Reklama

Polska

Wyjście z ciemności - o chrzcie w pierwszych wiekach Kościoła mówi z ks. prof. Józef Naumowicz

O chrzcie w pierwszych wiekach, katechumenacie, chrzcie małych dzieci, konsekwencjach przyjęcia sakramentu przez władców europejskich, w tym Mieszka - mówi w rozmowie z KAI ks. prof. Józef Naumowicz.

[ TEMATY ]

chrzest

Chrzest Polski

Z. P. Cywiński

Alina Petrowa-Wasilewicz, KAI: Nowe życie, przejście z ciemności do światłości - tak w pierwszych wiekach chrześcijaństwa określano chrzest. Jak to wyglądało w praktyce?

Ks. prof. Józef Naumowicz: W pierwszych wiekach chrześcijaństwa chrzczono przede wszystkich dorosłych - osoby, które decydowały się na przyjęcie nowej wiary. Jak wiemy, poza Żydami byli to poganie - Rzymianie, Grecy, przedstawiciele ludów, zamieszkujących Imperium Romanum. Ci dorośli przyjmowali chrześcijaństwo w sposób bardzo dojrzały - decydowali o chrzcie, przyjęciu Chrystusa, rozpoczęciu nowego życia. Chrzest dorosłych był poprzedzony dłuższym przygotowaniem. Nawracający się poganin musiał po pierwsze, poznać chrześcijaństwo i trwało to kilka - kilkanaście lat, po drugie musiał uporządkować swoje życie. Nieraz łączyło się to ze zmianą zawodu, ktoś rzeźbił bóstwa pogańskie czy uprawiał niemoralny zawód, musiał też uporządkować związki i dostosować swoje życie do zasad chrześcijańskich.

- Czas przygotowań nazywano katechumenatem.

- Katechumenatem, czyli słuchaniem katechez, Ewangelii, zasad chrześcijańskich. Katechumenat miał też tzw. bliższe przygotowanie. Jeżeli ktoś czuł, że dojrzał do tego kroku, przychodził na rozmowę do biskupa czy innego duchownego i przed Wielkim Postem wpisywał się na listę tych, którzy na Wielkanoc mają przyjąć chrzest. Przez cały Wielki Post trwały już bardzo intensywne przygotowania, nie tylko katechezy, wykład "Ojcze nasz" i "Credo", czyli wyznania wiary, były przeprowadzane kilkakrotne skrutinia, czyli egzaminy - rozmowy sprawdzające, czy ktoś jest przygotowany, ma odpowiednie wiadomości, dotyczące prawd wiary i moralności. Po aprobacie na Wielkanoc, bo był to najczęstszy termin, kandydat przyjmował chrzest. Były i inne terminy, na Zesłanie Ducha Świętego, a w razie konieczności, chrzczono w zwykłe dni.

- Dlaczego w Wielkanoc?

- Gdyż wiązano ten sakrament ze zmartwychwstaniem, z nowym życiem, jakie zaczynał katechumen. To sakrament wtajemniczenia, nie tylko poznania, ale też wejście w śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa, bo chrzest powoduje śmierć dla grzechu, człowiek oczyszcza się ze wszystkich grzechów i odradza się do nowego życia duchowego, w łączności z Bogiem. W życiu człowieka dokonuje się tajemnica przejścia ze śmierci do życia, naśladując Jezusa.
Ważne w życiu Kościoła pierwszych wieków było to, że jeżeli do wspólnoty wchodziła jakaś liczna grupa ludzi świetnie przygotowanych, świadomych swojego chrześcijaństwa, to takie wspólnoty się odradzały. One nie były tak liczne jak dziś i jeśli otrzymywały zastrzyk potencjału ludzi, to one po ich chrzcie otrzymywały nową dynamikę. Dziś przy różnych okazjach - zwłaszcza Wielkiejnocy, wracamy do tajemnicy chrztu. Ale w pierwszych wiekach świadomość ważności chrztu w życiu wyznawcy Jezusa była o wiele większa niż dzisiaj.

- Dziś powiedzielibyśmy, że było to chrześcijaństwo z wyboru...

- Tak, dlatego, że dorosły decyduje się, przygotowuje, pamięta.

- Nieraz było to połączone z podjęciem ryzyka, bo były okresy spokojne, ale też czasy prześladowań, chrześcijanom groziło męczeństwo.

- Stąd ważność decyzji, godzenie się na dramatyczne konsekwencje, włącznie z utratą życia.
Rzecz jasna, nie było tak, że człowiek po długim przygotowaniu nie popełniał grzechu, ale świadomość decyzji była o wiele większa - pamiętali, jakie były konsekwencje ich wyboru, jakim trzeba być człowiekiem i jakie zobowiązania z tego płyną.

- Kiedy zaczęto chrzcić dzieci, jakie rozumowanie doprowadziło do tego? Nieraz jest to krytykowane, słychać głosy, że "ktoś za mnie zdecydował, ja nie miałem nic do powiedzenia"? Dlaczego Kościół odszedł od chrześcijaństwa z wyboru i przeszedł do chrzczenia małych dzieci.

- Do IV wieku przeważnie chrzczono dorosłych, tych, którzy się nawracają. Po edykcie cesarza Konstantyna w 313 r. chrześcijaństwo zaczęło jeszcze szybciej się rozpowszechniać. Gdy chrzest przyjmował cały dom, tak jak dom Korneliusza w Dziejach Apostolskich, czyli głowa rodziny, jej członkowie, włącznie z niewolnikami, chrzczono także dzieci. Chrześcijańscy rodzice albo chrzczą dzieci, albo już w dzieciństwie zapisują je do katechumenatu i ten katechumenat, czyli przygotowanie do chrztu, trwał całą młodość. I dopiero kiedy przychodził czas decyzji, osoba ta przyjmowała sakrament. Wszyscy wielcy autorzy do IV wieku urodzili się w rodzinach chrześcijańskich lub mieszanych. Matka św. Augustyna, św. Monika, była gorliwą chrześcijanką, ojciec poganinem. Ale gdy synowi groziła śmierć, Monika przygotowała go do chrztu, a gdy odzyskał zdrowie, przełożyła chrzest żeby jako dorosły świadomie go przyjął. I tak się stało.
Bazyli Wielki urodził się w rodzinie gorliwych chrześcijan, ale przyjął chrzest dopiero po studiach, chociaż w czasie studiów chodził do kościoła na liturgię Słowa i mówił, że zna tylko dwie drogi: do kościoła i na uczelnię. Ale nie był ochrzczony. Natomiast w V wieku, sto lat po decyzji Konstantyna, Cesarstwo staje się w większości chrześcijańskie, rodziny stają się chrześcijańskie i teraz rodzina podejmuje decyzję w imieniu dziecka, ale też zobowiązuje się, że doprowadzi je do świadomej wiary.

- Rodzice równocześnie zobowiązują się do wychowania dziecka w odpowiedni sposób, katechumenat przechodzi w ich ręce i robią to we współpracy z Kościołem.

- Tak, i dlatego przed każdym chrztem kieruje się najpierw pytania do rodziców i chrzestnych, czy będą wychowywać dziecko w wierze. To stara tradycja, pochodząca z pierwszych wieków. Tak jak wówczas, gdy przychodził do wspólnoty poganin, ktoś z ochrzczonych musiał za niego poręczyć, wprowadzić. Ta instytucja utrzymała się do dziś, są nimi obecnie rodzice chrzestni i jest to znak, że cała wspólnota jest odpowiedzialna za wprowadzenie dziecka w świat wiary, że bierze ten obowiązek na siebie.

- Jakie były argumenty, by chrzcić małe dzieci, bo chyba nie tylko z powodu wysokiej śmiertelności?

- W końcu IV w., kiedy większość staje się chrześcijańska, biskupi, np. Bazyli Wielki, który przyjął sakrament jako osoba dorosła, nawołuje żeby nie odkładać chrztu i chrzcić jak najwcześniej. Gdyż jest to tak wielki dar, że dziecko powinno otrzymać go jak najwcześniej, by móc ten dar rozwijać w młodości. Dzieciństwo i młodość to czas najlepszy dla formacji i jeśli dziecko otrzyma te dary, gwarantuje mu to lepszy rozwój duchowy, niż gdyby czekało dwadzieścia, trzydzieści lat. Przypomnijmy, że na Wschodzie do dziś utrzymuje się zwyczaj połączenia chrztu i bierzmowania.

- Dlaczego?

- To pierwotna praktyka Kościoła - jeżeli chrzczono dorosłych to i bierzmowano, bo bierzmowanie było wejściem w dojrzałość chrześcijańską. Ktoś mając 30-40 lat był dojrzały. Przy chrzcie stosowano więcej namaszczeń, czyli dodatkowe namaszczenie, które na Zachodzie zostało rozdzielone - w dzieciństwie przyjmuje się chrzest, człowiek staje się dzieckiem Bożym, a gdy osiągnie się dojrzałość fizyczną, emocjonalną, intelektualną, człowiek jeszcze raz przyjmuje namaszczenie i to jest znak przyjęcia Ducha Świętego, czyli świadomego już przyjęcia chrześcijaństwa. To rozdzielenie jest typowe dla Kościoła katolickiego.
Chrzest jest więc darem, który jak najwcześniej należy przyjąć i dzięki niemu rozwijać życie duchowe. Tak jak z pokarmem fizycznym nie czekamy, a podajemy w odpowiednim czasie, podobnie jest z sakramentem chrztu. Podobnie jest z Komunią św. - nie czekamy, aż człowiek osiągnie dojrzałość, udzielamy je ośmio- dziewięcioletniemu dziecku. Chrzest otwiera drogę do innych sakramentów, umożliwia rozwój, gdyż poganin może się jedynie modlić.

- W późniejszych wiekach chrześcijanie, którzy odłączali się od Kościoła katolickiego zarzucali katolikom, że chrzest przyjmują osoby nieświadome doniosłości tego wydarzenia. Jak można odpowiedzieć na ten zarzut?

- Zwrócić uwagę, że tak jak katolicy w tych Kościołach wychowuje się ściśle w duchu zasad wiary i chrzest jest niemal automatycznie przyjmowany. W Kościele powszechnym o nie odkładaniu chrztu na później apelowali pisarze chrześcijańscy argumentując, że z wielkim darem nie należy zwlekać. Zalążek życia Bożego, jaki otrzymujemy w czasie chrztu, ma się w nas rozwijać. Ale gdy upowszechnił się chrzest dzieci, równolegle z tym weszła do praktyki wiernych częsta spowiedź. Od V-VI wieku zanika katechumenat, czyli dłuższe przygotowanie do chrztu, a rozpowszechnia się częsta spowiedź.

- Ale były też nadużycia, związane z chrztem dorosłych. Skoro chrzest gładził grzechy, wielu uznawało, że sobie pożyje byle jak, a potem ochrzci i zapewni sobie niebo. Tak zrobił cesarz Konstantyn Wielki.

- To także zdecydowało o tym żeby chrzcić dzieci. Wiele osób uważało, że w młodości mogą się wyszumieć, a dopiero w podeszłym wieku przyjąć chrzest i rozpocząć wzorowe, bogobojne życie. Ostatecznie zwyciężyła koncepcja, że miłosierny Bóg jest gotów nam wszystko przebaczyć i trzeba podjąć ryzyko i przyjmować chrzest jak najwcześniej.

- Jak starożytni pisarze chrześcijańscy ukazywali chrzest, jakich metafor używali?

- Zachowały się katechezy chrzcielne dwojakiego rodzaju - przygotowujące do chrztu i one dotyczą zasad moralnych i prawd wiary, natomiast po chrzcie przez tydzień już ochrzczeni przychodzili do kościoła, przyjmowali Komunię św. i dopiero wówczas słuchali katechez o samym chrzcie i o Eucharystii. Co miało miejsce w tzw. białym tygodniu i zachowało się do dziś wobec dzieci, które przyjęły I Komunię św. Tych katechez mistagogicznych, a więc wtajemniczających, wprowadzających w sakramenty chrztu i Eucharystii, np. św. Augustyna, św. Ambrożego, zachowało się bardzo dużo i one dopiero ukazują człowiekowi, który przyjął Jezusa, wiarę, bo tylko on może pojąć, choćby intelektualnie, wartość, wagę, tajemnicę chrztu i Eucharystii.
Pisarze zaś czerpali metafory z Pisma Świętego, np. ze św. Pawła, śmierć i zmartwychwstanie. Pamiętajmy, że w pierwszych wiekach dorosłych chrzci się w baptysteriach - budowlach przy kościołach, w których są baseny chrzcielne i katechumeni zanurzali się całkowicie lub częściowo, do kolan czy pasa, a byli nadzy. Wchodzono po schodkach od strony zachodniej i odbywała się ceremonia, nieraz biskup czerpał z wody chrzcielnej i polewał głowę. Po wyjściu z basenu nowo ochrzczony otrzymywał białe szaty i odwracał się na wschód - w kierunku światłości, gdyż Chrystus jest światłem na oświecenie pogan, jak mówi starzec Symeon w swoim kantyku, był porównywany do wschodzącego słońca.
Obmycie, odrodzenie i oświecenie umysłu, to kolejne porównania i tropy. Wszelkie przywracanie wzroku ociemniałym lub uzdrowienie oczu w interpretacji Ojców Kościoła obrazuje chrzest, gdyż człowiek zaczyna więcej widzieć. Światłość, narodzenie, oczyszczenie - to są najczęstsze nazwy, obrazujące wewnętrzną, duchową rzeczywistość. A także wszczepienie młodej oliwnej gałązki w stary pień - tak samo i my jesteśmy wszczepieni w życie Jezusa.

- W tym roku obchodzimy 1050. rocznicę chrztu Mieszka I. Czym był chrzest władcy? Europejscy władcy, począwszy od Franków, po kolei przyjmowali chrzest.

- Władcy państwa Franków jako pierwsi przyjęli chrzest z rąk katolickiego biskupa. Wcześniej, na początku IV w. władca Armenii przyjmuje chrzest i od tego momentu rozpoczyna się proces chrystianizacji kraju. Później Gruzja, Etiopia i Konstantyn - wszyscy są ochrzczeni w pierwszej połowie IV wieku. Konstantyn, choć przyjął sakrament na łożu śmierci, dał jednak najbliższym, rodzinie, dworowi, poddanym, przykład. Prześladowane wcześniej chrześcijaństwo teraz odzyskuje wolność, zaczyna swobodnie działać, rozwijać się. Chrzest władcy daje impuls do upowszechniania chrześcijaństwa. I we wszystkich tych przypadkach nie liczy się, czy Konstantyn Wielki, władcy Armenii, Gruzji czy Etiopii przeprowadzili polityczną kalkulację, ważna była osobista decyzja władcy.

- Historycy najczęściej twierdzą coś odwrotnego - że właśnie były to kalkulacje polityczne, dynastyczne, itd. Ale Mieszko wybrał tego jedynego, najmocniejszego Boga. Zaczynało się więc od nawrócenia władcy.

- Tak, już w średniowieczu Tietmar czy inni historycy piszą, że decydujący był wpływ jego żony, czeskiej księżniczki Dobrawy. Władca Czech zgodził się na małżeństwo córki z władcą pogańskim i warto zwrócić uwagę, że w kontrakcie nie był postawiony warunek, że Mieszko ma się nawrócić. Księżniczka przybyła do Polski w 965 r. i już w Wielkim Poście następnego roku odbył się chrzest jej męża. Przypuszcza się, że jej osobisty wpływ był bardzo mocny. Nawiasem mówiąc, nie znamy jej imienia. Znana jest jako Dobrawa, czyli 'dobra', istnieje interpretacja, że jej imię wiąże się z kolorem włosów - dębowego, lub z jej bardzo mocną, przypominającą dąb, postawą. Niezależnie od szczegółów nie ulega wątpliwości, że państwo Mieszka weszło dzięki temu do pierwszej ligi europejskiej i że stało się to dzięki osobistemu nawróceniu władcy. Wtedy był to gest wielkiej odwagi, on wiedział, że ma przeciwników, że nie wszyscy przyjmą jego decyzję, bo wielu nie zaakceptuje faktu, że wyrzekł się swoich bogów. Był to gest odwagi, za którą szło jego osobiste przekonanie.
Przypomnijmy, że w Polsce niedługo potem nastąpiła reakcja pogańska, w Rzymie Julian Apostata próbuje przywrócić pogaństwo. W wielu krajach, w których władcy przyjmują chrzest, pogaństwo jest na tyle silne, że po 50, nawet 100 latach, następuje reakcja.

- Było to także przeciw establishmentowi...

- Rzeczywiście, to nie była prosta i łatwa decyzja. Jej podjęcie i realizacja musiały wynikać z wewnętrznego przekonania, stąd determinacja wypływająca z osobistego nawrócenia. W przeciwnym razie władca nie potrafiłby przekonać swojego narodu.

- Jakie były najważniejsze konsekwencje dla państw i jednostek płynące z przyjęcia chrześcijaństwa?

- Z Dobrawą przybywają kapłani, ludzie ukształtowani przez kulturę łacińską, którzy zaczynają ewangelizować swoje otoczenie. Wraz z przyjęciem chrześcijaństwa Polska wchodzi w obręb zachodniej kultury łacińskiej, która rozwija się już od wielu wieków, uzyskuje dostęp do tradycji greckiej, rzymskiej i żydowskiej. Wchodzi więc w krąg najstarszych, najwyżej rozwiniętych kultur europejskich. Po drugie - zaczyna czerpać z wartości samego chrześcijaństwa, czyli praw człowieka, wypływających z zasady miłości, przebaczenia, szacunku dla życia, małżeństwa. Małżeństwo uznawane było za święte i nierozerwalne, prawa żon były chronione, mordowanie dziewczynek, nierzadkie w schyłkowym okresie Imperium czy w Skandynawii, było potępione.
To pojęcia całkowite nowatorskie dla ówczesnego świata, choć do dzisiaj walczymy z naszymi grzechami i próbujemy te zasady wprowadzać, ale oni zaczęli. Dostęp do dziedzictwa całego kontynentu oraz ochrona człowieka - to wielki skarb, otrzymany wraz z darem chrztu. I warto przypominać o wielkiej roli kobiet w przyjmowaniu i rozpowszechnianiu chrześcijaństwa. Polski przykład potwierdza, że była nie do przecenienia.

2016-03-10 14:01

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Nieważność chrztu św. i co dalej

2020-09-09 11:43

Niedziela Ogólnopolska 37/2020, str. 59

[ TEMATY ]

chrzest

Adobe.Stock

6 sierpnia Kongregacja Nauki Wiary wypowiedziała się na temat nieważności chrztu świętego udzielanego według formuły: „My ciebie chrzcimy w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”. Konsekwencją noty wyjaśniającej był fakt, iż jeden z księży ze Stanów Zjednoczonych, Matthew Hood, odkrył, gdy oglądał swój chrzest na kasecie wideo, że był ochrzczony według takiej właśnie formuły, i że tym samym jego chrzest jest nieważny. W międzyczasie ks. Hood przyjął inne sakramenty, a w 2017 r. został wyświęcony na prezbitera. Z relacji archidiecezji Detroit wynika, iż ks. Matthew został ponownie ochrzczony oraz przyjął inne sakramenty wraz ze święceniami diakonatu i prezbiteratu, a osoby, które przyjmowały od niego sakramenty, zostały wezwane do kontaktu z archidiecezją i pouczone o nieważności sakramentów (z wyjątkiem sakramentu chrztu świętego, bo do tego, by był on ważny, szafarz nie musi być duchownym ani nawet osobą ochrzczoną).
Jakie są konsekwencje nieważności tego sakramentu?

CZYTAJ DALEJ

Modlitwa – uczenie się swojej wartości

2020-09-18 08:57

[ TEMATY ]

modlitwa

wiara

Adobe.Stock.pl

Końcówka czerwca w tamtych latach zawsze była czasem rado­ści i szaleństwa. Nie potrzeba było wiele, sam fakt, że właśnie zaczynają się wakacje, dla dzieciaka z podstawówki był czymś wyjątkowym. Dni leciały, jeden po drugim, tak samo jak zjadane lody i wypite oranżady, jednak pod koniec wakacji już czegoś brakowało. Brakowało szkolnych kolegów i koleżanek, codziennych rozmów, wygłupów… brakowało spotkania.

Tak właśnie działa człowiek – bez żywej, osobowej relacji traci zapał, radość życia przygasa. Serce człowieka tęskni za osobistą więzią z innymi, do rozmów, spotkania z rodziną, rówieśnikami, z bliskimi, jednak jeszcze bardziej tęskni za jedną szczególną re­lacją. „Niespokojne serce człowieka, póki nie spocznie w Bogu” – św. Augustyn wiedział, co mówi.

Tak samo było w moim życiu. Miałem bliskie relacje z rodziną, znajomymi, jednak ciągle to mi nie wystarczało, pragnąłem czegoś więcej, często szukając tego w niewłaściwych miejscach, takich jak alkohol, imprezowanie, nieczystości, chęć podobania się światu, kibicowski styl życia, pycha, czyli po prostu grzech. Dopiero kiedy pojąłem, że sam Bóg kocha mnie takiego, jaki jestem, że przed Nim nie muszę nikogo udawać, nie muszę błyszczeć czy być na siłę tym, kim nie jestem, zapragnąłem częściej przebywać w Jego obecności.

Dlaczego tak mało się modlimy? Dlaczego ja tak mało się modlę? Dobrze wiem, że to właśnie kontakt ze Stwórcą i rozmowa z Nim daje mi najwięcej wewnętrznej radości, a mimo to tak czę­sto zamiast tego wybieram przewijanie paska na fejsie czy klikanie serduszek na Insta.

Klikam serca na jakimś durnym monitorze zamiast dać swoje serce Bogu, aby On mógł dalej je leczyć, odnawiać i umacniać. Zawsze gdy zrezygnuję z tego całego pędu świata, gdy przełamię lenistwo czy zniechęcenie i usiądę do modlitwy, moje serce odżywa!

Kiedy wkraczam w Bożą obecność, Jego miłość zalewa moje pustki i braki. Modlitwa to żywe spotka­nie z Jezusem, to nie recytowanie jakichś wyuczonych wierszy­ków, ale żywa obecność Pana i Zbawiciela w twoim sercu. Kiedy uświadamiam sobie, że Pan Panów i Król Królów jest teraz ze mną w pomieszczeniu, w którym się modlę, dopiero wtedy moje serce może odetchnąć, już nie muszę się troszczyć o to, co myślą o mnie inni, czy jak wypadam w ich oczach. W Bożej obecności wszystko przestaje mieć znaczenie, liczy się tylko On i MIŁOŚĆ, którą wypełnia mnie do reszty.

Jak trafnie stwierdza Przemysław Babiarz, dziennikarz TVP: „Rzeczywistość przyznania się do Jezusa polega przede wszystkim na osobistej relacji z Nim samym, czyli z naszym Zbawicielem, z Synem Bożym”.

Nasze serca tęsknią za relacją ze Stwórcą i jedynie uświada­miając sobie stałą obecność Boga przy nas, możemy uczyć się swojej nowej tożsamości. Przebywając z Bogiem, zaczniemy pojmować, że On naprawdę za nami szaleje, że Jemu na nas zależy, a dzięki temu nasze poczucie własnej wartości pójdzie w górę.

Może wiele razy w swoim życiu usłyszałeś, że jesteś do niczego, może wszyscy od dzieciństwa wmawiali ci, że nic z ciebie nie będzie. Właśnie dziś, w tej książce, chciałbym powiedzieć ci, że wszystko to były wielkie kłamstwa! Jesteś przecudnym stworzeniem Boga, którego celem jest zjednoczenie z Nim w miłości, masz ogromną wartość, za ciebie Jezusa umarł na krzyżu, nie musisz już zabiegać o względy świata, ponieważ masz względy u Naj­wyższego! Jego miłość jest lustrem, w którym powinniśmy się jak najczęściej przeglądać, dzięki czemu będziemy na nowo uczyć się swojej wartości. Lustrem tej miłości jest właśnie modlitwa, czyli osobiste spotkanie człowieka z Bogiem.

Każdy sam musi nauczyć się modlić. Jak się modlę? Nie wiem. Obecnością. Modlitwą krzyża, jego kontemplacją, bo kto z wiarą kontempluje krzyż, ujrzy w nim potęgę. Tajemnica i moc krzyża wyrażają się w przejściu od śmierci do życia. Krzyż staje się bramą – jak powiada Norwid. Ojciec Joachim Badeni trafnie zauwa­żył, że modlitwy, która najpełniej będzie działać w sercu danego człowieka, każdy musi sam się nauczyć. Fundamentalną kwestią jest zdanie sobie sprawy, że modlitwa to obecność Boga przy nas i w nas.

Wielu z nas podchodzi do modlitwy jak do rozmów transak­cyjnych z poważnym kontrahentem. Daj mi to, a ja zrobię to i to. Nie można traktować modlitwy jak przekupywania czy przy­muszania Boga, aby uczynił nam to, czego pragniemy. Jasne, że możemy i powinniśmy także prosić Pana podczas modlitw o po­trzebne nam rzeczy, ale podchodźmy do tego z przekonaniem, że On najlepiej wie, co nam będzie w danej chwili potrzebne.

"Nie troszczcie się więc zbytnio i nie mówcie: co będziemy jeść? co będziemy pić? czym będziemy się przyodziewać? Bo o to wszystko poganie zabiegają. Przecież Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie. Starajcie się naprzód o królestwo i o Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane. Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy."

(Mt 6,31–34)

Bardzo trafnie ujmuje to Dietrich von Hildebrand w książce Przemienienie w Chrystusie, pisząc: Mówi się często, że modlitwa nie została wysłuchana, jeśli coś, czego się gorąco pragnęło, pomimo wszystkich modlitw nie spełniło się. Otóż jest tylko jedno takie dobro, o którym wiemy, że wszystkie modlitwy o nie zostają wysłuchane: nasze szczęście wieczne. Wszystkie dobra, mogące być naszym udziałem, są temu jednemu dobru podporządkowane; są one tylko dopóty rzeczywistymi dobrami, dopóki mu służą. Czy jakieś konkretne dobro służy temu celowi i w jaki sposób, tego my z absolutną pewnością nigdy nie możemy stwierdzić; to wie jeden tylko Bóg. Nigdy więc nie możemy powiedzieć, że Bóg nie wysłuchał naszej modlitwy; z faktu, że nie nastąpiło to, czego pragniemy, nigdy nie możemy wnioskować, że Bóg odwrócił się od nas i że nasza prośba przeszła niezauważona. Powinniśmy raczej przyjmować, że Bóg wie lepiej niż my, co nam jest przydatne do zbawienia, że właściwa intencja naszej modlitwy, dotycząca naszego prawdziwego szczęścia, w niespełnieniu naszych konkretnych życzeń zostaje właśnie wysłuchana.

Od momentu mojej przemiany życia i rozpoczęcia szukania wszędzie oblicza Pana, pojąłem i doświadczyłem wielkiej potęgi modlitwy, czyli osobistego spotkania z samym Bogiem.

Podczas modlitwy odzyskuję pokój serca, który tak zażarcie chce zabrać mi świat, to podczas modlitwy na nowo każdego dnia uczę się swojej wartości w Jezusie, to dzięki spotkaniu z Bogiem mogę przyjmować uzdrowienie, które On chce mi dawać, zabierając ze mnie światowe myślenie o mnie, a w zamian wlewając w te miejsca swoją miłość, która krok po kroku buduje moją nową toż­samość – tożsamość ukochanego dziecka Boga.

_______________________________

Artykuł zawiera fragmenty z książki Damiana Krawczykowskiego „Selfie smartfonem Boga. Odkryj swoją wartość”, wyd. Święty Wojciech, patronat „Niedzieli”. Zobacz więcej: Zobacz

Wydawnictwo Świętego Wojciecha

CZYTAJ DALEJ

Kard. Krajewski na Mszy za zamordowanego księdza: miłość nigdy nie umiera

2020-09-19 17:08

Piotr Drzewiecki

Papieski jałmużnik reprezentował Ojca Świętego na Mszy w Como w intencji zamordowanego księdza Roberto Malgesiniego, zwanego też „księdzem wykluczonych”. Pieniądze ze zbiórki Franciszek przeznaczył na pomoc dla najbiedniejszych w diecezji.

Obecność na Mszy kard. Konrada Krajewskiego to gest solidarności Ojca Świętego z cierpiącymi z powodu utraty ks. Roberta, 51-letniego wikarego, pracującego w północnych Włoszech z „ludźmi ulicy”. „Papież Franciszek jest razem z nami, jednoczy się w bólu i modlitwie z rodziną zamordowanego. Ksiądz Roberto zmarł, więc teraz żyje. Miłość nigdy nie umiera” – powiedział papieski jałmużnik.

Pieniądze zebrane podczas Mszy oraz ze zbiórki prowadzonej na placach, gdzie transmitowana była Eucharystia, zostaną przeznaczone przez papieża na pomoc dla najuboższych w diecezji, z którymi pracował zamordowany ks. Roberto.

15 września w Como, na placu św. Rocha, ks. Malgesini idąc, jak co dzień, rozdawać posiłki najuboższym, został zaatakowany przez 53-letniego bezdomnego mężczyznę tunezyjskiego pochodzenia. Zmarł na miejscu na skutek odniesionych ran od noża. Morderca sam oddał się w ręce policji.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję