Zaostrzający się spór między Waszyngtonem i Kopenhagą o Grenlandię jest dowodem na to, że jesteśmy w przededniu III wojny światowej. Nie oznacza to jednak, że grozi nam otwarty konflikt zbrojny między Europą a Ameryką. Chodzi o to, że USA szykują się do wojny globalnej i w ten sposób chcą zadbać o bezpieczeństwo militarne Ameryki oraz wzmocnić NATO. Podobnie było w czasie II wojny światowej, gdy Grenlandia stała się jednym z pierwszych terytoriów przejętych przez USA, by kontrolować dostawy do Europy. W dobie współczesnych balistycznych rakiet międzykontynentalnych militarne znaczenie arktycznej wyspy jest jeszcze większe. – Grenlandia jest terytorium o znaczeniu strategicznym w wymiarze globalnym. Dlatego też Amerykanie zrobią wszystko, by ta wielka wyspa nie dostała się w ręce Rosji i Chin. Z kolei Europa, jako klient bezpieczeństwa zapewnianego przez USA, po cichu będzie się zgadzać na oczekiwania ze strony Białego Domu – uważa gen. Bogusław Samol, były dowódca Wielonarodowego Korpusu Północno-Wschodniego NATO.
Reklama
Mimo wojennej retoryki prezydenta Donalda Trumpa praktycznie nikt nie wierzy w otwartą wojnę o Grenlandię. Myśli takiej nie dopuszczają generałowie zarówno amerykańscy, jak i europejscy. Atak oznaczałby konflikt militarny wewnątrz NATO, który mógłby doprowadzić do rozpadu Sojuszu, bo Traktat Północnoatlantycki nie przewiduje takiej sytuacji. – Jeśli dostałbym rozkaz ataku na Grenlandię, to bym odmówił jego wykonania. Odebranie siłą terytorium państwa należącego do NATO jest absolutnie niemożliwe. Musimy jednak znaleźć drogę, która umożliwi nam wzmocnienie militarne Grenlandii – powiedział w telewizji Fox News gen. Philip Breedlove, były naczelny dowódca sił NATO w Europie.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Łagodzenie sporu
Prezydent Donald Trump argumentuje, że po przejęciu Grenlandii przez USA wyspa stanie się częścią systemu antydostępowego, tzw. złotej kopuły. Twierdzi, że dzięki temu NATO jako sojusz będzie znacznie silniejsze. Wzmocnienie globalnego bezpieczeństwa jest ważnym argumentem, bo przecież Amerykanie planują nie tylko zbudowanie instalacji na Grenlandii, ale także chcą rozmieścić swoje bazy na północy Finlandii, by szerzej kontrolować arktyczny szlak żeglugowy, którym już w 2025 r. płynęły pierwsze statki handlowe z Azji do Europy. Dlatego sekretarz generalny NATO Mark Rutte uważa, że Grenlandię należy wzmocnić militarnie, ale nie będzie komentował publicznie tego sporu między państwami Sojuszu. – Moją rolą jest łagodzenie sporów, a nie ich komentowanie. Rozmowy prowadzone są za zamkniętymi drzwiami, podobnie jak było w przypadku napiętej sytuacji między Turcją i Grecją, które też są członkami NATO – zauważył Rutte.
Reklama
Z polskiego punktu widzenia najlepiej nie odnosić się więc do sporu o Grenlandię, a jedynie apelować, by został on rozstrzygnięty przy stole negocjacji. USA są głównym gwarantem bezpieczeństwa Polski, a Dania jest ważną siłą NATO stabilizowania sytuacji na Bałtyku. W interesie całego Sojuszu jest także zwiększenie bezpieczeństwa w Arktyce. – Jeśli stawką jest powstrzymanie Chin i Rosji w tym rejonie, to Amerykanie w tej kwestii mogą być najbardziej skuteczni. Polska natomiast powinna w tej sprawie zachować powściągliwość, bo przecież Stany Zjednoczone są naszym strategicznym sojusznikiem. Po prostu nie wchodźmy w konflikt z amerykańskimi interesami, zwłaszcza w sytuacji, w której my interesów na zachodniej półkuli nie mamy w takim wymiarze jak oni – podkreślił prof. Sławomir Cenckiewicz, szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego.
Kolonialna przeszłość
Próba przejęcia Grenlandii jest realizacją nowej Strategii Bezpieczeństwa Narodowego USA, która została opublikowana kilka tygodni temu. To w niej zapisano, że na pierwszym miejscu polityki Białego Domu będzie zachodnia półkula. Grenlandia natomiast jest pozostałością po europejskim kolonializmie, która geograficznie należy do kontynentu amerykańskiego. Obok poprawy bezpieczeństwa równie ważnym elementem międzynarodowego sporu są bogate surowce, które kryją się pod grenlandzkimi skałami i lodem. Dlatego administracja Białego Domu tak mocno się upiera, by mieć prawa do wyspy na własność, a Dania nie chce się na to zgodzić, choć do Grenlandii musi dokładać prawie miliard dolarów rocznie. Sami Grenlandczycy natomiast coraz śmielej mówią o całkowitej niepodległości swojego państwa, a nie tylko częściowej autonomii od Danii. – Ogłoszenie niepodległości, a później ścisła współpraca z USA mogą się okazać najlepszym rozwiązaniem. Gdy Amerykanie zainwestują w przemysł wydobywczy, Grenlandia może stać się bogatym Kuwejtem, co radykalnie podniosłoby standard życia na zamarzniętej wyspie – zaznaczył gen. Bogusław Samol.
Reklama
Spór o Grenlandię już przysłużył się 60 tys. mieszkańców wyspy, bo w ostatnich latach udało im się wynegocjować od Danii wiele przywilejów po ciemnych dekadach brutalnego kolonializmu, czego przejawem były m.in. odbieranie dzieci do adopcji oraz masowa sterylizacja kobiet i nastolatek bez ich wiedzy. Problem w tym, że Grenlandia nie jest państwem samodzielnym i samowystarczalnym. Wiele usług socjalnych, opieka zdrowotna, edukacja oraz dopłaty do paliwa są dotowane przez Danię. Choć jest wiele niedoskonałości w tym systemie, to jednak nie da się go zastąpić z dnia na dzień, więc musiałby to być proces stopniowy. Po przejęciu wyspy Amerykanie musieliby nie tylko dostarczać wiele produktów na miejsce, ale także zapewnić np. lekarzy i nauczycieli. Co więcej, Inuici, czyli rdzenni Grenlandczycy, są twardym, zahartowanym, dumnym i przywiązanym do tradycji narodem. Nie chcą być przedmiotem postkolonialnego handlu jak jakiś zwykły towar. – Grenlandia pragnie wzmocnić współpracę ze Stanami Zjednoczonymi, ale nie kosztem suwerenności – powiedziała Vivian Motzfeldt, która odpowiada za grenlandzką dyplomację.
Wojna AI
Reakcja poszczególnych członków NATO na żądania Donalda Trumpa rozkłada się według utartych schematów. Najbardziej proamerykańskie państwa zajmują stonowane stanowiska, a szef holenderskiej dyplomacji stwierdził, że wyspa nie musi „za wszelką cenę” pozostawać częścią Królestwa Danii i mogłaby należeć do USA pod warunkiem, że zdecydowaliby o tym sami Grenlandczycy. Najbardziej wojowniczą pozę przybierają, oczywiście, Dania i antyamerykańska Francja. Paryż nie przepuści żadnej okazji, by retorycznie wypychać Amerykanów z Europy. Także Niemcy wysłały kilkunastu żołnierzy na arktyczne ćwiczenia, przy czym władze w Berlinie nie chcą rezygnować z parasola USA, a jedynie chciałyby pokazać, że Europa może wzmocnić bezpieczeństwo Grenlandii przed zagrożeniem ze strony Rosji i Chin.
Pomysł kupna lub przejęcia Grenlandii sięga XIX wieku, czyli czasów strategii, gdy Amerykanie kupili od Rosji Alaskę. Po II wojnie światowej w 1947 r. prezydent Harry Truman złożył ofertę odkupienia wyspy, ale Kopenhaga się na to nie zgodziła. Dlatego też w amerykańskich archiwach Grenlandia od dawna figuruje jako niedokończona strategiczna transakcja dla bezpieczeństwa USA. W XXI wieku największa na świecie wyspa stała się bardzo ważna z jeszcze jednego powodu: Grenlandia ma gigantyczne pokłady minerałów i metali ziem rzadkich potrzebnych do transformacji energetycznej, elektroniki, samochodów elektrycznych, przemysłu zbrojeniowego, gazu oraz paliwa do elektrowni atomowych. Eksploatacja tych złóż pozwoliłaby uniezależnić się od Chin w łańcuchu dostaw krytycznych surowców, które są niezbędne do budowy nowoczesnej gospodarki opartej na nowych technologiach oraz sztucznej inteligencji (AI). Amerykańscy analitycy i niektórzy wojskowi twierdzą, że tylko w wyścigu na moce obliczeniowe AI można jeszcze wygrać globalną rywalizację z Chinami.
