Reklama

Arcybiskup Bratysławy: mordercy dziennikarza nie mogą pozostać bezkarni

2018-03-02 10:04

KAI

Włodzimierz Rędzioch
Abp Stanislav Zvolenský

Po brutalnym zamordowaniu dziennikarza śledczego Jana Kuciaka i jego partnerki arcybiskup Bratysławy, Stanislav Zvolenský, przesłał kondolencje ich rodzinom. Odnosząc się do tragicznego wydarzenia przewodniczący Konferencji Biskupów Słowacji w oficjalnym stanowisku podkreślił, że wiadomość o morderstwie napełniła go „głębokim bólem” i zaapelował o jak najszybsze wykrycie sprawców i ich osądzenie.

„Naszym obowiązkiem jest dążenie do do społeczeństwa, w którym każdy człowiek wykonując swój zawód będzie czuł się bezpiecznie”, cytuje słowa abp. Zvolensky’ego oficjalna strona internetowa episkopatu Słowacji. Według arcybiskupa Bratysławy, w tej sprawie muszą zostać podjęte zwiększone wysiłki.

Swoją solidarność i bliskość z rodzinami i przyjaciółmi zamordowanych wyrazili podczas krótkiej uroczystości 1 marca studenci i pracownicy Uniwersytetu Katolickiego w Rużomberku z wicerektorem ks. Františkiem Trstenským. Jeden ze studentów podkreślił w swoim wystąpieniu, że rola dziennikarza polega na tym, aby był „strażnikiem wartości demokracji i wolności”.

Reklama

27-letni Kuciak i jego partnerka Martina Kušnírová zostali zastrzeleni w ub. tygodniu w swoim domu w Bratysławie. W ostatnich latach młody dziennikarz wielokrotnie informował o skandalach korupcyjnych i czynach karalnych ludzi biznesu, z których wielu miało powiązania z politykami.

Sprawa odbiła się szerokim echem również poza granicami Słowacji. 20 lutego nieoczekiwanie podał się do dymisji wieloletni minister kultury Słowacji Marek Maďarič. Polityk rządzącej partii SMER tłumaczył, że nie może sobie wyobrazić, aby po morderstwie dziennikarza „spokojnie siedzieć w swoim fotelu ministerialnym”.

Tagi:
dziennikarze dziennikarstwo morderstwo

Reklama

Szwedzki fragment

2019-12-04 07:07

Witold Gadowski
Niedziela Ogólnopolska 49/2019, str. 36-37

Im dłużej param się reporterskim zawodem, tym więcej zdarzeń domyka mi puzzle sprzed wielu lat

wellphoto/fotolia.com

Życie jest tak nieobliczalne i ciekawe, że nieustannie zadziwia scenariuszami, których nie wymyśliłby najtęższy autor... poza Jedynym. Im dłużej param się reporterskim zawodem, tym więcej zdarzeń domyka mi puzzle sprzed wielu lat. Puenty wyrastają zgoła niespodziewanie i uczą pokory wobec czasu i losu, który z nim się splata. No dobrze, kończę już z patetycznym mówieniem tonem sfinksa i przechodzę do opowieści o realnym zdarzeniu, które skłoniło mnie do takich właśnie przemyśleń.

Oto siedzę sobie w przytulnym mieszkaniu, w jednej z najładniejszych dzielnic pięknego Sztokholmu, za oknem wody jeziora; rozmawiam z towarzyszącymi mi działaczami tamtejszej Polonii. Nagle znane mi już od dawna małżeństwo mówi o swoich początkach w szwedzkim biznesie. Pada nazwa znanej sieci laboratoriów fotograficznych ulokowanych kiedyś w sztokholmskim metrze.

– To była moja pierwsza praca, było ciężko, bardzo nas tam wykorzystywali – wspomina A.

– Ja pracowałem tam przez kilka lat, poznałem różne sekrety właścicieli – dodaje jej mąż, dziś majętny już przedsiębiorca. Ożywiam się, ponieważ kiedyś, na początku lat 90. ubiegłego wieku, strawiłem wiele miesięcy na zajmowaniu się śledztwem, którego przyczyną byli właśnie właściciele tej sieci laboratoriów fotograficznych w Sztokholmie. Nadstawiam pilnie uszu – wracają stare wspomnienia i odżywają szczegóły dawnej sprawy.

– Tak, właścicielami naszej firmy było dwóch przybyszy z Polski, którzy dysponowali większą gotówką i udawało im się zakładać różne interesy. Nie mogłem pojąć, jak dwóch tak niefrasobliwych ludzi mogło prowadzić całkiem spore interesy – ocenia biznesmen.

Owi „szwedzcy” fotograficzni przedsiębiorcy to Kazimierz P. i Bogdan A., którzy na początku lat 90. stali za założeniem w Polsce pierwszej wielkiej piramidy finansowej – „Biofermu”. Ponad 40 tys. ludzi przekonali do hodowli bezwartościowego preparatu, obiecywali bowiem, że za sproszkowany efekt tej hodowli będą płacić olbrzymie pieniądze. I rzeczywiście, pierwsi kontrahenci „Biofermu” za sumy, które wpłacili za otrzymanie tzw. preparatu inicjującego, dostawali potem wielokrot-ności tych pieniędzy. Preparat miał rzekomo służyć do produkcji wysokiej klasy kosmetyków. W sidła piramidy wpadł nawet zabrzański oddział Polskiej Akademii Nauk, z którego konta przekazano spore sumy na „hodowlę” tego specyfiku. Na czele krakowskiej centrali „Biofermu” stanął Tomasz Wróblewski, kolega niedawnego posła .Nowoczesnej (byłego wicewojewody małopolskiego) Jerzego Meysztowicza. Był publicznie przedstawiany jako prezes tej firmy. Na zapleczu jednak kluczowe role odgrywali Bogdan A. i Kazimierz P. Jak można się było spodziewać, w pewnym momencie zastosowany w tej piramidzie tzw. schemat Ponziego pokazał, że suma wpłat osiągnęła już swoje maksimum i interes nagle należy zwinąć. Pieniądze rozpalonych wizją szybkiego wzbogacenia się obywateli zniknęły, a wraz z nimi Tomasz Wróblewski. Do dziś zresztą jest on bezskutecznie poszukiwany międzynarodowym listem gończym. Ostatnie wieści o jego nowych wyczynach dochodziły z... Chile.

Wróćmy jednak do wieczoru w Sztokholmie. Znajomi zupełnie przypadkowo dołożyli do mojej wiedzy bardzo istotny fragment. Musiałem co prawda czekać na to prawie 30 lat, ale przecież prawdziwe historie wymagają cierpliwości. Oto para wspomina czas, kiedy pracowała dla dwóch ludzi, którzy potem stali za założeniem „Biofermu”:

– Już wtedy dziwnie się zachowywali. Bogdan A. wpadał do naszego labu i garściami zabierał z kasy pieniądze, w ogóle ich nie kwitował. Ciągle był pobudzony i coś załatwiał. Wtedy jeszcze nie było cyfrowych aparatów fotograficznych, więc taki lab – błyskawicznie wywołujący zdjęcia – to był świetny interes, przed naszą siedzibą nieustannie stały długie kolejki Szwedów – wspomina A.

– Kazimierz P. handlował też wtedy małymi fiatami, które sprowadzał z Polski. To były bardzo dziwne interesy. Właściwie wszystko załatwiał przez telefon. Miał jakieś ogromne układy w Polsce – dopowiada jej mąż.

Jako młody dziennikarz „Czasu Krakowskiego” wraz z... Wojciechem Czuchnowskim (tak, tak, tym samym) jeździliśmy po Polsce, zbieraliśmy relacje świadków, analizowaliśmy dokumenty i powoli – w cyklu artykułów – ukazaliśmy realne oblicze „Biofermu” oraz ludzi, którzy ten „interes” wspierali. Nasze artykuły były niezwykle popularne, gdyż wtedy aferą żyła cała Polska. Najprawdopodobniej dyskietki (tak, były takie czasy) z programem piramidy przywiózł do Polski szwedzki programista Harry A. – kolega dwóch cichych założycieli firmy. Z „Biofermem” powiązane wówczas były rodziny wysokich oficerów policji. Wywiadowca z sekcji ds. przestępstw gospodarczych Komendy Wojewódzkiej Policji w Krakowie opowiadał mi, że kiedy wysłał do „Biofermu” swoją agentkę – znaną później jako Anastazję P. – ta szybko wróciła i powiedziała mu, że nie ma zamiaru zakończyć na tej sprawie życia.

– Tam są siły, które kryją ten interes i mają o wiele większe możliwości niż policja – powiedziała mu wówczas agentka.

Swoje dziennikarskie śledztwo wykonaliśmy rzetelnie, jednak nie uchroniło nas to od pozwu ze strony Bogdana A., który czuł się wtedy doskonale w Krakowie Jego interesy reprezentował wówczas – obnoszący się z mieczykiem Chrobrego w klapie – mecenas Władysław P. To był już okres, gdy Kazimierz P. uciekł do Hiszpanii, Tomasz Wróblewski był bezskutecznie poszukiwany listem gończym, a Bogdan A. napuszony chodził po Krakowie, świadomy własnej nietykalności. Pierwszy proces przegraliśmy z kuriozalnym uzasadnieniem, że sąd skupił się na stwierdzeniu, czy mieliśmy intencję zniesławienia Bogdana A., i orzekł, iż istotnie taka intencja nami kierowała. Potem unieważniliśmy ten – na kilometr zalatujący nieczystością – wyrok w sądzie apelacyjnym. Bogdan A. pozostał jednak nietykalny. Zmarł śmiercią naturalną i dziś jego majątkiem, w tym także okazałą kamienicą w Krakowie, zarządzają jego dzieci. Kazimierz P. przepadł bez śladu, podobnie jak – dla polskich organów ścigania – Tomasz Wróblewski.

Ponad 40 tys. osób zostało oszukanych. Nikt – poza dziennikarzami – nie został skazany. Taki finał miała ta wielowątkowa sprawa. Nigdy nie udało nam się dowieść, że obaj panowie – już w czasie pobytu w Szwecji – byli związani z polskimi komunistycznymi służbami specjalnymi, nie dotarliśmy też do końca wątku dotyczącego pieniędzy z FOZZ, z którymi ponoć oni i ich rodziny także mieli do czynienia. W tle sprawy pojawili się również znany wówczas dealer Opla, później skazany właśnie za udział w aferze FOZZ, a nawet detektyw Krzysztof Rutkowski, który rzekomo miał być na tropie sprawców „Biofermu”. Jednym słowem – ciekawa sprawa, w której kiedyś mocno się zanurzyłem. Naraz, po tylu latach, wracam ze spotkania autorskiego i od dobrych znajomych dowiaduję się o szwedzkiej części życiorysów i działań inicjatorów „Biofermu”. Na moje, ledwo wystękane ze zdumienia, pytanie: Dlaczego wcześniej mi o tym nie opowiedzieliście?! – padła najnormalniejsza w świecie odpowiedź: – Przecież nas o to nie pytałeś, nie wiedzieliśmy, że w ogóle miałeś z tymi ludźmi do czynienia.

Warto wspomnieć także o bohaterce drugiego planu afery „Biofermu” – p. Marzenie D., powszechnie znanej jako Anastazja P., autorka – napisanych w istocie przez Jerzego Skoczylasa – „Erotycznych immunitetów”. Próbowała odcinać kupony od swojej nagłej i niespodziewanej sławy, potem imała się różnych innych zajęć. Najwidoczniej opłaciło się jej odstąpienie od roli agentki policji wewnątrz „Biofermu”, bo rychło po tych wydarzeniach otrzymała (od tych, którzy stali wyżej od policji?) swoje „pięć minut bogactwa i sławy”. Dziś słuch po niej zaginął, ponoć mieszka w małym miasteczku i wspomina wyczyny swojej młodości. „Bioferm” na zawsze pozostał w mojej pamięci jako przykład afery kontrolowanej przez komunistyczne służby.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Abp Jędraszewski: Boże Narodzenie jest każdego dnia

2019-12-09 18:30

BPAK / Kraków (KAI)

Każdego dnia jest Boże Narodzenie, kiedy wznosimy nasze myśli, pełne miłości i czystości do Matki Najświętszej. Kiedy Ona patrzy na nas, na nasze łzy i nas pociesza - mówił metropolita krakowski abp Marek Jędraszewski podczas rorat akademickich w kolegiacie św. Anny.

Joanna Adamik | Archidiecezja Krakowska

Metropolita krakowski odprawił Mszę św. roratnią w kolegiacie św. Anny w Krakowie, podczas której wygłosił swe słowo do zebranej młodzieży akademickiej.

Na początku homilii stwierdził, że w centrum wołania o nadejście Mesjasza znajduje się Matka Najświętsza. Przypomniał postać św. Juana Diego, który przyjął chrzest i codziennie zdążał do odległego kościoła, by wziąć udział we Mszy św. Pewnego dnia ukazała mu się w drodze Maryja, która powiedziała, że go kocha i poprosiła, by zbudować jej świątynię, w której okaże współczucie ludziom proszącym ją o pomoc. Gdy biskup mu nie uwierzył, Matka Najświętsza zesłała róże. Juan zebrał je do swego płaszcza, na którym pojawiła się postać Maryi. Dla ludzi był to jasny znak objawienia Bogurodzicy. 24 grudnia 1531 r. w uroczystej procesji przeniesiono ten wizerunek do kaplicy wybudowanej w pobliżu wzgórza. Miejsce to zaczęli nawiedzać pielgrzymi, a Juan nauczał o Matce Bożej z Guadalupe. Św. Juan Diego przeszedł do historii Kościoła jako ten, który sprawił, że lud meksykański przyjął chrześcijaństwo.

Abp Jędraszewski przypomniał także swą podróż do Libanu i Syrii, gdzie ISIS atakuje wyznawców Chrystusa. Powiedział, że widział rzeźby Matki Bożej i Chrystusa pozbawione głowy oraz ikony świętych z zamalowanymi lub wydłubanymi oczami. – Kiedy patrzymy na ikonę mamy wrażenie, że postać ze świętego obrazu patrzy na nas, na każdego kto ku tej ikonie skieruje swój wzrok. To przerażające, postaci, które nie mają oczu i nie mają prawa patrzeć na nas z bezgraniczną miłością, jak w przypadku Pana Jezusa, który nas umiłował i Matki Najświętszej – przyznał.

Stwierdził, że wierni gromadzą się na roratach, prosząc Matkę Najświętszą, by prowadziła ich do Swego Syna. – Wpatrując się w Maryję wiemy jak bardzo ważne jest by kochać ją czystym sercem, by to zmaganie o czystość serca było istotne dla kształtowania naszej chrześcijańskiej, autentycznej miłości do Boga. Ona nas w tym umacnia, przewodzi. Jest najwyższym wzorem: ta, która zdeptała głowę węża – powiedział. Zauważył, że wiele sił we współczesnym świecie jest skierowanych, by niszczyć czystość serc, nawet małych dzieci, począwszy od przedszkola. Stwierdził, że w ten sposób usiłuje się im odebrać miłość do Najświętszej Dziewicy.

Arcybiskup powiedział, że w domu dziecka w Damaszku jedna z sióstr zakonnych przygotowywała już żłóbek. Stwierdziła, że w tym sierocińcu Boże Narodzenie jest codziennie, ponieważ każdego dnia przyjmuje się dzieci , obdarzając je miłością. – Każdego dnia jest Boże Narodzenie, kiedy wznosimy nasze myśli, pełne miłości i czystości do Matki Najświętszej. Kiedy Ona patrzy na nas, na nasze łzy i nas pociesza, prowadzi do Swego syna i otwiera przed nami przedziwne przestrzenie Bożego Narodzenia – zakończył abp Jędraszewski. Po Mszy św. metropolita spotkał się ze studentami na tradycyjnym śniadaniu.

Roraty to pierwsza poranna Msza św., odprawiana w okresie adwentu ku czci Matki Bożej. Podczas tej Eucharystii zapala się świecę roratnią, umieszczoną nieopodal ołtarza, która symbolizują Maryję.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

„Zapal Światło Wolności” – IPN przypomina o ofiarach stanu wojennego

2019-12-10 18:01

ar, IPN / Warszawa (KAI)

IPN zachęca wszystkich do udziału w akcji „Zapal Światło Wolności”. W inicjatywie może wziąć udział każdy. Wystarczy 13 grudnia, o godz. 19:30, zapalić świeczkę w oknie lub wirtualnie na stronie swiatlowolnosci.ipn.gov.pl.

J. Żołnierkiewicz/pl.wikipedia.org

„Światło Wolności” zapłonie w oknach prezydenta RP Andrzeja Dudy, który objął akcję honorowym patronatem, abp. Celestino Migliore, nuncjusza apostolskiego w Polsce i abp. Stanisława Gądeckiego, przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski. Udział w kampanii zapowiedział również Prymas Polski Wojciech Polak.

Na Pl. Piłsudskiego w Warszawie, 13 grudnia o godz. 19.00, odbędzie się wspólna modlitwa za ofiary stanu wojennego, którą poprowadzi ks. Jan Sikorski.

W ramach akcji 9 grudnia, o godz. 11.00, został odsłonięty okolicznościowy mural na ścianie przy ul. Mariańskiej (okolice Ronda ONZ) w Warszawie, natomiast 13 grudnia wieczorem napis upamiętniający ofiary stanu wojennego zabłyśnie na Stadionie Narodowym.

Akcja „Zapal Światło Wolności” nawiązuje do gestu solidarności, jaki wobec Polaków żyjących w stanie wojennym, w Wigilię Bożego Narodzenia 1981 roku, wykonały rzesze mieszkańców ówczesnego wolnego świata. Na znak jedności z rodakami świecę w oknie Pałacu Apostolskiego w Watykanie zapalił papież Jan Paweł II. Do postawienia w oknach świec wezwał wówczas również prezydent USA Ronald Reagan.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem