziej podoba mi się to, że mam czas – mówi nasza szesnastoletnia rozmówczyni. Logicznie pyta, że skoro w szkole spędza się wiele godzin, a potem do sprawdzianów trzeba uczyć się w domu, to dlaczego nie zrezygnować ze szkoły i nie uczyć się tylko w domu

©leszekglasner – stock.adobe.com

Powodów podjęcia decyzji o edukacji domowej jest tyle, ilu uczniów. Młodzież edukująca się w taki sposób często uważa, że samodzielna nauka jest o wiele efektywniejsza, bo człowiek nie uczy się, żeby coś „wykuć” na pamięć, ale skupia się na całościowej wiedzy, a nie na szczegółach.

Zamknięci w ramkach

Z jednej strony natłok zajęć, stres niszczący wrażliwość, problemy dojrzewającej osobowości, a z drugiej – chęć lepszego wykorzystania czasu na rozwój... Jaka jest alternatywa? Czy jako rodzice możemy coś zrobić? Wśród młodzieży lawinowo wzrasta liczba samobójstw i depresji. Przybywa dzieci z lękiem społecznym, który czasami przybiera postać fobii szkolnej. Psychoterapeuci zauważają, że zawsze jest to spowodowane doświadczeniem zbyt dużego poziomu krytyki oraz uwypuklania trudności i słabych stron. Masz problemy z matematyki? Pracuj więcej... Kto pyta: A z czego jesteś dobry? W szkole, a potem w domu dzieci nadrabiają zaległości i jednocześnie słyszą informacje zwrotne o tym, że są kiepskie. Wymagania są takie same dla wszystkich, a przecież nikt do dobrego życia nie potrzebuje równomiernego rozwoju we wszystkich dziedzinach. Warto zaznaczyć, że dzieci z deficytami mają często szczególne umiejętności, co trudno im rozwijać, bo ich energia jest skierowana na wyrównanie do poziomu zero. Takie postępowanie jest odwrotne do tego, co się robi, gdy się prowadzi np. terapię dzieci czy młodzieży, gdzie najważniejsze jest uwypuklenie mocnych stron.

Sztuka chwalenia

Problem z pochwałami bierze się z tego, że spory kłopot sprawia nam nauczenie się ich. Tymczasem w psychologii są wypracowane metody pracy z ludźmi, także z dziećmi. Nie korzysta się z nich jednak. Kto pamięta o tym, że w zeszycie do korespondencji z rodzicami krytyczne uwagi na temat nauki i zachowania dziecka powinny być zanurzone w 70 proc. tych pozytywnych? Do tego dochodzi problem przemocy wśród rówieśników, a ze strony nauczycieli – komentowania w sposób, który dla niektórych może być raniący, co często wynika nie ze złej woli, a z braku czasu czy ze zmęczenia. Konsekwencją jest myślenie dziecka: Jestem gorsze. Można to usłyszeć od osób podejmujących terapię, które zmagają się z chorobliwie nasilonym wstydem czy niskim poczuciem własnej wartości. Jeśli dotyczy to dorosłych, zbierają oni owoce sprzed kilkudziesięciu lat; jeśli młodzieży – może się zdarzyć, że w którymś momencie młodzi odmówią chodzenia do szkoły. Paraliżuje ich lęk przed krytyką.

Rząd dusz

Rodzice zauważają, że w szkole często występuje swoista walka o prymat. Można tu wyróżnić trzy rodzaje przywództwa. Przywództwo ekonomiczne – jestem najlepszy, bo mam najlepsze ciuchy czy zabawki; przywództwo siły – jestem silniejszy; przywództwo wiedzy – faworyzowani są „lepsi”. Konsekwencją takiego układu jest nieustanne porównywanie, które prowadzi nie do współpracy, ale do współzawodnictwa, co jest ogromną stratą dla naszego społeczeństwa. Niepokojące jest także to, że dzieci rozwijają w sobie bardzo dużo wstydu i w konsekwencji przestają mówić, co myślą. W takiej sytuacji edukacja domowa, choćby roczna, pozwala na nabranie odwagi społecznej, przekonania, że dzieci mogą o coś zapytać, otwarcie powiedzieć, co myślą. W szkole często najtrudniej mają dzieci z rodzin z silnymi więziami. One nie mają potrzeby krytykowania i wyśmiewania rodziców, dystansowania się od nich, nie potrzebują, a wręcz nie chcą palić i pić, opierają się destrukcyjnym modelom, przez co czują się samotne, niechciane, inne. I jednocześnie tego nie rozumieją. Czas szkolny wspominają później nie jako czas rozwoju, ale trudnej samotności i wyalienowania. Dziecko, nawet kilkunastoletnie, nie rozumiejąc, co się dzieje, jest skłonne o sobie myśleć, że coś z nim jest nie tak. Dwunastoletnia Monika, która po dwóch latach edukacji domowej wróciła do szkoły, mówi: – Dzieci, które w szkole rządzą, same w sobie są słabe, rządzą, żeby reszta tej słabości nie zauważyła, i przeginają.

Bochenek zasobów

Ciekawą sytuacją jest moment, gdy młodzi ludzie kończą studia. Często doświadczają wtedy popłochu, bo skoro przez dwadzieścia lat ktoś im mówił, co mają robić, to teraz nie potrafią pokazać swojej wiedzy i być kreatywni. Nie czują, że jako ludzie jesteśmy jak puzzle, w których każdy jest inny, z innymi zasobami. Rywalizują, bo nie znają swoich mocnych stron i nie umieją współpracować. Wszyscy znamy przysłowie, które mówi, że dziecko rodzi się z bochenkiem chleba. Dla nas ten bochenek chleba to zasoby. I tak jak roślina musi być podlewana, żeby się rozwijać, tak człowiek ma być kochany, czyli bezwarunkowo akceptowany, no i oczywiście wychowywany – ma mieć zaspokajane potrzeby i stawiane granice. Coraz więcej osób, które nie odnalazły swojej tożsamości, bo jako dzieci były wożone z zajęć na zajęcia, trafia do gabinetów psychoterapeutycznych. Kończą szkołę i nie wiedzą, co robić. Tymczasem odnalezienie pasji i odkrycie pragnień powinno mieć miejsce w wieku ok. 16 lat. Jako rodzice popełniamy więc podstawowy błąd – zapominamy, że szkoła jest środkiem do celu, a nie celem. Cieszymy się, jeśli dziecko osiąga dobre wyniki, najlepiej we wszystkim. A tak naprawdę szkoła to etap, wyniki z matury nie są najważniejsze. Ważne jest to, co człowiek zrobi później. Jeśli znajdzie to, co go fascynuje, to będzie ten bochenek chleba. I sprawdzi się hasło: Rób to, co kochasz, a nie będziesz ani jednego dnia w pracy.

Edukacja domowa

Czasem dziecko, żeby odnalazło siebie, potrzebuje zwolnić. Ludzie się boją edukacji domowej, bo są zanurzeni w mitach, że musi być szkoła. Niekiedy nie mają wiedzy, że jest alternatywa właśnie w postaci nauczania domowego. Rodzice mają obawy, że dzieci nie będą umiały się zmobilizować do nauki. Tymczasem udowodniono, że mózg po prostu potrzebuje się rozwijać i jeśli ma zaspokojone potrzeby emocjonalne, sam sobie szuka rozwoju. Tendencja do eksplorowania rzeczywistości to zwyczajnie odruch, potrzeba – tak jak potrzeba jedzenia czy przytulania. Czasami edukacja domowa pozwala właśnie na stworzenie lepszych warunków emocjonalnych. Kryterium w podejmowaniu decyzji o tym, jaki rodzaj edukacji wybrać, mogłoby być takie: Jeśli dziecko lepiej się czuje w szkole i mówi, że uwielbia rówieśników, nauczycieli, wychodzenie do szkoły, tę całą akcję, która się tam toczy, a przy okazji wpada mu do głowy dużo treści – to nie ma powodu do zmiany jego nauczania. Z kolei dla dziecka, które źle się czuje w szkole i jest emocjonalnie „skurczone”, nie lubi tam chodzić – szansą jest nauka w domu, gdzie może odżyć. A do szkoły zawsze może wrócić.

Edukację domową można podjąć, pozostając pod opieką obecnej szkoły bądź nawiązując kontakt ze szkołą specjalizującą się w edukacji domowej w naszym województwie. Można też szukać informacji w internecie, gdzie zdobędziemy wszelką potrzebną wiedzę na ten temat i konkretne instrukcje.

* * *

Aleksandra Nitkiewicz
Coach i polonista, doradca życia rodzinnego. Żona i mama z doświadczeniem edukacji dzieci w szkołach i domu

Aleksandra Sztuka
Lekarz psychiatra, certyfikowany psychoterapeuta poznawczo-behawioralny, żona i matka z doświadczeniem edukacji dzieci w szkołach i w domu

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Weigel: proces kard. Pella przypomina procesy stalinowskie

2019-08-22 13:46

vaticannews / Waszyngton (KAI)

Zaskakująca i niezrozumiała decyzja o odrzuceniu apelacji kard. Pella budzi bardzo poważne wątpliwości co do jakości wymiaru sprawiedliwości w Australii – uważa czołowy katolicki publicysta George Weigel. Jego zdaniem po tym, co się wydarzyło w stanie Victoria, nie można mieć pewności, czy jakikolwiek kapłan oskarżony o nadużycia seksualne będzie mógł liczyć na sprawiedliwy proces.

Ks. Cezary Chwilczyński

Weigel przypomina, że choć sędziowie odwoływali się do faktów i materiału dowodowego, to w tej sprawie nie było żadnych faktów ani dowodów. Kard. Pell został skazany wyłącznie na podstawie zeznań domniemanej ofiary, a zeznania świadków obrony zostały arbitralnie zakwestionowane, uznano, że nie mogą oni dobrze pamiętać tamtych wydarzeń. W opinii biografa Jana Pawła II sytuacja jest bardzo niebezpieczna. „Coś poważnego dzieje się z prawem karnym w stanie Victoria, gdzie postępowanie sądowe przypomina to, co działo się w Związku Radzieckim za rządów Stalina. Tam również zarzuty uznawano za wiarygodne wyłącznie na podstawie niepotwierdzonych zeznań” – pisze Weigel.

Zauważa on, że proces kard. Pella budzi też poważne wątpliwości w środowisku prawniczym w Australii, niszczy on bowiem reputację wymiaru sprawiedliwości w tym kraju. Wielu prawników, w przeciwieństwie do ideologów, liczyło na pozytywne rozpatrzenie apelacji. Teraz natomiast rozsądni ludzie będą się zastanawiać nad stanem australijskiej praworządności, nad tym, czy bezpiecznie jest podróżować i robić interesy w Australii, w takim klimacie społecznym i politycznym, w którym histeria tłumu może w oczywisty sposób wypłynąć na ławę przysięgłych.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem