Od 2 dni spaceruję z córką po Pradze. To miasto jest piękne niemal bezczelnie. Człowiek co kilka kroków przystaje, zadziera głowę i sprawdza, czy architektura może jeszcze bardziej popisywać się przed przechodniem. A jednak w zachwyt wślizguje się smutek. Czułem go już z tego samego powodu wcześniej w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i Szwecji; teraz zaczyna się mościć także w Polsce – na razie tylko w wielkich miastach i na szczęście wolniej, niż życzyliby sobie twórcy antywartości i ideologii ślepych na prawdę o człowieku. Co to za smutek? To smutek pustych miejsc po dzieciach i młodzieży w kościelnych ławach. Niedawno na Mladifeście w Medjugorie cieszyły mnie dziesiątki tysięcy młodych ludzi: modlących się, śpiewających, klęczących i szukających Boga bez wstydu. W kościele, gdzie od lat czeka na Prażan i turystów Dzieciątko Jezus – w Kościele Matki Bożej Zwycięskiej i św. Antoniego Padewskiego na Malej Stranie – ten cud, który się wydarzył w Medjugorie, nie znalazł nawet najmniejszego odbicia.
Na niedzielnej Mszy św. w całym kościele jedynym dzieckiem było... Dzieciątko Jezus. I właśnie wtedy pytanie, które miało być tylko tytułem, zabrzmiało jak alarm: kto ochrzci nasze wnuki?
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Przerwany nurt
Reklama
W niejednym polskim domu 6-letni wnuk bezbłędnie rozpoznaje logo Netflixa, zamawia jedzenie jakąś apką i wyjaśnia babci, że dziś zamiast „fajny” mówi się „rel”. Nie potrafi natomiast zrobić znaku krzyża. Nie jest złym chłopcem, a jego rodzina nie jest bezbożna. Dziadkowie mają kolana odgniecione od modlitwy, rodzice wzięli ślub kościelny, tylko Bóg gdzieś po drodze został czymś lub kimś zastąpiony, unieważniony, wyproszony za drzwi, za którymi teraz stoi i kołacze. Dlaczego tak się stało?
Rozpocznijmy śledztwo. Gdzie przerwał się „przewód”, którym wiara miała popłynąć z serc dziadków do wnuków? Czy winni są rodzice i księża, internet i szkoła, czy może wnuk wybierający w niedzielę łóżko po nieprzespanej nocy z telefonem? Nie było jednego sprawcy, był długi szereg małych zaniedbań. Bóg nie jest już autorytetem.
Jeszcze niedawno Bóg był najwyższą instancją, nawet jeśli odwoływano się do Niego głównie przed operacją albo egzaminem. Niecała dawna religijność była głęboka. Bywały w niej obecne, jako dominanty, tradycja i nawyk, lęk przed sąsiadami i święty spokój mamy. Człowiek wiedział jednak, że nad jego opinią, nawet najbardziej górnolotną, istnieje prawda, której sam nie ustanowił, bo ona jest odwieczna.
Dziś autorytetem staje się własne odczucie, a jego rzecznikiem – telefon. Prawdziwe jest to, co mi pasuje; dobre – co nie uwiera; mądre – co ma dużo odsłon. Bóg mówiący: „Pójdź za Mną” przegrywa z algorytmem „Uwierz w siebie. Słuchaj siebie. Realizuj siebie. Jesteś za...bisty”. Algorytm żąda nie nawrócenia, tylko kliknięcia.
Nasza wina
Reklama
„Jezus Chrystus nie jest w modzie, bo rogaty jest na fali. My pijemy tu browary. Hary Kriszna, hary, hary” – śpiewał 3 dekady temu Jędrzej Kodym Kodymowski z Apteką. Dlaczego nie Jezus? W czym nie pasuje do dzisiejszych trendsetterów? Popatrzmy, urodził się w stajni, umarł na krzyżu i od początku fatalnie wypadał w badaniach grupy docelowej. Moda zmienia się co sezon, On zaś uparcie mówi o prawdzie, wierności i krzyżu. Nie Ewangelia się zestarzała – to my przestaliśmy pokazywać jej piękno.
Kościół utracił społeczny powab. Część odebrały mu cudze kłamstwa, a niemałą część roztrwoniliśmy sami: skandalami, pychą, urzędowym językiem i obroną instytucji tam, gdzie należało bronić skrzywdzonych. Bywa też, że głosimy Zmartwychwstanie z miną pracownika zakładu pogrzebowego, któremu odwołano urlop. Młody pyta rozsądnie: skoro spotkaliście Boga żywego, dlaczego wyglądacie, jakbyście ponieśli stratę?
Nie widać w polskim Kościele młodego Fultona Sheena, który wszedłby do nowych mediów, rozpalił wyobraźnię i pociągnął miliony. Mamy dokumenty, komisje i osoby odpowiedzialne za osoby odpowiedzialne. Brakuje twarzy łączącej światło, rozum, odwagę i humor. Młodzi czekają na świadka, a często dostają komunikat prasowy. Żaden dokument nie przytulił jeszcze zagubionego człowieka.
Sprawdźmy też domowe „archiwum”. Czy przekazaliśmy dzieciom spotkanie z Chrystusem, czy religijny regulamin? Wiedziały, że trzeba iść do kościoła, lecz czy usłyszały, co Bóg zrobił w naszym życiu? Pilnowaliśmy ich spowiedzi, ale rzadko prosiliśmy je o przebaczenie. Mówiliśmy, że wiara daje szczęście, a przy obiedzie narzekaliśmy nawet na sąsiada, który zaparkował 7 cm za blisko. Dzieci nie są teologami, ale mają świetny wykrywacz sprzeczności.
Co zatem robić?
Reklama
Po pierwsze: mieć radość w spojrzeniu i sercu. Nie chodzi o uśmiech człowieka, który pomylił Ewangelię z reklamą pasty do zębów. Chrześcijańska radość zna ból, lecz wie, że nie ma on ostatniego słowa. Gdy wiara czyni nas kwaśnymi, młodzi wyciągną wniosek: Bóg istnieje, ale najwyraźniej drażni swoich wyznawców. Zanim wnuk zapyta o dogmat, sprawdzi, czy lubi przebywać w naszym świetle.
Po drugie: adresować swoje radości. Powiedzmy czasem: „Bóg był dziś dla mnie dobry”, „dziękuję Mu za ciebie”, „prosiłem Boga o pomoc i przyszła odpowiedź”. Dziecko powinno wiedzieć, do kogo wysyłamy wdzięczność. Mówmy o Opatrzności zwyczajnie, bez robienia cudu z każdego wolnego miejsca parkingowego. Wiara jest wiarygodna, gdy Bóg ma w naszej historii konkretny adres.
Po trzecie: zamiast stale odpowiadać, zacznijmy pytać. Dlaczego słaby ma taką samą godność jak silny? Skąd wywodzi się obowiązek przebaczenia komuś, kto na to nie zasłużył? Czy miłość jest tylko chemią, skoro dochowujemy jej wierności wbrew wygodzie? Co zrobić z winą, której nie można cofnąć? Dlaczego śmierć ukochanej osoby jest skandalem, jeśli jesteśmy chwilowym układem atomów? Świat bez Boga odpowiada długo, lecz rzadko wystarczająco. Nie przesłuchujmy. Rozpalajmy ciekawość.
Po czwarte: umówmy się na randkę z własnym dzieckiem. Niech ojciec zaprosi dorosłą córkę, matka syna, a rodzice każde dziecko osobno – na jedzenie, spacer, koncert. Bez katechetycznej zasadzki między zupą a deserem. Posłuchajmy ich marzeń i lęków. Pokażmy córce, jak powinna być traktowana przez mężczyznę, a synowi – że kobieta nie jest służącą ani trofeum. Aby zapragnęli chrześcijańskiej rodziny, muszą zobaczyć, że miłość jest ucztą, nie przydziałem obowiązków.
Reklama
Po piąte: celebrujmy rocznicę chrztu. Odszukajmy datę, zdjęcia, świecę, zaprośmy chrzestnych. Niech będzie ulubione ciasto, błogosławieństwo i opowieść o dniu, w którym Bóg nazwał dziecko swoim. Świętujemy urodziny, awanse, jubileusze ślubu, a nawet rocznicę kupienia samochodu. Chrzest leży tymczasem w szufladzie jak karta gwarancyjna do wieczności. Czas go stamtąd wyjąć.
Po szóste: odłóżmy religijne „lasso”. Różaniec jest potężną bronią przeciw złu, ale fatalnym sznurem do krępowania wnuka. Szantaż – „przez ciebie umrę ze zmartwienia” – prowadzi nie do kościoła, tylko do unikania telefonu od babci. Nie obrażajmy się, nie wyśmiewajmy pytań, nie udawajmy, że każdy kryzys wiary jest zepsuciem. Czasami bunt jest nieporadną prośbą: „Pokażcie mi coś prawdziwego”.
I wreszcie: nie czekajmy na nowego Sheena. Jedna wiarygodna babcia, jeden pogodny dziadek i jeden dom, w którym ludzie umieją przeprosić, mogą zrobić więcej niż tysiąc konferencji. Módlmy się za dzieci po imieniu, lecz nie próbujmy zastępować Ducha Świętego. On nie panikuje, nie obraża się i nie ma terminu sprawozdania do końca kwartału.
Kto więc ochrzci nasze wnuki? Być może ksiądz, jeśli najpierw ich rodzice znów zapragną Boga. A zapragną Go nie dlatego, że wygramy z nimi kłótnię, lecz dlatego, że zobaczą w nas życie, którego nie da się wyjaśnić samą wygodą. Wiary nie dziedziczy się jak porcelany po prababci. Każde pokolenie musi ją odkryć, jakby odkrywało ogień.
Możemy ten ogień osłonić od wiatru, podać dalej i cierpliwie czekać. Ale najpierw musi być widać, że sami przy nim się grzejemy.
Śródtytuły i lead do tematu numeru pochodzą od redakcji
