Reklama

Polska

Abp Hoser: kobieta po aborcji uzyska przebaczenie

Kobiety, które dokonały aborcji, usłyszą w konfesjonale: "Twoje grzechy zostały odpuszczone", a uzyskanie rozgrzeszenia jest bardziej dostępne w Roku Miłosierdzia, bo każdy spowiednik ma prawo uwolnić od tego - stwierdza w wywiadzie dla KAI abp Henryk Hoser. Biskup warszawsko-praski przypomina o swoistym last minute dla spowiadających się, gdyż Jubileusz Miłosierdzia dobiega końca. Charakteryzuje też polskie sumienia, mówi o sekularyzacji z jednej i pogłębieniu wiary z drugiej strony, przeciwnych tendencjach, które można zaobserwować dziś w Polsce.

[ TEMATY ]

wywiad

abp Henryk Hoser

Artur Stelmasiak

Alina Petrowa-Wasilewicz, KAI: Zna ks. Arcybiskup różne narody - Polaków, Francuzów, Włochów, Afrykanów. Czy istnieje jakaś narodowa specyfika, czy można w ogóle ułożyć jakąś "mapę grzechu"?

- Grzech jest efektem uszkodzonej przez grzech pierworodny natury ludzkiej, jest uniwersalny. Na przykład potrójna pożądliwość: ciała, oczu i pychy żywota jest cechą całej ludzkości, występuje we wszystkich krajach i szerokościach geograficznych, podobnie jak siedem grzechów głównych. Jednak niewątpliwie pewne kraje mają specyfikę grzeszności, wynikającą z ich kultury zbiorowej, narodowej. Pewne ludy i narody mają większe skłonności do określonych grzechów, gdyż rozmaite zachowania uwarunkowane są historycznie i bez spojrzenia na historię tych krajów trudno dojść do wiążących wniosków.
Bez wątpienia eugenika, związana z płcią, mordowanie nienarodzonych dziewczynek - to cecha azjatycka, występuje w Indiach i Chinach. Rodzice chcą mieć synów, dziewczynki są mordowane. W efekcie doprowadziło to do braku demograficznej równowagi między płciami, już występują ogromne niedobory kobiet w pokoleniu, w którym zaczęto stosować zabójstwa prenatalne kobiet.
Podobnie z korupcją - jest zjawiskiem powszechnym, ale znacznie potężniejszym w państwach, które są słabe. Wiele z nich są głównymi inspiratorami korupcji, co prof. Michel Schooyans nazwał kleptokracją, czyli rządami złodziei, którzy żyją okradając swoich obywateli.
Ale w zglobalizowanym świecie grzechy też się globalizują. Na przykład Afryka miała i ma do dziś ogromny szacunek do życia, dzietność jest tam najwyższa, gdyż dziecko uważane jest za najwyższe dobro, jakie jest dostępne dla każdego małżeństwa i rodziny, a człowiek uważa, że realizuje się przekazując życie. Ale pod wpływem globalnej, konsumpcyjnej kultury, która dociera także na Czarny Kontynent, następuje relatywizacja życia ludzkiego i problemy i procesy, które zachodzą w krajach technicznie rozwiniętych, zaczynają przenikać do krajów afrykańskich poprzez media, narzucanie wzorców, programy antynatalistyczne organizacji międzynarodowych, uzależniających pomoc ekonomiczną od wprowadzenia aborcji i rozprowadzania środków antykoncepcyjnych.

- Mówi ks. Arcybiskup o globalizacji grzechu. Czy dotyczy to także sumień? Badania wykazują, że wiara w krajach zachodnich jeśli się ostała, jest coraz bardziej wybiórcza i synkretyczna. W Polsce kilka procent katolików wierzy w reinkarnację i w to, że zwierzęta mają duszę, itd. Wierzą na swój sposób, w praktyce są heretykami. W wielu miejscach na Zachodzie zanika spowiedź indywidualna. Czy w Polsce też zanika poczucie grzeszności?

- Na tle Europy Polska jest wyjątkowa - cechuje się jednak tym, że wierni masowo się spowiadają, są kolejki do konfesjonałów, a spowiedź jest dostępna w każdym kościele na każdej Mszy św. Nie widziałem, aby tak działo się w innych krajach i by tylu ludzi przystępowało do sakramentu pokuty. I to jest szkoła sumienia, gdyż w spowiedzi do głosu dochodzi sumienie, które nie jest stanem emocjonalnym, afektywnym, tylko jest sądem rozumu, oceniającym akt ludzki od strony jego wartości moralnej. O moralności zaś można mówić tam, gdzie jest norma moralna. Gdzie jest zanik normy moralnej, zbiorowość przeistacza się w społeczeństwo amoralne, które nie ma tych odniesień, jednostce pozostają jedynie regulacje prawne, zewnętrzne. A przecież moralność dotyczy najgłębszego wnętrza człowieka, trzeba kształtować i wychowywać sumienie, jeśli tego nie ma, ludzie tracą świadomość dobra i zła, nie potrafią wskazać granicy między dobrem i złem, następuje atrofia, zanik sumienia. W związku z tym osoba pozbawiona dobrze ukształtowanego sumienia traci orientację życiową. To się dzieje, więc coraz więcej ludzi opiera się na etyce sytuacyjnej, która coraz bardziej jest etyką emocji, sentymentów, uczuć, a nie rozumowym podejściem do oceny swych czynów. W tym tkwi jej słabość, gdyż dominuje subiektywizm, będący jednocześnie autonomiczną normą. Człowiek sam sobie kleci normy moralne. Słyszymy często frazę: Bo ja uważam, że to nie jest grzech. I jest to daleko idąca prywatyzacja moralności, która prowadzi do zaniku wyostrzonego sumienia i jednoznacznego sądu i tworzenia własnej moralności, przykrojonej do swojej sytuacji życiowej.

- Czy ta tendencja obecna jest także w Polsce?

- Ta tendencja jest dostrzegalna, ona narasta, w związku z tym naszym, duszpasterzy obowiązkiem, jest przypominanie imponderabiliów, które są ponadczasowe i ponadprzestrzenne, powszechnie obowiązujące, bo wynikają z ludzkiej natury, oświeconej Objawieniem Bożym. Pan Bóg dał nam Dekalog, który jest pierwszą kartą praw i obowiązków człowieka. Jest jednocześnie wyrazem prawa naturalnego, uniwersalnego. Proszę zauważyć, że dziś neguje się istnienie specyficznej ludzkiej natury, a w związku z tym istnienie prawa naturalnego. Brak świadomości istnienia prawa naturalnego skutkuje zaś tym, że nie mamy dla ludzkości wspólnego mianownika. Wszystkie powszechne prawa człowieka, Deklaracja Praw Człowieka z 1948 r., była oparta na prawie naturalnym, nie miała uprzednich aktów prawnych poza Dekalogiem. Sformułowana po okropnościach II wojny światowej, dziś właściwie nie obowiązuje. Stwierdzenie, że każdy człowiek ma prawo do życia dziś nie obowiązuje.

- Kościół ma potężnego "konkurenta", który jest antywychowawcą i zniekształca sumienia. Media, kulturę masową.

- I posługują się nimi grupy, które prowadzą do destrukcji rodzaju ludzkiego, są dla niego śmiercionośne.

- Z jednej strony w Polsce wierni ustawiają się do konfesjonałów, z drugiej - obserwujemy wypłukiwanie z kultury chrześcijańskich wartości.

- Sytuacja jest labilna. Zwiększa się liczba katolików świadomych, głęboko żyjących wiarą, którzy wierzą w sposób integralny, praktykują. Z drugiej strony nasila się proces sekularyzacji, zwłaszcza młodzieży, co ludzi bardzo różnicuje. Katolicyzm nie jest już powszechnym, spajającym etosem całej zbiorowości. Wiara, zwłaszcza katolicka, była elementem tożsamości polskiego społeczeństwa i narodu, kiedy nie istniało państwo polskie, odniesieniem identyfikacyjnym tożsamości była wiara, przynależność do Kościoła. Dziś te więzy się osłabiają, ale jest coraz więcej ludzi, żyjących świadomie swoją wiarą, kierujących się nią w wyborach życiowych. I mimo powolnego spadku domincantes, obserwujemy regularny wzrost comunicantes, wzrost wiary głębokiej, ludzie traktują Komunię św. jako Komunię z Bogiem. Pod tym względem Polska jest wyjątkowa i wzrost comunicantes jest zjawiskiem, które daje nadzieję.
Dziś ludzie w rozmodlonych parafiach świadomie się modlą i są bardzo aktywni w czasie liturgii. W odróżnieniu od ślubów czy pogrzebów, w których uczestniczą osoby niepraktykujące, którzy milczą. Gdyż nie znają tekstu Mszy św., nie potrafią odpowiedzieć na wezwania liturgiczne celebransa. W mojej diecezji obserwuję niebywały wzrost modlitwy różańcowej, Żywego Różańca, który został wprowadzony przez Służebnicę Bożą Paulinę Jaricot jako element rozkrzewienia wiary. Lawinowo wzrasta liczba Kół Żywego Różańca, także kół środowiskowych - ojców, matek, rodziców. Szerzy się kult Bożego Miłosierdzia i ruch pielgrzymkowy. Nie wiem, czy jest wiele krajów, w których wierni tak masowo pielgrzymują. KAI: Gdy mówimy o specyficznych grzechach w Polsce, szczególne miejsce zajmuje aborcja. Szacuje się, że od 1956 r. zostało zabitych kilkadziesiąt milionów dzieci, niektórzy twierdzą, że było ich nawet do 800 tys. rocznie.

- To ogromna liczba, to także kilka milionów kobiet i mężczyzn, dotkniętych tym nieszczęściem. Ten proceder trwa i przechodzi z pokolenia na pokolenie, zaczęło go uprawiać pokolenie babć i dziadków, nieraz to są ludzie, namawiający młodych do aborcji, gdyż sami aborcji dokonali. To solidarność w złem. Można odnieść wrażenie, że wiele uczestników obecnych protestów przeciw rozszerzeniu ochrony życia nienarodzonych mają za sobą doświadczenie aborcji. Stąd ich agresja, determinacja w walce i stosowanie wszystkich technik usypiania sumienia i zakłamywania, czym ten fakt jest. Ale największym zakłamaniem jest twierdzenie, że to prawo kobiety z pominięciem prawdy, że mamy tu do czynienia z konfliktem dwóch odrębnych bytów ludzkich. Dziecko w łonie matki nie jest już jej własnością. To odrębny byt, który ma własny program genetyczny, według którego rozwija się i wzrasta, więc to nie jest tylko sprawa kobiety. Rewindykacja "Mój brzuch należy do mnie" jest fałszem. Brzuch, owszem, należy, do kobiety, ale dziecko w tym brzuchem już nie, ono nie jest jej niewolnikiem, a podmiotem, któremu przynależą konkretne prawa. A podstawowym prawem jest prawo do życia. Gwarantuje je konstytucja, jest to więc sprawa uniwersalna, a nie zabobon, szerzony przez Kościół.

- Zwróćmy uwagę na relatywizację życia ludzkiego ze względu na jego wielkość, wiek, jakość - powoduje to mechanizm równi pochyłej, gdzie arbitralnie określa się, kto ma prawo do życia, a kto go nie ma. Wówczas w ogóle ludzkie życie jest deprecjonowane, gdyż łatwiej skazać na śmierć ludzi kalekich, oznacza to przyzwolenie na eutanazję oraz samobójstwa, skoro każdy ma prawo dysponować sobą i słabszym, czy odebrać sobie życie.

- W mediach wciąż spotykamy podobne deprecjonowanie życia. Mówi się, że dziecko jest "galaretą", "zlepkiem komórek", itd. Z drugiej strony słyszymy osoby, które przyznają się do dokonania aborcji. Co może zrobić przeciętny katolik w tej sytuacji?

- To już ostatnie dni, w trakcie których można uzyskać uwolnienie od tego straszliwego grzechu, gdyż trwa jeszcze Jubileusz Miłosierdzia. Aborcja jest obarczona karą ekskomuniki i dlatego spowiednik musi mieć specjalne uprawnienia, żeby od tej straszliwej kary uwolnić. Ale w Roku Miłosierdzia źródła miłosierdzia są jeszcze szerzej otwarte i należy z tego skorzystać. To kwestia łaski uwierzenia, że Bóg jest miłosierdziem i przebacza nam grzechy. A jednocześnie uzdrawia. Przebaczenie jest już uzdrowieniem, postawieniem kogoś do pionu. "Idź, ja cię nie potępiam, ale nie grzesz więcej". - Tak powiedział Pan Jezus cudzołożnej kobiecie. A za cudzołóstwo w prawie Starego Testamentu groziło ukamieniowanie. To wyzwolenie, ogromna zmiana życiowa, gdyż ten grzech już nie ciąży. A grzech odpuszczony już nie istnieje, choć pozostają jego konsekwencje, choć i one są przedmiotem Miłosierdzia Bożego. Mamy odpusty, które są odpuszczeniem kary doczesnej i mają też ewidentny charakter terapeutyczny. Efekt uboczny, nie cel. Odpust to jest uwolnienie od dolegliwości konsekwencji grzechów, które trwają nawet gdy wina jest odpuszczona i penitent jest uniewinniony. Jego czyn jest nieodwracalny, ale jego konsekwencje mogą być zmniejszone.

- Jest wiele katoliczek, które dokonały aborcji. Jak je przekonać, że Miłosierdzie Boże nie ma granic? Jezus zapewniał św. Faustynę, że każdy grzech odpuści, jeśli człowiek zwróci się do Niego w pokorze i skrusze.

- To tajemnica wiary, bo bez wiary nikt nie zwróci się do Boga o przebaczenie grzechów.

- Może mieć fałszywy obraz Boga.

- Ale to grzech przeciw Duchowi Świętemu, gdy ktoś neguje możliwość przebaczenia grzechów.

- Co może ośmielić te kobiety do takiej spowiedzi? Modlitwa w tej intencji? Argumenty?

- Ostre dyskusje nic nie dadzą. Choć istotne jest rozumowe wskazywanie argumentów obrońców życia. Kłótnie do niczego nie doprowadzą, mamy bardzo gorącą temperaturę dyskusji, gdyż jest to najostrzejsza walka - między życiem i śmiercią. Między duchem, który ożywia i duchem, który zabija. Dlatego ta walka jest tak radykalna. Trzeba po prostu ciągle przypominać o możliwości uzyskania przebaczenia. Ale aby je uzyskać, trzeba otworzyć się na Boże Miłosierdzie. A to wymaga pokory i prawdy. Człowiek musi uznać swój grzech, biedę i prawdę o sobie. I to jest bardzo trudne dla wielu. Stąd tendencja do wciągania w orbitę własnego grzechu coraz większej liczby ludzi. Manifestacje publiczne, obnoszenie się z tym, że ktoś tego dokonał, to samousprawiedliwienie i wciąganie w orbitę grzechu, swoista "absolucja", uspakajanie sumień.
Trzeba też wciąż przypominać, że trzeba wziąć odpowiedzialność za poczęcie człowieka Nie myśli się o niej, o okolicznościach poczęcia. I tu jest jeden wielki dramat - mężczyźni nie są odpowiedzialni za swoje dziecko.

- Ponieważ wiedzą, że odpowiedzialność z nich zdejmie antykoncepcja, jeśli zawiedzie - aborcja, ostatecznie kobieta będzie samotną matką.

- Pozostaną niedojrzałymi chłopcami. Są psychologowie, psychiatrzy, którzy mówili mi, że gdyby kobieta wiedziała, że za tym dzieckiem stoi jego ojciec, który chce tego dziecka, narodzin, a nie jego śmierci, kobieta nie poddałaby się aborcji. Rola ojca jest kluczowa, dlatego biskupi wypowiedzieli się, że nie są za karaniem kobiet, a aborterów, którzy zawodowo odbierają życie - namawiając lub przyczyniając się do aborcji. Należy też docierać do kobiet z informacją z podstawową wiedzą biologiczną, wynikającą z genetyki i embriologii, która nie jest szeroko znana ludziom.

- Co z kobietami i ojcami dzieci, które zostały poddane aborcji? Są coraz starsze, podsumowują swoje życie?

- Niech proszą o łaskę wiary w Boże przebaczenie, usłyszenia "Twoje grzechy są odpuszczone". Powinni, kobieta i mężczyzna, pójść do konfesjonału bez lęku, gdyż w konfesjonale oskarżycielem jest penitent, a nie ksiądz. Penitent wymienia swoje grzechy, a ksiądz może nawet stać się adwokatem takiego człowieka, oczywiście nie bagatelizować czynu, ale pomóc zrozumieć, stanąć w prawdzie. Dodać otuchy, zapewnić, że z tego można wyjść, być Boskim lekarzem. Ale jeśli pacjent nie przyjdzie do lekarza i nie powie, na co choruje, to lekarz go nie uleczy.

- Obecny czas, końcówka Jubileuszu Miłosierdzia to takie "last minute", gdyż wszyscy księża dostali uprawnienia odpuszczania tego grzechu?

- Tak, obecnie jest to łatwiejsze. Ale w każdej diecezji także później, po zakończeniu Jubileuszu, są specjalni penitencjarze, którzy taki grzech odpuszczą.

- Wróciła dyskusja o prawie, chroniącym życie. Czy budzą się sumienia, czy jest to efekt rozwoju wiedzy i etapie prenatalnym człowieka?

- Obserwujemy sprzeciw młodych ludzi wobec aborcji, narastający w miarę rozwoju nauki. Odwrót młodego pokolenia od tendencji aborcyjnych jest związany m.in. z ultrasonografią. Ludzie widzą, że to nie "zlepek komórek", czy "galareta", bo w bardzo wczesnych okresach ciąży widać już konkretny zarys człowieka. A ci, co się starają o dziecko na inne sposoby niż naturalny, też widzą, że wszystko zaczyna się w chwili zapłodnienia, że od tego momentu "mają dziecko". I wówczas zmienia się perspektywa, jest inna ocena tego, co jest deprecjonowane w chwili, gdy mamy do czynienia z tzw. ciążą niechcianą.
Musimy nazwać rzeczy po imieniu. Jeżeli mówimy o dziecku kalekim w stanie prenatalnym, odwołujemy się do postawy wobec osób niepełnosprawnych. Mnie zaszokowało, że organizatorka strajku Czarny Protest mówi w wywiadzie, że opiekuje się niepełnosprawnymi. Z drugiej strony chce, aby te osoby były zabijane w okresie prenatalnym. Zabijane są dzieci, które nie mają nawet wad letalnych. Przecież zespół Downa czy Turnera nie są zespołem letalnym, nie powodują śmierci. Są studentki z tymi zespołami, które kończą medycynę.
Co do dziecka, poczętego z gwałtu. Trzeba pamiętać, że dziecko nie jest gwałcicielem, a jest karane śmiercią za to, że poczęło się w dramatycznych okolicznościach. Dla kobiety jest to straszny szok, ale dziecko nie jest winne, ono zaistniało i matka powinna pozwolić mu żyć, może je przecież oddać do adopcji.

- Budzenie sumień kosztuje. Obrońcy życia są atakowani, we Francji powstał projekt zamykania stron internetowych, poświęconych obronie życia.

- To jest właściwie totalitaryzm typu hitlerowskiego. Francja uległa terrorowi poprawności politycznej, której my nie mamy. I nie będziemy mieli, dałby Bóg. Nie tylko kolejki do konfesjonałów się ustawiają, jest coraz więcej modlitwy i konkretnego zaangażowania. Nie tylko w naszej diecezji, coraz częściej w kościołach praktykowane jest całodzienne wystawienie Najświętszego Sakramentu. W naszej katedrze jest kaplica adoracji i jest ona pełna od rana do wieczora. To daje nadzieję.

2016-10-04 15:10

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Szumowski: ponowne zamknięcie Polaków w domach raczej niemożliwe; obecnie epidemia wygasa (wywiad)

Ponowne zamknięcie Polaków w domach, ograniczenie ich aktywności zawodowej i społecznej jest raczej niemożliwe - powiedział w rozmowie z PAP minister zdrowia Łukasz Szumowski. Dodał, że w tej chwili jesteśmy na etapie wygaszania epidemii.

Minister zdrowia przyznał, że w tej chwili epidemia w wielu województwach jest "w formie szczątkowej". W niektórych diagnozuje się dziennie tylko pojedyncze zachorowania na COVID-19, a ich łączna dobowa liczba spadła poniżej 300. Nie można jednak założyć, że to już koniec. Niewykluczone, że dojdzie do wzrostu zachorowań jesienią, ale sytuacja wtedy będzie inna, bo przetarto już pewne ścieżki, wyprowadzono mechanizmy, działania, by skuteczniej przeciwdziałać jego rozprzestrzenianiu. Ponadto "nauczyliśmy się" żyć z tym wirusem, choć nadal do końca nie został on poznany.

Natomiast w kontekście wypełnienia jednego z dwóch możliwych scenariuszy, dotyczących niedzielnego głosowania na prezydenta, minister Szumowski stwierdził, że wybór prezydenta stolicy Rafała Trzaskowskiego wiąże się z niewiadomą, jeśli chodzi o politykę zdrowotną, bo jego program, to "puste obietnice". Z kolei prezydent Andrzej Duda w ciągu swojej prezydentury podejmował inicjatywy ustawodawcze w wielu kwestiach zdrowotnych.

PAP: Jesteśmy już na ostatniej prostej, jeśli chodzi o wybory. Możemy zatem "pogdybać". Realne są dwa scenariusze. Czego możemy spodziewać się w kontekście polityki zdrowotnej, gdyby doszło do reelekcji prezydenta Dudy, a czego, gdyby w pałacu prezydenckim pojawił się Rafał Trzaskowski?

Ł.Sz.: Trzeba zaznaczyć, że Rafał Trzaskowski był członkiem rządu Platformy Obywatelskiej i wówczas nie zabierał za bardzo głosu na temat nakładów na ochronę zdrowia, a przecież rząd jednak jest ciałem kolegialnym. Przez osiem lat rządów PO-PSL była tu stagnacja. Nakłady, jeżeli rosły to w bardzo ograniczonym zakresie. Dlaczego przez osiem lat ich rządów nie uchwalono takiej ustawy jak „ustawa 6 proc.”? Przypominam, że za rządów Zjednoczonej Prawicy i prezydentury Andrzeja Dudy taka ustawa powstała. Tylko do ubiegłego roku nakłady na ochronę zdrowia wzrosły o 30 mld zł. Na samą onkologię do 7,3 mld zł w 2019 roku z 4,9 mld zł z 2015 roku. Liczba refundowanych leków w leczeniu raka piersi zwiększyła się z dwóch do jedenastu. Dlaczego pan Trzaskowski będąc ministrem administracji i cyfryzacji nie zdecydował się wprowadzić informatyzacji w ochronie zdrowia: e-recepty, e-wizyty, e-skierowania? My to wszystko wprowadziliśmy.

PAP: Czy pana zdaniem jest możliwe, by nakłady na politykę zdrowotną wzrosły do 6 proc. PKB już w przyszłym roku? Ustawa przewiduje osiągnięcie tego pułapu za cztery lata. Prezydent Trzaskowski zapowiada m.in. zwiększenie wydatków na ochronę zdrowia w przeliczeniu na głowę każdego Polaka do 3676 zł wobec 2757 zł już w 2021 roku, czyli w ujęciu do PKB do 6 proc. z 5,03 proc. planowanych w 2020 roku.

Ł.SZ.: To są puste obietnice. Gdy pan Trzaskowski jako minister w rządzie PO-PSL miał realną władzę, nie zabiegał, zresztą jak cały rząd, o zwiększenie nakładów na służbę zdrowia. A teraz nagle, jako kandydat na prezydenta, tak dużo o tym mówi. To jest niepoważne. Dopiero rząd Zjednoczonej Prawicy podjął realną pracę w zakresie zwiększania finansowania służby zdrowia. Zwiększyliśmy wynagrodzenia, w tym urealniliśmy płace w zawodzie pielęgniarki czy ratownika. Te płace podstawowe wzrosły w sposób istotny, choćby od lipca wzrasta minimalne wynagrodzenie w sektorze ochrony zdrowia. Wzrosły wynagrodzenia rezydentów. To realne działania. Przez osiem lat rządów Platformy Obywatelskiej, którego członkiem był pan Trzaskowski, nie widzieliśmy tego.

PAP: Jednak przy spełnieniu scenariusza nazwijmy go "B", czyli sytuacji wygranej prezydenta Trzaskowskiego, będziecie panowie musieli ze sobą współpracować, znaleźć punkty styczności, bo chodzi przecież o zdrowie Polaków.

Ł.Sz.: Nie mam pojęcia, jakie by one były, bo program pana Trzaskowskiego jest bardzo enigmatyczny, wręcz zdawkowy. To są puste obietnice. Nie ma realnego programu. Natomiast prezydent Andrzej Duda zainicjował realne projekty, jak choćby regulację dotyczącą onkologii, czyli tzw. cancer plan, w którym są m.in. nowe szczepionki, których rząd PO-PSL nie chciał wprowadzić. My wprowadzamy szczepienie na HPV, które ratuje kobiety przed rakiem szyjki macicy. Dodatkowo z inicjatywy prezydenta Andrzeja Dudy mamy projekt ustawy o Funduszu Medycznym. To w tym roku 2 mld zł, w kolejnych 4 mld zł na konkretne działania.

PAP: Pozostawmy w tej chwili najgorętsze wydarzenia. Cofnijmy się do marca. Mijające cztery miesiące musiały być dla pana, jako ministra zdrowia, jak zły sen. Wysiłek, odpowiedzialność, nowe regulacje pisane i wprowadzane błyskawicznie, pod wpływem zmieniającej się sytuacji. Z jednej strony musiał pan dbać o to, by system dał radę, z drugiej było wiele niewiadomych. Wirus rozprzestrzeniał się. Nikt nie wiedział jak szybko i głęboko będzie atakował. Gdyby pan mógł cofnąć czas i miał tę wiedzę, co dzisiaj, jakich decyzji nie podjąłby pan? Co zmienił?

Ł.Sz.: Zawsze z perspektywy upływającego czasu można powiedzieć, że pewne rzeczy można byłoby przeprowadzić lepiej. Ale o tym wiemy zawsze po czasie. Decyzje ocenia się jednak po efektach. Jakie mamy efekty, każdy widzi. Spowolniliśmy rozprzestrzenianie się wirusa, zabezpieczyliśmy łóżka i niezbędny sprzęt. Każdy chory wymagający hospitalizacji otrzymywał miejsce w szpitalu. Każdy wymagający respiratora był do tego respiratora podłączany. W innych państwach tych możliwości zabrakło. Na pewno z tą wiedzą, którą teraz mamy, konkretniej dostroilibyśmy się do początkowej fazy epidemii. Chodzi np. o sieć szpitali jednoimiennych, transport pacjentów zakażonych koronawirusem. Zapewne zasady dotyczące triażu pacjentów można było lepiej na początku doprecyzować. Ale pamiętajmy, że to my jako pierwsi wprowadziliśmy jednoimienne szpitale zakaźne, które okazały się bardzo dobrym rozwiązaniem. W przypadku pozostałych szpitali pewnie wprowadzilibyśmy izolatki czy oddziały izolacyjne dla pacjentów oczekujących na wynik badania pod kątem obecności koronawirusa. Szybciej wprowadzilibyśmy zapewne także zakaz pracy w kilku miejscach dla personelu medycznego. Oczywiście z rekompensatą. To jednak, można by rzec niuanse, przy tym, co realnie udało się zrobić. Wystarczy punkt odniesienia. Popatrzmy na Włochy, Hiszpanię, Wielką Brytanię, Niemcy, Francję. Popatrzmy na USA.

PAP: Przypuszczam, że niedługo czeka pana urlop, nabierze pan sił, ale czy jest pan gotów na drugie starcie z epidemią? Jak może ono wyglądać?

Ł.Sz.: W wielu krajach niestety obserwujemy ponowny wzrost zakażeń. Czytamy doniesienia o ponownym zamykaniu regionów i miast. W Polsce widzimy natomiast poprawę sytuacji i spadek zakażeń. Raporty wojewódzkich stacji sanitarno-epidemiologicznych pokazują, że liczba zdiagnozowanych nowych przypadków ustabilizowała się na niższym poziomie niż jeszcze dwa, czy trzy tygodnie temu. W niektórych województwach są to już tylko pojedyncze przypadki. To pokazuje, że w wielu województwach epidemia jest w formie szczątkowej. Wirusa mamy znacznie, znacznie mniej. Jeśli popatrzymy na wyniki badań przesiewowych u osób jadących do sanatoriów to z 18,5 tys. przebadanych - to gigantyczna grupa - tylko 30 osób jest chorych. To jest mniej niż 1,7 promila. Zrobiliśmy też przesiew u policjantów. Przebadaliśmy 3 tys. z nich i okazało się, że nie było żadnego chorego. To pokazuje, że w przesiewie populacji, nie w wyselekcjonowanych grupach, tego wirusa jest naprawdę niewiele. Stan epidemiczny w kraju uważam, że jest niezły i to nie na podstawie wymysłów, widzimisię, hipotez, ale na podstawie wyników badań.

PAP: Czego dowiedzieliśmy się o tym wirusie, patrząc na niego już z pewnej perspektywy i biorąc pod uwagę nasze doświadczenia?

Ł.Sz.: Powstały ostatnio prace mówiące na przykład o tym, że kod genetyczny niektórych osób daje mniejszą lub większą szansę na chorowanie i powikłania. Dowiedzieliśmy się też, że dość duża grupa osób choruje bezobjawowo, ale jest też grupa osób, dla których ma on poważne konsekwencje i w tym przypadku ta choroba ma bardzo ciężki przebieg. Wiemy, że zakaźność jest dość duża i zależy od samej formy zakażenia. Na przykład tylko 1/4 zakażonych górników, którzy w większości chorowali bezobjawowo, zaraziło swoje rodziny. To pokazuje, że u osób bezobjawowych ta zakaźność jest niższa. Myślę, że jeszcze długo, wręcz przez całe lata, będziemy analizowali te dane. Nadal uczymy się tego wirusa. Otwarte jest nadal pytanie, dlaczego tak mocno pozakażani byli górnicy? Być może wpłynęły na to warunki, w których pracują, czyli w kopalniach na dole, gdzie trudno zachować dystans i mamy dużą wilgotność powietrza.

PAP: Jeśli dojdzie do eskalacji choroby w następnych miesiącach, czy czekają nas kolejne obostrzenia? Czy gospodarkę i system opieki zdrowotnej będzie stać na ewentualne zamykanie wszystkiego na kłódkę, jak miało to miejsce w marcu i kwietniu? Tym bardziej, że oswoiliśmy już tego wirusa, lęk w społeczeństwie przed nim jest mniejszy, a zatem nie będzie już tak łatwo ograniczać aktywności społecznej i zawodowej Polaków, gdyby była taka konieczność.

Ł.Sz.: Pełnego lockdownu nie da się już przeprowadzić, zarówno z punktu widzenia medycznego, jak i gospodarczego. Gdyby naprawdę było niedobrze, wtedy można myśleć np. o większej kontroli kontaktów społecznych. Ale mam nadzieję, patrząc na te liczby w naszym kraju i krajach sąsiadujących, że nie będziemy mieli aż tak dramatycznego wzrostu. Trzeba też pamiętać, że mamy wypracowane już mechanizmy, procedury, szpitale jednoimienne, gotową sieć laboratoriów, testy genetyczne, szybkie testy na czas jesienny, by diagnozować możliwe zakażenia. To wszytko jest przygotowane. Będziemy też zachęcali do szczepień przeciw grypie.

PAP: Koronawirus schodzi na drugi plan, ale znowu powracają stare bolączki: rozpoczęta tylko w mikro stopniu reforma psychiatrii dziecięcej, kwestie chorób onkologicznych i rzadkich, kolejki do specjalistów, które jeszcze bardziej się wydłużą, bo pacjentów przybyło, przemęczony personel. Pojawiła się też nowa kwestia – lęk pacjentów przed bezpośrednim kontaktem z lekarzami, placówkami. Gdzie leżą największe wyzwania? Jakie są rokowania dla systemu zdrowia krótkofalowo i długofalowo? Czy uda się ten czas nadgonić, który jest też tak istotny w leczeniu?

Ł.Sz.: Należy pamiętać, że reformę psychiatrii rozpoczęliśmy od dorosłych. I ona w opinii psychiatrów poszła całkiem dobrze. Podobną reformę robimy w psychiatrii dziecięcej. Oczywiście koronawirus trochę zatrzymał postępowanie konkursowe dotyczące tworzenia poradni psychologiczno-psychoterapeutycznych. Jednak trzeba podkreślić, że dotychczas zakontraktowaliśmy 130 placówek z 300, które założyliśmy, że powstaną. Mam nadzieję, że teraz wszystko nabierze tempa i będziemy już niedługo mieli pełną sieć poradni. To, co epidemia przesunęła w czasie, to samą opiekę psychiatryczną nad dziećmi i młodzieżą. Wielu opiekunów wystraszyło się i przyjmowanie dzieci nie odbywało się w takiej formie i stopniu, jak zakładaliśmy. Korzystając jednak z okazji, chciałbym zaapelować do wszystkich pacjentów, by wracali do badań profilaktycznych. Nie obawiali się. Tak, jak mówiłem wcześniej, wirusa jest znacznie, znacznie mniej.

PAP: Jakie reperkusje dla światowej i polskiej polityki zdrowotnej będzie miało wycofanie się USA ze Światowej Organizacji Zdrowia (WHO). Czy Pana zdaniem rzeczywiście WHO działała zbyt opieszale, jeśli chodzi o reakcję na rozprzestrzenianie się wirusa?

Ł.Sz.: Na pewno WHO prezentowała dość chwiejne komunikaty na temat epidemii. Na tej podstawie wszystkie państwa wprowadzały zaś swoje działania. WHO mówiła na początku wyraźnie, że prawdopodobieństwo przejścia wirusa do Europy jest znikome lub bardzo niskie. Potem zmieniła zdanie. Po doświadczeniach Lombardii, wszyscy się przestraszyli i zobaczyli do czego ten wirus jest zdolny. Ale on nadal nie jest dobrze poznany. Trudno mieć za złe ekspertom, że zmieniają swoje zdanie na temat epidemii, jeśli wirus jest znany od miesiąca. Wydaje się też, że na decyzji USA o wyjściu z WHO zaważył nie tylko koronawirus. Nie tylko on był przedmiotem rozbieżności. Jest szereg różnych innych spraw, z którymi administracja amerykańska się nie zgadza.

PAP: Niewątpliwie ta decyzja rzutuje na postrzeganie Światowej Organizacji Zdrowia...

Ł.Sz.: Pamiętajmy, że WHO była postrzegana w różny sposób. Przez wiele lat kwestie światopoglądowe były przemycane w różnych aktach prawnych WHO. Ostatnio wspólnie z USA pisaliśmy negatywne stanowisko do jednej z takich akcji. Z drugiej strony WHO działa bardzo sprawnie w krajach trzeciego świata. Propaguje tam wiedzę medyczną, zachowania prozdrowotne. Światowa Organizacja Zdrowia nie jest ani biała, ani czarna.(PAP)

autorka: Klaudia Torchała

tor/ mhr/

CZYTAJ DALEJ

Papież zatwierdził pięć dekretów beatyfikacyjnych

2020-07-11 16:37

[ TEMATY ]

Franciszek

VaticanNews /youtube.com

Podczas audiencji 10 lipca w Watykanie dla kard. Angelo Becciu – prefekta Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych – Franciszek zatwierdził pięć dekretów beatyfikacyjnych. Dotyczą one trojga sług Bożych z Włoch i dwojga z Hiszpanii.

Pierwszy dekret jest potwierdzeniem cudu przypisywanego wstawiennictwu Czcigodnej Służebnicy Bożej Marii Antonii Samà (1875-1953) – świeckiej Włoszki.

Cztery pozostałe dokumenty potwierdzają cnoty heroiczne następujących sług i służebnic Bożych:

– Eusebio Francesco Chiniego (zwanego Kino; 1645-1711), kapłana jezuity z Włoch, ale działającego i zmarłego w Meksyku;

– Mariano José de Ibargüengoitia y Zuloaga (1815-88), kapłana diecezjalnego z Hiszpanii, współzałożyciela Instytutu Sług Jezusa;

– Marii Félix Torres (1907-2001) z Hiszpanii, założycielki Towarzystwa Zbawiciela;

- Angiolino Bonetty (1948-63), świeckiego Włocha ze Stowarzyszenia Milczących Robotników Krzyża.

CZYTAJ DALEJ

Papież na „Anioł Pański”: bądźmy żyzną glebą dla Słowa Bożego

2020-07-12 12:35

[ TEMATY ]

papież

Franciszek

Anioł Pański

youtube.com/vaticannews

Bądźmy dla Słowa Bożego żyzną glebą, „bez cierni i kamieni, byśmy mogli wydać dobry owoc dla siebie i dla naszych braci” – zaapelował papież Franciszek w rozważaniu poprzedzającym modlitwę „Anioł Pański”, jaką odmówił z wiernymi zgromadzonymi na placu św. Piotra w Watykanie.

Komentując przypowieść o siewcy, który sieje ziarno na różnych rodzajach gleby, papież wskazał, że „Słowo Boże, symbolizowane przez ziarna, nie jest słowem abstrakcyjnym, ale to sam Chrystus, Słowo Ojca”. - Zatem przyjęcie Słowa Bożego oznacza przyjęcie osoby Chrystusa – wskazał Franciszek.

Omawiając różne sposoby przyjmowania Słowa Bożego, zwrócił uwagę, że najpierw utrudnia nam je „rozproszenie będące wielkim zagrożeniem naszych czasów”. - Nękani licznymi plotkami, wieloma ideologiami, nieustannymi możliwościami rozrywki wewnątrz i na zewnątrz domu, możemy zatracić smak ciszy, skupienia, dialogu z Panem, tak bardzo, że grozi nam utrata wiary – przestrzegł papież.

Inną przeszkodą jest chwilowy entuzjazm, „który pozostaje jednak powierzchowny, nie przyswaja Słowa Bożego”. W obliczu „pierwszej trudności, cierpienia, zaburzeń życiowych ta jeszcze słaba wiara się rozpływa, podobnie jak usycha ziarno, które pada między kamienie”.

Z kolei tam, gdzie Słowo Boże pada pomiędzy „ułudy bogactwa, sukcesu, trosk światowych”, zostaje „zagłuszone i nie przynosi żadnych owoców”.

- Możemy je w końcu przyjąć jak żyzna gleba. Tutaj i tylko tutaj ziarno się zakorzenia i wydaje owoce. Ziarno, które padło na tę żyzną glebę, przedstawia tych, którzy słuchają Słowa, przyjmują je, zachowują w swoich sercach i wprowadzają je w czyn w codziennym życiu - podkreślił Franciszek.

Zachęcił po raz kolejny do noszenia przy sobie kieszonkowego wydania Ewangelii i czytania codziennie jej fragmentu.

Zwrócił uwagę, że przypowieść o siewcy przypomina nam, że „Słowo Boże jest ziarnem, które samo w sobie jest owocne i skuteczne, a Bóg rozrzuca je wszędzie szczodrze, bez względu na straty”. - Takie jest serce Boga! Każdy z nas jest glebą, na którą pada ziarno Słowa, nikt nie jest wykluczony! – przekonywał papież.

Wezwał do zadani sobie pytania, jakim każdy z nas jest rodzajem gleby. - Czy przypominam drogę, grunt skalisty, ciernisty krzew? Ale jeśli chcemy, możemy stać się żyzną glebą, troskliwie uprawianą i pielęgnowaną, aby doprowadzić ziarno Słowa do dojrzałości. Jest już ono obecne w naszych sercach, ale sprawienie, by dojrzało zależy od nas, zależy od tego, jak przyjmiemy to ziarno. Często jesteśmy rozproszeni przez zbyt wiele interesów, przez zbyt wiele przynęt i trudno nam rozeznać pośród wielu głosów i wielu słów, Słowo Pana, jedyne, czyniące nas wolnymi – powiedział Ojciec Święty.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję