Mój tata urodził się na wsi kieleckiej w 1885 r. Kiedy miał 5 lat, cała rodzina zmarła na cholerę. Przeżyli tylko on i jego najstarsza, 17-letnia siostra, która mieszkała w Warszawie. To ona się nim zaopiekowała. Kiedy miał 19 lat, włączył się w bunt przeciwko caratowi. Został złapany i w okrutny sposób potraktowany – był ciągnięty przez konie za ręce po ulicach Warszawy. Brzuch miał całkowicie obdarty ze skóry. Osadzono go w Cytadeli, a potem wywieziono na Sybir. Po 5 latach uciekł i wrócił do Warszawy. Mama z kolei pochodziła z Łodzi. Była młodsza od taty o 15 lat. A poznali się w Brześciu nad Bugiem. Tata był celnikiem, mama nauczycielką w szlacheckiej rodzinie. Pobrali się w 1920 r. w Łodzi, a potem przenieśli się do Częstochowy. Była nas szóstka rodzeństwa: najstarsi trzej bracia, potem my, trzy siostry. Ja byłam najmłodsza.
Wojna
Miałam niespełna 4 lata, gdy wybuchła II wojna światowa. Z jej początków niewiele pamiętam, jedynie to, co opowiedzieli mi rodzice. W pierwszych dniach września cała rodzina uciekła do lasu w okolicach Złotego Potoku. To był Krwawy Poniedziałek. Niemcy strzelali. Zrzucali bomby, mama nakryła mnie sobą, żebym nie zginęła. Wokół nas było pełno zabitych i rannych... (4 września 1939 r. niemieccy żołnierze Wehrmachtu zamordowali w Częstochowie prawie 500 cywilów – Polaków i Żydów, była to jedna z najcięższych zbrodni kampanii wrześniowej – przyp. red.).
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Reklama
Podczas wojny bywało u nas biednie, ojciec chorował, brat uległ wypadkowi. Pamiętam, że w naszej kamienicy mieszkały dwie żydowskie rodziny – jedna z córkami, które moja mama ochrzciła, i druga z synem Zygą. Zostali wywiezieni do getta w Częstochowie. Brat Zdzisław, starszy ode mnie o 14 lat, pracował na hucie Hantkego, był tłumaczem jęz. niemieckiego w biurze, a jednocześnie uczęszczał na tajne komplety. Tam zdał maturę.
Nasz dom był miejscem zbiórek akowców, co dobrze pamiętam. Ponieważ nie chcieli, żebym była świadkiem ich rozmów, mama zabierała mnie do sąsiadów. Na dole z kolei sąsiad produkował zabawki, a potajemnie naprawiał broń, którą akowcy zostawiali w skrzynce na korki elektryczne nad naszymi drzwiami. Kiedy Niemcy dowiedzieli się o działalności moich braci, ciągle nas nachodzili. Szukali zwłaszcza najmłodszego, który był w lesie z Armią Krajową. Kiedyś podczas rewizji zdemolowali mieszkanie, a mnie za kołnierz wyrzucili na korytarz jak psa. Płakałam i bałam się, że znajdą polskie książki i zeszyty ukryte pod łóżkiem, z których brat uczył się na tajne komplety. Te rewizje zdarzały się bardzo często. Bardzo się też bałam o rodzinę akowców, których moja mama litościwie przyjęła do naszego mieszkania – poszukiwanego dowódcę AK z Poznania z żoną i córką (mieli oczywiście lewe dokumenty na zmienione nazwiska). Mieliśmy tylko pokój z kuchnią i przedpokój, spaliśmy na siennikach.
Reklama
Któregoś dnia dostaliśmy straszną wiadomość, że mój brat Leszek nie żyje. Zamówiliśmy za niego Mszę św., chodziliśmy w żałobie. Nagle – na rok przed końcem wojny – moja siostra Zosia zobaczyła go przez okno. Krzyknęła: „Mamusiu, Leszek żyje i idzie do nas!”. Był owrzodzony, zawszony... Ukrywał się potem w piwnicy na drugiej ulicy przez rok. Pamiętam, że razem z nim spędziliśmy Boże Narodzenie, cichutko śpiewaliśmy kolędy. Była nawet choinka ze świeczkami.
Muszę jeszcze wspomnieć o naszym żydowskim sąsiedzie. Zobaczył go kiedyś mój brat Zdzichu, jak wychudzonego i głodnego, razem z grupą innych Żydów, Niemcy prowadzili do pracy na hucie. Od tego czasu moja mama zaczęła przygotowywać dla niego kanapki z tego, co miała. Po jakimś czasie poprosił o ciepłe okrycie. Mieli ich wywieźć do Auschwitz, a on chciał uciec z transportem rur, które produkowane były w hucie. Udało mu się. Dojechał do Austrii.
Dzieciństwo miałam do niczego – płacz, strach, naloty. W 1942 r. poszłam do szkoły, ale nie doznałam tam życzliwości. Jako dziecko rodziny wielodzietnej zawsze byłam odpychana na bok, traktowana okrutnie. Ale myślę, że to trudne dzieciństwo ukształtowało mój charakter.
Po wojnie
W powojennej szkole uczyli nas nawet profesorowie, których tu rzuciła powojenna zawierucha. Jeden z nich, od plastyki, mówi mi kiedyś: „Dziecko, ty musisz iść do liceum, bo masz talent, nie możesz go zmarnować”. Bardzo lubiłam malować. W szkole robiłam dyplomy, malowałam i pisałam życzenia dla nauczycieli. I tak to się zaczęło. W 1948 r. zaczęłam uczęszczać do liceum plastycznego w Częstochowie.
Reklama
Cały czas było ciężko. Ojca zwolnili z pracy. Wtedy mi powiedział: „Dziecko, nie pójdziesz na studia, bo musisz iść do pracy”. Chciałam złożyć dokumenty do Wrocławia na Akademię Sztuk Pięknych. Ale poszłam do pracy, żeby dorobić, pomóc rodzicom. Potem założyłam rodzinę. Urodziłam dwoje dzieci. Pracowałam jako sekretarka i kadrowa w szkole samochodowo-budowlanej, ale cały czas pamiętałam o malowaniu. Mój mąż bardzo mnie wspierał. Przygotowywał mi beltramy, zbijał ramy, gruntował. Dzięki niemu mogłam jeździć w plener. Gdy podczas wspólnej podróży zobaczyłam jakiś piękny widok, zatrzymywaliśmy się, żebym mogła go namalować. A gdy padał deszcz czy śnieg, mąż trzymał nade mną parasol...
Dzisiaj dbają o mnie dzieci i wnuki. Chociaż mieszkają w Kanadzie, to wciąż jesteśmy w bliskim kontakcie. Troszczą się o mnie, jak mogą...>
Pierwsze skojarzenia
Pogodę ducha czerpię z...
...przyrody. Kocham ją ponad wszystko i lubię ją malować. Iść w plener, usiąść i malować. W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, Boże kieruj. Jakoś to się udaje.
Ukształtował mnie...
...mój tata. Miał ogromny talent. Pięknie rzeźbił, potrafił zrobić ze stearyny całą szopkę. Chyba on mnie ukierunkował.
Otwartość na życie czerpię od...
...mamy. U nas w domu zawsze było pełno ludzi. I ja do dzisiaj nie lubię samotności. Mam otwarty dom, otwarte serce. I oddaję je drugim.
Jestem wdzięczna za...
...rodziców. Że w tej biedzie potrafili trzymać rodzinę razem. I dziękuję przede wszystkim Panu Bogu. Że mimo ciężkich chorób, które przeszłam, mogę trwać.
Moja mądrość życiowa:
Być życzliwym dla ludzi i nie żałować nic nikomu. Jeśli masz coś dać, to daj już teraz, a nie później.
Mój autorytet:
Cenię ludzi, którzy coś osiągnęli. Cieszę się razem z nimi.
I przede wszystkim Bóg, Duch Święty, który mnie napełnia. Często mówię: Duchu Święty, oświeć mnie, pomóż, żeby wszystko się poukładało tak, jak trzeba.
Jestem dumna z...
Reklama
...moich dzieci. Są takie dobre i troskliwe, że każdej mamie tego życzę. I z wnuków też jestem dumna.
Często wracam do...
...Kocina niedaleko Częstochowy. Jeździłam tam na wakacje, mam dobre wspomnienia związane z tamtejszą wiejską chatą. I do Puszczy Białowieskiej, gdzie mój brat był nauczycielem w technikum, a ja spędziłam tam młodość.
Moja rada dla młodych ludzi:
Mniej oglądania telewizji, więcej spotkań, żeby było co wspominać. I więcej wzajemnej życzliwości.
Moja rada dla małżonków:
Nie gniewać się na siebie. A jeśli już, to krótko, żeby nie było takiej zawiści i zawziętości. I dbać o siebie nawzajem.
