O duchowości Karola de Foucauld mała siostra Viola usłyszała od Tomka spotkanego przez „przypadek” w schronisku w Tatrach. – Przypadek, czyli to, co przypada od Pana Boga – tłumaczy mi z uśmiechem właściwe rozumienie użytego słowa i dodaje: – Tomek sam się przymierzał do Małych Braci Jezusa. Chętnie się tym dzielił. I tak się zdarzyło, że on się ożenił, a mnie to zaprowadziło do Małych Sióstr Jezusa.
Mały brat
Mała siostra Halina wiedziała, że ma powołanie, lecz nie widziała dla siebie odpowiedniego zgromadzenia. – Te, które znałam, nie pociągały mnie – wyjaśnia. – Kiedyś spotkałam księdza, któremu o tym powiedziałam, a on mi wtedy przybliżył historię Małych Sióstr. Później przeczytałam książkę o Karolu de Foucauld i odkryłam, że chcę żyć jak on: być i modlić się – wspomina. Podobną historię słyszę od ms. Barbary, która po raz pierwszy o małym bracie usłyszała w duszpasterstwie akademickim. Potem dotarła do jego biografii i zrozumiała, że żyć w pełni Ewangelią to być prostym, ubogim, a Ewangelię głosić zwyczajnym życiem.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Reklama
Lecz sam Karol de Foucauld w młodości wcale takiego życia nie chciał. Pociągało go to, co przyjemne i emocjonujące. Dopiero gdy przeżył głębokie nawrócenie, zapragnął życia ubogiego, wręcz surowego, by jak najbardziej upodobnić się do Jezusa z Nazaretu. Wstąpił do trapistów. Zrozumiał jednak, że to jeszcze nie jest ubóstwo, jakiego pragnął, dlatego zdecydował się na życie pustelnicze wśród muzułmańskich ludów koczowniczych na Saharze. Nigdy nikogo nie nawrócił i nie założył żadnej wspólnoty.
Wspólnoty pragnące żyć jego duchowością zaczęły powstawać dopiero po jego śmierci. Jedną z pierwszych były Małe Siostry Jezusa założone 8 września 1939 r. przez Magdalenę Hutin. Z czasem ta malutka wspólnota żyjąca wśród braci muzułmanów w Algierii stała się zgromadzeniem obecnym w około pięćdziesięciu krajach, a od 1965 r. także w Polsce.
Im prościej, tym lepiej!
– Bycie z Jezusem na modlitwie w ciszy i codziennej adoracji to esencja naszego życia. Jednocześnie żyjemy zanurzone w zwykłej codzienności, jesteśmy z ludźmi i dla ludzi – mówi ms. Halina. – Mała siostra Magdalena chciała, byśmy żyły jak inni, dlatego nie prowadzimy dzieł takich jak szkoły, przedszkola, domy opieki. Szukamy pracy bardzo prostej, fizycznej. I tam, gdzie mieszkamy i pracujemy, naszym zwyczajnym życiem mówimy o miłości Bożej – tłumaczy ms. Monika. Siostra jest Słowaczką. Od kilku miesięcy jej domem jest fraternia w Częstochowie. To pierwsza wspólnota Małych Sióstr Jezusa założona w Polsce 60 lat temu. Teraz ten dom jest najstarszy nie tylko historycznie, ale także wiekiem jego mieszkanek. – Dwie najstarsze siostry mają ponad 90 lat. Dlatego tu przyjechałam: aby pomóc starszym siostrom w ich codzienności – wyjaśnia ms. Monika.
Reklama
Więcej o losach Małych Sióstr Jezusa w Polsce opowiada mi ms. Barbara. – Nasza założycielka była wrażliwa na wszelką niesprawiedliwość, brak jedności, prześladowania, dlatego pragnęła przyjechać do krajów za żelazną kurtyną. Najpierw sama przybyła do Polski w 1957 r., potem przysłała trzy pierwsze siostry Francuzki. Jedna studiowała na KUL-u, druga pracowała w Krakowie, a trzecia w Warszawie. Gdy władze komunistyczne zorientowały się, że to zakonnice, siostry musiały natychmiast wyjechać. Były w naszym kraju tylko jakiś czas, a już wzbudziły zainteresowanie swoim stylem życia. Pojawiły się pierwsze Polki, które pragnęły żyć podobnie, i one w 1965 r. w Częstochowie utworzyły naszą pierwszą fraternię. Oczywiście, żyły w ukryciu, nie nosiły habitów i nikt nie wiedział, że są zakonnicami. Ta dyskrecja trwała do 1989 r. – wspomina ms. Barbara.
Incognito
Mała siostra Barbara opowiada mi również swoją historię. Jest rok 1969. Jako maturzystka stoi przed decyzją wyboru drogi życiowej. Marzy o życiu prostym na wzór br. Karola de Foucauld, ale w Polsce nie ma Małych Sióstr Jezusa. Gdy postanawia wstąpić do jakiegoś zgromadzenia czynnego, przez „przypadek” spotyka pewnego kapłana. Jest to pallotyn, jeden z grona wtajemniczonych, który wie, że od kilku lat na terenie parafii Miłosierdzia Bożego w Częstochowie działa w ukryciu fraternia Małych Sióstr. Wie, ponieważ jest proboszczem tej parafii.
Po nowicjacie odbytym w Rzymie ms. Barbara wraca do Polski. – Nasza założycielka powiedziała mi, że ponieważ jest mało Polek, to chce, żebym żyła w swoim kraju, żeby nasze zgromadzenie mogło się tu zakorzeniać – wyjaśnia. Pracuje jako listonoszka, pomoc domowa, a od 1987 r. sprząta korytarze i laboratoria w Hucie Lenina w Krakowie. – Pracowałam w systemie czterobrygadowym, piątek świątek i niedziela. To była dobra praca. Mogłam być jedną z tych ciężko pracujących w szkodliwych warunkach osób i zanosić Panu Bogu w modlitwie ich problemy – opowiada i dodaje: – Choć nikt nie wiedział, że jestem siostrą zakonną, to jakoś tak intuicyjnie z pytaniami o wiarę czy Kościół zwracano się właśnie do mnie.
W stoczni Warskiego
Reklama
Do Szczecina Małe Siostry przyjechały w 1984 r. na prośbę bp. Kazimierza Majdańskiego, który chciał, by zatrudniły się w Stoczni Szczecińskiej im. Adolfa Warskiego. Fraternia powstała w dzielnicy Niebuszewo, na 10. piętrze bloku, w parafii stoczniowej. Siostry pracowały w stoczni przez kilkanaście lat, aż do jej zamknięcia. Poza tym zatrudniały się w barach, supermarketach, fabrykach, a nawet przy produkcji sieci rybackich. Obecnie dwie z trzech mieszkających tu sióstr są na emeryturze. Ale wciąż są aktywne. Pomagają starszym, odwiedzają chorych, towarzyszą w załatwianiu trudnych spraw.
– Niebuszewo to biedna dzielnica. Dużo tu osób bezdomnych. Dlatego obok naszej głównej misji w Szczecinie, którą jest bycie w środowiskach pracy, jesteśmy z osobami żyjącymi na marginesie – tłumaczy ms. Halina i zaznacza: – Wszędzie, gdzie przebywamy, jesteśmy znakiem obecności Kościoła, który dzięki naszemu zwyczajnemu byciu wśród ludzi może sięgać dalej.
Pustynia
Od początku pragnęła żyć tam, skąd wyrastają korzenie zgromadzenia. Opowiada mi o sobie ms. Viola. W sercu słyszała głos Oblubieńca, który wzywał ją na pustynię. Dlatego poprosiła o możliwość wyjazdu do Nigru. Ale że zawsze była drobnej budowy, obawiano się, czy wytrzyma w tak surowym klimacie. Na szczęście były też osoby, które ją wspierały. Mówiły, że jeżeli Pan Bóg ją tam woła, to da jej to, co potrzeba. – I tak było. Większość sióstr, które przyjeżdżały do Nigru, po jakimś czasie musiała z różnych powodów wyjechać. Mnie Bóg pozwolił przeżyć tam 20 lat – wyznaje.
– Życie tam to zmaganie. Rdzenna ludność mówi, że na pustyni nie ma ludzi miernych, nie dadzą rady. Mieszkałyśmy wśród Tuaregów i Tubu. Byłyśmy tam jedynymi chrześcijankami – opowiada i przywołuje pewną historię: – Kiedyś przyjechali do nas goście i jeden z nich zapytał: „To ilu jest nawróconych?”. Odpowiedziałam: „Jeśli pytasz, ilu przeszło z islamu na chrześcijaństwo, to nikt. Ale jeśli pytasz o nawracanie do piękniejszego człowieczeństwa i do Pana Boga, to codziennie wzajemnie się nawracamy”.
