Reklama

Franciszek

Papież do biskupów ze świata: rodzina jest darem Pana dla Kościoła i świata

Dla Kościoła rodzina nie jest przede wszystkim powodem do obaw, ale raczej radosnym potwierdzeniem Bożego błogosławieństwa dla dzieła stworzenia oraz darem Pana dla całego świata. Franciszek przypomniał o tym 27 września w przemówieniu do ponad 300 kardynałów i biskupów z różnych krajów, przybyłych na VIII Światowe Spotkanie Rodzin do Filadelfii i zgromadzonych w kaplicy św. Marcina z Tours w tamtejszym Seminarium św. Karola Boromeusza.

[ TEMATY ]

Franciszek na Kubie i w USA

Grzegorz Gałązka

Publikujemy polskie tłumaczenie przemówienia papieża.

Drodzy bracia w biskupstwie, dzień dobry!

Reklama

W moim sercu wyryte są historie, cierpienia i ból nieletnich, którzy zostali wykorzystani seksualnie przez księży. Nadal przytłacza mnie wstyd, że ludzie, którym powierzono delikatną opiekę nad tymi maluczkimi, ich wykorzystali i spowodowali im poważne szkody. Głęboko ubolewam z tego powodu. Bóg płacze. Przestępstwa i grzechy wykorzystywania seksualnego nieletnich nie mogą być dłużej trzymane w tajemnicy. Zobowiązuję się do gorliwej czujności Kościoła, aby chronić nieletnich i obiecuję, że osoby odpowiedzialne zdadzą sprawę ze swoich czynów. Ofiary nadużyć stały się prawdziwymi zwiastunami nadziei i sługami miłosierdzia. Pokornie należy się z naszej strony każdemu z nich i ich rodzinom, nasza wdzięczność za wielką odwagę rzucenia światła Chrystusa nad złem seksualnego wykorzystywania nieletnich. A mówię to dlatego, że dopiero co spotkałem się z grupą osób molestowanych jako dzieci, które są wspomagane i otaczane szczególną miłością tutaj w Filadelfii przez arcybiskupa Charlesa Chaputa. Uważaliśmy, że warto wam o tym powiedzieć.

Cieszę się, że mogę dzielić z wami tę refleksję duszpasterską, podczas radosnych obchodów Światowego Spotkania Rodzin. Mówię po kastylijsku, bo mówią mi, że wszyscy znają kastylijski.

Dla Kościoła rodzina nie jest przede wszystkim powodem do obaw, ale raczej radosnym potwierdzeniem Bożego błogosławieństwa dla dzieła stworzenia. Każdego dnia, na całym świecie, Kościół może radować się darem Pana tak wielu rodzin, które nawet pośród trudnych prób pozostają wierne swoim obietnicom i dochowują wiary!

Reklama

Chciałbym powiedzieć, że głównym wyzwaniem duszpasterskim naszych zmieniających się czasów jest zdecydowane pójście w kierunku uznania tego daru. Pomimo wszystkich przeszkód, jakie widzimy przed nami, wdzięczność i uznanie powinny przeważać nad obawami i narzekaniami. Rodzina jest podstawowym miejscem przymierza między Kościołem a Bożym stworzeniem, z tym Bożym stworzeniem, które Bóg pobłogosławił ostatniego dnia rodziną. Bez rodziny, nawet Kościół by nie istniał. Nie mógł by też być tym, do czego jest powołany, to znaczy „znakiem i narzędziem wewnętrznego zjednoczenia z Bogiem i jedności całego rodzaju ludzkiego” (Lumen gentium, 1).

Nie trzeba dodawać, że nasze zrozumienie, ukształtowane przez wzajemne oddziaływanie wiary kościelnej i małżeńskiego doświadczenia łaski sakramentalnej, nie może prowadzić nas do lekceważenia bezprecedensowych zmian zachodzących we współczesnym społeczeństwie, z ich skutkami społecznymi, kulturowymi - a niestety także prawnymi – dla więzów rodzinnych. Zmiany te oddziaływają na nas wszystkich, zarówno wierzących jak i niewierzących. Chrześcijanie nie są „uodpornieni” na zmiany swej epoki. Ten konkretny świat, ze wszystkimi jego wieloma problemami i możliwościami jest miejscem gdzie musimy żyć, wierzyć i głosić Ewangelię.

Do niedawna żyliśmy w kontekście społecznym, w którym istniały znaczne podobieństwa między instytucją małżeństwa cywilnego a sakramentem chrześcijańskim. Obydwie były ze sobą powiązane i wzajemnie się wspierały. Obecnie tak już nie jest. Aby opisać naszą dzisiejszą sytuację, chciałbym posłużyć się dwoma bliskimi nam obrazami: naszymi małymi sklepami w najbliższej okolicy i supermarketami lub centrami handlowymi.

Był taki czas, kiedy w sklepie, znajdującym się nieopodal naszego domu było wszystko, co potrzebne do życia osobistego czy też rodzinnego. Może produkty nie zawsze były zręcznie wyłożone, czy też nie było wielkiego wyboru. Istniała jednak więź osobista między sklepikarzem a jego klientami. Podstawą handlu było zaufanie, ludzie znali się nawzajem, wszyscy byli sąsiadami. Ufali sobie nawzajem. Zbudowali zaufanie. Sklepy te często były znane po prostu jako „lokalny rynek”.

Następnie powstał inny rodzaj sklepu: supermarket. Ogromne przestrzenie z wielkim wyborem towarów. Zdaje się, że świat stał się jednym z tych wielkich supermarketów; nasza kultura stała się coraz bardziej konkurencyjna. Przedsiębiorczości nie prowadzi się już na podstawie zaufania; nie można już ufać innym. Nie ma już bliskich relacji osobistych. Dzisiejsza kultura wydaje się zachęcać ludzi, aby nie wiązali się z niczym ani z nikim, aby nie ufali innym ani też im nie ufano. Dzisiaj najważniejszą rzeczą zdaje się nadążanie za najnowszymi trendami czy aktywnościami. Dotyczy to nawet religii. Zatem konsumpcjonizm zdaje się dziś określać, co jest ważne. Konsumować relacje konsumować przyjaźnie, konsumować religie, konsumować, konsumować… Bez względu na koszty i konsekwencje. Konsumpcja, która nie sprzyja związaniu się, konsumpcja, która ma niewiele wspólnego relacjami międzyludzkimi. Więzi społeczne są zaledwie „środkami” do zaspokojenia „moich potrzeb”. Rzeczą ważną nie jest już nasz bliźni, z jego czy jej znajomą twarzą, historią i osobowością.

Rezultatem jest kultura, która odrzuca wszystko, co nie jest już „przydatne” lub „satysfakcjonujące” dla gustów konsumenta. Zamieniliśmy nasze społeczeństwo w ogromną wielokulturową witrynę powiązaną jedynie do gustów niektórych „konsumentów”, podczas gdy wielu innych tylko „je z okruszyn, które spadają ze stołów ich panów” (Mt 15,27).

To powoduje ogromne szkody, bardzo poważne szkody kulturowe. Powiedziałbym, że u podstaw wielu współczesnych sytuacji jest pewien rodzaj zubożenia zrodzony z rozpowszechnionego i radykalnego poczucia samotności, do życia w którym czuje się zmuszonych wiele osób. Gonitwa za najnowszym kaprysem, gromadzenie „przyjaciół” na jednym z portali społecznościowych, możemy dać się wciągnąć w to, co ma do zaoferowania współczesne społeczeństwo. Samotność w lęku przed zaangażowaniem w bezgranicznym wysiłku, by poczuć się uznanym.

Czy powinniśmy winić naszych młodych za to, że wychowali się w takim społeczeństwie? Czy powinniśmy potępić ich za życie w takim świecie? Czy powinni usłyszeć, jak ich pasterze mówią, że „dawniej wszystko było lepsze”, „świat się rozpada i jeśli tak dalej pójdzie, nie wiadomo, jak to się skończy?”. Brzmi to mi jak tango argentyńskie. Nie, nie sądzę, że można iść tą drogą. Od nas, jako pasterzy idących śladami Dobrego Pasterza, żąda się abyśmy szukali, towarzyszyli, podnosili, opatrywali rany naszych czasów. Byśmy patrzyli na rzeczywistość realistycznie, oczami kogoś, kto czuje się powołany do działania, do nawrócenia duszpasterskiego. Współczesny świat żąda od nas tego nawrócenia. Do dziś tego świata żądania konwersji z naszej strony. „Jest sprawą żywotną, aby Kościół, przyjmując wiernie wzór Mistrza, wychodził dzisiaj głosić Ewangelię wszystkim ludziom, w każdym miejscu, przy każdej okazji, nie zwlekając, bez niechęci i bez obaw. Radość Ewangelii jest dla całego ludu, nie może z udziału w niej wykluczać nikogo” (Evangelii gaudium, 23). Ewangelia nie jest produktem do konsumpcji, nie mieści się w tej kulturze konsumpcjonizmu

Bylibyśmy jednak w błędzie, postrzegając tę „kulturę” świata współczesnego jedynie jako obojętność wobec małżeństwa i rodziny, jako czysty i prosty egoizm. Czy dzisiejsi ludzie młodzi są beznadziejnie nieśmiali, słabi, niekonsekwentni? Nie wolno nam wpaść w tę pułapkę. Wielu ludzi młodych, w kontekście tej kultury zniechęcenia poddała się formie nieświadomego przyzwolenia, lękają się, ogarnia ich nieświadomy lęk i nie idą za porywami najpiękniejszymi, szlachetnymi i naprawdę koniecznymi. Wielu odkłada małżeństwo, czekając na warunki idealne, kiedy wszystko będzie doskonałe. Tymczasem życie toczy się dalej, nie będąc przeżywanym w pełni. Poznanie bowiem prawdziwych przyjemności życia przychodzi tylko jako owoc długoterminowego, szczodrego zaangażowania inteligencji, entuzjazmu i pasji.

Podczas Kongresu, kilka dni temu, mówiono, że żyjemy w kulturze, która pobudza i przekonuje ludzi młodych, by nie zakładać rodziny, niektórzy z powodu braku środków materialnych, aby to uczynić, a inni, bo mają tak wiele środków i bardzo im z tym wygodnie, a zatem istnieje pokusa by nie zakładać rodziny.

My biskupi, jako pasterze jesteśmy wezwani do zebrania naszych sił i odbudowania entuzjazmu dla czynienia rodzin coraz pełniej zgodnymi z błogosławieństwem Boga, zgodnymi z ich powołaniem! Musimy zaangażować nasze siły nie tyle w powtarzanie problemów otaczającego nas świata i zasług chrześcijaństwa, ale skierowując do ludzi młodych szczerą zachętę, aby byli odważni i zdecydowali się na małżeństwo i rodzinę. W Buenos Aires, wiele kobiet narzekało: „Mam syna 30, 32, 34 – letniego, który się nie żeni i nie wiem, co robić” – „Niech mu Pani już nie prasuje koszul”. Trzeba zachęcić młodych ludzi do podjęcia tego ryzyka, ale jest to ryzyko płodności i życia. Także tutaj również potrzebujemy trochę świętej parezji biskupów. „Dlaczego się nie ożenisz?” – „Tak, mam dziewczynę, ale nie wiemy ..., tak, nie… wspólnie zbieramy pieniądze na wesele”. Święty parezja by im towarzyszyć i pomóc im dojrzewać do zdecydowania się na małżeństwo.

Chrześcijaństwo, które „czyni” niewiele w praktyce, nieustannie „wyjaśniając” swoje nauczanie jest niebezpiecznie niesymetryczne. Powiedziałbym nawet, że tkwi w błędnym kole. Pasterz musi pokazać, że „Ewangelia rodziny” jest naprawdę „dobrą nowiną” w świecie, gdzie troska o siebie zdaje się najwyższą władzą! Nie mówimy o jakimś romantycznym marzeniu: wytrwałość, potrzebna do posiadania rodziny i jej budowania przemienia świat i ludzką historię. To rodziny zmieniają świat i historię.

Pasterz z pogodą ducha, choć namiętnie głosi słowo Boże. Zachęca wiernych, by mierzyli wysoko. Umożliwia swym braciom i siostrom, by usłyszeli i doświadczyli Bożej obietnicy, która może poszerzyć ich doświadczenie macierzyństwa i ojcostwa w perspektywie nowej „zażyłości” z Bogiem (Mk 3, 31-35).

Pasterz czuwa nad marzeniami, życiem i rozwojem swojej owczarni. Ta „czujność” nie jest wynikiem przemawiania, ale pasterzowania. Tylko ten może być czujnym, kto jest zdolny do stania „pośród” owczarni, kto nie boi się pytań, kontaktu, towarzyszenia. Pasterz czuwa przede wszystkim przez modlitwę, wspieranie wiary swojego ludu i wpajając ufność w Panu, w Jego obecność. Pasterz trwa czujnie, pomagając ludziom wnieść swe spojrzenie w chwilach zniechęcenia, frustracji i niepowodzeń. Możemy również zapytać, czy w naszym duszpasterstwie jesteśmy gotowi by „tracić” czas z rodzinami. Czy jesteśmy gotowi, aby być dla nich obecnymi, dzielić ich trudy i radości.

Oczywiście, podstawową cechą stylu życia biskupa jest przede wszystkim życie duchem tej radosnej zażyłości z Bogiem, a następnie szerzenie ekscytującej ewangelicznej owocności, a nade wszystko modlenie się i głoszenie Ewangelii (Dz 6,4). Zawsze przyciągało mój uwagę i uderzyło mnie, kiedy na początku, w Kościele pierwszych wieków helleniści narzekali, że nie zatroszczono się dostatecznie o ich sieroty i wdowy. Oczywiście apostołowie nie mogli z tym sobie poradzić, a zatem zaniedbywali tę troskę. Zgromadzili się i „wymyślili” diakonów, to znaczy Duch Święty natchnął ich, by ustanowili diakonów. A kiedy Piotr ogłaszał decyzję, to wyjaśniał: wybierzemy siedmiu mężczyzn w następujący sposób, aby zajęli się tym problemem. A do nas należą dwie rzeczy: modlitwa i przepowiadanie. Co jest pierwszym dziełem biskupa? Modlić się. Drugim dziełem łączącym się z pierwszym jest przepowiadanie. Pomaga nam ta definicja dogmatyczna. Jeśli się mylę, to kardynał Müller mi pomoże, określając jaka jest rola biskupa. Biskup jest ustanawiany aby był pasterzem, jest pasterzem, ale aby paść przede wszystkim modlitwą i przepowiadaniem, a potem idzie cała reszta, jeśli zostaje jeszcze czas.

Zatem my sami, godząc się na pokorne uczenie się cnót rodzinnych Ludu Bożego staniemy się bardziej jak ojcowie i matki (jak św. Paweł: por. 1 Tes 2, 7.11), a nie jak ludzie, którzy nauczyli się żyć po prostu bez rodziny. Oddalanie się od rodziny prowadzi nas do bycia ludźmi, którzy uczą się bycia bez rodziny, to bardzo okropne. Naszym ideałem nie jest życie bez miłości! Dobry pasterz rezygnuje z miłości rodzinnej właśnie po to, aby skupić wszystkie swoje siły i łaskę swego szczególnego powołania na ewangelicznym błogosławieństwie miłości mężczyzny i kobiety, którzy podejmują Boży plan stworzenia, począwszy od tych, którzy są zagubieni, opuszczeni, zranieni, złamani, poniewierani i pozbawieni swej godności. To całkowite poddanie się agape Boga na pewno nie jest powołaniem, któremu brakuje czułości i miłości! Musimy jednak spojrzeć na Jezusa, aby to zrozumieć (por. Mt 19,12). Misja dobrego pasterza spełniana jest w stylu Boga - i tylko Bóg ją może autoryzować a nie nasze założenie! Naśladuje ona na wszelki sposób i dla wszystkich ludzi miłość Syna do Ojca. Znajduje to odzwierciedlenie w delikatności, z jaką pasterz poświęca się w miłującej trosce o mężczyzn i kobiety naszej rodziny ludzkiej.

W oczach wiary, jest to najcenniejszy znak. Nasza posługa musi pogłębiać przymierze między Kościołem a rodziną. Podkreślam to: przymierze między Kościołem a rodziną. W przeciwnym razie staje się jałowa, a rodzina ludzka będzie z naszej winy coraz bardziej nieodwracalnie oddalona od dawanej przez Boga radosnej dobrej nowiny, i pójdzie do supermarketu mody, żeby kupić produkt, który w danej chwili podoba się jej najbardziej.

Jeśli okażemy się zdolni do wymagającego zadania, by odzwierciedlać Bożą miłość, kultywując nieskończoną cierpliwość i pokój ducha, starając się siać jej ziarno w często krzywe bruzdy, w które mamy rzucać ziarno - bo naprawdę musimy wiele razy siać w krzywe bruzdy - wówczas nawet Samarytanka z pięcioma mężczyznami, którzy nie byli jej mężami odkryje, że jest w stanie dawać świadectwo. A do każdego bogatego młodzieńca, który z bólem odczuwa, że musi na nowo przemyśleć swoje sprawy zejdzie z drzewa starszy celnik, dając czterokrotnie tyle ubogim, o których wcześniej nigdy nie pomyślał.

Bracia, niech Bóg obdarzy nas tym darem odnowionej bliskości między rodziną a Kościołem. Potrzebuje tego rodzina, potrzebuje tego Kościół, potrzebujemy tego, my pasterze. Rodzina jest naszym sprzymierzeńcem, naszym oknem na świat, rodzina jest dowodem nieodwołalnego błogosławieństwa Boga przeznaczonego dla wszystkich dzieci, które w każdym wieku rodzą się w tym trudnym a jednak pięknym stworzeniem, do którego posługiwania powołał nas Bóg! Dziękuję bardzo.

2015-09-29 07:58

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Kard. Dolan: papież okrążył Statuę Wolności i Ellis Island

[ TEMATY ]

Franciszek

kard. Dolan

Franciszek na Kubie i w USA

BostonCatholic / Foter.com / CC BY-ND

Podczas swej niedawnej wizyty w Nowym Jorku papież przeleciał obok Statuty Wolności i Ellis Island - wyspy, na którą przybywali imigranci z innych części świata. Ujawnił to kard. Timothy Dolan w artykule na łamach tabloidu „New York Post”.

Gdy 26 września rano Franciszek leciał helikopterem na lotnisko im. Kennedy’ego, poprosił pilota, by okrążył Statuę Wolności i Ellis Island. - Był wyraźnie poruszony na widok tych dwóch symboli naszego miasta - stwierdził arcybiskup Nowego Jorku, który towarzyszył papieżowi w czasie jego 38-godzinnej wizyty.

Przyznał, że Franciszek przyjechał jako obcy. - Oczywiście my go znaliśmy. Był nazywany „papieżem gwiazdą”, a przez minione dwa i pół roku był prawdopodobnie najbardziej rozpoznawalną osobą na Ziemi. Ale on tak naprawdę nie znał nas. Jego wizyta była okazją do osobistego spotkania z bliska, by ten pasterz mógł poznać swą owczarnię, a owczarnia mogła poznać jego. Uważam, że taki był pierwszorzędny cel tej podróży - być bliżej ludzi, jego ludzi, jak chciałby każdy dobry ksiądz i pasterz - napisał kard. Dolan.

Bardzo ważne były przemówienia papieża w Kongresie, na forum Narodów Zjednoczonych i w Białym Domu, zaś jego wizytę zainspirował udział w Światowym Spotkaniu Rodzin w Filadelfii. - Ale jeżdżąc fiatem ze spotkania na spotkanie, nieustannie zarzucał mnie pytaniami o Nowy Jork i jego mieszkańców. W czasie lotu helikopterem mogłem mu pokazywać: „To jest Staten Island. To jest Brooklyn i Queens. Tam jest New Jersey”. Był zaskoczony liczbą mostów, nad którymi lecieliśmy, ale jako dawny nauczyciel wykorzystał to, by przypomnieć mi, że „Kościół musi być właśnie takim mostem [prowadzącym] do ludzi”. Z mojego siedzenia koło niego we fiacie i papamobile mogłem patrzeć na falę setek tysięcy ludzi i zapewnić go, że naprawdę jest pontifexem, budowniczym mostów - wspomina metropolita nowojorski.

- Gdziekolwiek pojechaliśmy, stawało się jasne, że to, co papież Franciszek mówi i robi brzmi w bardzo osobisty sposób. A jeśli była obecna osoba na wózku inwalidzkim, chory, dziecko, osoba starsza, ktoś, kogo świat mógłby uważać za w jakiś sposób słabego, to papież najpierw do niej podchodził. I nie jest to część strategii wizerunkowej, nikt nie doradzał mu, że byłby to dobry sposób działania. To naturalna część tego, kim jest i ludzie to w nim wyczuwają - zauważył kard. Dolan.

CZYTAJ DALEJ

Dzień Ojca, Dzień Matki, Dzień Brata

Boże Narodzenie jest świętem pokoju

Tak zwani wielcy tego świata toczą właśnie odrażającą walkę o parę chwil ekstazy związanej z władzą nad narodami. A my z pogodą obchodzimy święto, które odnosi nas do wieczności. Śpiewamy właśnie o „dwakroć narodzonym”, chociaż wiemy, że pierwsze narodzenie oznacza coś innego niż to drugie, w tych dniach świętowane. W centrum tego święta jest Matka zajęta pieluchami, ta „błogosławiona między niewiastami”, wyniesiona ponad swój stan. Wpatrujemy się też w heroicznego Józefa, który dziś pospołu z muskularnym aniołem Michałem podtrzymuje ludzką rodzinę w godzinie próby. Ja zaś dziękuję mojej matce za to, że zawsze była w domu, zawsze czekała z obiadem, zawsze się o mnie troszczyła. Ojcu zaś dziękuję za to, że nauczył mnie, co to znaczy być ojcem.
Dwakroć narodzony, „bis genitus”. Ta uroczystość każe nam przeżywać to, czego tak straszliwie brakuje ogłupiałej ludzkości - rodzenie, bolesne wydobywanie z siebie nowego życia. Dwakroć. Najpierw ojcostwo, a potem macierzyństwo. Kiedy tu i ówdzie kładę nacisk na ojcostwo, spotykam się najczęściej z niezrozumieniem. Przesiąknięta rewolucją (a więc i feminizmem) cywilizacja wzmocniła złą polską tradycję, w której silny i kochający ojciec nie jest tak istotną postacią, jaką ja miałem szczęście poznać. Tymczasem właśnie ojcostwo i synostwo jest w samym centrum człowieczego bytu. Można to nazwać - jeśli wola - patriarchalizmem. Jeżeli bez uprzedzeń odczytamy słowo „patriarcha”, czyli „sprawujący ojcowską władzę”, odkryjemy w nim ożywczą siłę pulsującą w sercu Bożego Narodzenia.
Dla wielu horrorem jest sama myśl, że ojciec mógłby naprawdę być głową rodziny, nie mówiąc już o kimś takim, jak ojciec narodu. Jeżeli zaś papieża nazywa się ojcem świętym, to - zapytajmy szczerze - kto naprawdę chce być mu posłuszny we wszystkim? Najpoważniejszy zarzut pod adresem tego niedzisiejszego patriarchalizmu jest dość zaskakujący. Mówią mi tak: „Ty chcesz jakiejś ludzkości uporządkowanej w rodziny pod przewodem ojców. Niech ci będzie. Ale jak chcesz uniknąć starcia między tymi rodzinami, tymi rywalizującymi ojcami?”. Istotnie, bowiem taki konflikt wpisany był w społeczeństwo patriarchalne.
Kochający ojciec gotów jest zabić albo dać się zabić w obronie swoich dzieci. Ojcowie wielkich wspólnot, na przykład dawni królowie, a nawet papieże, z łatwością wdawali się w wojny i wieloletnie spory. Zapewne dawny komendant policji w mojej dzielnicy jakoś to zniósł przed laty, kiedy mu wypomniałem, że jego podwładni uciekają przed kilkoma wyrostkami, a ja sam muszę zadbać o bezpieczeństwo swoich licznych dzieci. Była to klasyczna sytuacja konfliktu. Teraz patrzę na tych chłopców o smutnych oczach, którzy szukają zaczepki, i coraz częściej widzę w nich takie same dzieci, jak te moje, które potrafią, na szczęście z rzadka, tłuc się w domu bez litości, kiedy braterstwo okaże się dla nich wyzwaniem ponad siły. I tak samo zapewne można spojrzeć na starszych chłopców... Z tego spojrzenia wzięła się wielka idea uniwersalnej monarchii, „Christianitas”, pokojowego ładu globalnego, który w niczym nie umniejsza różnorodności narodów, a nawet sprzeczności interesów.
Mając dużo dzieci, łatwiej dostrzec wokół siebie cały ten wielomiliardowy tłum braci (tak podobnych do moich dzieci i do mnie), którzy są gotowi zatłuc się nawzajem o byle co. Odkrywanie ojcostwa jest również odkrywaniem powszechnego braterstwa. Widząc zaskakujące przykłady miłości braterskiej, będę powtarzał, że jest ona możliwa. Jeżeli mogą się kochać bracia zmuszeni do życia w jednym ciasnym pokoju, to sąsiadujące narody też mogą żyć w przyjaźni. Muszą tylko nauczyć się patrzeć na siebie wzajemnie oczami ojca, który kocha wszystkie swoje dzieci i wczuwa się we wszystkie ich racje. Ten Ojciec istnieje. To jest prawdziwy Patriarcha świata.

CZYTAJ DALEJ

35-lecie kościoła w Jagniątkowie

2020-09-28 07:36

Archiwum parafii

Kościół p.w. „Miłosierdzia Bożego” w Jagniątkowie

Kościół p.w. „Miłosierdzia Bożego” w Jagniątkowie

Z kart historii

 Myśl o budowie kościoła w Jagniątkowie powstała w sercu ks.prałata Antoniego Kamińskiego. Był on proboszczem parafii rzymskokatolickiej w Sobieszowie. Wiedział, jak duża liczba ludzi z Jagniątkowa i Michałowic chodzi do sąsiednich kościołów w Sobieszowie, Cieplicach, czy Piechowicach i postanowił wybudować świątynię.

 W 1978 r. ks.Kamiński nabył w Jagniątkowie działkę z budynkiem, z przeznaczeniem na budowę kościoła. Jednak pojawiły się problemy w wyniku, których ks. prałat zmuszony był zrezygnować z tej lokalizacji. W tej sytuacji ks.Antoni zwrócił się do odpowiedzialnego o wielkim sercu i zmyśle organizacyjnym człowieka, ówczesnego dyrektora Karkonoskiego Parku Narodowego Cyryla Jurczyszaka. Ten wskazał inną nieruchomość ze starym budynkiem do rozbiórki, o jeszcze piękniejszej lokalizacji ok.1,5 km poniżej okazałej willi Noblisty Gerharta Hauptmanna. Miejsce to było własnością Państwa Mizgalskich. Po śmierci Jana Mizgalskiego, nieruchomość tą odziedziczyła jego żona Apolonia. Dyrektor Karkonoskiego Parku doprowadził do spotkania proboszcza prałata Antoniego Kamińskiego z Panią Apolonią Mizgalską. Spotkania odbywały się w mieszkaniu Bazylego Jurczyszaka, strażnika w Karkonoskim Parku Narodowym. Na pierwsze spotkanie przybyli tworzący podwaliny pod budowę kościoła w Jagniątkowie: ks. Antoni Kamiński i dyrektor Jurczyszak. Spotkania nie mogły odbywać się na plebani z powodu niedobrego okresu dla Kościoła. Na jednym z tych spotkaniach pani Apolonia Mizgalska wyraziła zgodę na nieodpłatne przekazanie przedmiotowej nieruchomości pod budowę kościoła.

 Dyrektor Jurczyszak był radnym WRN w Jeleniej Górze, a dzięki pełnionym funkcjom i odwadze pomógł w uzyskaniu pozwolenia na budowę kościoła. Do opracowania projektu polecił swojego przyjaciela architekta Antoniego Bila, a do budowy kościoła wskazał wysoko wykwalifikowanych wykonawców. Pomógł również w nabyciu potrzebnego drewna i innych materiałów na budowę kościoła. Wszystkie te akty pomocy świadczone były przez niego nieodpłatnie. Drewno w tym czasie było reglamentowane z utrudnieniami do kupna na budowę kościoła. Zakup był możliwy jedynie na podstawie zleceń wydawanych przez ówczesnego dyrektora OZLP Wrocław Michała Gniewka. Drewno na budowę kościoła zakupione zostało przez księdza proboszcza w Karkonoskim Parku na nazwisko Czesława Wyrwała za jego zgodą. Niedługo po rozpoczęciu budowy, w dniu 28 maja 1980 r. ks. prałat Antoni Kamiński dokonał poświęcenia kamienia węgielnego pod przedmiotowy kościół w Jagniątkowie. Jednak wkrótce po „odwilży” Solidarności przypadał trudny okres dla Kościoła w związku z wprowadzeniem stanu wojennego 13.12.1981 i odwołaniem go w 1984 roku. Lata stanu wojennego pokrywają się z okresem budowy kościoła w Jagniątkowie.

 Wszyscy uczestniczący w budowie kościoła zasłużyli na pamięć, byli to m.im.: emerytowany leśniczy Czesław Wyrwał, p.o. leśniczy Andrzej Wieczorek, pilarz Jan Chodniczak oraz Bazyli Jurczyszak, a przede wszystkim mistrz spawalniczy Józef Szybiński (senior) z synem Józefem Szybińskim, wówczas leśniczym w Karkonoskim Parku, którzy po mistrzowsku wykonali stalową konstrukcję wieży kościoła. Dozór i opiekę nad mieniem sprawowali: w dzień Czesław Wyrwał, a nocą Jan Chodniczak (do lipca 1984 r.). W czasie budowy kościoła do 1983r. ks. prałatowi pomagał ks. wikary Tadeusz Duda, a od czerwca 1984 ks. wikary Marian Matula (ps. „Kubek”), który wykonał największe prace, głównie wykończeniowe i został pierwszym urzędującym proboszczem do 2001r.

 W dniu 4 sierpnia 1985 r. nastąpiło uroczyste poświęcenie kościoła przez biskupa pomocniczego diecezji wrocławskiej Tadeusza Rybaka. Według słów J.E. ks. Henryka kardynała Gulbinowicza Metropolity Wrocławskiego (w latach 1986-2004) kościół p.w. „Miłosierdzia Bożego” w Jagniątkowie jest „perłą w krajobrazie Karkonoszy”.

 W stanie wojennym po wybudowaniu kościoła w Jagniątkowie, Cyryl Jurczyszak współtworzący podwaliny pod budowę kościoła, w najlepszym zawodowym okresie życia, w wieku 47 lat, był niszczony w niewybredny sposób przez władze wojewódzkie PZPR w Jeleniej Górze. Będąc niewygodnym dla nich został zmuszony do odejścia ze stanowiska dyrektora Karkonoskiego Parku. Nie miały znaczenia jego zasługi i bezsporne uratowanie ekosystemów leśnych parku od klęsk żywiołowych, za co otrzymał m.in.order- Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski.

 W wigilię Niepokalanego Serca N.M.P. (7/8 grudnia 1985 r. ) główny budowniczy kościoła w Jagniątkowie ks. Prałat Antoni Kamiński źle się poczuł i został przewieziony do szpitala w Cieplicach, gdzie przebywał od 8 grudnia 1985 r. do 2 stycznia 1986 r., a następnie został przeniesiony do szpitala w Miłkowie, gdzie w dniu 12 stycznia 1986 r. o godz. 16:45 zmarł. Ksiądz Antoni Kamiński był „chodzącą świętością”, uczynną dla ludzi i dzielącą się z potrzebującymi. Podczas budowy mówił, że chciałby osiąść na parafii w Jagniątkowie, przy kościele, który powstał z jego inicjatywy przy udziale dobrych ludzi. Staraniami ks. Kamińskiego w 1973 r. powstał klasztor Zgromadzenia Sióstr Służebnic Jezusa w Eucharystii w Sobieszowie, pomimo inwigilacji ksiądz organizował pielgrzymki, odprawiał Msze św. za ojczyznę, organizował modlitwy w kościele parafialnym po zamachu w intencji papieża. Był dobrym nauczycielem wiary. W dniu 29 czerwca 1986 r. powstała nowa parafia rzymskokatolicka p.w. „Miłosierdzia Bożego” przy ul. Saneczkowej w Jeleniej Górze - Jagniątkowie.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję