Reklama

Polska

Franciszek na Campus Misericordiae: nie mylmy szczęścia z kanapą!

O paraliżu naszych czasów - "myleniu szczęścia z kanapą", ogołacającym nas z wolności mówił Franciszek podczas sobotniego czuwania na Campus Misericordiae. Papież przestrzegł, przed życiem w uśpieniu, narkotycznym odurzeniu i otępieniu. Podziękował młodym za podzielenie się swoimi świadectwami, mówiąc, że są "żywym znakiem tego, co miłosierdzie chce w nas dokonać". Na wspólnej modlitwie z głową Kościoła zgromadziło się ponad 1,5 uczestników Światowych Dni Młodzieży.

[ TEMATY ]

ŚDM w Krakowie

Franciszek w Polsce

30.07

Mazur/episkopat.pl

Publikujemy treść przemówienia Franciszka podczas czuwania z młodzieżą na Campus Misericordiae:

Drodzy młodzi,

Wspaniale jest być z wami na tym czuwaniu modlitewnym. Na zakończenie swego odważnego i poruszającego świadectwa Rand o coś nas poprosił. Powiedział nam: „Proszę was bardzo, byście modlili się za moją kochaną ojczyznę”. Historia naznaczona wojną, cierpieniem, utratą, kończąca się prośbą o modlitwę. Czy jest coś lepszego niż rozpoczęcie naszego czuwania od modlitwy?

Reklama

Zobacz zdjęcia: Czuwanie w Brzegach

Pochodzimy z różnych stron świata, z różnych kontynentów, krajów, języków, kultur i narodów. Jesteśmy „dziećmi” narodów, które być może spierają się z powodu różnych konfliktów, a nawet wręcz są w stanie wojny. Przybywamy też z krajów, które mogą żyć w „pokoju”, które są wolne od konfliktów wojennych, gdzie wiele rzeczy bolesnych, które dzieją się na świecie, to tylko jakaś część wiadomości i artykułów prasowych. Ale jesteśmy świadomi pewnej rzeczywistości: dla nas tu i teraz, pochodzących z różnych części świata, cierpienie, wojna, którą przeżywa wielu ludzi młodych, nie są już czymś anonimowym, nie są już jakąś informacją prasową, ale mają imię, konkretne oblicze, historię, bliskość. Dziś wojna w Syrii jest bólem i cierpieniem wielu osób, wielu ludzi młodych, jak dzielny Rand, który jest tu między nami i prosi nas o modlitwę za swoją ukochaną ojczyznę.

Istnieją sytuacje, które mogą wydawać się nam odległe, aż do chwili, kiedy w jakiś sposób ich nie dotkniemy. Istnieją rzeczywistości, których nie rozumiemy, ponieważ widzimy je tylko przez jakiś ekran (telefonu komórkowego lub komputera). Ale kiedy nawiązujemy kontakt z życiem, z tymi konkretnymi istnieniami, które nie są już zapośredniczone przez ekrany, wówczas dzieje się coś mocnego, odczuwamy zaproszenie do zaangażowania: „Dość zapomnianych miast”, jak mówi Rand; już nigdy więcej nie może się zdarzyć, aby bracia byli „otoczeni śmiercią i zabójstwami”, czując, że nikt im nie pomoże. Drodzy przyjaciele, zachęcam was do wspólnej modlitwy z powodu cierpienia tak wielu ofiar wojny, abyśmy raz na zawsze mogli zrozumieć, że nic nie usprawiedliwia krwi brata, że nic nie jest bardziej cennego od osoby stojącej obok nas. A w tej prośbie o modlitwę pragnę podziękować także wam, Natalio i Miguelu, bo i wy podzieliliście się z nami swoimi bitwami, swoimi wojnami wewnętrznymi. Przedstawiliście nam swoje zmagania, i co uczyniliście aby je przezwyciężyć. Jesteście żywym znakiem tego, co miłosierdzie chce w nas dokonać.

Teraz nie zabierzemy się do wykrzykiwania przeciw komuś, nie zabierzemy się do kłótni, nie chcemy niszczyć. Nie chcemy pokonać nienawiści większą nienawiścią, przemocy większą przemocą, pokonać terroru większym terrorem. A nasza odpowiedź na ten świat w stanie wojny ma imię: nazywa się przyjaźnią, nazywa się braterstwem, nazywa się komunią, nazywa się rodziną. Świętujemy fakt, że pochodzimy z różnych kultur i łączymy się, żeby się modlić. Niech naszym najlepszym słowem, naszym najlepszym przemówieniem będzie zjednoczenie w modlitwie. Pozostańmy na chwilę w milczeniu i módlmy się; stawiajmy przed Bogiem świadectwa tych przyjaciół, utożsamiajmy się z tymi, dla których „rodzina jest pojęciem nieistniejącym, a dom jedynie miejscem do spania i jedzenia”, lub z tymi, którzy żyją w strachu, przekonani, że ich błędy i grzechy definitywnie ich wykluczyły. Postawmy w Bożej obecności także wasze „wojny”, zmagania, które każdy niesie ze sobą, w swoim sercu.

(MILCZENIE)

Kiedy modliliśmy się, przyszedł mi na myśl obraz apostołów w dniu Pięćdziesiątnicy. Jest to scena, która może nam pomóc w zrozumieniu tego wszystkiego, czego Bóg pragnie dokonać w naszym życiu, w nas i z nami. Tego dnia uczniowie byli zamknięci z obawy. Czuli się zagrożeni ze strony środowiska, które ich prześladowało, które zmuszało ich do pozostawania w małym pomieszczeniu, bezczynnie jakby byli sparaliżowani. Opanował ich lęk. W tym kontekście, stało się coś spektakularnego, coś wielkiego. Przyszedł Duch Święty i języki jakby z ognia spoczęły na każdym z nich, pobudzając ich do przygody, o której nigdy nie marzyli.

Usłyszeliśmy trzy świadectwa; naszymi sercami dotknęliśmy ich historii, ich życia. Widzieliśmy, jak oni, na równi z uczniami, przeżywali podobne chwile, przeszli momenty, w których byli pełni strachu, kiedy wydawało się, że wszystko się zawali. Strach i niepokój, które rodzą się ze świadomości, że wychodząc z domu, człowiek może już nigdy więcej nie zobaczyć swoich bliskich, obawa, że nie będzie się czuł doceniony i kochany, strach, że nie będzie innych szans. Podzielili się z nami tym samym doświadczeniem, jakie było udziałem uczniów, doświadczyli lęku prowadzącego do jedynego miejsca: do zamknięcia. A kiedy strach ukrywa się w zamknięciu, to zawsze idzie w parze ze swoim „bliźniakiem”, paraliżem; poczucie, że jest się sparaliżowanym. Jednym z najgorszych nieszczęść, jakie mogą się przydarzyć w życiu, jest poczucie, że w tym świecie, w naszych miastach, w naszych wspólnotach nie ma już przestrzeni, by wzrastać, marzyć, tworzyć, aby dostrzegać perspektywy, a ostatecznie, aby żyć. Paraliż sprawia, że tracimy smak cieszenia się spotkaniem, przyjaźnią, smak wspólnych marzeń, podążania razem z innymi. Ale jest też w życiu inny, jeszcze bardziej niebezpieczny paraliż, często trudny do rozpoznania, którego uznanie sporo nas kosztuje. Lubię nazywać go paraliżem rodzącym się wówczas, gdy mylimy szczęście z kanapą! Sądzimy, że abyśmy byli szczęśliwi, potrzebujemy dobrej kanapy. Kanapy, która pomoże nam żyć wygodnie, spokojnie, całkiem bezpiecznie. Kanapa – jak te, które są teraz, nowoczesne, łącznie z masażami usypiającymi – które gwarantują godziny spokoju, żeby nas przenieść w świat gier wideo i spędzania wielu godzin przed komputerem. Kanapa na wszelkie typy bólu i strachu. Kanapa sprawiająca, że zostajemy zamknięci w domu, nie trudząc się ani też nie martwiąc. „Kanapaszczęście” jest prawdopodobnie cichym paraliżem, który może nas zniszczyć najbardziej; bo po trochu, nie zdając sobie z tego sprawy, stajemy się ospali, ogłupiali, otumanieni, podczas gdy inni – może bardziej żywi, ale nie lepsi – decydują o naszej przyszłości. Z pewnością dla wielu łatwiej i korzystniej jest mieć młodych ludzi ogłupiałych i otumanionych, mylących szczęście z kanapą; dla wielu okazuje się to wygodniejsze, niż posiadanie młodych bystrych, pragnących odpowiedzieć na marzenie Boga i na wszystkie aspiracje serca.

Prawda jednak jest inna: kochani młodzi, nie przyszliśmy na świat, aby „wegetować”, aby wygodnie spędzić życie, żeby uczynić z życia kanapę, która nas uśpi; przeciwnie, przyszliśmy z innego powodu, aby zostawić ślad. To bardzo smutne, kiedy przechodzimy przez życie nie pozostawiając śladu. A gdy wybieramy wygodę, myląc szczęście z konsumpcją, wówczas cena, którą płacimy, jest bardzo i to bardzo wysoka: tracimy wolność.

Właśnie tutaj mamy do czynienia z wielkim paraliżem, kiedy zaczynamy myśleć, że szczęście jest synonimem wygody, że być szczęśliwym to iść przez życie w uśpieniu albo narkotycznym odurzeniu, że jedynym sposobem, aby być szczęśliwym jest trwanie jakby w otępieniu. To pewne, że narkotyki szkodzą, ale jest wiele innych narkotyków społecznie akceptowanych, które w ostateczności czynią nas bardzo, a przynajmniej bardziej zniewolonymi. Jedne i drugie ogałacają nas z naszego największego dobra: z wolności.

Przyjaciele, Jezus jest Panem ryzyka, tego wychodzenia zawsze „poza”. Jezus nie jest Panem komfortu, bezpieczeństwa i wygody. Aby pójść za Jezusem, trzeba mieć trochę odwagi, trzeba zdecydować się na zamianę kanapy na parę butów, które pomogą ci chodzić po drogach, o jakich ci się nigdy nie śniło, ani nawet o jakich nie pomyślałeś, po drogach, które mogą otworzyć nowe horyzonty, nadających się do zarażania radością, tą radością, która rodzi się z miłości Boga, radością, która pozostawia w twoim sercu każdy gest, każdą postawę miłosierdzia. Pójść na ulice naśladując „szaleństwo” naszego Boga, który uczy nas spotykania Go w głodnym, spragnionym, nagim, chorym, w przyjacielu, który źle skończył, w więźniu, w uchodźcy i w imigrancie, w człowieku bliskim, który jest samotny. Pójść drogami naszego Boga, który zaprasza nas, abyśmy byli aktorami politycznymi, ludźmi myślącymi, animatorami społecznymi. Pobudza nas do myślenia o gospodarce bardziej solidarnej. We wszystkich środowiskach, w jakich jesteście, miłość Boga zachęca nas do niesienia Dobrej Nowiny, czyniąc ze swojego życia dar dla Niego i dla innych.

Możecie mi powiedzieć: Ojcze, ale to nie jest dla wszystkich, to tylko dla wybranych! Tak, a ci wybrani to ci wszyscy, którzy są gotowi dzielić swoje życie z innymi. Podobnie, jak Duch Święty przekształcił serca uczniów w dniu Pięćdziesiątnicy, tak też uczynił z naszymi przyjaciółmi, którzy dzielili się swoimi świadectwami. Miguel, użyję twoich słów: mówiłeś nam, że w dniu, kiedy w „Facenda” powierzono ci odpowiedzialność za pomoc w poprawie funkcjonowania domu, zacząłeś rozumieć, że Bóg czegoś od ciebie chce. W ten sposób rozpoczęła się transformacja. Drodzy przyjaciele, jest to tajemnica, do której doświadczenia jesteśmy powołani wszyscy. Bóg czegoś od ciebie oczekuje, Bóg czegoś od ciebie chce, Bóg czeka na ciebie. Bóg przychodzi, aby złamać nasze zamknięcia, przychodzi, aby otworzyć drzwi naszego życia, naszych wizji, naszych spojrzeń. Bóg przychodzi, aby otworzyć wszystko, co ciebie zamyka. Zaprasza cię, abyś marzył, chce ci pokazać, że świat, w którym jesteś, może być inny. Tak to jest: jeśli nie dasz z siebie tego, co w tobie najlepsze, świat nie będzie inny.

Czasy w których żyjemy nie potrzebują młodych kanapowych, ale młodych ludzi w butach, najlepiej w butach wyczynowych. Akceptują na boisku jedynie czołowych graczy, nie ma na nim miejsca dla rezerwowych. Dzisiejszy świat chce od was, byście byli aktywnymi bohaterami historii, bo życie jest piękne zawsze wtedy, kiedy chcemy je przeżywać, zawsze wtedy, gdy chcemy pozostawić ślad. Historia wymaga dziś od nas, byśmy bronili naszej godności i nie pozwalali, aby inni decydowali o naszej przyszłości. Pan, jak w dniu Pięćdziesiątnicy, chce dokonać jednego z największych cudów, jakiego możemy doświadczyć: sprawić, aby twoje ręce, moje ręce, nasze ręce przekształciły się w znaki pojednania, komunii, tworzenia. Pragnie On twoich rąk, by nadal budować dzisiejszy świat. Chce go budować z tobą.

Powiesz mi: Ojcze, ale mam swoje wielkie ograniczenia, jestem grzesznikiem, co mogę zrobić? Kiedy Pan nas wzywa, nie myśli o tym, kim jesteśmy, kim byliśmy, co zrobiliśmy lub czego nie zrobiliśmy. Wręcz przeciwnie: w chwili, kiedy nas wzywa, patrzy na wszystko, co moglibyśmy zrobić, na całą miłość, jaką jesteśmy w stanie rozsiewać. On zawsze stawia na przyszłość, na jutro. Jezus kieruje cię ku nowym horyzontom. Dlatego, przyjaciele, Jezus dziś ciebie zaprasza, wzywa cię, byś zostawił swój ślad w życiu, ślad, który naznaczyłby historię, który naznaczyłby twoją historię i historię wielu ludzi.

Współczesne życie mówi nam, że bardzo łatwo skupić uwagę na tym, co nas dzieli, na tym, co nas rozłącza jednych od drugich. Chcieliby, byśmy uwierzyli, że zamknąć się w sobie, to najlepszy sposób, by uchronić się od tego, co wyrządza nam zło. Dzisiaj my, dorośli, potrzebujemy was, byście nas nauczyli żyć razem w różnorodności, w dialogu, w dzieleniu wielokulturowości nie jako zagrożenia, lecz jako szansy: miejcie odwagę nauczyć nas, że łatwiej jest budować mosty, niż wznosić mury! A wszyscy razem prosimy, abyście od nas żądali kroczenia drogami braterstwa. Budować mosty: czy wiecie, który z mostów trzeba budować jako pierwszy? Most, który możemy postawić tu i teraz: uścisk dłoni, podać sobie ręce. Odwagi! Zróbcie to teraz, tutaj, ten most podstawowy, i podajcie sobie ręce. To wspaniały most braterski. Oby nauczyli się go stawiać wielcy ludzie tego świata!... ale nie dla zdjęcia, ale by wciąż budować coraz wspanialsze mosty. Oby ten ludzki most był zaczynem wielu innych; będzie trwałym śladem.

Dzisiaj Jezus, który jest drogą, wzywa ciebie do pozostawienia swojego śladu w historii. On, który jest życiem, zachęca ciebie do zostawienia śladu, który wypełni życiem twoją historię, a także dzieje wielu innych ludzi. On, który jest prawdą, zaprasza ciebie do porzucenia dróg separacji, podziału, bezsensu. Czy pójdziesz? Co twoje ręce i nogi odpowiedzą Panu, który jest drogą, prawdą i życiem?

2016-07-30 20:41

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Campus Misericordiae: obchody 3. rocznicy ŚDM

[ TEMATY ]

ŚDM w Krakowie

Fot. screenshot/TVP

Już po raz trzeci mieszkańcy Wieliczki oraz przyjezdni upamiętnią spotkanie papieża Franciszka z młodzieżą z całego świata, które odbyło się na Campus Misericordiae w 2016 r. W wydarzeniu weźmie udział emerytowany metropolita krakowski, kard. Stanisław Dziwisz.

Obchody rozpoczną się w sobotę 27 lipca o godz. 19:00 - w kościele pw. Niepokalanego Serca NMP w Strumianach odprawiona zostanie Eucharystia, po której wyruszy uroczysta pielgrzymka na Campus Misericordiae. Pielgrzymom będzie towarzyszyła figura Matki Bożej Loretańskiej.

- Ta kilkukilometrowa trasa ma pomóc nam przypomnieć sobie te wyjątkowe chwile braterstwa oraz radości wiary sprzed trzech lat, zwłaszcza słowa Ojca Świętego, które kierował tutaj do młodych chrześcijan z całego świata - zapowiada burmistrz Wieliczki, Artur Kozioł.

Następnie, około 21:00 na scenie plenerowej odbędzie się koncert uwielbienia, podczas którego wystąpią Play&Pray oraz Chór Gospel Voice. Na miejscu będzie obecny kard. Stanisław Dziwisz.

Odprawiona zostanie też Droga Krzyżowa. Dopełnieniem sobotniego wieczoru będzie zapalenie świec. - Będzie to symboliczny Płomień dla Młodych z wszystkich kontynentów globu jako podziękowanie za to, że 3 lata temu byli razem z nami i swego rodzaju znak pokoju i jedności - tłumaczy burmistrz.

Przez ostatnie lata na Campus Misericordiae stworzono wyjątkową przestrzenią nie tylko dla turystów, ale także dla lokalnej społeczności - działa tu Domu Miłosierdzia i Dom Chleba, z którego Caritas rozwiózł tony żywności dla ubogich. Jest również park, którego sercem jest kopia Bramy Miłosierdzia, przez którą 30 lipca 2016 r. przeszedł papież Franciszek z młodymi z całego świata rozpoczynając nocne czuwanie podczas ŚDM w Polsce. Cały czas trwa rozbudowa tej przestrzeni.

- Obecnie prowadzone są prace budowlane dotyczące Domu Młodych. Budynek zaprojektowano jako miejsce informacyjno-wspomnieniowe o ŚDM 2016. Powstanie w odpowiedzi na licznie przybywające grupy pielgrzymkowe, które chciałyby w tym miejscu spotkać się i zatrzymać - opisuje Artur Kozioł.

Obchody 3. rocznicy Światowych Dni Młodzieży w Brzegach zakończą się w niedzielę, 28 lipca. O godz. 19.00 na Campus Misericordiae odprawiona zostanie Msza św. polowa z oprawą muzyczną Chóru „Solnego Uwielbienia”, a po niej na scenie plenerowej dla przybyłych wystąpi największa kapela góralska w Polsce "Mała Armia Janosika". Wcześniej będzie można wziąć udział w Festiwalu „Poznajemy Kulturę Europy” z udziałem zespołów z Polski i Grecji.

CZYTAJ DALEJ

Cud z Auschwitz

2020-01-21 09:37

Niedziela Ogólnopolska 4/2020, str. 62-63

[ TEMATY ]

Auschwitz

obóz

Adobe.stock.pl

Stefania i Jan Wernikowie mieszkają w Osieku k. Olkusza. Ich dzieciństwo to tematy na dwa osobne filmy o tragedii Polaków w czasie II wojny światowej

Na czarno-białej fotografii z 1962 r. piękna dziewczyna. Delikatne rysy twarzy, mocne kreski brwi, wyraźne usta. Uroda modelki, twarz z żurnala. I tylko oczy patrzą daleko poza ściany atelier fotografa. To Stefania Piekarz. Ma 18 lat i robi zdjęcie do pierwszego dowodu. Urodziła się w Auschwitz.

Nazywam się Stefania Wernik, po mężu, bo z domu Piekarz. Urodziłam się w piekle, tzn. w Auschwitz. Bóg uczynił cud i przeżyłam. Wiem, że to On mnie ocalił, bo po ludzku nie da się wytłumaczyć tego, co tam się stało. Mama trafiła do obozu, gdy była w drugim miesiącu ciąży. Na początku to ukrywała, ale gdy w sierpniu Niemcy chcieli ją wywieźć do Ravensbrück, współwięźniarka namówiła ją, żeby się przyznała. I mama, już w ciężarówce do transportu, powiedziała. Niemka kazała jej zejść na dół i wrócić do obozu. Wtedy przenieśli ją z baraku 11. do 15., dostawała tam nawet zupę z zabielanej wody, a nie wywar z cuchnącej, zgniłej brukwi – wspomina pani Stefania, która cztery miesiące później przyjdzie na świat. Siedzimy przy rodzinnym stole w domu państwa Werników. Ściany pełne fotografii uśmiechniętych dzieci, wnuków i prawnuków. – Razem jest nas trzydzieścioro czworo – mówi pan Jan, a jego niebieskie oczy, pełne łagodnego spokoju, spotykają mój wzrok.

– Żona zaraz wszystko opowie, ale niech Pani spróbuje babki, to wnuczka upiekła. U nas wszystko robi się razem i dla innych. Jak jednemu dzieje się bieda, to robimy rodzinną naradę i zastanawiamy się, jak pomóc. Rodzina jest najważniejsza. My z żoną już 57 lat jesteśmy razem, a łatwo nie było...

Stukamy talerzykami, brzęczą łyżeczki. Wybieram sypaną kawę z mlekiem, ale słucham i zapominam, że przede mną stoi filiżanka, i beżowy płyn szybko stygnie. Historia, która słowo po słowie kapie z ust pani Stefanii, paraliżuje mnie i tracę smak. Po chwili próbuję ukryć płynące po policzkach łzy. Niepotrzebnie. Pan Jan też ma mokre oczy.

Wyjdziesz przez komin

Był maj 1944 r., Anna Piekarz oczekiwała na narodziny pierwszego dziecka. W wojennej biedzie co rusz czegoś brakowało i – ulegając ciążowej zachciance – wybrała się do rodziców, którzy mieszkali w Osieku k. Olkusza. Z Czubrowic, gdzie mieszkała z mężem, do rodzinnego domu było prawie 10 km, ale pokonywała tę trasę wielokrotnie, więc wyruszyła bez obaw. Tyle że Osiek należał do Rzeszy, a Czubrowice do Generalnej Guberni. By odwiedzić rodziców, Anna musiała przekroczyć granicę. – Złapali ją w czasie obławy na szmuglerki i razem z nimi aresztowano. Mama nic przy sobie nie miała, ale dla Niemców to było bez znaczenia – opowiada pani Stefania. Złapane kobiety zawieźli do Olkusza, stamtąd, po jednodniowym uwięzieniu, pojechały do Auschwitz. Nikt w ciężarówce nie wiedział, że Anna boi się za dwie osoby i drżą w niej ze strachu dwa serca. Kiedy dojechały, na rampie czekała Niemka: „Wiecie, gdzie trafiłyście, zugangi?! Tu jest obóz śmierci! Stąd możecie wyjść tylko przez komin!”. Potem wzięli je do łaźni, ogolili i kazali włożyć pasiaki. – Woda cuchnęła, ubranie było sztywne od brudu, drewniane chodaki raniły gołe stopy i były ciężkie – mówiła mi mama. Ale przecież to był dopiero początek... – pani Stefania zawiesza głos. W dokumentach obozu zapisano: Piekarz Anna, numer 79414, urodzona 13 lipca 1918 r. Do KL Auschwitz przybyła 14 maja 1944 r.

A właściwie: przybyły, bo przecież obie. Maleńka Stefcia, ukryta pod serem mamy, przekroczyła koszmarną bramę z napisem: „Arbeit macht frei” razem z nią.

Nie pytaj, żyj

Zaczęła się dramatyczna walka o przetrwanie. Najpierw szok, potem próba ratowania resztek nadziei. I ciągły lęk o dziecko. – Mama nie chciała mówić o obozie. Byłyśmy tam razem dwa razy, ale niewiele opowiadała. Dopiero niedługo przed śmiercią, gdy traciła kontakt z rzeczywistością, często krzyczała przez sen: że stoi po kolana w wodzie, że oni idą, że strasznie bolą ją nogi, że jest zimno, że on zabierze jej Stefcię... – mówi pani Stefania. – Kto? Kto miał panią zabrać? – ośmielam się zapytać.

– Mengele. Po urodzeniu zabierał mnie na swoje eksperymenty, ale na szczęście niczego nie pamiętam. Mama mówiła, że gdy mnie stamtąd przynosili, to płakałam przez wiele godzin i nikt nie mógł mnie uspokoić – szepcze. Pani Anna miała do końca życia numer wytatuowany na lewej ręce, poniżej łokcia. Stefci wytatuowano numer na udzie, ale teraz pozostał tylko siniak. – Mama bardzo płakała, gdy mnie przynieśli z tym numerem – dodaje. Stefania Piekarz, numer obozowy 89136. Cała dokumentacja dotycząca jej narodzin i pobytu w obozie spłonęła.

Narodziny w piekle

Poród trwał 3 dni. Anna była tak słaba, że nie miała siły rodzić. Żeby przeć i wydać dziecko na świat, trzeba mieć siłę oddychać, napinać mięśnie i walczyć z bólem. A ona nie miała! Trawiona głodem od wielu miesięcy, wychudzona i zziębnięta leżała w obozowym szpitalu. Nie pamiętała, by ktoś przy niej był. Nie pamiętała ani tego, co myślała, ani tego, co czuła. Panicznie bała się, jak każda matka, o los dziecka. Czy się modliła? Co czuła w jednej z najważniejszych chwil w życiu kobiety? Urodzić dziecko w obozie koncentracyjnym i nie oszaleć, nie stracić nadziei, nie rzucić się na druty z bezsilności... „Do maja 1943 r. dzieci urodzone w obozie były w okrutny sposób mordowane: topiono je w beczułce. Po każdym porodzie (...) dochodził do uszu położnic głośny bulgot i długo się niekiedy utrzymujący plusk wody. Wkrótce po tym matka mogła ujrzeć ciało swojego dziecka rzucone przed blok i szarpane przez szczury” – zanotowała w Raporcie położnej z Oświęcimia obozowa położna Stanisława Leszczyńska. Nie było pieluch, środków opatrunkowych, przeciwbólowych ani dezynfekujących. Nie było nawet wody. Stanisława Leszczyńska podaje, że zbierała z kubków niewypite przez więźniarki resztki gorzkich ziół i w tych resztkach obmywała noworodki, a pępowinę odcinała zardzewiałymi nożyczkami.

Z dostępnych dokumentów wiemy, że w obozie Auschwitz-Birkenau urodziło się co najmniej 700 dzieci.

„Zamiast opatrunków miałam brudny koc, który aż trząsł się od wszy. Kobiety suszyły pieluszki na brzuchu lub udach – wieszanie ich w baraku karane było śmiercią”. Co zrobiła po porodzie Anna? – Mama chorowała 2 tygodnie, miała dużo mleka, choć nie wiadomo dlaczego, bo ważyła tylko 28 kg – mówi pani Stefania. – Więźniarki uszyły dla mnie jakieś ubranka z pasiaków. Gdy przyszło wyzwolenie obozu, mama wyniosła mnie, ukrytą w taborecie, który ciągnęła po śniegu, aż do Libiąża, a tam jacyś dobrzy ludzie udzielili nam schronienia. Potem ktoś zawiadomił tatę, ale on nie uwierzył! Wreszcie przyjechał i zabrał nas do domu. Zlecieli się wszyscy z okolicy, jakby jakiś cud się wydarzył... – mówi pani Stefania, a w jej oczach zapala się światło i rozjaśnia mroczne wspomnienia duszy, których nie sposób słuchać, a co dopiero nosić wdrukowane w ciało, serce i duszę. Patrzę na nią – żywy cud z Auschwitz. Leciutko drżą jej usta, a ja już nie wstydzę się płakać.

CZYTAJ DALEJ

Filipiny żegnają kardynała Tagle

2020-01-28 20:31

[ TEMATY ]

kard. Tagle

Filipiny

Paweł Kęska/facebook.com

Podczas uroczystej Mszy w katedrze w Manili Filipińczycy dziękowali za posługę kard. Antonio Tagle w ich kraju. W grudniu ubiegłego roku purpurat został mianowany przez Papieża Franciszka prefektem Kongregacji ds. Ewangelizacji Narodów i przygotowuje się do wyjazdu do Rzymu.

Pod koniec Mszy wszyscy obecni, w geście wyciągniętych rąk, modlili się za hierarchę o błogosławieństwo w nowej misji. „Chroń go w swoich kochających dłoniach, trzymaj za rękę blisko swojego serca, gdy wyrusza z nową misją” – brzmiała modlitwa.

W imieniu archidiecezji za jego posługę w Manili podziękował purpuratowi biskup pomocniczy Broderick Pabillo.

„Nawet gdy byłeś zmęczony po podróży z drugiego końca świata, zawsze miałeś siłę na spotkanie z nami, na chwilę rozmowy, odwiedzałeś nasze rodziny, gdy ktoś zmarł, czy zachorował. Zawsze miałeś dla nas czas” – mówił hierarcha.

„Filipiny ofiarowują Kościołowi powszechnemu najpiękniejszy dar, jaki miały i wręczają go z otwartym sercem” – powiedział abp Gabriele Caccia, nuncjusz apostolski w tym azjatyckim kraju.

Kard. Tagle brał udział w synodach biskupów za pontyfikatu Franciszka oraz był jednym z głównych mówców podczas spotkania w Watykanie dotyczącego nadużyć popełnianych przez duchownych.

Kard. Luis Antonio Tagle Został mianowany nowym prefektem Kongregacji Ewangelizacji Narodów 8 grudnia ubiegłego roku. Zastąpi on na tym stanowisku dotychczasowego prefekta kard. Fernando Filoniego. Purpurat filipiński będzie drugim Azjatą, stojącym na czele tego urzędu, po kard. Ivanie Diasie z Indii (1936-2017), który pełnił to stanowisko w latach 2006-11.

62-letni obecnie kard. Luis Antonio Gokim Tagle, zwany przez najbliższych „Chito”, jest jedną z najciekawszych i najbardziej rozpoznawalnych postaci Kościoła nie tylko w swej ojczyźnie, ale w całej Azji i na świecie. Gdy 24 listopada 2012 r. na ostatnim, jak się później okazało, konsystorzu Benedykta XVI odbierał z jego rąk biret kardynalski, miał 55 lat i był najmłodszym członkiem Kolegium Kardynalskiego.

Święcenia kapłańskie przyjął 27 lutego 1982 r.. Ma za sobą studia na Uniwersytecie Katolickim Ameryki w Waszyngtonie, kształcił się także w Rzymie. W latach 1997-2003 z nominacji św. Jana Pawła II był członkiem Międzynarodowej Komisji Teologicznej.

22 października 2001 r. Ojciec Święty mianował 44-letniego wówczas kapłana biskupem diecezji Imus (sakrę otrzymał 12 grudnia tegoż roku). 13 października 2011 r. Benedykt XVI przeniósł bp. Taglego na stanowisko arcybiskupa Manili, a w rok później, 24 listopada 2012 r., włączył 55-letniego wówczas hierarchę w skład Kolegium Kardynalskiego. W dniach 12-13 marca 2013 r. purpurat filipiński uczestniczył w konklawe, które wybrało Franciszka, przy czym sam uchodził za jednego z najpoważniejszych kandydatów na nowego następcę św. Piotra. Od 14 maja 2015 r. kard. Tagle jest przewodniczącym Caritas Internationalis.

Nowy prefekt watykańskiego urzędu misyjnego przywiązuje dużą wagę do środków przekazu, zwłaszcza do tych najnowszych. Od 2008 r. co tydzień w telewizji ogólnokrajowej głosi rozważania do czytań niedzielnych, zatytułowane „The Word Exposed”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję