Reklama

Za Kościół i Ojczyznę

Podczas Powstania warszawscy księża w miarę możliwości organizowali w świątyniach normalne duszpasterstwo, odprawiali Msze św., udzielali sakramentów, prowadzili pogrzeby. Wielu z nich za swą służbę Kościołowi i Ojczyźnie zapłaciło cenę najwyższą.

Niedziela warszawska 31/2004

Ks. kan. Mieczysław Krygier w chwili wybuchu Powstania miał 56 lat. Był proboszczem parafii św. Wawrzyńca na Woli, kapelanem szpitala św. Jana Bożego, radnym m. Warszawy, znanym działaczem społecznym, prezesem Caritas. 6 sierpnia 1944 r. rano udał się na wieżę kościoła św. Wawrzyńca, aby znajdującym się tam powstańcom zanieść chleb i kawę. Następnie wrócił do zakrystii, założył czerwony ornat i przy głównym ołtarzu rozpoczął odprawiać Mszę św. Wkrótce wpadli do kościoła esesmani i zaczęli strzelać. Zabili kościelnego, a proboszcza ciężko ranili. Kapłan osunął się i upadł u stóp ołtarza. Zdążył jeszcze przyjąć Komunię św., po czym zmarł z odniesionych ran. Ks. Krygier wierzył w zwycięstwo powstańców i nawet kazał przygotować biało-czerwone flagi, którymi zamierzał udekorować swoją świątynię.
Zastępca proboszcza liczącej ok. 150 tys. mieszkańców parafii Wszystkich Świętych w Warszawie (jej 2/3 stanowili Żydzi) ks. Edward Gorczyca ciężko poparzony przez pocisk rakietowy umiera po straszliwych cierpieniach 20 września w szpitalu polowym. Ks. prał. Seweryn Popławski, proboszcz parafii św. Andrzeja Apostoła przy ul. Chłodnej i wiceoficjał Sądu Arcybiskupiego zginął pod gruzami stolicy w szesnastym dniu Powstania. Ks. kan. Stanisław Żelazowski, proboszcz parafii św. Teresy od Dzieciątka Jezus, odznaczony Krzyżem Niepodległości i Złotym Krzyżem Zasługi, ciężko ranny w Powstaniu (pocisk urwał mu prawą dłoń), znalazł się w szpitalu polowym mieszczącym się w kościele Franciszkanów przy ul. Zakroczymskiej. Po zdobyciu przez Niemców Starego Miasta został rozstrzelany przez hitlerowców. Śmierć przez rozstrzelanie poniósł także w ósmym dniu Powstania ks. dr Antoni Trzeciak, proboszcz parafii św. Antoniego.
Zginęli dwaj rektorzy kościołów. Ks. prał. Michał Rozwadowski, rektor kościoła Sióstr Sakramentek w Warszawie zginął pod jego gruzami 31 sierpnia 1944 r. wraz z 3 innymi kapłanami: ks. Józefem Archutowskim, profesorem biblistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim, od 1943 r. proboszczem parafii Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny na Nowym Mieście, ks. Janem Mazerskim, salezjaninem, docentem Uniwersytetu Jagiellońskiego i o. Leonardem Hrynaszkiewiczem, jezuitą, wieloma siostrami zakonnymi oraz z ok. 1 tys. osób, które schroniły się w podziemiach świątyni. Pod gruzami kościoła św. Marcina przy ul. Piwnej śmierć poniósł 74-letni rektor świątyni, a zarazem znany literat i dziennikarz ks. dr Marcin Szkopowski.
Ginęli wikariusze warszawskich parafii. Już w drugim dniu Powstania zabity został ks. mgr Tadeusz Godziński, wikariusz parafii św. Jakuba. Zginęło dwóch wikariuszy z parafii św. Wojciecha na Woli. Księża Stanisław Kulesza i Stanisław Maczko (jedno ze źródeł podaje Mączka), którzy zostali zastrzeleni 8 sierpnia na podwórzu jednego z domów na Moczydle. Wraz z nimi zginął kapłan diecezji łódzkiej ks. Roman Ciesiołkiewicz oraz setki mieszkańców Woli. W 19 dniu walk ginie ks. Wojciech Kamiński, wikariusz parafii św. Józefa. W tym samym dniu śmierć ponosi ks. Piotr Kowalczyk, wikariusz z Wilanowa, kapelan Armii Krajowej.
Jedną z ofiar Powstania jest ks. Tadeusz Kozłowski, wikariusz z parafii św. Michała na Mokotowie i notariusz Kurii Metropolitalnej. Ten znany działacz harcerski zginął 30 sierpnia. (Jedno ze źródeł podaje inną wersję: zmarł na tyfus w szpitalu powstańczym). Inny wikariusz tej parafii, ks. Stanisław Piłatowicz zginął pod ruinami świątyni 24 września 1944 r.
Śmierć podczas Powstania ponieśli też wikariusze innych parafii. Ks. prof. dr Jan Salamucha, przed wojną profesor filozofii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie, był wikariuszem parafii św. Jakuba w Warszawie, a w konspiracji dziekanem Obwodu Ochota AK. Zamordowany został 11 lub 12 sierpnia przez Ukraińców w służbie niemieckiej. W Powstaniu zginął ks. Wacław Szelenbaum, wikariusz parafii Wszystkich Świętych w Warszawie, rozstrzelany 17 sierpnia 1944 r. Śmierć poniósł ks. mgr Stanisław Klimczak, notariusz Sądu Arcybiskupiego i kapelan Zakładu Wychowawczego im. Jachowicza w Warszawie, rozstrzelany 2 września 1944 r. Ofiarą Powstania był też ks. mgr Paweł Klinko, kapelan Zakładu Wychowawczego Sióstr Rodziny Maryi w Kostowcu.
Również wielką cenę zapłaciło podczas Powstania Warszawskiego duchowieństwo zakonne, zwłaszcza księża pallotyni, jezuici i redemptoryści.
Ks. Józef Stanek, pallotyn od 1 sierpnia 1944 r. był kapelanem w Zakładzie Sióstr Rodziny Maryi na Koszykach. W dwa tygodnie później zaczął też pełnić funkcję kapelana powstańców. Przybrał pseudonim „Rudy” i przeniósł się na Powiśle i Czerniaków, gdzie służył w zgrupowaniu Armii Krajowej „Kryska”. Z niezwykłą ofiarnością pełnił swoją służbę Bogu i Ojczyźnie. Odprawiał Msze św. dla powstańców i ludności cywilnej, słuchał spowiedzi, głosił kazania, przygotowywał rannych do spotkania z Panem Bogiem. Starał się być wszędzie tam, gdzie go najbardziej potrzebowano. Z narażeniem życia dźwigał chorych na własnych ramionach, odgrzebywał zasypanych pod gruzami, dawał nadzieję. Wiele osób zawdzięcza mu przeżycie. 23 września dostał się w ręce SS. Jeszcze dzień wcześniej mógł odpłynąć pontonem na drugi brzeg Wisły i ocalić życie. Nie chciał jednak pozostawić wiernych potrzebujących jego kapłańskiej posługi. Po aresztowaniu, potwornie torturowany, został natychmiast zaprowadzony pod szubienicę. Jeszcze spod miejsca swej kaźni błogosławił żołnierzom i ludności cywilnej prowadzonej do niewoli i obozów zagłady. Niemcy nazywali go „głównym bandytą powstania”. Dziś jest w gronie 108 błogosławionych, męczenników II wojny światowej.
Ks. Stanek nie był jedynym pallotynem, który zginął w Powstaniu Warszawskim. Jego współbrat zakonny ks. Ryszard Dardziński, niosąc posługę kapłańską zginął 20 sierpnia od pocisku artyleryjskiego. Pod gruzami Starówki zginęli bracia Ludwik Nowak i Stanisław Zieliński.
Wielką ofiarę zapłacili jezuici. Już w drugim dniu Powstania w ich domu zakonnym przy ul. Rakowieckiej doszło do straszliwej tragedii. Najpierw esesmani zastrzelili superiora o. Edwarda Kosibowicza oraz powracającego od chorego o. Franciszka Szymaniaka. Następnie w brutalny sposób spędzili wszystkich obecnych w piwnicy zakonników do jednego niewielkiego pomieszczenia i wrzucili w ich kierunku kilka granatów, powodując natychmiastową śmierć 4 ojców i 11 braci. 18 sierpnia zginął ratując płonący kościół Matki Bożej Łaskawej o. Henryk Mroczka. Na skutek ran odniesionych w Powstaniu zginął br. Feliks Klimkiewicz.
W szóstym dniu Powstania doszło do masakry redemptorystów na Woli. Zginęli wówczas wszyscy mieszkańcy domu zakonnego przy ul. Karolkowej - 15 ojców, 6 kleryków i 9 braci. Wywleczeni z klasztoru zostali zamordowani przy kościele św. Wojciecha. Ich ciała natychmiast spalono.
Wśród 108 męczenników wyniesionych na ołtarze jest bł. o. Michał Czartoryski, dominikanin. Wybuch Powstania zastał go na Powiślu, skąd nie mógł wrócić do swojego macierzystego klasztoru na Służewiu. Zatrzymał się w zaprzyjaźnionej rodzinie pp. Kaszniców. Wkrótce okazało się, że jest potrzebny jako kapelan III Zgrupowania Okręgu Warszawskiego Armii Krajowej „Konrad”. Jego opiece podlegały też punkty szpitalne, z których największy znajdował się w piwnicach dawnej fabryki „Alfa-Laval”. Całe dnie spędzał wśród powstańców. Pocieszał ich na duchu, błogosławił, udzielał sakramentów. 6 września nie zgodził się opuścić jedenastu najciężej rannych chorych, którzy zostali w ewakuowanym wcześniej przez Niemców szpitalu „Alfa-Laval”. Miał możliwość ucieczki, ale postanowił być z chorymi do końca. Rozstrzelany został razem z nimi. Jego ciało oblano benzyną i spalono z ciałami 30 rozstrzelanych na ulicy zakładników.
Takich duchownych diecezjalnych i zakonnych było wielu.

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Uleczony z głuchoty – cud Jana Pawła II w dniu urodzin

2020-05-18 17:04

pixabay

zdjęcie ilustracyjne

O nagłej chorobie chłopca, walce o zdrowie i interwencji Jana Pawła II 18 maja 2012 r., w którą wierzy cała rodzina, opowiada mama.

Jesteśmy rodzicami trójki dzieci, synowie są najstarsi, a najmłodsza jest córka. W maju 2012 r. nasz najstarszy syn nagle stracił słuch w lewym uchu. Już po pierwszych badaniach było wiadomo, że głuchota jest idiopatyczna, czyli niewiadomego pochodzenia. I całkowita.

Był maj, szykowaliśmy się do I Komunii Świętej młodszego synka, starszy był wtedy w czwartej klasie. To była sobota, po obudzeniu powiedział nam, że coś się dzieje z uchem, że nie słyszy. Syn od dzieciństwa chorował na zapalenie uszu, za każdym razem przebieg był bolesny, więc byliśmy bardzo wyczuleni na każdą informację dotyczącą uszu. Po kilku telefonach udało nam się umówić wizytę u laryngologa, ale pani doktor nie stwierdziła żadnych zmian zapalnych, skierowała nas, na cito, na badanie słuchu. Wynik tympanometrii był szokujący, wyniki kolejnych badań również: całkowita utrata słuchu. Lekarka po badaniu BERA (ABR), czyli słuchowych potencjałów pnia mózgu, wyjaśniła nam obrazowo, że nerw słuchowy syna reaguje dopiero na bodźce dźwiękowe równe bodźcom młota pneumatycznego…

Wdrożono leczenie sterydowe, wykonano dokładne badania głowy, również pod kątem zmian naczyniowych i nowotworowych, ale nie znaleziono przyczyny utraty słuchu. Tę nagłą głuchotę przypisano wreszcie przewlekłemu zapaleniu uszu, ale na wszelki wypadek, aby skorzystać ze wszystkich możliwości, skierowano nas na tlenoterapię w komorze hiperbarycznej i zalecono noszenie aparatu słuchowego, którego dobór miał się odbyć w jednej z poradni po zakończeniu terapii tlenem.

Syn był w szpitalu, skierowanie otrzymaliśmy 11 maja, kwalifikację do komory wyznaczono na 16, a po niej pierwszy zabieg tlenoterapii, wyznaczony na 18 maja.

I Komunia Święta młodszego syna miała odbyć się 13 maja, o godz. 9.00. Żyliśmy jak w transie, między szpitalem, domem i kościołem. Nie było zgody na wypis ze szpitala, tylko na kilkugodzinną przepustkę w niedzielę, ale i tak byliśmy szczęśliwi, że uda nam się przeżyć to wielkie święto razem, w komplecie. Rano mąż pojechał do szpitala, przywiózł nasze przerażone dziecko i pojechaliśmy do kościoła. Już kilka godzin później, jeszcze przed popołudniowym nabożeństwem, z ciężkim sercem, musieliśmy go zawieźć z powrotem. W szpitalu został dziadek, mój tato, bo nie chcieliśmy, aby syn był sam w takim dniu.

Skąd się wziął Jan Paweł II w tej historii?

Jest kilka przesłanek, że to, co wydarzyło się 18 maja 2012 r. stało się dzięki jego wstawiennictwu za naszego syna.

Po pierwsze – to jego imiennik. Po drugie syn miał od wczesnego dzieciństwa niezwykłe, nieinspirowane przez nas, nabożeństwo do Papieża. Na tyle duże i głębokie, że na rocznicę jego I Komunii Świętej zabraliśmy go na beatyfikację Jana Pawła II do Rzymu. Siedział na chodniku, w tłumie ludzi, zmęczony, ale urzeczony i szczęśliwy - to jedno z ważniejszych wydarzeń, które czasem i dziś wspomina.

Po trzecie – gdy usłyszeliśmy diagnozę o głuchocie i rozpoczęliśmy dramatyczną walkę o odzyskanie jego słuchu, byliśmy w trakcie, właściwie na progu, przygotowań do kolejnej I Komunii Świętej w naszej rodzinie – jego brata. Pamiętam, że w sobotę, 12 maja, uklękłam przed synkiem i spytałam, czy wie, że w dniu I Komunii Pan Jezus niczego swoim dzieciom nie odmawia. Odpowiedział, bardzo poważnie, ale w swoim stylu, że wie, bo już mu to mówiłam, i że już zdecydował o co Go poprosi: żeby brat wyzdrowiał. To była chwila gorących łez, ale też powrotu nadziei i spokoju.

No i po czwarte – data. Wszystko, o co gorąco modliliśmy się przez trzy tygodnie walki o zdrowie syna wydarzyło się 18 maja, w dniu urodzin Karola Wojtyły. Jak to było?

To był piątek, rano zabrałam syna do szpitala, gdzie miała odbyć się pierwsza sesja tlenoterapii z 14, które zalecono. Ubrany zgodnie z zaleceniami miał ze sobą żelki do żucia na ewentualne bóle w uszach – miał żuć, szczęka miała pracować. Był jedynym dzieckiem w czasie tego zabiegu, inni chorzy to byli ludzie dorośli. Komora hiperbaryczna wyglądała jak duży wagon, z wygodnymi, osobnymi miejscami do siedzenia. Syn wszedł, a ja usiadłam na zewnątrz i otworzyłam komputer, żeby przez godzinę trwania zabiegu popracować. Nikt nie mógł przewidzieć tego, co się stało za chwilę.

Nie upłynął kwadrans, a na dużym podglądzie zobaczyłam moje dziecko, które leży na podłodze, całe w drgawkach. Zrobiło się ogromne zamieszanie, usłyszałam że „chłopak nam schodzi”, a później sprawy toczyły się już bardzo szybko. Po otwarciu komory był nieprzytomny, wokół biegali lekarze, a ja dzwoniłam do męża kompletnie bezradna i przerażona. Gdy wreszcie udało się go przywrócić… pamiętam jego oczy, nie mogłam z nim nawiązać kontaktu, oczopląs był taki silny – zresztą trwał jeszcze przez wiele godzin – ręce były wiotkie, ciało w takim drgawkowym drżeniu…

Po pierwszym rozpoznaniu – był pomysł, że to zatrucie tlenem - karetką pojechaliśmy do innego szpitala. Razem z ratownikiem trzymaliśmy duży, rozpłaszczony worek foliowy, bo przez cały czas wymiotował. Pamiętam, że się bałam, ale że w środku – nie wiem skąd – byłam spokojna. Czułam, jakoś czułam, że to nie koniec, że coś się wydarzyło, jakbyśmy zdawali jakiś egzamin. W karcie przyjęcia na Oddział Neurologii Dziecięcej wpisano pod datą 18 maja 2012 r.: "udar mózgu w trakcie terapii hiperbarycznej". Zaczęły się godziny z uporczywym bólem głowy, oczopląsem, wymiotami, słabością. Pierwsze rozpoznanie to były mózgowe napady niedokrwienia i zespoły pokrewne. Musieliśmy czekać, aż wylewy w głowie się wchłoną, obrzęk mózgu ustąpi.

Pamiętam, że gdy przyjechał mąż zdałam sobie sprawę, że nie wiem gdzie zostawiłam mój samochód. Dopiero po chwili skojarzyłam, że tu przyjechałam karetką, a moje auto stoi od rana na parkingu szpitala z komorą hiperbaryczną. wszystko zeszło na dalszy, odległy plan. Na szczęście młodsze dzieci były pod opieką moich rodziców, którzy zaraz po pierwszej diagnozie przyjechali do nas, by pomóc i przejąć część obowiązków.

To wszystko wydarzyło się 18 maja – udar i zagrożenie życia. Ale wtedy, w komorze, wydarzyło się coś, o czym dowiedzieliśmy się później, dopiero z wyników kolejnych badań. W głowie naszego syna była mikro torbiel neuroglejowa, która – tak twierdzą lekarze – zaczęła uciskać na nerw słuchowy i powodować głuchotę. Udar, do którego doszło w komorze, był jak wybuch małej bomby w głowie…ale w jego następstwie naczynie odbarczyło się i uwolniło nerw!

W rezultacie dziś syn słyszy – pozostał niedosłuch, ale w stopniu niewielkim. Dla kogoś, kto nie zna tej historii, w stopniu zupełnie niezauważalnym. Nigdy też nie założył aparatu słuchowego. Nawet nie zdążyliśmy zapisać się na wizytę do poradni.

Po zakończeniu leczenia neurologicznego pojechaliśmy z synem do Kajetan, do Światowego Centrum Słuchu Instytutu Fizjologii i Patologii Słuchu. Pamiętam spotkanie z prof. Henrykiem Skarżyńskim, który zapoznał się z dokumentacją i historią choroby syna. Powiedział wtedy, że gdyby nie ten samoistny, spowodowany wysokim ciśnieniem „wybuch”, głuchota nigdy by nie ustąpiła. Torbiel, nawet jeśli ktoś by ją końcu wypatrzył na obrazie w czasie Angio –TK głowy, zostałaby zakwalifikowana jako nieoperacyjna. Była umiejscowiona tak, że ewentualny zysk z udanej operacji był zbyt mały, by ryzykować taką ingerencję. Ten kontrolowany „wybuch” był jedynym sposobem, ale my, ludzie, tak jeszcze naczyń w głowie kontrolować nie potrafimy.

Minęło osiem lat. Każdy 18 maja jest dla nas dniem szczególnym – nie tylko wspominamy, ja czasem uronię łzę ukradkiem, ale przede wszystkim dziękujemy – bo my naprawdę wierzymy, że to prezent od Jana Pawła II w dniu jego własnych urodzin – wtedy 92.

*Świadectwo mamy - na prośbę jej dorosłego dziś syna - jest anonimowe, personalia i dokumentacja choroby są znane redakcji. Może kiedyś sam zdecyduje się opowiedzieć tę historię.

CZYTAJ DALEJ

Meksyk: ksiądz w czasie Mszy św. odebrał telefon od papieża

2020-05-24 21:49

[ TEMATY ]

telefon

Free-Photos/pixabay.com

W Meksyku szerokim echem odbiła się niecodzienna sytuacja podczas Mszy św., kiedy odprawiający ją kapłan nagle przerwał czytanie Ewangelii, aby odebrał telefon. Okazało się, że dzwonił Franciszek – poinformował 20 maja hiszpański magazyn katolicki „Vida Nueva”. Na filmiku wideo, który umieściła na Facebooku parafia z Jalostotitlán w zachodniomeksykańskim stanie Jalisco, widać, jak ks. Miguel Dominguez czyta przy pulpicie tekst Ewangelii, gdy nagle zadzwoniła jego komórka; celebrans natychmiast przerwał czytanie, przeprosił wiernych i wyszedł do zakrystii, skąd po chwili przez głośnik przekazał swoją rozmowę z papieżem „na żywo” uczestnikom liturgii.

Następnie kapłan stanął ponownie przy pulpicie, poprosił wiernych o oklaski dla Ojca Świętego i powrócił do czytania Ewangelii. Do chwili ukazania się wiadomości o zdarzeniu na portalu nagranie wideo miało ponad 90 000 wejść. Według mediów ksiądz jest przyjacielem obecnego papieża.

Zaraz też w sieci pojawiły się pytania, czy można przerwać liturgię, aby odebrać telefon, nawet wtedy, gdy dzwoni sam papież. Liturgista z Miasta Meksyku ks. José Alberto Medel Ortego powiedział w rozmowie z „Vida Nueva”, że wprawdzie kapłan nie złamał zasady, jednak przerwanie liturgii jest – jego zdaniem – „poważnym naruszeniem modlitwy”.

Liturgista wyraził ubolewanie, że wielu ludzi uważa, iż liturgia jest stosowną realizacją serii obrzędów, które są ściśle określone w tzw. rubrykach czy normach liturgicznych i że dana osoba okazuje jej szacunek, gdy przestrzega tych ustaleń. „Jeśli trzymamy się tych norm rybrycyzmu czy rytualizmu, to nie ma tam żadnych przepisów, które zabraniałyby przerwania Eucharystii z jakiegokolwiek powodu lub choćby tylko wspominałyby o takiej możliwości” – stwierdził meksykański liturgista. Wyjaśnił, że w tym sensie ksiądz z Jalostotitlán nie naruszył żadnej normy, zrobił jedynie przerwę w czytaniu Ewangelii i na tym się skończyło.

Jednakże dla prezbitera, jeśli nawet brakuje mu świadomości tego, czym jest liturgia, istnieje przede wszystkim modlitwa i liturgia jest modlitwą opartą na obrzędzie, który jest środkiem, podporządkowanym swemu znaczeniu, swej racji i swej istocie, a jest nią modlitwa. „I w tym znaczeniu popełniono tu zło, ponieważ jest oczywisty brak szacunku dla modlitwy” – podkreślił rozmówca magazynu.

Wyjaśnił, że w modlitwie eucharystycznej, zwłaszcza w Ewangelii, głosi się to, co Bóg „rzeczywiście i naprawdę mówi” w danej chwili. Znaki towarzyszące temu przepowiadaniu uświadamiają nam to: stanie (nie siedzenie), śpiew Alleluja, aby uwielbić zmartwychwstałego Chrystusa, który przemawia, kapłan lub diakon, który pozdrawia zgromadzony lud Boży, aby wezwać go do uważnego słuchania, bo to sam Chrystus mówi; czasami nawet towarzyszą temu zapalone świece i okadzanie. Księga, z której czyta się Ewangelię, jest zwykle bogato zdobiona, bo wszystkie te znaki mówią, że to Jezus przemawia. Dlatego w rubrykach mszalnych nazywa się tę część liturgii „Słowem Bożym” – przypomniał ks. Medel Ortega, dodając, że „głoszenie Ewangelii zawsze jest uroczyste”.

Stwierdził, że kapłan, odbierając telefon w czasie Mszy, okazał brak szacunku dla liturgii, ulegając próżności, „mile połechtany tym, że jego przyjaciel papież zadzwonił do niego w tej chwili”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję