Reklama

Drzewo dla Polski w Yad Vashem

2018-01-31 11:11

Antoni Szymański Senator RP

Graziako

Wśród tysięcy medali i tytułów przyznanych za ratowanie Żydów podczas II Wojny Światowej, ponad jedna czwarta stała się udziałem Polaków. Byliśmy krajem, w którym za taki czyn groziła kara śmierci. Czy Polska zasłużyła na swoje drzewo w Yad Vashem?

Doroczne obchody wyzwolenia obozu zagłady Auschwitz stanowią okazję do odnowienia pamięci o bestialsko mordowanych ofiarach oraz okazania szacunku dla bohaterstwa tych, którzy je ratowali. W takim duchu przemawiał 27 stycznia 2018 r. w byłym Auschwitz II-Birkenau premier Mateusz Morawiecki. Z jego ust padły słowa, z których powinien być dumny każdy Polak. Odnosząc się do docenienia osób pomagających Żydom podczas wojny, zauważył ponadindywidualny wymiar ich poświęcenia: w Yad Vashem brakuje jednego drzewa, jednego najważniejszego drzewa – drzewa dla Polski, drzewa Polski – powiedział premier.

Zdecydowanie popieram i utożsamiam się z wypowiedzią Szefa Rady Ministrów. Prawdą jest, że czyny poszczególnych osób budują skojarzenia (dobre lub złe) ze społecznościami, do których należą. Na podstawie działań poszczególnych osób mówimy o dobrym imieniu rodzin, rodów, uczelni, szkół, firm czy instytucji. Podobnie możemy mówić o dobrym imieniu kraju, na które pracują jego obywatele.

Reklama

Nie wolno nikomu zapominać, że to właśnie Polacy byli wyjątkowo dużą grupą, pomagającą ocaleć Żydom podczas II Wojny Światowej. To Polacy jako pierwsi przemycili na Zachód informacje o tym, co dzieje się w Auschwitz (Jan Karski i Witold Pilecki). Polska jako pierwsza w Europie stawiła zbrojny opór Niemcom i nie podjęła kolaboracji z okupantem, jak to uczyniło wiele krajów europejskich. Zapłaciła za to krwawą cenę milionów ofiar. Jedyna instytucja w Europie, której zadaniem było pomoc Żydom, powstała właśnie w Polsce – była to powołana przez państwo podziemne Rada Pomocy Żydom „Żegota”. To polskie podziemie karało śmiercią wydawanie Żydów Niemcom. Dzisiaj nie idealizujemy i nie twierdzimy, że w koszmarze wojny wszyscy Polacy zachowywali się bohatersko. Wielu naszych rodaków pozostało zastraszonymi i biernymi. Zdarzali się też szmalcownicy, którzy wydawali Żydów niemieckim okupantom.

Powołując się na te i wiele innych faktów, porównując postawę naszych rodaków z tym co prezentowały inne narody, bez cienia wątpliwości możemy potwierdzić, że Polsce należy się szczególny szacunek i tytuł Sprawiedliwego Wśród Narodów Świata. O dobre imię Polski w kontekście prawdy historycznej mamy prawo i obowiązek walczyć. Naszym głównym przeciwnikiem jest obecne w różnych środowiskach dążenie do manipulowania przeszłością w celu uzyskania doraźnych korzyści materialnych, politycznych czy propagandowych.

Budowaniu negatywnych skojarzeń z Polską poprzez wypaczanie faktów i zabiegi semantyczne (np. „polskie obozy zagłady”) należy się zdecydowany sprzeciw, który w żaden sposób nie ogranicza prawa do wyświetlania prawdy historycznej. Historia nie może stać się narzędziem zabiegania o partykularne interesy. Pamięć o ofiarach i bohaterach jest święta.

Tagi:
komentarz Yad Vashem

Yad Vashem: nigdy więcej nie dzielić ludzi

2019-01-27 09:31

Łukasz Kasper / Jerozolima (KAI)

Nie wolno nigdy dzielić ludzi. Nie jesteśmy masą, ale jednostkami. Wszystko jedno, kim jesteś – jesteś człowiekiem. Każdy rodzaj ksenofobii i rasizmu może prowadzić do strasznej ludzkiej tragedii - mówi KAI Ewa Lutkiewicz, która po wydarzeniach marcowych w 1968 r. wyjechała z Polski, a dziś mieszka w Izraelu i pracuje w Instytucie Pamięci Męczenników i Bohaterów Holokaustu Yad Vashem. Dziś, 27 stycznia, obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Pamięci o Ofiarach Holokaustu.

Archiwum
Duńskie drzewo pamięci w Yad Vashem

W dniu zwiedzania Yad Vashem przez katolickich dziennikarzy z Polski świeci ostre słońce, ale jak to w Jerozolimie jesienią, wieje też przeszywający powietrze wiatr. Hall wejściowy jak niemal co dzień wypełnia wiele grup zwiedzających z całego świata. Dziś najwięcej jest Amerykanów, Włochów i Hiszpanów, ale są też goście z krajów afrykańskich.

Po wyjściu z hallu natrafiamy od razu na pierwsze polskie ślady historii ratowania Żydów przed okrucieństwem Zagłady: drzewko Ireny Sendler, zasadzone przez nią samą dopiero w maju 1983 r., choć tytuł Sprawiedliwej Wśród Narodów Świata otrzymała jeszcze w 1965 r., ale komunistyczne władze długo odmawiały jej wydania paszportu.

Na lewo od drzewka Ireny Sendlerowej można się natknąć na drzewko upamiętniające Raoula Wallenberga, szwedzkiego dyplomatę, który jako sekretarz ambasady w Budapeszcie wydawał paszporty dla tysięcy Żydów zagrożonych eksterminacją. Wallenbergowi poświęcona jest też jedna z warszawskich ulic.

Wśród drzewek w Alei Sprawiedliwych jest też drzewko posadzone w 1963 r. przez Władysława Bartoszewskiego i Marię Kann w imieniu Rady Pomocy Żydom „Żegota” – jedynej organizacji w okupowanej Europie powołanej w celu ratowania Żydów.

Uwagę zwraca też przejmująca rzeźba autorstwa Borisa Saktsiera pt. "Korczak i Dzieci Getta", poświęcony wielkiemu pedagogowi i działaczowi społecznemu zamordowanemu w Treblince.

Osobną część ekspozycji poświęcono ulicy Leszno, której duża część w czasie okupacji hitlerowskiej stolicy znajdowała się w granicach getta warszawskiego. Obok wielkich fotografii stłoczonej przy jednej z kamienic ludności żydowskiej zainstalowano oryginalny bruk i fragment torów tramwajowych.

Instytut Yad Vashem położony jest na jerozolimskim Wzgórzu Herzla. Został założony w 1953 r. na mocy Ustawy o Pamięci, przyjętej przez izraelski parlament Kneset. Poświęcony jest upamiętnieniu żydowskich ofiar Holokaustu. Dokumentuje zarówno sam przebieg prześladowań ludności żydowskiej, jak i poprzedzający te wydarzenia kontekst historyczny, społeczny i polityczny w Europie, a zwłaszcza w Niemczech po zdobyciu władzy przez Adolfa Hitlera. Wielkie wrażenie na zwiedzających robi Nowe Muzeum Historyczne z Salą Imion, gdzie przechowywane są, niczym w monumentalnej bibliotece, dane o ofiarach Holokaustu.

Po Yad Vashem oprowadza Ewa Lutkiewicz. Czas na bliższą rozmowę o jej osobistej historii znajdujemy dopiero pod koniec spotkania. Jak znalazła się w tym miejscu?

„Jestem z Warszawy. Już wiele lat w Izraelu. Pracuję w Yad Vashem już prawie 23 lata. Moja mama pochodziła z Sosnowca, ale mieszkała w Warszawie już przed wojną. Uciekła z getta warszawskiego, w czasie wojny straciła całą rodzinę. Ojciec wrócił do Warszawy z Rosji. Też stracił rodzinę, dzieci. Po wojnie zostali w Warszawie, bo uważali się za całkowitych Polaków, pochodzenia żydowskiego, ale nie mieliśmy żadnych kontaktów z ludnością żydowską czy z religią” – mówi na wstępie pani Ewa.

„W roku 1968 zaczęła się nagonka antysemicka. Rodzice bardzo nie chcieli wyjeżdżać, ale w końcu przestraszyli się, że może się stać coś tak strasznego jak w czasie wojny. Nagonka na Żydów była bardzo nieprzyjemna i postanowili jednak wyjechać wtedy z Polski. Nie chcieli przyjeżdżać do Izraela, bo na początku faktycznie nie mieli z Izraelem i żydostwem żadnego kontaktu. Ostatecznie jednak, po rocznym pobycie w Rzymie, postanowiliśmy tu przyjechać pod koniec 1969 r.” – wspomina przewodniczka.

Jak jej się żyje w Izraelu? Mówi, że pochodzi z rodziny całkowicie spolszczonej, choć sama nie lubi tego określenia. Pewnie dlatego początki w nowym kraju były niełatwe. - Rodzicom było tu bardzo ciężko, bo jednak panuje tu inna mentalność i inna kultura – dodaje.

Na początku dla 16-letniej wówczas Ewy trudne było też zetknięcie z nowym, obcym jej językiem. - Nie wiedziałam, że jestem pochodzenia żydowskiego, bo rodzice nie chcieli tego mówić. Nie dlatego, że się czegoś wstydzili czy bali, tylko to nie miało dla nich większego znaczenia. Dla mnie też – podkreśla.

Powiedzieli dopiero, gdy trzeba było wyjeżdżać. - Mnie do tej pory jest trochę ciężko, bo jest tu inna mentalność, a kraj jest bardzo skomplikowany, ale jednak tutaj mieszkam. W Polsce się czuję jak w domu. To jest mój język, to jest moja kultura, moja literatura. Często wracam do Warszawy. Wiem, że czasy nie są teraz takie łatwe. Uważam, że kontakt personalny z ludźmi zawsze pomaga i zawsze można się dogadać. Człowiek z człowiekiem zawsze może się dogadać, bo każdy jest tylko jednostką, każdy jest inny. Mam w Polsce bardzo dobre kontakty, dużo szkolnych koleżanek – mówi.

Rodzina Ewy Lutkiewicz, jak wiele innych rodzin pochodzenia żydowskiego, po wydarzeniach marcowych 1968 opuszczała Polskę roku ze stacji Dworzec Gdański w Warszawie.

- Gdy wyjeżdżaliśmy, na stację przyszli nas odprowadzić wszyscy sąsiedzi. Pytali: „Dlaczego wyjeżdżacie, skoro my jesteśmy w takiej samej sytuacji, jak wy? Wy macie gdzie wyjechać, a my tu zostajemy”. To były bardzo skomplikowane czasy – podkreśla przewodniczka.

O czym jej zdaniem należy pamiętać, gdy odwiedza się Yad Vashem? „Po pierwsze o tym, by nigdy nie dzielić ludzi. Nie jesteśmy jakąś masą, każdy jest jednostką. Wszystko jedno, kim jesteś – jesteś człowiekiem. Po drugie, choć może to brzmi utopijnie: aby nie było problemów rasowych i ksenofobii i aby pamiętać o tym, co się stało i w jaki sposób ideologia i propaganda tego rodzaju ożywia nienawiść przeciwko komuś, kogo się nie zna. To może łatwo działać na ludzi. Każdy rodzaj ksenofobii i rasizmu może prowadzić do strasznej ludzkiej tragedii – podkreśla Ewa Lutkiewicz.

Yad Vashem – zaznacza przewodniczka – „upamiętnia właściwie wszystkie ofiary nazizmu, ale szczególnie osoby pochodzenia żydowskiego, gdyż znajdujemy się w Jerozolimie, w Izraelu i jest to narodowy pomnik ludności żydowskiej”.

Jej zdaniem, nie ma jednej odpowiedzi na bardzo często stawiane tu pytanie: dlaczego do tego doszło? - Myśląc o każdym rodzaju ideologii, trzeba patrzeć też na jej przeciwną stronę, sprawdzać różne punkty widzenia, zobaczyć inną stronę medalu – czy chodzi o media, czy konkretne przemawiające osoby. Zawsze może być inna strona medalu – uważa Ewa Lutkiewicz.

Ostatnim punktem naszej wizyty jest memoriał poświęcony dzieciom zamordowanym w czasie Holokaustu. Upamiętnia najmłodszych do 18. roku życia, którzy, jak się umownie szacuje, stanowili jedną czwartą wszystkich ofiar Zagłady.

Ów multimedialny pomnik jest chyba najbardziej przejmującym miejscem całego kompleksu Yad Vashem. Jest pogrążony w całkowitej ciemności, w której rozbłyskują archipelagi gwiazd i gwiazdeczek. Każda z nich symbolizuje jedno dziecko. Ich imiona i nazwiska oraz wiek w chwili śmierci wyczytywane są przez męskiego i żeńskiego lektora. W poruszaniu się po tej swoistej jaskini pamięci pomaga specjalna długa poręcz. Nikt z tego miejsca nie wychodzi obojętnym.

- Ta sala upamiętnia 1,5 mln dzieci żydowskich, które zostały zgładzone tylko dlatego, że Niemcy wyznawali ideologię, według której żydowska ludność do ostatniego dziecka i niemowlęcia nie może zostać w Europie przy życiu, bo ich krew zagraża „czystej rasie niemieckiej” – opowiada Ewa Lutkiewicz.

Zwiedzający Yad Vashem może odnieść jednak wrażenie, że ekspozycje traktują tragedię Holokaustu nieco delikatniej niż miejsca pamięci utworzone na terenach byłych obozów koncentracyjnych.

Ewa Lutkiewicz tłumaczy: „Trzeba pamiętać, że Yad Vashem, tak jak Muzeum Pamięci Holokaustu w Waszyngtonie, nie znajduje się geograficznie w miejscu pamięci. Gdy zwiedza się Auschwitz czy Majdanek to wiadomo, że w tych miejscach to się stało, widzi się komory gazowe czy krematoria. W Auschwitz opowiada się o tym, co wydarzyło się tam. My musimy przekazać historię ludności żydowskiej w całej Europie. W jaki sposób ta ideologia się zaczyna i jak się kończy, doprowadzając do eksterminacji połowy ludności żydowskiej na kontynencie".

Wymowa poszczególnych ekspozycji miała też swoje wytłumaczenie w oczekiwaniach samych ocalałych, którzy po wojnie stali się obywatelami Izraela. Z powodów psychologicznych nie chciano epatować okrucieństwem przekazu, choć poszczególne zdjęcia czy fragmenty filmów dokumentalnych, np. z wyzwolenia obozów koncentracyjnych czy z getta warszawskiego, i tak są niezwykle przejmujące.

Jak podkreśla przewodniczka, ludność żydowska, która przetrwała obozy koncentracyjne, po prostu nie chciała po przyjeździe do Izraela przypominać sobie tego, co stało się za sprawą Holokaustu. - Yad Vashem chciało to pokazać, ale z drugiej strony bardziej wskazać, do czego może doprowadzić taki rodzaj ideologii – dodaje Ewa Lutkiewicz.

Mówi, że choć jako przewodniczka oprowadza codziennie wiele grup, nigdy nie będzie miała dystansu do tego, co można zobaczyć w Yad Vashem. - Przez wiele lat jako dziecko nie wiedziałam, co się wydarzyło, ale jednak wychowałam się w Polsce, gdzie była wojna, a my byliśmy pierwszym powojennym pokoleniem. Choć nie wiedziałam, że jestem żydowskiego pochodzenia, to wiedziałam, jak straszna była wojna w Polsce – mówi w rozmowie z KAI przewodniczka.

„Moi rodzice byli humanistami. Mówili, że to człowiek człowiekowi zgotował taki los. To brzmi trochę naiwnie, ale naprawdę mam nadzieję, że ludzie na całym świecie zrozumieją... To jest coś, co mi daje trochę... nie wiem, może tego dystansu, ale też sprawia, że mogę tu pracować” – mówi na koniec Ewa Lutkiewicz.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Czym jest doświadczenie „nocy ciemnej” w życiu duchowym?

2019-10-16 15:25

mp, ps / Kraków (KAI)

- Dogłębne wewnętrzne nawrócenie to proces a zarazem jedno z ważniejszych zadań „nocy ciemnej”. Wymaga on gotowości do poświęcenia, zaparcia się samego siebie, ofiary – mówi KAI Piotr Słabek, współorganizator sesji „Kiedy nastaje mrok. Doświadczenie nocy ciemnej w życiu codziennym”, organizowanej w świetle duchowości św. Jana od Krzyża, która odbędzie się od 22 do 24 listopada br. w Lubogoszczy. Słabek wyjaśnia przy okazji jaka jest różnica pomiędzy duchową „ciemną nocą” – która jest okazją do wzrostu, a depresją, wymagającą specjalistycznego leczenia.

©Alex Motrenko/fotolia.com

A oto tekst rozmowy:

- Kogo dotyczy „noc ciemna” w życiu duchowym?

Piotr Słabek: Zaproszenie dotyczy wszystkich, którzy zakochali się w Bogu i chcą się z nim jak najściślej zjednoczyć. „Noc ciemna” pomoże im w oderwaniu się od rzeczy tego świata, które rozpraszają i oddalają od Stwórcy.

Bo przecież noc ułatwia zwrócenie wzroku jedynie w kierunku Boga. Paradoksalnie to bliskość i intensywność światłości sprawia, że nic nie widzimy i postrzegamy nieskończoną jasność jako nieprzeniknioną ciemność.

Natomiast każde szczere pragnienie bliskości Boga, wcześniej czy później nieodłącznie wiąże się z oczyszczeniem, odsunięciem od siebie wewnętrznych i zewnętrznych rzeczy, spraw, które rozpraszają i oddalają od Boga.

Oczyszczanie jest głównie skierowane przeciw korzeniom namiętności, pożądań. Według Ewagriusza z Pontu są nim egoizm i miłość własna. Doświadczenie „nocy” pomaga pokonywać egoizm, lenistwo, niecierpliwość, zazdrość, osądzanie bliźnich, obmowę, szukanie siebie we wszelkich praktykach pobożnych. W procesie tym dokonuje się oczyszczenie z uzależnień, wyzwolenie się z ciasnych schematów myślowych oraz różnorakich przywiązań, przyzwyczajeń, uprzedzeń.

- Czy w życiu codziennym można przeżywać „noc ciemną”?

- W jakimś stopniu ”noc ciemna” wpisuje się w życie każdego chrześcijanina, a szczególnie w życie codzienne. Dlaczego tak jest? Przede wszystkim z tego powodu, że podczas nocy sam Bóg oczyszcza nas i przemienia na głębokim poziomie naszego serca. To poziom, do którego sami nie jesteśmy w stanie dotrzeć.

To zasadnicza różnica między tzw. oczyszczeniem czynnym, (tym którego dokonujemy naszymi siłami) a biernym (którego dokonuje Bóg). Oczyszczenie bierne dotyczy głębi serca, podświadomości.

W najskrytszych zakamarkach naszego serca - jak wyjaśniał św. Jan od Krzyża - jest „tron”. A na nim wygodnie siedzi nasze „ja” i nie zamierza nikomu ustąpić miejsca. Jeśli zaprosimy tam Boga, to doświadczenie Jego miłości zintegruje nas wewnętrznie i stopniowo pozwoli zdetronizować nasze „ja”. Jeśli Bóg jest na swoim miejscu tzn. na tronie naszego serca i życia, to wszystko inne jest również na swoim miejscu.

Trzeba więc pozwolić „dać się przemieniać” przez Boga na Jego obraz. I to jest trudne bo nie jesteśmy do tego przyzwyczajeni. Człowiek podświadomie nie chce oddać inicjatywy Bogu. Nie chce, by Bóg działał w jego wnętrzu i przemieniał go. Nasze "ja" chce wyznaczyć kierunek naszemu życiu, chce zawsze mieć inicjatywę.

Dogłębne wewnętrzne nawrócenie to proces a zarazem jedno z ważniejszych zadań „nocy ciemnej”. Wymaga on gotowości do poświęcenia, zaparcia się samego siebie, ofiary.

- W jaki sposób możemy kroczyć poprzez „noc ciemną”? Kto jest naszym przewodnikiem na tej drodze?

- Przewodnikami jest pragnienie, tęsknota za Bogiem i przede wszystkich wiara, ciągle oczyszczana w „nocy ciemnej”.

Droga pozornej ciemności, pustki i nicości jest w istocie drogą poznania Boga. Jest to droga przebóstwienia dokonującego się w życiu codziennym - tu i teraz.

Paradoksalnie noc ciemna jest jakąś formą kontemplacji Boga, można by powiedzieć „kontemplacji ciemnej”. Rozwinięta szczególnie w tradycji wschodniej teologia negatywna tzw. teologia apofatyczna, ciągle wskazuje na to, że Bóg jest nieskończoną tajemnicą, jest nieskończenie inny od nas i od tego co nas otacza. O wiele więcej o Nim nie wiemy niż wiemy. Na drogę modlitwy kontemplacyjnej wkraczamy przez zachwyt i zauroczenie się Bogiem.

- Jak rozeznać czym jest „noc ciemna” a czym nie jest?

- Doświadczeniu „nocy” towarzyszy oschłość, bezradność, brak pewności, pokusy, załamania. By przetrwać ten rodzaj biernego oczyszczenia, konieczna jest stałość, ufność, zawierzenie Bogu, cierpliwość, wytrwałość, pokorna nadzieja.

Każdy człowiek przeżywa swój rodzaj nocy. Jest ona wcześniej czy później doświadczeniem każdego, kto pragnie pójść za Bogiem i prowadzić głębokie życie duchowe. Kto szuka bliskich relacji z Bogiem i tęskni za Nim, ten jej doświadczy.

Człowieka wtedy otacza niezmierzona światłość, którą odbiera się jako nieprzenikniętą ciemność. Jest to czas, gdy trudno odczuć obecność Boga, która naznaczona jest przede wszystkim milczeniem. Mamy wówczas doświadczenie nieobecności Boga.

- Czy istnieją różnice miedzy doświadczaniem „nocy ciemnej” a doświadczeniem depresji?

- Zarówno w depresji jak i w „ciemnej nocy” ludzie doświadczają własnej bezsilności, bezbronności, samotności, opuszczenia i wyobcowania. Czują się bezwartościowi, wewnętrznie odwróceni, winni i grzeszni. Przeżycie to jest przesycone lękiem, beznadziejnością i bezsensownością. Na tym jednak kończą się podobieństwa.

Lekką depresję można często pomylić z „acedią” (duchową depresją), nie z „nocą ciemną”. Istnieje zasadnicza różnica między depresją zwłaszcza głęboką, a „nocą ciemną”.

„Noc ciemna” jest poprzedzona duchowym doświadczeniem. Jest to przede wszystkim religijne doświadczenie ludzi pragnących Boga, którzy idą w Jego kierunku. Ból i cierpienie jest spowodowane brakiem odczuwalnego doświadczenia Bożej obecności. Tam gdzie jest autentyczna „noc ciemna”, tam jest prawdziwe doświadczenia duchowe. W sytuacji tej, mimo bólu, cierpienia, człowiek stawia czoła swojemu codziennemu życiu, nie zaniedbuje swoich obowiązków. Głęboka depresja, często ze względu na swój przebieg jest w stanie tak osłabić cały organizm człowieka, że jakakolwiek aktywność zawodowa czy rodzinna jest w zasadzie wykluczona.

Doświadczenie „nocy ciemnej” może osłabiać naszą aktywność zawodową, ale jej zupełnie nie wyklucza, jest to bowiem doświadczenie duchowe a nie choroba łącząca objawy psychiczne z fizjologicznymi.

Przykładem tego zjawiska było długotrwałe przeżywanie „nocy ciemnej” św. Matki Teresy, przy jednoczesnym, mocnym zaangażowaniu w pomoc potrzebującym i niezwykłą aktywność dotyczącą akcji charytatywnych jak i kierowania zgromadzeniem zakonnym.

Duchowe doświadczenie ma psychologiczne podstawy. Depresja wpływa na ludzką psychikę, podobnie jak szereg innych chorób np. cukrzyca, niedoczynność tarczycy itp. Nie ma jednak powodu by przeakcentować jej wymiar duchowy. Na depresję mogą cierpieć osoby religijne, podobnie jak chorują na inne różne choroby w tym i choroby psychiczne.

Depresję trzeba leczyć farmakologicznie i psychoterapeutycznie, bo prowadzi do zrujnowania psychiki i ciała, wyniszcza cały organizm, uniemożliwia radzenie sobie z codziennością.

Natomiast „Noc ciemna” poddaje w wątpliwość obraz własnej osoby, obraz Boga. Oczyszcza duchowo z różnych iluzji religijnych, jednak nie eliminuje z życia codziennego i nie prowadzi do długiej hospitalizacji.

Jednym z elementów, pozwalających odróżnić czy ktoś cierpi na depresję, czy przeżywa noc ciemną jest wewnętrzna wolność. Ciężkiej depresji towarzyszy apatia i wyczerpanie organizmu, pacjent opada z sił, czuje się wewnętrznie przymuszony czy zniewolony swym psychicznym stanem do smutku i beznadziei. Najbardziej niebezpieczny moment jest przy leczeniu farmakologicznym wtedy, gdy pacjent nabiera więcej sił fizycznych – pozostawiony bez opieki może zrealizować często występujące w tej chorobie myśli samobójcze.

W „nocy ciemnej” cierpienie wiąże się z wewnętrzną pustką i brakiem doświadczenia Boga. Jest to noc próby wiary czy nawet jej okresowej utraty. Nie czuje się, że Bóg w ogóle istnieje. Z braku doświadczania Boga wynika doświadczenie małości, grzeszności i słabości. Ma ono jednak inny wymiar niż postawy depresyjne, gdzie człowiek całkowicie widzi wszystko w czarnych kolorach, jest odcięty od siebie i od obecności drugiego człowieka, pełen rozpaczy.

Nawet pośrodku ciemnej nocy, można się czuć mimo wszystko wolnym. Pragnienie i tęsknota Boga są jednocześnie powodem olbrzymiego cierpienia jak i większej miłości.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Czuwanie u Urszulanek

2019-10-17 20:24

Agata Pieszko

W urszulańskim Liceum Ogólnokształcącym, mimo późnych godzin, uczniowie adorują i czuwają przed wspomnieniem św. Urszuli, patronki szkoły.

Agata Pieszko

– To czuwanie jest tradycją szkoły, ponieważ 21 października wspominamy świętą Urszulę, patronkę liceum i chcemy się do tego święta jak najlepiej przygotować przez wspólną modlitwę. Dbamy, by nie była to tylko uroczystość z tradycji, ale żeby także duch na tym skorzystał – mówi s. Klara Pyza.

Pierwszym punktem spotkania jest zazwyczaj konferencja, prowadzona przez kogoś, kto pracuje z młodzieżą. W tym roku był to ks. Piotr Rozpędowski, który po wspólnej kolacji wraz młodzieżowym zespołem Kompania Jonatana poprowadził modlitwę uwielbienia przy Najświętszym Sakramencie.

– Staramy się proponować taką formę modlitwy, którą młodzież lubi. W tym roku zaprosiliśmy młodzieżową Kompanię Jonatana, kierując się ideą, żeby młodzi mówili do młodych. Chcemy, żeby Pan Bóg stał im się przez to bliższy – dodaje s. Klara, Urszulanka.

Podczas modlitwy ks. Piotr pytał młodych, kto jest królem ich serca i czy przypadkiem nie panuje tam bezkrólewie. Zachęcał uczniów, by oddali swoje serce Jezusowi i dali mu zasiąść na Jego zasłużonym tronie. Młodzież najpierw nieśmiało adorowała w ławkach, jednak gdy poczuli Bożą obecność, wiele rąk pojawiło się w górze, a języki rozwiązały się, wielbiąc Boga radosnymi pieśniami oraz tańcem.

– To nie jest obowiązkowe wydarzenie, dlatego tym bardziej cieszy nas to, że tylu uczniów chce przyjść po lekcjach i spotkać się z Jezusem późną porą. W tym czasie zapraszamy także dodatkowo kapłanów, aby posługiwali sakramentem pokuty i pojednania –  mówi s. Zuzanna Filipczak, dyrektorka Liceum Ogólnokształcące Sióstr Urszulanek Unii Rzymskiej we Wrocławiu.



CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem