Reklama

Kard. Marx: Unia Europejska nie ma drogi odwrotu

2017-10-24 17:40

pb (KAI/RV) / Rzym / KAI

Wolfgang Roucka/pl.wikipedia.org

Europa powinna kontynuować swą ewolucję. Nie ma drogi odwrotu, trzeba ciągle iść naprzód - zapewnił kard. Reinhard Marx przed kongresem „Przemyśleć Europę”, jaki odbędzie się w dniach 27-29 października w Watykanie. Organizuje go Komisja Episkopatów Wspólnoty Europejskiej (COMECE) we współpracy ze Stolicą Apostolską z okazji 60. rocznicy podpisania Traktatów Rzymskich, które są zaczątkiem dzisiejszej Unii Europejskiej.

- Chcemy stworzyć klimat, w którym uda się Europie zdobyć nową odwagę - oświadczył kard. Marx, który przewodniczy COMECE. Dodał, że „trwa proces poszukiwania, faza ukierunkowywania, w czasie której powinniśmy zdecydować, jaki ma być los Europy w przyszłości, w ciągu najbliższych 20 czy 50 lat”.

Zdaniem niemieckiego hierarchy, „Europa jest projektem, z którego nie można zrezygnować”. Jedynym w swoim rodzaju doświadczenie w historii ludzkości nazwał „fakt, że ludy i narody dobrowolnie postanowiły zrezygnować z części swej suwerenności, aby działać razem i nigdy już nie prowadzić wojny przeciwko sobie, lecz raczej współpracować, aby osiągnąć wspólne korzyści i dobrobyt poszczególnych ludów, w poszanowaniu praw człowieka, demokracji, z pomocą Konstytucji i państwem prawa”. - Czasem trzeba o tym przypomnieć, bo silna jest skłonność do zapominania - wskazał arcybiskup Monachium i Fryzyngi.

Według niego konieczna jest większa solidarność i pomocniczość w Europie - obie te zasady są ze sobą ściśle powiązane w społecznej doktrynie Kościoła. Ponadto trzeba zastanowić się na jakich wartościach opiera się Europa i dawać o tym świadectwo wobec świata. W sytuacji gdy głos Stanów Zjednoczonych staje się problematyczny w takich kwestiach jak klimat czy ochrona „wspólnego domu stworzenia”. Z pola widzenia nie mogą też znikać ludzie ubodzy i przyszłe pokolenia. Dlatego „na Europie ciąży wielka odpowiedzialność i prawdopodobnie papież to potwierdzi przy okazji kongresu”. - Europa ma do odegrania ważną rolę. Wybiła godzina Europy i także my, jako Kościół, powinniśmy podjąć to wyzwanie - zachęcił kard. Marx.

Reklama

Ujawnił, że to papież Franciszek wspierał wspólną organizację kongresu przez COMECE i Watykan, kolejny raz pokazując, że „Europa nie jest mu obojętna, choć - jak sam mówi - pochodzi z «końca świata»”. Ojciec Święty określił Europę mianem „bezpłodnej babci”, aby zadać pytanie, „czy Europa jeszcze pragnie przyszłości i życia”, czy chce jeszcze zakładać rodziny i mieć dzieci.

- Europo, jesteś częścią przyszłości. Nie wycofuj się do swojego zamkniętego świata. Nie broń swego dobrobytu w sposób, który przypomina mur. Europa otoczona murem i to, co się wewnątrz nie go dzieje nikogo nie obchodzi, bo jest bezpłodne. Jan Paweł II często powtarzał w sposób bardzo pozytywny: „Europa oznacza otwartość”. To zdanie stało się latarnią morska, która kierowała mną w moim zaangażowaniu na rzecz Europy - wyznał przewodniczący COMECE.

W watykańskim kongresie weźmie udział 340 chrześcijan reprezentujących świat polityki, gospodarki i nauki. Każde z 28 państw członkowskich przyśle dwuosobową delegację. Obrady otworzy sekretarz stanu Stolicy Apostolskiej, kard. Pietro Parolin, przewodniczący COMECE, kard. Reinhard Marx z Monachium i pierwszy wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Frans Timmermans. Po ich wystąpieniach o rozwoju Unii Europejskiej i stojących przed nią wyzwaniach będzie mówił były przewodniczący Parlamentu Europejskiego Pat Cox z Irlandii. Wśród referentów będą także: wiceprzewodnicząca Parlamentu Europejskiego Mairead Mc Guinness, były premier Włoch Enrico Letta, arcybiskup Barcelony kard. Juan José Omella, a z Polski prof. Irena Lipowicz, była rzecznik praw obywatelskich. 28 października z uczestnikami kongresu spotka się papież Franciszek.

Tagi:
Unia Europejska

Reklama

Polska jako znak sprzeciwu

2019-07-31 10:15

Rozmawia Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 31/2019, str. 30-31

Czy dobra zmiana w Unii Europejskiej jest możliwa? – pyta prof. Pawła Bromskiego Wiesława Lewandowska

Grzegorz Boguszewski
Prof. Paweł Bromski

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Święty Jan Paweł II miał marzenie – po raz pierwszy wyraził je w Gnieźnie w 1979 r. – o „duchowej jedności chrześcijańskiej Europy”. W 1997 r. mówił już o misji, jaką Polacy oraz narody środkowej Europy mogą spełnić w zjednoczonej Europie, a jeszcze później – że wejście tych państw do Unii Europejskiej „może stanowić ubogacenie Europy”. Dlaczego, Panie Profesorze, te papieskie marzenia okazały się niespełnialne?

PROF. PAWEŁ BROMSKI: – Dlatego, że – jak sam Jan Paweł II przestrzegał w encyklice „Centesimus annus” – demokracja bez wartości przemienia się „w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm”. I moim zdaniem, właśnie taką sytuację mamy w Unii Europejskiej, gdzie demokracji jest jak na lekarstwo, gdzie bezwzględnie rządzą najsilniejsi. Wprawdzie Parlament Europejski (PE) pochodzi z wyboru, ale to jedyna instytucja demokratyczna w Unii i być może właśnie dlatego ma niewiele do powiedzenia. Naprawdę najważniejszą instytucją UE jest Europejski Bank Centralny, który zarządza finansami wspólnej Europy. I dlatego po ostatnich wyborach między Francją a Niemcami stoczyła się ostra walka o stanowisko szefa tego banku; zwyciężyli Francuzi. Wszystkie pozostałe instytucje unijne – przede wszystkim Komisja Europejska – są podobnie na wskroś niedemokratyczne i zdominowane przez najsilniejsze państwa. I to z całą pewnością się nie zmieni. Niewątpliwie UE z roku na rok zmienia się na gorsze.

– I coraz wyraźniej zmierzamy w kierunku utworzenia jednego wielkiego państwa europejskiego zarządzanego przez najsilniejszych?

– Utworzenie jednego wspólnego państwa jest celem dzisiejszych przywódców Unii. Nowa szefowa KE Ursula von der Leyen ma poglądy tak samo socjalistyczne jak reszta głównych przywódców Unii i z pewnością będzie popierała narzucane przez nich cele, czyli toczące się już procesy federalizacyjne.

– Przed ostatnimi wyborami europejskimi pojawiły się jednakże pewne nadzieje na odwrót od obecnego kursu, jako że w wielu państwach do głosu zaczęły dochodzić siły prawicowe, konserwatywne...

– Okazało się jednak, że w PE absolutną dominację mają nadal siły lewicowe. Mimo że największym beneficjentem tych wyborów jest chadecja, to musimy pamiętać, że dzisiejsza europejska chadecja jest chadecją tylko z nazwy, a w istocie jest to ugrupowanie socjalistyczne. Dlatego trudno liczyć na zawrócenie lewicowego nurtu Unii, na jakąkolwiek – w naszym rozumieniu – dobrą zmianę.

– Chyba że przeforsujemy ją własnymi siłami, np. przez realizację projektu Trójmorza?

– Trójmorze to nie jest jeszcze projekt polityczny; polega na zacieśnieniu gospodarczo-ekonomicznych więzi między krajami środkowej Europy przez budowę połączeń drogowych, kolejowych i – co najważniejsze – gazowych, które zapewnią uniezależnienie się tych krajów od rosyjskich dostaw gazu. Dopiero na tym gruncie można będzie kiedyś zbudować jakiś silniejszy układ polityczny wewnątrz Unii Europejskiej. Jest to, oczywiście, projekt bardzo niewygodny dla dzisiejszych przywódców Unii, zwłaszcza dla Niemców, którzy budują Nord Stream 2 i bez skrupułów zacieśniają swe odwieczne związki z Rosją, która jest dla nich bezcennym zapleczem surowcowym.

– To znaczy, że Niemcy, wspierając uzależnienie energetyczne Europy od Rosji, skazują ją w jakiś sposób także na humory i wpływy polityczne Kremla?

– Można tak powiedzieć. Bardzo przy tym krytykują Polskę, która stara się od tej niebezpiecznej zależności uwolnić przez coraz większe zakupy gazu amerykańskiego i zamiar przesyłania go do krajów Trójmorza. Ale nie martwmy się na zapas tym niemiecko-rosyjskim sojuszem, bo – paradoksalnie – im będzie on mocniejszy, tym lepiej dla nas.

– Jak to?

– W takiej sytuacji Polska staje się niemal jedynym pewnym przyczółkiem dla obecności Stanów Zjednoczonych w Europie, z czego przecież nie mogą one zrezygnować, chcąc zachować swój status globalnego przywództwa. Zwłaszcza że także stosunki USA z Wielką Brytanią okazały się dalekie od doskonałości... Mamy więc szansę stać się głównym partnerem Amerykanów w Europie, a tym samym zyskać większe poczucie bezpieczeństwa.

– Opozycja już ostrzega, że to zacieśnianie polsko-amerykańskiego partnerstwa może grozić marginalizacją Polski w Unii Europejskiej, wymiernymi stratami finansowymi. Nie powinniśmy się tego obawiać?

– Tak czy inaczej znajdujemy się dziś na marginesie Europy... Ale w żadnym razie nie musimy się obawiać, że za karę ktoś zechce nas wyrzucić z Unii, bo pozostałe kraje, głównie Niemcy, mają z Polski wciąż wielkie korzyści gospodarcze. Trzeba by tu przypomnieć, że już w tzw. okresie przedakcesyjnym, w ciągu pięciu lat – jak wynika z naszych obliczeń – bilans wymiany handlowej wynosił ok. 50 mld dol. na naszą niekorzyść. Otworzyliśmy szeroko granice, import do Polski, głównie niemiecki, był tak olbrzymi, że w gruncie rzeczy finansowaliśmy wówczas niemieckie fabryki i miejsca pracy w Niemczech. Nadal w pewnym sensie tak właśnie jest...

– ...a wszelkie wysiłki polskiego rządu, by tak nie było – np. wyraźny rozwój gospodarczy, reformy państwa – spotykają się z nieprzejednaną krytyką ze strony unijnych przywódców...

– ...oraz polskiej opozycji, która już nawet nie ukrywa, że jest wyraźnie proniemiecka. Zresztą, jak przyznał publicznie jeden ze współtwórców głównego członu partii opozycyjnej – jednej z partii liberalno-demokratycznej – jej założyciele przyjęli walizkę pieniędzy od niemieckiej Fundacji Konrada Adenauera na założenie tej partii.

– Niewątpliwie o randze Polski w Unii Europejskiej będzie stanowić pomyślna realizacja wielkiego geopolitycznego projektu Trójmorza jako ważnego składnika europejskiej wspólnoty. Czy, zdaniem Pana Profesora, jesteśmy już blisko tego celu? Czy to raczej nadal tylko kolejne marzenie?

– Wydaje się, że już chyba nic nie stoi na przeszkodzie, bo, co najważniejsze, zyskaliśmy finansowanie UE na budowę odpowiedniej infrastruktury, państwa Trójmorza już zabrały się do budowy poszczególnych jej odcinków, rozbudowujemy terminal gazowy w Świnoujściu, będziemy budować nowy w Gdańsku. Szkoda tylko, że nie przyjęliśmy chińskiej propozycji tzw. szlaku jedwabnego, prawdopodobnie skorzystają z tego Niemcy...

– To ze względu na nasze związki ze Stanami Zjednoczonymi?

– Niewątpliwie tak. Chiny są dziś największym konkurentem Stanów Zjednoczonych, Polska musiała więc dokonać wyboru; wybraliśmy solidarność z Ameryką.

– Chęć udziału w projekcie Trójmorza wyraziły także Niemcy. Czy Polska – jako główny projektodawca – powinna się na to zgodzić?

– Na szczęście Niemcy nie zostały zaproszone jako pełnoprawny członek projektu, uczestniczą w tym tylko w charakterze obserwatora. Wiadomo, że są bardzo pilnym obserwatorem, jako że ten projekt zagraża ich hegemonii w Unii Europejskiej. Uważam, że w żadnym razie nie można dopuścić do udziału Niemiec – a nawet do udziału Austrii, która się o to bardzo stara – w tym przedsięwzięciu, bo wówczas Niemcy bezwzględnie przejmą nad nim rządy i zrobią, co zechcą dla własnej korzyści. Trzeba brać pod uwagę także to, że państwa bałkańskie, które aspirują do wejścia do UE, są bardzo łatwe do przekupienia przez Niemcy. Także państwa – poza Rumunią – tworzące obecnie projekt Trójmorza mają doskonałe kontakty z Niemcami... Tak więc wszystko jest możliwe.

– Nie ma zatem pewności co do tego, że Trójmorze okaże się geopolitycznym sukcesem Polski?

– W geopolityce w ogóle nie można mówić o jakiejkolwiek pewności. Jak widzimy na przykładzie Unii Europejskiej, która przecież działa pod bardzo szczytnymi hasłami solidarności, równości itd., przecież nie ma w niej ani równości, ani solidarności.

– Podobnie zwodnicze jest hasło stworzenia jednego wielkiego, szczęśliwego państwa europejskiego?

– Proces federalizacji Europy postępuje bez większego rozgłosu, ale objawia się istnieniem w UE konkretnych instytucji, jak np. Rada Regionów. Wiele wskazuje na to, że obecnie rządzący Unią chcą za wszelką cenę rozbić państwa narodowe na regiony, licząc na ogromne korzyści dla siebie. Dla większości europejskich krajów to wielkie zagrożenie. Federalizacja oznacza np. wspólne pisanie historii europejskiej. Nie ma żadnego powodu, by Polska rezygnowała ze swej tysiącletniej historii, by pozwalała na jej zakłamywanie, co już dziś ma miejsce, bo np. mówi się o współwinie Polaków za Holokaust, wymazuje się z historii winę Niemców i mówi się o jakichś bliżej niezidentyfikowanych nazistach...

– W Polsce obecna partia opozycyjna od dawna całkiem konkretnie – lecz nie nazywając rzeczy po imieniu – stara się wspierać ideę federalizmu; ostatnio zaproponowano np. likwidację województw... To byłby początek zwijania państwa polskiego?

– Rzeczywiście, Platforma Obywatelska najwyraźniej wspiera europejski plan, według którego samodzielne regiony Europy miałyby być związane z wielkimi miastami jako silnymi ośrodkami gospodarczymi i cywilizacyjnymi. Tym bardziej to niebezpieczne, że samorządy większości dużych polskich miast są dziś w rękach właśnie tej partii. Gdyby powiódł się plan rugowania terenowych przedstawicielstw państwa, jakimi są urzędy wojewódzkie i wojewodowie, mogłoby to doprowadzić do poważnego osłabienia władzy centralnej, a w konsekwencji – do rozbicia państwa.

– Mielibyśmy w Polsce już nie jedno – jak przed wojną – ale wiele wolnych miast, w których żyją „prawdziwi Europejczycy”...

– Takie miasta-państwa i ich okolice zagarniałyby dosłownie wszystko, od podatków poczynając, na mediach kończąc. Ten projekt obejmuje rozbijanie i likwidowanie wszystkiego, co centralne, ogólnopolskie i państwowe. Jednym z widocznych sygnałów zdradzających dążenie w tym kierunku są, głoszone przez Platformę, np. zapowiedzi likwidacji ogólnopolskiej telewizji publicznej.

– A z drugiej strony każda próba ulepszania władzy państwowej – czego domaga się większość Polaków – jest napiętnowana przez UE jako zamach na demokrację; polski patriotyzm jest uznawany za faszyzm, a determinacja polskiego rządu – za totalitaryzm. I nie jesteśmy w stanie, Panie Profesorze, obronić się przed tego rodzaju pomówieniami!

– Mimo wszystko trzeba robić swoje, we własnym interesie. Za wszelką cenę nie można dopuścić do przerwania „kapilarności” władzy, czyli sprawnego współdziałania rządu z samorządami dla dobra całej Polski. A ponadto nie zapominajmy o marzeniu Papieża Polaka, choćby na przekór całej Europie, w której wciąż wzmaga się walka z religią, wiarą, a w szczególności z Kościołem katolickim. Mamy obowiązek być znakiem sprzeciwu.

* * *

Prof. Paweł Bromski
Historyk filozofii politycznej, rektor Wyższej Szkoły Stosunków Międzynarodowych i Amerykanistyki. Autor kilkudziesięciu publikacji naukowych i artykułów.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Prawda i kłamstwo w „Kodzie Leonarda da Vinci”

Tadeusz Zwilnian-Grabowski
Edycja szczecińsko-kamieńska 7/2007

Sukces, jaki odniosła książka Dana Browna, (16 wydań, ponad 35 milionów egzemplarzy, realizacja filmowa) może nasuwać cały szereg wniosków: ludzie lubią uciekać od szarej prozaicznej rzeczywistości, szukają rzeczy niezwykłych, będących tajemnicami budzącymi zaciekawienie, każącymi rozwiązywać jak rebusy i krzyżówki liczne fantazje, którymi posługuje się autor, niezwykłe przygody, mimo swoich naiwności i nieprawdopodobieństw, okazują się atrakcyjne i niezwykle pociągające.
Niezorientowany w detalach opisywanej rzeczywistości historycznej czytelnik, stojąc przed alternatywą albo musi wszystko potraktować jako prawdę - więc zaakceptować i przyjąć, albo odwrotnie wszystko zdefiniować jako bajkę i dobrą zabawę dla dorosłych dzieci - więc odrzucić. Tymczasem obiektywna, historyczna prawda jest inna. „Kod Leonarda da Vinci” zawiera i prawdę, i kłamstwo, z tym, że autor świadomie, tendencyjnie i celowo wymieszał je ze sobą tak, że istnieje obiektywna trudność, żeby ten węzeł rozwikłać i prawdę od kłamstwa oddzielić.
Gdyby to był tylko zwykły kryminał, jak tysiące innych, splątany różnymi nićmi, wymagającymi rzetelnego badania i śledztwa, sprawa byłaby prostsza i właściwie niewarta, żeby się naprawdę poważnie nią zajmować. Bo te wszystkie kruczki, zagadki, szyfry i tajemnice, skrupulatnie przez autora „Kodu” na kartach książki rozsiane, mogą satysfakcjonować miłośników krzyżówek i po to zostały wplecione, by stworzyć szczególną atmosferę napięcia i tajemniczości przy ich rozwiązaniach. One nas nie interesują. Natomiast Dan Brown umieścił w swojej książce szereg heretyckich faktów, bluźnierczych i obrażających uczucie każdego wierzącego chrześcijanina i z tymi faktami nie można się absolutnie pogodzić, trzeba je wykazać jako wierutne kłamstwo i fałsz ohydny, godny pogardy najwyższej. Dlatego piszę ten artykuł.
Pierwsza sprawa: nastawienie autora „Kodu” do Kościoła katolickiego jest bardzo nieprzyjazne, wrogie, pełne zaciekłej niechęci i złości, nie waham się powiedzieć: nienawiści. I w tym tendencyjnym świetle można i należy rozpatrywać wszystkie fakty, mające charakter herezji i bluźnierstwa.
Dla jasnego i klarownego przedstawienia sprawy pragnę poszczególne fakty omawiać kolejno i osobno. Centralnym tematem książki Dana Browna wydaje się być temat św. Graala. Powiedzmy od razu: jest to legenda, choć znalazła bardzo szeroki rezonans na przestrzeni wieków. Legenda ta ma szereg aspektów: 1) chrześcijański, 2) celtycki, 3) antyczno-pogański.
W aspekcie chrześcijańskim św. Graalem miało być naczynie z jaspisu, zielona waza, w której Józef z Arymatei zamknął krew Chrystusa, przelaną na krzyżu. Tę wazę mieli znaleźć krzyżowcy podczas I krucjaty i przewieźć do Genui. W tym aspekcie św. Graal symbolizuje wartości dobra, piękna, moralności.
W aspekcie celtyckim św. Graal utożsamiany jest z rogiem obfitości. Znamionuje szczęście doczesne, bogactwo, dobrobyt. Wiąże się z legendarnym cyklem o królu Arturze i rycerzach Okrągłego Stołu. W aspekcie antyczno-pogańskim jest symbolem płodności, kobiecości. Związany z żeńskim pierwiastkiem łączy się z kultem bogini-matki (sumeryjska Inanna, fenicka Astarte, babilońska Isztar, egipska Izyda).
Średniowieczne romanse rycerskie, powstałe z tradycji ustnej, rozpropagowały ideę św. Graala (Chrétien de Troyes, Wolfram von Eschenbach) znalazła ta idea odbicie w muzyce Ryszarda Wagnera. Naprawdę św. Graal nie istniał, cała zatem fabuła powieści Dana Browna w tym przedmiocie jest wielką, fantastyczną mistyfikacją.
Zakonem, którym „Kod” Browna zajmuje się szeroko, jest Zakon Templariuszy. Był to jeden z najstarszych zakonów rycerskich, założony w 1118 r. podczas wypraw krzyżowych. Templariusze mieli strzec dróg do Ziemi Świętej dla pielgrzymów idących do Grobu Chrystusa. Zakon urósł w potęgę, ciesząc się szczególnymi przywilejami Kościoła. Zakon budował zamki - fortece oraz kaplice - miejsca kultu. Powstała siedziba w Jerozolimie na Wzgórzu Świątynnym Moria w pałacu przylegającym do dawnego meczetu Al-Aksa, gdzie stała dawniej świątynia Salomona. Templum Domini - świątynia Pana - stąd nazwa zakonu. Templariusze stworzyli jeden z pierwszych międzynarodowych systemów bankowych, byli właścicielami rozległych posiadłości w Europie i na Bliskim Wschodzie. Ta materialna potęga, która kłuła w oczy zawistnych i zazdrosnych władców, stała się ich zgubą.
W „Kodzie” napisano, że to Kościół katolicki ich zniszczył, że papież kazał ich spalić. Jest to kłamstwo wierutne. Prawda była taka, że papież Klemens V, jako człowiek słaby i uległy, podporządkował się królowi Francji i przeniósł stolicę z Rzymu do Awinionu, rozpoczynając tzw. niewolę awiniońską papieży, która trwała 70 lat. Ówczesny król Francji Filip IV Piękny, pragnąc posiąść dobra templariuszy, oskarżył ich o herezję i uwięził, zmuszając papieża Klemensa V do akceptacji swego czynu. Bojaźliwy i uległy przemocy i szantażowi Klemens V zaakceptował łotrostwo króla. Wytoczono templariuszom proces i poddano torturom. W 1307 r. mistrz zakonu Jakub de Molay zaprzeczył poprzednim oświadczeniom, które złożył pod wpływem tortur. Zginął na stosie. To jest bolesna karta z historii Kościoła. Klemens V na polecenie króla rozwiązał Zakon Templariuszy i wszystkie ich posiadłości przekazał Zakonowi Joannitów, jednakże tymi bogactwami władał i zarządzał król Filip IV Piękny do końca swego życia.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Proponowane w Polsce standardy edukacji seksualnej WHO

2019-08-19 17:36

Marcin Przeciszewski / Warszawa (KAI)

- Dziecko nie może uczestniczyć w żadnych tego typu zajęciach bez wyraźnej zgody rodziców lub prawnych opiekunów – napisał dziś bp Marek Mendyk, przewodniczący Komisji Wychowania Katolickiego KEP, w apelu skierowanym do rodziców w związku z planowanym wprowadzeniem ich przez niektóre samorządy. Postulowane przez niektóre samorządy programy edukacji seksualnej w szkołach mają opierać się na standardach i wytycznych Światowej Organizacji Zdrowia (WHO). W poniższej analizie prezentujemy ich główne założenia.

Bożena Sztajner/Niedziela
Dary dla dzieci z Białorusi

Wytyczne te zostały przedstawione w dokumencie „Standardy edukacji seksualnej w Europie”, będącym wspólną publikacją Biura Regionalnego Światowej Organizacji Zdrowia dla Europy i niemieckiego Federalnego Biura ds. Edukacji Zdrowotnej. Publikacja ta, wydana w 2010 r., zawiera zalecenia dla osób i instytucji odpowiedzialnych za zdrowie i edukację seksualną. Jej polskie tłumaczenie zostało wydane w dwa lata później.

Dokument ten - jak czytamy we wstępie - opiera się na tzw. podejściu holistycznym do seksualności człowieka i ma za cel „pomóc dzieciom i młodym osobom w rozwinięciu podstawowych umiejętności umożliwiających im samookreślenie ich seksualności i związków na różnych etapach rozwoju, (...) w przeżywaniu swojej seksualności oraz partnerstwa w sposób satysfakcjonujący i odpowiedzialny”.

Autorzy dokumentu zaznaczają, że podejście „holistyczne” ma zastąpić modele edukacji seksualnej obowiązujące w wielu krajach. Informują, że pierwsza ich grupa – promowana szczególnie silnie przez Republikanów w USA – bazowała na zapoznaniu dzieci i młodzieży z biologicznymi kwestiami dotyczącymi płci i życia seksualnego, co jednak było połączone z promocją wstrzemięźliwości seksualnej do momentu zawarcia związku małżeńskiego. Druga grupa programów, realizowanych dotąd w większości krajów europejskich, abstynencję seksualną traktuje jako zachowanie opcjonalne, a obok niej przedstawiane są zasady antykoncepcji i tzw. bezpiecznego seksu.

Natomiast program WHO ma charakter znacznie bardziej liberalny, uwzględnia również orientację homoseksualną, a płeć – zgodnie z teoriami gender - traktuje jako zjawisko bardziej społeczne niż biologiczne. Na równi z małżeństwem definiowanym jako związek mężczyzny i kobiety, stawia na równym poziomie inne rodzaje związków.

Konkretne propozycje w zakresie edukacji

Dokument „Standardy edukacji seksualnej w Europie WHO” prezentuje „Matrycę” która stanowi przegląd tematów, które powinny zostać omówione w poszczególnych grupach wiekowych: 0–4 lata, 4–6 lat, 6–9 lat, 9–12 lat i 12-15 lat. Zakłada się, że zajęcia te powinny być obowiązkowe (niezależnie od woli rodziców) już od wieku przedszkolnego, a powinni je prowadzić różni specjaliści, niekoniecznie wychowawcy czy nauczyciele. Przewiduje się zatem możliwość prowadzenia edukacji seksualnej przez organizacje pozarządowe mające taki zapis w statutach, a szkoła pełniłaby rolę koordynacyjną.

0–4 lata

Program przewiduje, że szkolni seksedukatorzy powinni przekazywać dzieciom w wieku poniżej 4 lat podstawową wiedzę o ludzkim ciele i narządach płciowych, o różnicach płciowych oraz pochodzeniu dzieci, czyli ciąży i porodzie.

Ma być również kształtowane „pozytywne nastawienie do własnej płci biologicznej, jak i społeczno-kulturowej” oraz wiedza, że związki natury seksualnej mogą być różnorodne, a tej różnorodności powinna towarzyszyć akceptacja.

Niezależnie od tego mają być przekazywane takie treści jak „radość i przyjemność z dotykania własnego ciała” czy wiedza o „masturbacji w okresie wczesnego dzieciństwa”.

4–6 lat

Dzieci w wieku od 4 do 6 lat mają dalej zgłębiać tę tematykę, włącznie z pozytywnym podejściem do masturbacji pojmowanej jako „radość i przyjemność”.

Zarazem mają być omawiane różnorodne emocje, w tym „pierwsza miłość” jako rodzaj zauroczenia, a także przygotowywanie do radzenia sobie w sytuacji, w której uczucie nie zostaje odwzajemnione.

Dziecko w tym okresie ma być również zapoznawane ze „związkami do osób tej samej płci” oraz kształtowane w pozytywnym podejściu do własnej tożsamości płciowej. Kształtowana być winna postawa, że „moje ciało należy do mnie”, więc mam określone prawa z tym związane. Towarzyszyć temu ma świadomość, że są osoby, które „mogą posunąć się do przemocy oraz, że muszę nauczyć się jak należy się przed nimi chronić”.

6–9 lat

U dzieci w wieku od 6 do 9 lat ma być pogłębiana wiedza o rozwoju fizjologicznym, z uwzględnieniem miesiączkowania, ejakulacji itp. Duży nacisk ma być położony na antykoncepcję. Jest ona proponowana jako jedyna możliwość planowania rodziny. Prezentowane mają być także różnorodne techniki współżycia płciowego. Zaznacza się tylko, że „akceptowalne współżycie/seks, winien być odbywany za zgodą obu osób, ma być on dobrowolny, równy i stosowny do wieku i kontekstu, zapewniający szacunek do samego siebie”. Żadne inne etyczne normy i zasady dotyczące podejmowania współżycia seksualnego nie są proponowane. Za to ma być uświadamiany „pozytywny wpływ seksualności na zdrowie i dobre samopoczucie”.

Prezentowane mają być również „prawa seksualne”, rozumiane jako prawo do informacji i edukacji seksualnej, jak i cielesnej integralności.

Podobnie jak na poprzednich etapach – wobec dzieci w wieku 6–9 lat - proponowana jest masturbacja i autostymulacja seksualna. Mowa ma być również o „seksie w mediach” (włącznie z internetem), oraz o „radzeniu sobie z obrazem seksu w mediach”. Nie pojawia się w tym kontekście pojęcie pornografii jako zjawiska mającego negatywny wpływ na rozwój człowieka.

Jest też mowa o małżeństwie, ale pojęcie to pojawia się wyłącznie w kontekście możliwości rozwodu. Prezentowane mają być także „różne związki rodzinne” w kontekście umiejętności „negocjowania kompromisów, wykazywania tolerancji i empatii”.

9–12 lat

Na etapie od 9 do 12 lat przedmiotem nauczania ma być szczegółowe poznanie różnych (skutecznych i nieskutecznych) metod antykoncepcji oraz „zrozumienie, że antykoncepcja to odpowiedzialność obu płci”. Wiele ma być mowy o przeżywaniu ciąży i poszczególnych jej etapów, włącznie z ciążą „w związkach między osobami tej samej płci”.

Uczniowie mają być również uświadamiani z zakresie niebezpieczeństwa przemocy seksualnej i konieczności obrony przed nią.

Prezentowane mają być różne orientacje seksualne oraz „miłość wobec osób tej samej płci”. Tym dzieciom, które odkryły swą odmienność seksualną - proponowany ma być «coming out», czyli publiczne ogłoszenie tego faktu jeszcze przed ukończeniem 12. roku życia. Zgodnie z teorią gender ma być przekazywane także przekonanie o „różnicach między tożsamością płciową i płcią biologiczną”.

Cel edukacji ma być osiągnięty wraz z ukończeniem 15. roku życia, kiedy młody człowiek powinien już osiągnąć pełną „akceptację, szacunek i rozumienie różnorodności dotyczącej seksualności i orientacji seksualnych”. Nigdzie natomiast nie ma mowy o potrzebie opanowywania popędu seksualnego, nie pojawia się więc pojęcie wstrzemięźliwości. Nie istnieje pojęcie „uczyć wyższych” rozumianych jako rozwój miłości, którym powinny być podporządkowane „uczucia niższe”, w postaci pożycia seksualnego.

Zaznaczyć należy, że tak zarysowany program edukacji seksualnej pozostaje w diametralnej sprzeczności nie tylko z chrześcijańską koncepcją rozwoju osoby ludzkiej, ale także z „integralną wizją ludzkiej seksualności” zawartą w obowiązującej w Polsce podstawie programowej, wprowadzonej rozporządzeniem Ministra Edukacji Narodowej z 14 lutego 2017.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem