Reklama

Kościół z miliona cegieł

Wojciech Świątkiewicz
Edycja warszawska (st.) 37/2004

Przejeżdżając przez Postoliska, niewielką wieś położoną zaledwie 3 kilometry od Tłuszcza, nie sposób nie zauważyć strzelistych wież neogotyckiego kościoła św. Stanisława, biskupa i męczennika, dumy parafian. Miejscowi wierni dobrze wiedzą, jaki los miał spotkać ich świątynię podczas okupacji...

W położonych nieco na uboczu głównych dróg Postoliskach życie płynie wolno. Mieszka tu ludność rolnicza, która do niedawna jeszcze prowadziła tradycyjne gospodarstwa chłopskie. Dziś gospodarstw prawie nie ma, młodzi pouciekali do miasta. Starsi, którzy prowadzili gospodarstwa i nierzadko dorabiali, dziś po utracie dodatkowej pracy, zdali gospodarstwa i żyją z niewielkich rolniczych rent. Przez wiele lat władze nie zezwalały na budowę nowych domów, gdyż tereny były przewidziane pod uprawę ziemi. Dziś można już przekwalifikowywać ziemie rolnicze na działki budowlane i budować domy. Dlatego coraz częściej osiedlają się tu na stałe mieszkańcy z Warszawy, Wołomina i okolic. Niektórzy z nich przedstawiają się w parafii. Zaczynają też wracać ci, którzy niegdyś opuścili rodzinną wieś. Nie znajdując pracy w mieście, osiedlają się ponownie i budują domy na własnych placach, co oczywiście znacznie zmniejsza koszty budowy.

Jedna z najstarszych parafii

Miejscowa parafia św. Stanisława biskupa i męczennika należy do najstarszych w diecezji warszawsko-praskiej. Powstała najprawdopodobniej ok. 1531 r. i - z nieznanych przyczyn - szybko upadła. Ponownej jej erekcji dokonał w 1540 r. biskup płocki Jan Buczacki Wtedy też wniesiono tu drugi kościół drewniany, fundacji Stanisława Dąbrowskiego, kanonika wileńskiego i pułtuskiego oraz jego brata Andrzeja. Świątynia z biegiem lat ulegała jednak zniszczeniu, tak że w okresie potopu szwedzkiego nie nadawała się już do kultu. Pod koniec lat sześćdziesiątych XVII w. doprowadzono ją do używalności, a jej konsekracji dokonał bp Andrzej Chryzostom Załuski. Przetrwała aż do 1920 r., tj. do czasu wybudowania obecnego kościoła.
Obecna neogotycka świątynia powstała w latach 1913-1919 według projektu Hugona Kudery. Budowniczym był ks. Wacław Koskowski. Ciekawostką jest, że postawiono ją z cegły własnej produkcji. W leżącej na terenie parafii wsi Stryjki odkryto stosowną glinę, wybudowano cegielnię, z której wyszło milion cegieł na budowę kościoła. Pomagali wszyscy parafianie. Ponieważ teren jest kamienisty, proboszcz zarządził, aby każde dziecko przychodzące na religię, przynosiło kamień, który zużywano do budowy. Wybuch pierwszej wojny światowej spowodował, że nie wybudowano wieży.

Reklama

Świątynia ocalała

Już w odrodzonej Polsce, 26 maja 1919 r. świątynię konsekrował biskup polowy Stanisław Gall. W czasie II wojny światowej Niemcy zorganizowali w kościele szpital, a na plebanii stacjonowało dowództwo. Przed wycofaniem się hitlerowcy podjęli decyzję o wysadzeniu kościoła w powietrze. Wywiercili w ścianach świątyni otwory, w których umieszczono materiały wybuchowe. I świątynia z pewnością podzieliłaby los wielu innych kościołów, które Niemcy zniszczyli w czasie II wojny światowej, gdyby nie matka ówczesnego proboszcza ks. Romana Bujalskiego, która dobrze znała język niemiecki. Trudno dziś powiedzieć, jak - z Bożą pomocą - udało się jej i synowi kapłanowi przekonać Niemców do odstąpienia od ich zamiarów. Do dziś można oglądać w murach świątyni zacementowane otwory, w których umieszczone były materiały wybuchowe - to wyjątkowe świadectwo czasu wojny, a zarazem szczególnej Opatrzności Bożej. W latach osiemdziesiątych XX w. została zakończona budowa 64-metrowej wieży.
Kościół jest trzynawowy, a w swoim wnętrzu mieści barokowe pozostałości z dawnego drewnianego kościoła. Należą do nich trzy ołtarze, chrzcielnica, krucyfiksy, a także jeszcze starszy, pochodzący z II połowy XVII w. konfesjonał. Po bokach prezbiterium stoją dwa rzędy kamiennych kolumn. Uwagę wiernych zwraca dużych rozmiarów (2 x 3 m) obraz przedstawiający anioła na cmentarzu. Namalował go Miłosz Kotarbiński (1854-1944), ojciec znanego filozofa Tadeusza Kotarbińskiego, który zajmował się malarstwem, poezją i krytyką artystyczną.
Od 19 lat proboszczem w liczącej 5 tys. wiernych parafii w Postoliskach jest ks. kan. Aleksander Smogorzewski. Kiedy w 1985 r. przyszedł do parafii, miała ona jeszcze więcej wiernych i większy obszar. Potem została zmniejszona; część wiosek znalazła się w granicach obydwu parafii w Tłuszczu.

Dzień dzisiejszy parafii

Ksiądz Proboszcz chętnie mówi o ruchach działających w parafii. Jednym z najstarszych jest Straż Honorowa Serca Jezusowego. Powstała ona tu już w 1921 r. Przez wiele lat jej członkowie towarzyszyli ze światłem kapłanom udającym się do chorych. Dziś kilkanaście osób należących do Straży nosi światło podczas procesji i adoracji. W parafii działa aż 15 róż Żywego Różańca. Są oczywiście bielanki i ministranci
Ks. kan. Smogorzewski podkreśla dobrą współpracę parafii ze szkołami. Na organizowane tu w okresie Bożego Narodzenia jasełka, Dzień Matki, Dzień Ojca czy Dzień Dziecka zapraszani są księża. Dzieci wspólnie z katechetami przygotowują Drogę Krzyżową.
W ostatnich latach w świątyni podjęto wiele nowych inwestycji. Gdy przed 19 laty - po przedwczesnej śmierci ks. Adama Pawlaka - ks. Smogorzewski przyszedł do Postolisk, dopiero co rozpoczęła się wymiana dachu. - Ludzie byli bardzo chętni do pomocy. Przychodzili, pomagali. Na dach położyliśmy 24 tony blachy miedzianej.
Ale to nie była jedyna inwestycja. Zakupione zostały nowe ławki (jeszcze nie są spłacone), wymieniona została instalacja elektryczna, zakupione żyrandole i kinkiety w bocznych nawach. Konserwowane były zabytkowe ołtarze, umeblowana została zakrystia, zakupiono konfesjonały autentycznie pasujące do neogotyckiego wyglądu. Dokończona została budowa wieży kościelnej.
Kiedy pytam na kogo w szczególnie Ksiądz Proboszcz może liczyć w parafii, ks. Smogorzewski odpowiada: na niektórych radnych, sołtysów i strażaków. Chętnie podkreśla, że parafianie lubią pielgrzymować. Byli w Licheniu, na Jasnej Górze, w Gietrzwałdzie, Świętej Lipce, Krakowie, Oświęcimiu.
W ostatnim czasie - dużym finansowym wysiłkiem parafii (na szczęście długi zostały już spłacone) - powiększony został i ogrodzony murem kamiennym cmentarz parafialny. Znajduje się na nim m.in. grób lotników polskich z zestrzelonego przez Niemców 7 września 1939 r. bombowca „Karaś”. Jest klasycystyczny grób Mateusza Murawskiego (zm. w 1855 r.) oraz grobowce byłych właścicieli ziemskich. Jest tablica poświęcona por. Stanisławowi Łachowi, budowniczemu szkoły w Postoliskach i jej kierownikowi, żołnierzowi Września 1939 r. zamordowanemu w Katyniu.
Na terenie parafii, w Chrzęstnem znajduje się najstarszy w powiecie wołomińskim zabytek - pałac wybudowany w 1635 r. dla Stefana Dobrogosta Grzybowskiego, starosty warszawskiego i kamieńczykowskiego, kasztelana lubelskiego. W XIX w. jego właścicielką była Wincentyna Karska, która zapraszała tu artystów z Warszawy. Tworzył tu m.in. przedstawiciel polskiego impresjonizmu, wybitny malarz Władysław Podkowiński. Obecnie zespół pałacowo-parkowy w Chrzęstnem położony na powierzchni 3,5 ha, Starostwo Powiatu Wołomińskiego chce przysposobić na cele pomocy społecznej, kultury lub edukacji. W tym celu poszukuje inwestora strategicznego.
Największym problemem duszpasterskim jest zbyt mała liczba parafian przychodzących w niedziele i święta do kościoła. Cieszy jednak fakt, że wśród tych, którzy przychodzą, wielu przystępuje do sakramentów świętych. - Przed 19 laty, gdy przyszedłem do Postolisk, rocznie w parafii rozdawaliśmy 30 tys. Komunii św., dziś 65 tys.
Wśród innych radości parafian jest sukces na tegorocznych dożynkach diecezjalnych w Klembowie. Wieniec przygotowany przez mieszkańców wsi Dębinki zajął pierwsze miejsce!
Pytany o plany duszpasterskie na przyszłość, Proboszcz Postolisk mówi, że chce wprowadzić w pierwsze piątki miesiąca adorację Najświętszego Sakramentu. Uczestnicząc w niej wierni szukać będą Źródła, skąd czerpać będą siły na drogę życia w wierze.

Sutanna utkana przez mamę

2019-05-21 13:10

Wysłuchała Agnieszka Bugała
Niedziela Ogólnopolska 21/2019, str. 24-25

Do kapłaństwa Bóg wybiera, kogo chce. Ale wybrany nie jest znikąd, ma swoją historię: mamę, tatę i dom. Korzenie i źródło. Jeśli korzeń był mocny – byle wiatr go nie wyrwie. Jeśli źródło czyste – łatwo napoi innych.
O rodzinnych domach oraz swoich mamach Agnieszce Bugale opowiadają bp Antoni Długosz i ks. Marek Dziewiecki

Bożena Sztajner

Janina Długosz
O swojej mamie Janinie mówi bp Antoni Długosz

– Mamusia miała na imię Janina, ale mówili do niej Janeczka. Miała zaledwie dwa lata, gdy zmarł jej tato. Owdowiała wcześnie babcia Frania nigdy nie wyszła powtórnie za mąż i sama wychowała pięcioro dzieci. Mama, najmłodsza z rodzeństwa, wybrała zawód fryzjerki. Czesała pięknie, pracowała chętnie i dużo nie tylko w domu, ale kilka razy w tygodniu odwiedzała domy żon właścicieli fabryk na terenie Częstochowy – otrzymywała duże wynagrodzenie za pracę. W 1940 r. poślubiła Józefa, mojego ojca. Podjęła obowiązki żony i nadal pracowała zawodowo, pomagała mężowi w utrzymaniu rodziny. Tak było do moich urodzin. Dziadek Jan Długosz odwiedził kiedyś rodzinę syna, chcąc się zorientować, jak spełnia swoje nowe zadania. Mamusia czesała znajomą, a ja wyrywałem się z rąk babci z płaczem, upominając się o... mamusię. Wtedy dziadek odwołał tatusia „na stronę” i oświadczył, że Janeczka nie powinna pracować zawodowo, bo to ojciec ma obowiązek zapracować na utrzymanie rodziny. Dziadek Jan cieszył się dużym autorytetem, dlatego tatuś, bez dyskusji, zabronił mamusi pracować. Od tej pory z pomocą babci Frani, która do końca życia mieszkała z nami, mama uczyła się sztuki gotowania. Pierwszą zupę grochową przesoliła, ale potem było już coraz lepiej. Każdego dnia czekały na nas rano śniadanie i po szkole smaczny obiad.

Więź z Panem Bogiem odczytywałem przez całe jej życie. Wyrazem postawy wiary była częsta modlitwa, a szczególnie świętowanie niedzieli. W sobotę kierowała kąpielą dzieci, przygotowywała produkty na niedzielny obiad, pomagała w czyszczeniu obuwia. W niedzielę po modlitwie całą rodziną jedliśmy śniadanie, a po nim szliśmy na Mszę św.

Od mamy uczyłem się przebaczania ludziom oraz pamięci o nieobecnych podczas wspólnego posiłku. Zawsze pamiętała, by sprawiedliwą ilość jedzenia odłożyć dla osoby nieobecnej, która nie mogła zasiąść do stołu z całą rodziną.

Ważnym miejscem dla niej była Jasna Góra. Zazwyczaj szła pieszo, pokonując 5 km, by odprawić nowenny, modlić się z racji różnych zdarzeń rodzinnego życia. Kiedy w trzeciej klasie zostałem ministrantem, budziła mnie wcześniej, gdy miałem dyżury służenia do Mszy św., bym mógł z jej pomocą jak najlepiej wywiązać się z tego zadania. Nie pozwalała na krytykowanie księży, zawsze stawała w ich obronie. Gdy powiedziałem, że chcę zostać księdzem, ucieszyła się i z pomocą swych starszych sióstr przygotowywała mi tzw. wyprawkę do seminarium. Głęboko przeżyła moje kapłańskie święcenia i prymicje... Na drugiej placówce, w której pracowałem z poważnie chorym proboszczem, bardzo często mnie odwiedzała, przywoziła smakołyki, a także wspierała mnie finansowo. Z ojcem kupili gry planszowe i piłkę dla moich ministrantów. Modliła się dużo, zwykle na różańcu. Nie uwierzyła, gdy otrzymałem nominację na biskupa. W rodzinie uchodziłem za pogodnego człowieka, dlatego gdy zadzwoniłem po ogłoszeniu nominacji, odpowiedziała: „Nie wygłupiaj się!”.

Archiwum rodzinne
Sabina Dziewiecka, Janina Długosz

Odkąd zmarła, ciągle czuję jej obecność. Widzę ją jak dawniej: siedzi w fotelu, a ja klękam przy niej, układam głowę na jej piersi, słyszę bicie serca, a ona obejmuje mnie swoimi ramionami...

* * *

Sabina Dziewiecka
O swojej mamie Sabinie mówi ks. Marek Dziewiecki

– Mama wstawała o piątej rano, by pójść pieszo na Mszę św. do kościoła oddalonego o 2 km od domu. Gdy się budziłem, zdążyła już zrobić zakupy i przygotować śniadanie dla mnie i dla młodszego brata. Pewnego ranka zobaczyłem, że wróciła z kościoła zmoknięta i zziębnięta. Zrobiło mi się jej tak żal, że nie mogłem powstrzymać łez. Poprosiłem, by odtąd nie chodziła codziennie na Mszę św., ale by dłużej spała, bo wtedy będzie bardziej wypoczęta. Mama mnie przytuliła, uśmiechnęła się i wyjaśniła, że właśnie wtedy ma siły, gdy zaczyna dzień od spotkania z Jezusem. Promieniowała przy tym taką mocą i pewnością siebie, że odtąd już nigdy nie zaproponowałem jej postu od Eucharystii.

Nauczyła mnie tego, co decyduje o dojrzałości mężczyzny: zaufania do Boga i szacunku do kobiet. Przy rodzicach czułem się nieskończenie ważny i całkowicie bezpieczny. Wiedziałem, że mogli mnie z jakiegoś powodu upomnieć, a nawet skrzyczeć, nie mogli tylko jednego: przestać mnie kochać. Tuż przed siódmymi urodzinami chciałem przekonać rodziców, że do szczęścia jest mi koniecznie potrzebna pewna zabawka. Mama cierpliwie tłumaczyła, że nie stać nas na zakup elektrycznego autka, a miał takie jeden z kolegów w mojej klasie. W wieku siedmiu lat byłem jednak całkiem podobny do niektórych dorosłych, tzn. zupełnie nie reagowałem na rozsądne argumenty. Oznajmiłem mamie, że nie podniosę się z chodnika, dopóki nie dostanę upragnionej zabawki. Po kilku minutach mama uległa... i kupiła. Wieczorem w czasie kolacji zauważyłem, że mama je suchy chleb i pije herbatę bez cukru. Gdy zapytałem o powód takiego zachowania, odpowiedziała: „Tłumaczyłam ci dzisiaj przed sklepem, że nie stać nas na kupno takiej zabawki, jednak nie chciałeś mnie posłuchać i dlatego przez tydzień będę musiała jeść suchy chleb, żeby zaoszczędzić pieniądze wydane na samochodzik dla ciebie”. W oczach stanęły mi łzy. Przez chwilę patrzyłem to na zabawkę, to na mamusię, to na suchą kromkę chleba w jej dłoniach. Uświadomiłem sobie, że żadne zabawki świata nie mogą mi dać takiej radości, jak jeden uśmiech mamusi czy jedno radosne spojrzenie tatusia. Rzuciłem się mamie w ramiona i zacząłem płakać. Powiedziałem, że też chcę przez tydzień jeść tylko suchy chleb i popijać herbatą bez cukru. Mama szepnęła mi do ucha, że mnie bardzo kocha, i mocno przytuliła. To była dla mnie lekcja panowania nad sobą i odróżniania tego, co jest mi potrzebne do szczęścia, od tego, co jest tylko chwilowym pragnieniem.

Od wczesnego dzieciństwa mama pomagała mi żyć w obecności Boga, ufać Mu nad życie i rozmawiać z Nim o wszystkim, co było dla mnie ważne. Wcześnie nauczyła mnie znaku krzyża i pacierza. Wieczorami czytała mi Biblię i z radością opowiadała o największej historii miłości w dziejach wszechświata: o miłości Boga do ludzi. I do mnie! Moja mama żyła w obecności Boga. Na dziesiątki sposobów zapewniała mnie codziennie o tym, że warto słuchać Boga bardziej niż samego siebie. Może czuła, że przyjdą takie miesiące, w których będę musiał podjąć decyzję o tym, czy pójść za moimi marzeniami, czy też za głosem powołującego mnie Boga? Umiała mnie kochać. Była w tym naprawdę genialna! Potrafiła być czuła i jednocześnie wymagająca, gdy tylko tego potrzebowałem. Jednym spojrzeniem, gestem czy słowem potrafiła mnie mobilizować do rozwoju i do pracy nad sobą. Kształtowała moje sumienie. Fascynowała mnie świętością, którą sama promieniowała na co dzień.

Na wieczną stronę istnienia obydwoje rodzice odchodzili spokojnie. Najpierw – w wieku 88 lat – odszedł tata. Pięć tygodni po jego śmierci mama zaczęła być coraz bardziej zamyślona. I zaczęła słabnąć w oczach. Po sześciu dniach zamyślenia dała mi znak, bym ją przytulił mocniej. I usnęła, po raz ostatni w doczesności. Najwyraźniej uznała, że z tamtej strony istnienia tata nie powinien tęsknić za nią dłużej niż sześć tygodni...

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Abp Ryś do Neoprezbiterów: ja wam przyrzekam, że będę wam Ojcem

2019-05-25 19:11

xpk / Łódź (KAI)

- Ja wam przyrzekam, że będę wam Ojcem, że będę was traktował jako współpracowników, że będę was traktował, jak swoje ukochane dzieci! Przyrzekam wam to za siebie, i przyrzekam wam to za każdego biskupa, który tu będzie na tym miejscu przewodniczył Eucharystii. Obyście nigdy nie zwątpili w tę relację, bo ona jest bardzo ważna! – mówił arcybiskup Grzegorz Ryś do przyszłych kapłanów Kościoła łódzkiego.W sobotę 25 maja, w katedrze łódzkiej abp Grzegorz Ryś metropolita łódzki wyświęcił na kapłanów dziewięciu diakonów Wyższego Seminarium Duchownego w Łodzi. Wraz z metropolitą łódzkim Eucharystię sprawowało kilkudziesięciu kapłanów. Wśród nich byli ksiądz arcybiskup senior Władysław Ziółek, biskup Ireneusz Pękalski i biskup Marek Marczak oraz wychowawcy i profesorowie WSD.

Archidiecezja Łódzka

Po odczytaniu ewangelii, ksiądz rektor imiennie wezwał każdego z kandydatów, a ten odpowiedział na wezwanie – jestem! Po zakończeniu sześcioletniej formacji i po zasięgnięciu opinii wiernych oraz formatorów, 9 diakonów zostało dopuszczonych do przyjęcia święceń w stopniu Prezbiteratu.

-Wchodzicie dziś do wspólnoty, która się nazywa prezbiterium łódzkie – mówił w homilii metropolita łódzki. – Wspólnota – to nie jest układ kolesiów. Wspólnota – to nie jest solidarność zawodowa. Wspólnota – to jest rzeczywista komunia ludzi połączonych wspólną misją, wspólnym wezwaniem, wspólną miłością do Jezusa. To jest komunia ludzi, którzy potrafią być dla siebie braćmi, którzy ze sobą nie rywalizują, którzy się nie ścigają, którzy ze sobą nie współzawodniczą, tylko współpracują. Wspólnota – to jest komunia ludzi, którzy potrafią sobie nawzajem pomóc wtedy, kiedy jeden z nich jest w głębokim kryzysie. Wchodzicie do wspólnoty i macie ją współtworzyć. Niech was ręka Boska broni od myślenia – ja sam, ja sam i lepiej, żeby mi nikt nie przeszkadzał – podkreślił metropolita łódzki.

Zaapelował do nowych kapłanów, aby wyrzucili z siebie to wszystko, co mogłoby oddalać ich od wiernych, do których zostaną posłani. – Święcenia mają was do ludzi zbliżyć. Najgorsze byłoby to, gdyby święcenia was od ludzi oddaliły. Cokolwiek by stało po waszej stronie jako przeszkoda pomiędzy wami, a ludźmi – usuwajcie to! Róbcie wszystko, by ludzie mieli do was dostęp w takim poczuciu, że jesteście jednym z nich – słaby wśród słabych. Dobrze wiecie w jakiej sytuacji o tym mówimy. Dziś jest potężna przeszkoda w naszych relacjach z całym ludem Bożym. Nasza przeszkoda nazywa się zgorszenie. Ta przeszkoda nazywa się brak zaufania. Ta przeszkoda nazywa się grzech publiczny. Musimy wszystko uczynić, by usunąć tę przeszkodę, by ludzie mieli do nas wiarygodny dostęp. To my musimy usuwać tę przeszkodę, bo myśmy ją ustawili – zauważył hierarcha.

Zawracając się do księży neoprezbiterów kaznodzieja powiedział także: – Ja wam życzę Ducha Świętego, który nie objaśnia wszystkiego na początku. Czasami was pośle w taką drogę, że nie będziecie rozumieć co się dzieje, dlaczego nie możecie robić tego, do czego jesteście przekonani, dlaczego nie możecie mówić do tych ludzi, którzy wedle waszej oceny tego strasznie potrzebują. Życzę wam takiej wiary, że przyjedzie taki moment, gdy cała ta droga się rozjaśni, bo Duch na końcu pokaże dlaczego było tak, a nie inaczej. Dokonuje się to w takim momencie, który On sam wybiera. Czasami Boga rozpoznaje się po czasie – zauważył arcybiskup.

Po zakończeniu homilii, kandydaci do święceń położyli się krzyżem na posadzce katedry, a zebrani w świątyni odśpiewali Litanię do Wszystkich Świętych. Po niej nastąpił moment modlitwy konsekracyjnej oraz nałożenie rąk, przez biskupów i obecnych w świątyni kapłanów. Każdy z diakonów swoje dłonie, włożył w dłonie biskupa, składając tym samym przysięgę wierności i posłuszeństwa swojemu ordynariuszowi. Wręczone zostały im także dary ofiarne ludu – chleb i wino, które mocą z wysoka, przez posługę nowych kapłanów, stawać się będą Ciałem i Krwią Chrystusa. Na zakończenie obrzędu świeceń ksiądz arcybiskup przekazał nowym kapłanom znak pokoju – wyraz jedności i przyjęcia nowych księży, za swoich współpracowników, braci i przyjaciół.

Dzisiejsza Msza święta święceń kapłańskich, była pierwszą, którą dziewięciu nowych księży, celebrowało w swoim życiu. Liturgię zakończyły podziękowania skierowane do biskupów, przełożonych seminaryjnych oraz rodziny.

Przed błogosławieństwem metropolita łódzki wręczył księżom neoprezbiterom książeczki jurysdykcyjne (dokument uprawniający do sprawowania sakramentu pokuty i pojednania) testimonia (dokument potwierdzający otrzymanie święceń) oraz dekrety związane z ich przyszłą posługą.

Nowi kapłani Kościoła Łódzkiego zostali posłani do:

Kamil Gregorczyk – parafii p.w. św. Józefa Oblubieńca N.M.P. w Jeżowie.

Łukasz Kaczmarek – parafii p.w. Podwyższenia Krzyża Świętego w Widawie.

Michał Kardynia – parafii p.w. św. Stanisława Biskupa i Męczennika w Rzgowie.

Adrian Matuszewski – parafii p.w. N.M.P. Częstochowskiej w Brzezinach.

Kamil Siuta – parafii p.w. N.S.J. w Kurowicach.

Paweł Skowron – parafii p.w. św. Katarzyny Dziewicy i Męczennicy w Poddębicach.

Marcin Skrzydłowski – parafii p.w. św. Benedykta i św. Anny w Srocku.

Tomasz Szurek – parafii p.w. św. Marcina w Strykowie.

Adrian Zimnowłocki – parafii p.w. Wniebowzięcia N.M.P. w Marzeninie.

W najbliższych dniach księża neoprezbiterzy będą celebrować Msze święte prymicyjne w swoich rodzinnych parafiach, Wyższym Seminarium Duchownym oraz w sanktuarium Matki Bożej Częstochowskiej na Jasnej Górze.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem