Reklama

"Panie, Ty masz słowa żywota wiecznego"

60. rocznica śmierci ks. Antoniego Dujlowicza (cz. II)

Franciszek Kwaśniak
Edycja legnicka 28/2003

Czas wojny i ataki na księdza katolickiego

Czytając wiele wspomnień, opowiadań i dokumentów o Księdzu Antonim i jego sukcesach w pracy duszpasterskiej, nie można zapomnieć o sytuacji politycznej w tamtym okresie na terenie dekanatu i parafii. Parafia Gumiera leżała na terenach po prawej stronie rzeki Vrbas, które po rozpoczęciu działań wojennych okupowane były przez czetników - serbskie ugrupowania zbrojne. Serbowie nie sprzyjali religii katolickiej, większość księży katolickich opuściła te tereny. Biskup Banja Luki zwracał uwagę Księdzu Antoniemu, że pozostawanie na tym terenie jest bardzo niebezpieczne, ale on postanowił być do końca ze swoją parafią. Do swojego kolegi seminaryjnego Bono pisał: "Bardzo jest mi ciężko, bo jestem sam na tych czetnickich terenach. Nigdy spokoju, nerwy przeraźliwie się wyczerpują z każdym dniem, ale chcę być prawdziwą ofiarą swego świętego powołania i ofiarą dla tych dusz nieśmiertelnych. Na samą Wielkanoc miałem opuścić parafię, ale nie. Owiec swoich nie opuszczam i chętnie dla nich ofiaruję młode życie swoje". W grudniu 1942 r., przed Bożym Narodzeniem, Ksiądz Antoni pojechał za Vrbas do Aleksandrowca po sprawunki na święta: komunikanty, wino mszalne i parę innych rzeczy. Na święta do Gumiery nie wrócił. Jego sześciokrotne próby powrotu nie powiodły się z powodu działań wojennych. Za każdym razem ktoś księdza ostrzegał o tym, że jak wróci, to zginie. Jednak silna wola i upór sprawiły, że wrócił po kilkunastu tygodniach do swojej parafii. W czerwcu 1943 r. obok samego kościoła otwarto serbską gospodę. Właścicielce gospody nie podobało się, że ksiądz zniechęcał młodzież, aby nie uczestniczyła w organizowanych tam potańcówkach, bo młodzież katolicka jest podczas tych zabaw deprawowana.

Śmierć i pogrzeb księdza Antoniego

Sytuacja w 1943 r. dla Księdza Antoniego była bardzo trudna. Obsługiwał osiem parafii, z których księża wyjechali. Do swojego przyjaciela pisał: "Przed świętami Wielkanocnymi wyspowiadałem 5500 dusz". Działalność duszpasterska na tak rozległym terenie i skargi właścicielki gospody do komendanta czetników były bezpośrednią przyczyną planu zamordowania kapłana. W nocy z soboty na niedzielę 11 lipca 1943 r. grupa ok. 20 czetników otoczyła plebanię i wezwała księdza do otwarcia drzwi. Jak opowiadał J. Radziński: "Podali się za partyzanów, twarze mieli posmarowane sadzą, aby ich nie rozpoznać. Na pytanie księdza, co chcą, odpowiedzieli, że ma iść spowiadać". Ksiądz Antoni otworzył drzwi, napastnicy weszli do plebanii, zabrali pieniądze, następnie kazali zabrać walizki i wychodzić razem z parafianinem W. Mrozikiem, który był tam razem z księdzem. Wyprowadzili ich trzymając za ręce po obu stronach. Gdy zbliżali się do urwiska przy drodze, gdzie teren był zalesiony, W. Mrozik upuścił niesione walizki pod nogi prowadzących, oni się potknęli, puścili mu ręce, on wtedy szybko zeskoczył w dół między drzewa, tam uderzył głową w jedno z nich i stracił przytomność. Napastnicy strzelali za nim z karabinów, ale było ciemno i nie trafili. Nad urwiskiem Księdza Antoniego czetnicy w okrutny sposób zamordowali i zrzucili w dół. Ksiądz miał kilkanaście zadanych ran od noża, połamaną rękę i dwa strzały w tył głowy. Jeden z zabójców chwalił się później, że to on zamordował księdza, że pierwszy wbił nóż w bok i nożem wiercił. Po odzyskaniu przytomności W. Mrozik zobaczył zamordowanego księdza, który leżał kilkanaście metrów dalej, potem wrócił do swojego domu.
J. Radziński tak to wspomina: "Jak przyszliśmy rano z bratem, żeby dowiedzieć się, co się stało, to W. Mrozik siedział w kącie izby jak nieprzytomny, miał rozbitą głowę i całą twarz zakrwawioną. Opowiedział, co się stało i gdzie leży zamordowany". Wieść rozeszła się szybko po parafii.
P. Burniak w swoim wspomnieniu pisze: "Jak grom z jasnego nieba uderzyła w nas wiadomość o śmierci naszego proboszcza. Pamiętam, jak z ojcem pobiegliśmy do kościoła. Był odległy ok. 1 km. Ojciec pierwszy dobiegł, a jak ja przybiegłem, to było już tam sporo wiernych. Plebania była otwarta, w kancelarii na dwóch stołach leżał martwy ksiądz, jego biała koszula była niemal cała zakrwawiona, twarz również i do tego oblepiona prochem z żółtego iłu, jaki był na drodze, gdzie został zamordowany. Gdy ojciec mnie zobaczył, to kazał mi iść i uderzyć w dzwon (kościół znajdował się około 100 metrów od plebanii). Po zadzwonieniu wróciliśmy na plebanię. Było już pełne podwórko ludzi, wszyscy klęczeli i odmawiali różaniec i na przemian litanię". Już w niedzielę zrobiono trumnę. Po obmyciu ciała ubrano księdza w szaty liturgiczne i położono do trumny. Dziś można wyobrazić sobie tę tragiczną sytuację. Jest niedziela, wierni przychodzą na Mszę św., a tu w trumnie leży ksiądz. Po południu w procesji z krzyżem, chorągwiami, trumna z ciałem proboszcza została przeniesiona do kościoła i ustawiona przed ołtarzem na katafalku. Jeszcze w niedzielę jeden ze starszych parafian Wincenty Karaban udał się za Vrbas do Aleksandrowca do ks. Alfreda Pichlera, aby powiadomić o śmierci Księdza Antoniego i ustalić szczegóły pogrzebu. W tym czasie w kościele odbywało się czuwanie przy trumnie zmarłego, były odmawiane modlitwy i śpiewane pieśni żałobne. Na zewnątrz kościoła ustawiono straż w obawie przed podpaleniem kościoła. We wtorek 13 lipca 1943 r. ok. godz. 10.00 przyszedł ks. Alfred Pichler i odprawił Mszę żałobną w intencji zmarłego. J. Radziński mówił, że z homilii zapamiętał przypowieść przytoczoną przez ks. Pichlera: Umierający, ciężko chory ksiądz zostawia w tabernakulum kartkę. Po jego śmierci nowy proboszcz znajduje kartkę i odczytuje wiernym jej treść: "Pozostańcie takimi, jakimi jesteście". I tu ks. Pichler powiedział: "I ja wam mówię, pozostańcie takimi, jakimi jesteście". Po Mszy św. ruszył orszak pogrzebowy na cmentarz parafialny. Na środku cmentarza stał wysoki drewniany krzyż. Pod tym krzyżem został pochowany Ksiądz Antoni. P. Burniak przytacza słowa, które nad trumną powiedział ks. Alfred Pichler: "Chrystus jako pierwszy został zamordowany na krzyżu i od tamtego czasu są mordowani Jego słudzy. Dzisiaj stoimy nad trumną sługi Chrystusowego, który oddał swe młode życie za wiarę.
Stoimy tu również pod krzyżem, a krzyż ten jednym końcem tkwi w ziemi, na której żyjemy i umieramy, lecz drugi koniec tego krzyża zwrócony jest ku niebu, do którego zmierzamy.
Wy z tym krzyżem przybyliście niegdyś z umęczonej ziemi polskiej do umęczonej ziemi bośniackiej i z tym krzyżem przeżyliście tu już kilkadziesiąt lat. Niech ten krzyż będzie dalej waszym drogowskazem. Nie pozwólcie wrogom krzyża wyrwać go ze swych serc".

Przebaczenie, ekumenizm, nadzieja

Bośnia i Hercegowina to kraj, gdzie spotykają się różne religie, kultury i narody. To kraj, gdzie od wieków ludzie różnych narodowości mieszkają obok siebie, pracują razem w fabrykach, chodzą do tych samych szkół, leczą się w tych samych szpitalach. Bywa tak, że w zakładzie pracy, szkole czy szpitalu jedni za drugich odpowiadają. Jak potrzeba pomocy, to sobie nawzajem pomagają. Jeżeli tak jest, to dlaczego politycy, nacjonaliści czy fanatycy religijni nie widzą zła, jakie wyrządzają wojny. Dlaczego nie widzą cierpień tylu tysięcy ludzi, którzy z powodu śmierci bliskich lub kalectwa utracili to, co najdroższe - miłość i szacunek do drugiego człowieka. Należy zadać pytanie: czy śmierć ks. Antoniego Dujlowicza coś załatwiła? Czy śmierć tylu tysięcy ludzi wszystkich wyznań coś rozwiązała? Nie, nic nie załatwiła i nic nie rozwiązała. Sprawiła tylko to, że ludzie utracili zaufanie do swoich przywódców, utracili wiarę, że władza zapewni im bezpieczeństwo. Najsłabsi i bezbronni nie mogą liczyć na nikogo. My, chrześcijanie, powinniśmy się włączyć na początku trzeciego tysiąclecia w niesienie słowa miłości do każdego człowieka, niezależnie od religii, narodowości czy rasy. Ta misja, którą mamy spełnić, powinna się zacząć od naszego najbliższego otoczenia, a później zataczać coraz to szersze kręgi. Nie można zdążać do Boga, nie przebaczając bliźniemu i nie jednając się z drugim człowiekiem.
Ojciec Święty Jan Paweł II w kwietniu 1997 r. w Sarajewie mówił do przedstawicieli władz Bośni i Hercegowiny: "Metodą, którą należy zawsze stosować w rozwiązywaniu problemów powstających na tej drodze, jest dialog oparty na umiejętności słuchania drugiej strony i na wzajemnym szacunku. Metoda dialogu akceptowana coraz powszechniej, choć nie bez trudności, wymaga bowiem od jego uczestników lojalności, odwagi, cierpliwości, wytrwałości. Trud takiego spotkania z pewnością przyniesie obfite owoce. Dzięki niemu zagoją się pomału rany po straszliwych doświadczeniach wojennych i bardziej realistyczna stanie się nadzieja na godną przyszłość dla wszystkich społeczności, które zamieszkują razem ten region".
Teolog Fakultetu Nauk Islamskich w Sarajewie prof. Adnanen Silajdżić w wywiadzie z 1979 r. mówi: "Muzułmanie w Bośni muszą wreszcie zrozumieć, że nie są narodem eschatologicznym, któremu na początku i na końcu dziejów obiecano królestwo niebieskie, lecz że wchodzą w świat historii z obowiązkiem, aby zbudować go na miarę swego Stwórcy, czyli według najwyższych wartości etycznych. Sądzę, że oparte na dialogu spotkanie między muzułmanami a chrześcijanami będzie miało decydujący wpływ na los tej ziemi, przyszłej i - jak Bóg pozwoli - demokratycznej Bośni".
Przebaczenie zła w rzeczywistości bośniackiej z pewnością nie jest łatwe, ale bez przebaczenia i rzeczowego dialogu nie ma nadziei na normalne współistnienie wszystkich społeczności w tym wielonarodowym kraju. Ks. Antoni Dujlowicz, dzisiaj sługa Boży, z pewnością wstawia się u Boga za tym krajem.

Reklama

Nadzieja beatyfikacji księdza Antoniego

Żywa pamięć o męczeńskiej śmierci kapłana jest kultywowana przez wspólnotę parafialną Gumiery, która w 1946 r. opuściła Jugosławię i przyjechała do Polski. Mieszkańcy Gumiery osiedlili się w miejscowościach: Ocice i Mierzwin (pow. Bolesławiec, dekanat Nowogrodziec). Od czasu przyjazdu do Polski portret ks. Dujlowicza jest umieszczony w przedsionku kościoła w Ocicach. W każdą rocznicę śmierci jest sprawowana Msza św. w intencji Księdza Antoniego. W Bośni i w Polsce powstało wiele dokumentów, świadczących o wielkości tego kapłana męczennika. Nieżyjący już ks. Edmund Tkocz, proboszcz parafii w Ocicach, w latach 70. robił przesłuchania świadków tych tragicznych wydarzeń. W lipcu 1999 r. przyjechała do Polski z Bośni z diecezji Banja Luka delegacja z ks. dr. Anto Orlowacem, wikariuszem generalnym diecezji, i ks. Kazimierzem Wiszatyckim. Ks. dr Anto Orlowac jest autorem książki o dziesięciu męczennikach, kandydatach na ołtarze: Banjalucka martyrologia. W czasie tej wizyty robili przesłuchania świadków i zbierali dokumenty dotyczące Księdza Antoniego. Pozostaje mieć nadzieję, że zostanie on zaliczony w poczet błogosławionych Kościoła katolickiego.

(koniec)

Msza św. w intencji śp. ks. Antoniego Dujlowicza odbędzie 13 lipca 2003 r. się w kościele parafialnym Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w Ocicach o godz. 11.00.

Szatan posługuje się kłamstwem

2019-10-22 12:59

Z Abby Johnson rozmawiała Agnieszka Bugała
Niedziela Ogólnopolska 43/2019, str. 20-22

Chciała pomagać kobietom w nieplanowanej ciąży, które szukają wsparcia. Nie planowała zła, a jednak okazało się, że jest częścią fabryki zbrodni.
Z Abby Johnson – autorką książki „Nieplanowane” w najnowszym numerze Tygodnika "Niedziela" rozmawia Agnieszka Bugała

Archiwum prywatne Abby Johnson
Abby Johnson

AGNIESZKA BUGAŁA: – Kim jest dziś Abby Johnson?

ABBY JOHNSON: – Jestem żoną, matką ośmiorga dzieci. Na co dzień działam też na rzecz życia. Jeżdżę nie tylko po Stanach Zjednoczonych, ale po całym świecie. Opowiadam o tym, w jaki sposób moje życie się zmieniło, w jaki sposób Bóg radykalnie interweniował w moim sercu, by wyciągnąć mnie z kliniki aborcyjnej Planned Parenthood. Moja organizacja „I nie było już nikogo” pomogła jak dotąd 525 pracownikom klinik należących do przemysłu aborcyjnego. Działam też w ramach nowej inicjatywy non-profit ProLove Ministries, której zadaniem jest przygotowanie obrońców życia w zakresie działań marketingowych oraz innych wyzwań, które stawia przed tego typu organizacjami współczesny świat. Pan Bóg dał mi wiele, pobłogosławił i odmienił moje życie. Dlatego oddaję Mu chwałę, jak tylko potrafię, przez swoją działalność.

– Zanim to wszystko się stało i Bóg wkroczył w Twoje życie, pracowałaś w klinice aborcyjnej. Jak długo?

– Przez 8 lat, byłam dyrektorką placówki w Teksasie.

– Ile aborcji tak naprawdę wykonałaś swoim podpisem w dokumentach kwalifikujących pacjentki?

– W sumie przyłożyłam rękę do 22 tys. aborcji, włącznie z dwiema, które dokonałam na własnych nienarodzonych dzieciach.

– Czy przez 8 lat pracy w klinice Planned Parenthood nigdy nie przyszło Ci do głowy, że bierzesz udział w czymś złym? Tym bardziej że znałaś proliferów, którzy modlili się godzinami pod kliniką, rozmawiałaś z nimi, niektórych podziwiałaś...

– Pracowałam w Planned Parenthood nie z powodu cynizmu czy wyrachowania, ale dlatego, że naprawdę byłam przekonana, iż pomagam kobietom. Zresztą było to coś, co traktowałam jako rodzaj swojej misji. Myślałam tak, jak myśli wielu, że w niektórych sytuacjach po prostu nie ma innego wyjścia. Uznawałam, że aborcja jest złem, ale jednak czymś w rodzaju „mniejszego zła”, tzn. że można ją zastosować w jakiejś kryzysowej sytuacji. Kompletnie nie uświadamiałam sobie, że w ten sposób po prostu krzywdzę inne kobiety. Nie myślałam też o aborcji w kategoriach obiektywnego zła, podobnie zresztą jak wielu moich pracowników. Oni byli, i często są, przekonani, że pomagają kobietom.

– Czy zdarzyło się, aby któraś z kobiet, eskortowana do kliniki przez wolontariuszki, jednak zmieniła zdanie i nie dokonała zabiegu?

– Tak, czasami tak się zdarzało.

– W swojej książce opowiadasz o tym, jak bardzo szefowie klinik aborcyjnych dbają o to, aby do kobiety, która przyjeżdża na zabieg, nie zbliżył się nikt z przesłaniem pro-life. Mówisz o tym, jak izolowane są kobiety, które już zdecydowały się na aborcję. Dlaczego? Kliniki Planned Parenthood deklarują troskę o dobro kobiety, o jej prawo do decydowania o swoim życiu, a robią wszystko, aby kobieta nie zmieniła zdania i nie doszła do wniosku, że jednak chce urodzić...

– Problem, o który pytasz, zamyka się tak naprawdę w modelu biznesowym Planned Parenthood. Polega on po prostu na przekonywaniu kobiet do aborcji. Brutalnie rzecz ujmując: z tego jest kasa. I dlatego działają w czymś, co można nazwać systemem kwotowym – liczy się wysoka liczba aborcji. Planned Parenthood tnie zatem koszty, oszczędzając na wielu podstawowych rzeczach. Ich kliniki mają problemy z zachowaniem higieny, ze szkoleniem pracowników czy z zapewnieniem odpowiedniej ilości leków. Dochodzi tam do wielu nadużyć, ale mimo to stanowe departamenty zdrowia nie zamykają tych klinik. Planned Parenthood to zatem nie tylko aborcje, ale także narażanie kobiet na niebezpieczeństwa przy okazji rozmaitych badań, które tam przechodzą.

– Za ujawnianie tych faktów grożono Ci i stawiano Cię przed sądem?

– Oczywiście.

– Machina jest przerażająca. Mówisz o tym, że kobiety, które przyjeżdżają do kliniki Planned Parenthood w wyznaczonych dniach na zabieg aborcji, są przerażone, a stojący przy ogrodzeniu działacze pro-life wywołują swoją postawą dodatkowy szok. Jak powinni postępować ci, którzy chcą powstrzymać kobietę przed dokonaniem zabiegu?

– Nie ma jednego modelu, bo każdy przypadek kobiety zdecydowanej na dokonanie aborcji jest inny, ale przyznam Ci się, że w naszej klinice cieszyliśmy się, gdy protestujący pod nią przedstawiciele ruchów pro-life w bardzo radykalny sposób wywierali presję na kobiety. Myślę o rozmaitych transparentach czy osobach przebierających się za śmierć, z imitacją kosy w ręku. Nie twierdzę, że tego rodzaju działalność jest nieskuteczna, na pewno może trafić do pewnej grupy osób, ale akurat w przypadku kobiet, które podjęły już decyzję o aborcji, przyjechały w określonym dniu na umówiony zabieg i przechodziły wśród takich transparentów, nie odnosiło to oczekiwanego skutku. W ten sposób trudno było skłonić kobietę, by zmieniła swoją decyzję. Nie wspominając już o pracownikach klinik, a przecież zmiana ich myślenia też jest ważna. Wiele natomiast zmieniła praca Koalicji dla Życia, która zaczęła działać zupełnie innymi metodami. Starano się okazać tym kobietom troskę, miłość. Modlono się w ich intencji, a także w intencji nienarodzonych dzieci. Te metody wiele zmieniły. Widziałam to na własne oczy, gdy stałam po drugiej stronie barykady. Kobiety, gdy doświadczały dobra, czułości, znacznie częściej zmieniały zdanie i wycofywały się w ostatniej chwili. Trzeba być świadomym, że działacze pro-life, którzy decydują się stanąć przy wejściu do kliniki, wymagają specjalnego wyszkolenia. Tego typu działalności towarzyszy cały łańcuszek działań, które trzeba podjąć, by uratować kobietę i dziecko. Matka, która wybrała aborcję, musi otrzymać gotowe rozwiązanie, ścieżkę, którą zostanie poprowadzona, jeśli zdecyduje się urodzić. Ale najważniejsze jest to, by poczuła, że zostanie otoczona miłością. Że jej dziecko nie jest problemem, ale darem. Nie można zacząć od wpędzania jej w jeszcze głębsze poczucie winy, bo to już ją wypełnia całkowicie, ona się zmaga ze sobą, często czuje też nienawiść do samej siebie.

– W Polsce proliferzy wciąż próbują budzić opinię publiczną szokującymi obrazami abortowanych płodów na plakatach. Co myślisz o takich metodach?

– Nie jestem im przeciwna, uważam, że mogą one pokazać ludziom, iż aborcja jest okrucieństwem. Ale to nie jest dobra metoda, gdy próbujemy skłonić konkretne osoby do zmiany podjętej już decyzji o aborcji. Są pewne różnice między Polską a Stanami Zjednoczonymi. W Waszym kraju aborcja nie jest legalna, choć oczywiście, od tego zakazu są wyjątki i aborcja jest w Polsce wykonywana. Jednak nie jest to zjawisko tak powszechne jak w Stanach Zjednoczonych. W Polsce nie ma klinik specjalizujących się w aborcji. My mamy z tym do czynienia w wielu miastach. Dlatego stoimy na ulicach nie tylko po to, by uświadamiać społeczeństwo, że aborcja to zło, ale też po to, by wpłynąć na konkretne kobiety, które już wybrały aborcję. W ten sposób ratujemy życie dzieci. Stoimy pod ogrodzeniami klinik, modlimy się w intencji tych kobiet, ale też ludzi wykonujących aborcje. I to przynosi efekty. W takich sytuacjach plakaty ukazujące potworne skutki aborcji mogą być – na to wskazuje moje doświadczenie – nieskuteczne. Te kobiety są zdesperowane i rozbite wewnętrznie. Poszukują wsparcia, konkretnej pomocy. Gdy stoimy pod kliniką, staramy się okazać im takie wsparcie, dać realny wybór, którym jest rezygnacja z aborcji. Warto też dodać, że zwolennicy aborcji zdołali wmówić wielu osobom, iż zdjęcia dzieci po dokonanej aborcji są nieprawdziwe. Wiele osób w to wierzy, naprawdę.

– Jakie jest Twoje przesłanie dla Polski, która dba o ustawę z kompromisem aborcyjnym – czy jesteś za tym, aby aborcja była całkowicie zakazana?

– Aborcja to po prostu odebranie życia dziecku. Nie ma żadnego usprawiedliwienia dla takiego czynu. Usprawiedliwieniem nie są także okoliczności poczęcia dziecka. To jest zło – koniec, kropka. Coś takiego nie powinno być legalne. Pamiętajmy też jednak, że jako obrońcy życia powinniśmy dbać o to, aby kobiety, które często w desperacji podejmują decyzję o aborcji, mogły zmienić zdanie i miały wtedy drogę wyjścia. Dlatego powinny otrzymywać od nas wsparcie duchowe, emocjonalne i gdy to jest potrzebne – także finansowe. Istnieje przecież podziemie aborcyjne, a to pokazuje, że sama prawna delegalizacja aborcji nie jest ostatecznym celem obrońców życia. To jeden ze środków.

– Wróćmy jeszcze na chwilę do tego dnia w 2009 r.: Jesteś dyrektorką w klinice aborcyjnej, w ciągu 8 lat podpisałaś 22 tys. zgód na aborcję i trzymasz właśnie głowicę USG, widzisz profil dziecka na ekranie... Dla Ciebie to były wstrząs, szok i początek przemiany. W tej chwili – jak sama przyznajesz – stałaś się nowym człowiekiem. Jak myślisz, dlaczego inni pracownicy klinik aborcyjnych, kiedy trzymają te same głowice i widzą te same obrazy twarzy dzieci, które za chwilę wessie kaniula, nie doznają szoku?

– Szatan posługuje się kłamstwem – jest w końcu ojcem kłamstwa – i chyba to jest najprostsza odpowiedź na Twoje pytanie. Kłamstwo, które Planned Parenthood serwuje swoim pracownikom, dotyczy misji tej organizacji. Tu chodzi o pomoc kobietom – słyszą pracownicy. Wiem, że może Ci być trudno w to uwierzyć, bo jesteś świadoma zła, które się tam dzieje, ale kiedy pracujesz w takim miejscu dzień po dniu, to taka indoktrynacja naprawdę sprawia, że się uodparniasz. Nie postrzegasz aborcji jako czegoś, co jest niedopuszczalne. Na szczęście Pan Bóg wyprowadził mnie z tego po wielu latach i sprawił, że nastąpił w moim życiu przełom. Zły planuje za nas zło, a my dajemy się nabrać i czynimy je, zwłaszcza że jest ukryte pod pozorem dobra.

– Ale przecież widzisz na ekranie USG, że dziecko w łonie się broni...

– Tak, ale pracowników klinik uczy się, że płód nie czuje bólu. Ja też w to wierzyłam i tego uczyłam innych.

– Abby, Twoja historia wydaje się niewiarygodna: Dziewczyna z dobrego domu, kochający rodzice, co niedzielę razem w kościele i nagle, zaledwie w ciągu kilku lat, masz na koncie dwie aborcje i decyzję, by pracować w klinice aborcyjnej, w której wspinasz się po drabinie kariery – od wolontariuszki po dyrektora. Czy dziś, po latach, umiesz odpowiedzieć na pytanie: Dlaczego?

– Tak, wiem, to zaskakujące, niewiarygodne, niespójne... Jeśli chodzi o to, dlaczego wybrałam pracę w klinice aborcyjnej, odpowiedź jest bardzo prosta: chciałam pomagać kobietom. Naprawdę chciałam. Nie interesowałam się wtedy problemem aborcji, nie miałam argumentów, by jasno powiedzieć: aborcja jest złem. Wydaje się to aż za proste, ale czasem zło jest efektem bardzo prostej decyzji, prostych pobudek, niekoniecznie skomplikowanych działań czy wielopiętrowych intryg. Kiedy dostałam propozycję wolontariatu w Planned Parnethood, byłam przekonana, że zajmę się czymś dobrym, że będę realizować misję. Ale jak wspomniałaś, sama byłam też klientką kliniki aborcyjnej. I to aż dwukrotnie...

– Nie zapytam o Twoje uczucia po dokonanych zabiegach, bo o nich opowiadasz w książce, zresztą cały świat Cię dziś pyta o te głębokie rany z przeszłości. Wydaje się jednak, że przyczyną Twoich decyzji był brak wsparcia...

– Nie cofnę czasu. Mogę o tym rozmyślać, opowiadać, dawać świadectwo, ale to są fakty i ja podjęłam decyzję o zabiciu dwójki moich dzieci. Jeśli Bóg, który wszystko może, wydobył z tego jakikolwiek okruch dobra, to taki, że bardzo dobrze rozumiem trudną sytuację kobiet, które podejmują takie decyzje. Nie obwiniam, naprawdę, za każdym razem wiem, co czują. Ja wtedy zostałam ze wszystkim sama. Mój ówczesny mąż, a niedługo potem były mąż – to było wtedy, gdy jeszcze nie byłam katoliczką – nie interesował się moją ciążą. Bałam się też powiedzieć o wszystkim rodzicom. Czułam się jak w pułapce i aborcja wydawała mi się jedynym dobrym rozwiązaniem. Wiem, że kobiety zostawione same z nieplanowaną ciążą myślą właśnie w ten sposób: aborcja to jest najlepszy wybór z możliwych, panaceum na wszystkie problemy. To, oczywiście, nieprawda... Aborcja to nie jest żaden wybór, ale najczęściej próba ucieczki zdesperowanej kobiety, która znalazła się pod ścianą. I stoi tam sama, bo mężczyzna, ojciec, uważa, że to jej problem. A skoro to jest problem, to musi go rozwiązać. W Ameryce kliniki aborcyjne przychodzą tu z zainteresowaniem, z marketingową troską, pochylają się nad kobietą i proponują jej pomoc.

– Uważasz, że odpowiedzialność za decyzje o usunięciu ciąży spoczywa również na bliskich kobiety?

– W pewnym sensie tak jest, przecież dziecko zawsze ma ojca... Musimy pamiętać o tym, by kochać swoich bliskich i okazywać im tę miłość, dawać poczucie bezpieczeństwa. Rodzice powinni rozmawiać ze swoją córką o aborcji, uświadamiać jej, że to zła opcja, tłumaczyć, że nigdy nie jest sama ze swoimi problemami. Z kolei synowi każdy rodzic powinien wytłumaczyć, że kobieta, gdy jest w ciąży, potrzebuje opieki i wsparcia, szczególnie gdy dochodzi do kryzysów w związku. Mężczyzna musi być po prostu prawdziwym facetem. Jeśli kobieta będzie się czuła kochana, będzie pewna, że ma wsparcie, że może liczyć na swojego męża, to nigdy – powtarzam: nigdy! – nie zdecyduje się na aborcję. I to jest praca, którą może wykonać każdy z nas, to jest to pierwsze działanie pro-life, już w domu. Każdy z nas jest albo ojcem, albo matką, mężem, żoną, przyjacielem, przyjaciółką, kolegą czy koleżanką, mamy wokół siebie ludzi, których nagle może przerosnąć rzeczywistość. Ważne, by w tych chwilach kobieta nie była sama. Decyzja o aborcji rodzi się w samotności i przerażeniu.

– Wkrótce w Polsce wejdzie na ekrany kin film „Unplanned” (Nieplanowane), który powstał na podstawie Twojej książki. Opowiada historię Twojego przejścia na „jasną stronę mocy”. Jesteś szczera do bólu, opowieść jest jak spowiedź. Nie bałaś się tak ogromnej konfrontacji z całym światem? Skąd wzięłaś siłę, aby tę konfrontację wytrzymać?

– Siłę czerpię z wiary. Kiedy ruszyły zdjęcia do filmu, trochę żartem powiedziałam mężowi, że to chyba nie jest możliwie, by przeżyć to wszystko jeszcze raz. Łatwo zostać głęboko zranionym, gdy odkrywasz się przed światem, bo choć film jest fabułą, to jednak powstał na podstawie mojej książki, w której opowiedziałam całą prawdę o sobie – o swoich przeżyciach, relacjach z bliskimi, drodze do przemiany. Moje życie to żywy dowód Bożej miłości, wiesz? Dowód, że Boże Miłosierdzie nie ma granic.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Światowy Dzień Ubogich krzykiem o obecność Boga

2019-11-17 21:33

Maciej Orman, ks. Mariusz Frukacz

– Chodząc po ulicach Częstochowy, spotykamy nie tylko biedę materialną, ale i duchową. Ten dzień jest dlatego krzykiem o obecność Boga pośród nas – mówił 17 listopada w kościele św. Zygmunta w Częstochowie ks. Paweł Dzierzkowski, zastępca dyrektora Caritas Archidiecezji Częstochowskiej, podczas Mszy św. w intencji ubogich, która jednocześnie rozpoczęła XXI Święto Muzyki

Maciej Orman

– „Biedni to nie są numery, dzięki którym możemy pochwalić się działaniami i projektami. (...) Biedni zbawiają nas, ponieważ pozwalają nam spotkać oblicze Chrystusa” – cytował fragment orędzia papieża Franciszka na III Światowy Dzień Ubogich ks. Paweł Dzierzkowski. – Ten dzień ma uwrażliwić nasze serca na drugiego człowieka. W czasie Eucharystii mamy spotkać Chrystusa, a później dostrzec Jego oblicze w drugim człowieku – wyjaśnił kaznodzieja.

Zobacz zdjęcia: Światowy Dzień Ubogich krzykiem o obecność Boga

Ks. Dzierzkowski zwrócił uwagę na bardzo niebezpieczną formę ubóstwa, jaką jest „brak dialogu, który dotyka naszych relacji”. – Z przerażeniem przypatrujemy się kryzysowi, który wyniszcza nasze rodziny, a który swoje podłoże tak często ma w odrzuceniu Boga. Tam, gdzie pojawia się problem na drodze duchowej, tam człowiek zaczyna uciekać od drugiego człowieka i szuka środków zastępczych. Rodzinny stół zamieniliśmy na komputer, tablet, telefon lub telewizor. To, co miało służyć człowiekowi, doprowadziło do izolacji od bliźniego, wspólnoty i rodziny – wyliczał ks. Dzierzkowski.

– Znakiem dzisiejszych czasów stała się obojętność wobec bliźniego, brak wrażliwości i miłosierdzia, brak przebaczenia sobie nawzajem. Łatwiej nam dzisiaj uciekać od siebie, niż być blisko siebie. Człowiek z takim przekonaniem chce ratować planetę i środowisko, w którym żyje, ale nie jest w stanie zauważyć współczesnego Łazarza, który prosi go o miłosierdzie. Czy to nie paradoks naszych czasów? – pytał retorycznie kaznodzieja.

– Chodząc po ulicach Częstochowy, możemy dostrzec osoby ubogie, bezdomne i uzależnione. Spotykamy nie tylko biedę materialną, ale i duchową, dlatego ten dzień jest też krzykiem o obecność Boga pośród nas – kontynuował.

Dzieląc się świadectwem pracy w częstochowskiej Caritas, ks. Dzierzkowski podkreślał, że osoby bezdomne i uzależnione często tracą poczucie swojej wartości, „bo tak wielu z nas nie potrafi jej w nich dostrzec”.

Mówiąc o osobach krytykujących tych, którzy niosą pomoc potrzebującym, ks. Dzierzkowski przytoczył tragiczne fakty z historii. – To echo totalitaryzmów, niemieckiego i komunistycznego, zbudowanych na filozofii Nietzschego. Bo jak można im pomagać, kiedy oni nie mogą nic dać?

– Jezus głosi Ewangelię miłości, przebaczenia, miłosierdzia i sprawiedliwości, gdzie człowiek jest wyniesiony bardzo wysoko. Jezus nie miał w pogardzie nikogo, nawet wtedy, gdy wpadał w gniew, wyrzucał przekupniów ze świątyni, czy kiedy zapowiadał, jak słyszymy w dzisiejszej Ewangelii, zburzenie pięknej Świątyni Jerozolimskiej. Jego słowa i czyny wypływały z troski o zbawienie człowieka – podkreślił ks. Dzierzkowski.

Kaznodzieja przyznał, że osoby starsze, którym również pomaga Caritas, często ubolewają, że najbliżsi nie mają czasu, żeby ich odwiedzić. – Światowy Dzień Ubogich jest więc wielkim wołaniem do każdego z nas, abyśmy byli dla siebie wrażliwi i otwarci. Jak mówi Jezus, to, co nas ocali, obok naszej wierności, to będzie miłosierdzie. Kiedy doświadczamy tego, że Bóg przebacza nam grzechy, możemy z tą miłością wyjść do drugiego człowieka. Tu nie potrzeba wiele. Chodzi o najprostsze gesty – wyjaśnił ks. Dzierzkowski.

– „Zaprawdę powiadam wam: wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” – te słowa mają pomóc ponownie postawić drugiego człowieka na właściwym miejscu. Słowo Dobrej Nowiny jest nieustannym wezwaniem do nawrócenia, do zmiany myślenia, do spoglądania na świat Bożymi oczami – kontynuował zastępca dyrektora częstochowskiej Caritas.

– Wyobraźnia miłosierdzia, o której mówił św. Jan Paweł II, stanowi dla nas wyzwanie także i dziś, a może szczególnie dziś, aby od pięknych słów o miłosierdziu przejść do działania, gdyż widząc i czując miłosierdzie, czyni się je kreatywnie i twórczo – powiedział ks. Dzierzkowski.

– Przejawem tego zmagania się, najpierw z samym sobą, a później w walce o dobro, będzie nie tylko skuteczność pomocy, ale nade wszystko zdolność bycia z bliźnim i współodczuwanie, które sprawi, że będziemy „weselić się z tymi, którzy się weselą, i płakać z tymi, którzy płaczą” – wyjaśnił kaznodzieja.

Ks. Dzierzkowski zakończył słowami modlitwy św. Pawła VI: „Spraw, Panie, żeby moja wiara była skuteczna. Niech się w miłości objawia na zewnątrz, jako prawdziwa przyjaźń z Tobą i dobroć dla ludzi”.

Mszę św. koncelebrował proboszcz parafii św. Zygmunta ks. dr Jacek Marciniec.

Podczas Mszy św. śpiewała schola liturgiczna Domine Jesu pod batutą ks. Mateusza Ociepki. Wierni mogli również po Eucharystii wysłuchać utworów w jej wykonaniu.

W odpowiedzi na apel papieża Franciszka, abp Wacław Depo, metropolita częstochowski, zarządził w niedzielę 17 listopada zbiórkę do puszek we wszystkich kościołach i kaplicach archidiecezji częstochowskiej. Zbiórka ta zostanie przeznaczona na działania prowadzone przez Caritas Archidiecezji Częstochowskiej, takie jak m.in. streetworking – wyjście do osób przebywających w miejscach publicznych lub w ukryciu, zagubionych życiowo, które nie korzystają z pomocy zinstytucjonalizowanej, edukacja dla wolontariuszy w ramach programów Caritas czy dofinansowanie placówek Caritas dla bezdomnych.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem