Reklama

O. Antonello Caddedu: Jezus chce poprzez nas dokonywać cudów

2018-05-24 09:52

msz / Poznań (KAI)

„Jezus żyje, kroczy z nami. Powinniśmy wierzyć z mocą, że Jezus chce dokonywać poprzez nas cudów, bo chce uczynić wielkie rzeczy” – mówił 23 maja w poznańskiej farze o. Antonello Caddedu, współzałożyciel wraz z o. Pedro Mariano, powstałej w Brazylii wspólnoty Przymierze Miłosierdzia.

Włoski misjonarz, od lat mieszkający i posługujący w Brazylii, wygłosił pierwszą naukę rekolekcyjną podczas wieczornej Mszy św. wieńczącej pierwszy dzień Misji Talitha Kum w Poznaniu, czyli ulicznej ewangelizacji, która potrwa do 27 maja.

O. Antonello podkreślił, że ewangelizacja uliczna nie jest prowadzona dla wspólnoty Przymierze Miłosierdzia, ale dla całej archidiecezji. „Wszyscy powinniśmy czuć się zobowiązani, by głosić słowo Boże” – mówił do wypełnionej wiernymi bazyliki kolegiackiej.

Misjonarz nawiązał do czytanego w czasie Mszy św. fragmentu Ewangelii wg św. Mateusza o powołaniu pierwszych Apostołów. „Jezus idzie brzegiem morza, które symbolizuje śmierć. On się nie zatrzymuje, ale wychodzi na spotkanie ludziom i powołuje wybranych po imieniu” – zauważył o. Caddedu. Podkreślił, że imię każdego z nas od wieków wypisane jest na dłoniach Boga.

Reklama

„Dziś prosi nas, byśmy poszli na spotkanie z tymi, którzy są poranieni, smutni, nieszczęśliwi, którzy biorą narkotyki, prostytuują się, piją piwo i nie przejmują się Bogiem. To zadanie dla nas” – przekonywał.

Podkreślił, że nie powinniśmy się niczego obawiać, bo Jezus zawsze wychodzi pierwszy do ludzi i będzie nam towarzyszył. „Nie możemy zostać w zakrystii, ale trzeba, abyśmy poszli na peryferie miasta” – dodał rekolekcjonista.

„Jezus prosi ciebie, byś Mu towarzyszył. Przychodzi do ciebie w codzienności twojego życia. On wzywa ciebie, choć ty czujesz się niczym, ale dla Niego jesteś bardzo ważny. On ciebie wybrał spośród tysięcy innych osób” – przekonywał o. Antonello.

Opowiedział też historię, która wydarzyła się w San Paulo, podczas jednej z pierwszych misji wspólnoty Przymierze Miłosierdzia. „Dwaj misjonarze, idąc ulicą spotkali smutnego i załamanego mężczyznę. Zapytali go, czy mogą się nad nim pomodlić. Mężczyzn zgodził się i kiedy tylko oni położyli ręce na jego głowie i zaczęli wypowiadać słowa modlitwy, zadzwonił jego telefon” – opowiadał misjonarz. Okazało się, że dzwoniła jego żona z informacją, że właśnie otrzymał propozycję pracy. Po chwili znowu odezwał się telefon. Tym razem zadzwonił przedstawiciel firmy, która chciała go zatrudnić.

„Ten człowiek upadł na ulicy na kolana i zaczął głośno wielbić Boga. Miał rodzinę na utrzymaniu, a od dłuższego czasu nie mógł nigdzie znaleźć pracy. Kiedy tylko misjonarze zaczęli się modlić nad nim, Pan Bóg zesłał na niego błogosławieństwo. Czy wierzysz w to?” – pytał zgromadzonych założyciel wspólnoty Przymierze Miłosierdzia.

„To jest potencjał modlitwy i wy też to macie” – dodał o. Antonello.

Codziennie do 26 maja w poznańskiej farze o godz. 19 można wziąć udział we Mszy św. i rekolekcjach kerygmatycznych, które głoszą o. Antonello Caddedu i o. Pedro Mariano, założyciele powstałej w Brazylii wspólnoty Przymierze Miłosierdzia.

Idea Misji Talitha Kum zrodziła się w Brazylii, w Sao Paulo, gdzie powstała wspólnota Przymierze Miłosierdzia, która jest koordynatorem misji. Charyzmatem wspólnoty jest przede wszystkim praca z ubogimi i ewangelizacja. Swoją tożsamość odnajduje w Słowie Życia: „Duch Pana Boga nade mną…” (Iz 61,1nn).

Podobne uliczne ewangelizacje odbyły się już w Szczecinie i Warszawie.

W Poznaniu odbywają się po raz pierwszy i zakończą się 27 maja Mszą św. pod przewodnictwem abp. Stanisława Gądeckiego, którą metropolita poznański odprawi na pl. Wolności. Szczegółowy plan wydarzeń dostępny jest na stronie www.misjapoznan.pl.

Tagi:
cuda

Reklama

„Pająk” i Święta

2019-11-14 10:09

Fragment książki "Dotyk Nieba" autorstwa Elżbiety Ruman

Andrzej Mecherzyński-Wiktor (ur. 1984) zawsze uwielbiał się wspinać. Uzdrowiony za wstawiennictwem Bł. Celiny Borzęckiej. Czy cud zostawia ślady? A jeśli tak, to jakie? W wyglądzie czy zachowaniu? Trochę bałam się zobaczyć z Andrzejem... Jak wygląda chłopak „naznaczony cudem”?

youtube.com
Andrzej Mecherzyński-Wiktor

– Nie miał jeszcze trzech lat, gdy siedząc przy stole usłyszałem jego pełne strachu wołanie: „tato, tato!”. Zaniepokojony, pobiegłem do jego pokoju, ale... nie zauważyłem syna. Szukałem go na podłodze, gdy on tymczasem zawisł przy suficie, wczepiony w najwyższą półkę regału z książkami – śmieje się pan Adam Wiktor.

Mieszkanie rodziny Mecherzyńskich, w bloku na jednym z krakowskich osiedli, pełne jest książek, obrazów, pamiątek rodzinnych. Ale jest i pamiątka tak wielka, że w żadnym mieszkaniu by się nie zmieściła.

Brzdąc na drzewie

Proszę spojrzeć – pani Magdalena, mama Andrzeja, podchodzi do okna. – My jesteśmy na pierwszym piętrze, ale to drzewo sięga aż do czwartego.

Rozłożysty klon rozpościera swoje konary nad znaczną częścią podwórza. Dzieciaki uwielbiały i uwielbiają się pod nim bawić. Nie inaczej było i z Andrzejem.

Miał wtedy siedem lat, i często urzędował z kolegami przed domem. Pod koniec lata siedziałam z mężem przy stole, kolacja była gotowa, trzeba było tylko zawołać Andrzeja – uśmiecha się pani Magdalena. – Ale nim to uczyniliśmy, jego młodsza siostra, Kasia, dostrzegła go... mijającego nasze okno. Nawet nie zdążyłam krzyknąć, gdy widziałam już jego pięty... Wspiął się na drugie piętro!

Zawodnik

Piętnaście lat temu brakowało na osiedlu placów zabaw dla dzieci, więc kiedy grupa zapaleńców w starej kotłowni urządziła ściankę wspinaczkową, stało się to arcyważnym wydarzeniem dla mieszkańców. Oczywiście, Andrzej trafi ł na ściankę jako jeden z pierwszych. Wspinał się jak pająk – i takie przezwisko szybko do niego przylgnęło.

Organizatorzy zajęć szybko dostrzegli talent dziesięciolatka. Już po kilku miesiącach ćwiczeń pojechał na zawody do Lublina. – I tak się zaczęło – z dumą uśmiecha się mama zawodnika. – Półki w jego pokoju pełne są trofeów: a to Puchar Polski Juniorów, a to za mistrzostwo Polski, a to za wicemistrzostwo świata…

Wypadek, śpiączka, nowenna

W 1999 roku Andrzej miał 15 lat. To był 20 lipca – pani Magdalena nerwowo przeciera okulary. – Wieczór. Wakacje, syn miał dużo czasu. Przez kilka dni strasznie narzekał, że ścianka jest nieczynna, bo ją remontowano. Wreszcie remont się skończył... Wiedziałam, że Andrzej będzie trenował dłużej niż zwykle, żeby nadrobić zaległości, więc nie dziwiła mnie jego nieobecność.

Nagle zadzwonił telefon. Odebrał tata Andrzeja... I zamarł ze słuchawką w dłoni, gdy usłyszał, że syn miał wypadek i jest pokiereszowany, a karetka już jedzie…

• Basiu... Andrzej spadł. – Tylko tyle był w stanie wyszeptać do żony pan Adam.

Rodzice pobiegli na miejsce treningu. Karetka przyjechała wcześniej. Andrzej już w niej leżał. Nieprzytomny, cały zakrwawiony…

W szpitalu przez dwie godziny nie mogli się doczekać wiadomości. Wreszcie wyszedł do nich dyżurny lekarz.

• Syn ma złamaną podstawę czaszki, wstrząs mózgu, uszkodzenie pnia mózgu i potężny krwiak w czaszce. Jest w stanie śpiączki – oznajmił sucho.

• Kiedy się obudzi? – spytała matka.

• Nikt nie potrafi odpowiedzieć na to pytanie...

Przez całą noc nie zmrużyli oka. Kiedy zaczęło świtać, przypomnieli sobie, że o siódmej rano Andrzej miał służyć do Mszy św. w kościele parafialnym.

• Pani Magda przybiegła zapłakana – opowiada siostra Władysława, zmartwychwstanka, która była wtedy w parafii organistką. – Opowiedziała nam o tragedii i poprosiła o modlitwę za syna.

Siostrze Władysławie – drobniutkiej, kruchutkiej – oczy błyszczą młodzieńczą energią, choć jest chyba najstarsza w zgromadzeniu. Z werwą opowiada o zdarzeniach sprzed dziesięciu lat: – Zaraz zadzwoniłam do naszej prowincjałki, do Kęt, i powiedziałam jej, że musimy modlić się do naszej Matki Celiny, bo tutaj tylko ona może pomóc!

• Dlaczego tylko ona?

• Bo ona już dobrze wie, co to znaczy stracić dziecko. Zanim została zakonnicą, była żoną i matką czworga dzieci.

Matka Prowincjalna z Kęt wysłała faksy do Rzymu... I tak o tej gorącej intencji modlitewnej dowiedziały się siostry zmartwychwstanki na całym świecie. Rozpoczęły dziewięciodniową nowennę przez wstawiennictwo Matki Celiny o zdrowie dla Andrzeja.

I stał się cud...

Gdy na całym świecie w domach Zgromadzenia Sióstr Zmartwychwstania Pańskiego trwała nowenna, rodzice Andrzeja całe noce i dnie spędzali przy szpitalnym łóżku. Syn nie dawał znaku życia. Bali się, że odchodzi coraz dalej, że już nigdy do nich nie wróci...

Mijały kolejne dni. Środa, czwartek, piątek... Za Andrzeja oddychał respirator, a lekarze bezradnie rozkładali ręce. W sobotę powiedzieli, że jeśli w ciągu najbliższych kilkudziesięciu godzin chłopak się nie wybudzi, to właściwie nie ma żadnych szans, że kiedykolwiek wróci do zdrowia. Rodzice modlili się, aby syn choć palcem ruszył, by dał jakikolwiek znak, że ich słyszy, że jego mózg wciąż żyje...

W poniedziałek nadal był w śpiączce. A rodzice usłyszeli, że nawet jeśli się kiedyś zbudzi, to będzie jak roślina, sparaliżowany i głuchy… Bo tak rozległe uszkodzenie mózgu musi zostawić nieodwracalne zmiany. Rodzice sami przed sobą nie chcieli się przyznać, że tracą już nadzieję. Jednak tak było.

Aż nagle...

– Wychodziliśmy już z oddziału intensywnej terapii, razem z lekarką, która właśnie zakładała płaszcz, kiedy przybiegła pielęgniarka – opowiada pan Adam. – Wołała, że coś dziwnego się dzieje!

Wróciliśmy biegiem do syna.

Andrzej próbował otworzyć oczy, zaczął się ruszać i wyraźnie wykonywał drobne ruchy rękami.

Rodzice rozpłakali się ze szczęścia. Na dobre obudził się siódmego dnia pobytu w szpitalu, we wtorek. Otworzył szeroko oczy i zapytał: – Kiedy będę się wspinał?

Rozpoznawał rodziców, pamiętał właściwie wszystko – z jednym wyjątkiem: okoliczności wypadku.

Gdy w czwartek rano rodzice znów wybierali się w odwiedziny do chorego, zadzwonił telefon...

• Zamarłam – wspomina pani Magdalena.

• Byłam pewna, że to telefon ze szpitala. Przestraszyłam się, nie byłam w stanie podnieść słuchawki. Na szczęście mąż był w domu.

Pan Adam uniósł słuchawkę i... oniemiał. Bo usłyszał: – Proszę przyjeżdżać i zabrać syna do domu. Jak to? Do domu? Przecież jeszcze kilka dni temu był w stanie beznadziejnym, oddychały za niego maszyny!

Nie było jednak cienia wątpliwości. Andrzej w pełni wrócił do sił. Lekarze uznali, że nie ma sensu przetrzymywać go w szpitalu. I bezradnie rozkładali ręce, gdy pytano ich, jak to możliwe. Po co przenosić chłopaka na inny oddział, na jakąś obserwację? Lepiej niech wraca do domu!

Profesorskim okiem

• Panie profesorze, czy tak uszkodzony mózg może sam się zregenerować?

• Każdy uraz mózgu zostawia ślady. Im większe uszkodzenie, tym dłuższa rehabilitacja – tłumaczy prof. dr Edmund Szwagrzyk. Jest neurochirurgiem, badał Andrzeja i studiował dokumentację jego choroby. – Cięższe urazy wymagają ćwiczeń trwających kilka lat, aby osiągnąć wymierne efekty i uruchomić nowe obszary mózgu. Te właśnie nowe komórki, na skutek długotrwałych, powtarzanych tysiące razy ćwiczeń, przejmują zawiadywanie organizmem. Dzięki temu chorzy odzyskują utracone wcześniej funkcje chodzenia, mowy, kojarzenia. Jednak na ogół i tak pozostają ślady choroby: pacjenci poruszają się wolniej, mowa może być niewyraźna, pamięć uszkodzona do końca życia. Po urazie tak ciężkim, jak

u Andrzeja, w najlepszym przypadku spodziewałbym się długich miesięcy mozolnych ćwiczeń po obudzeniu się ze śpiączki. Oczywiście bez żadnych gwarancji powrotu do choćby częściowej sprawności.

• Co się wobec tego stało u tego młodego człowieka?

• Jego ozdrowienie jest najbardziej niezwykłym i niewytłumaczalnym przypadkiem w mojej długoletniej praktyce. Nigdy wcześniej nie widziałem, żeby ktoś po tak ciężkim urazie głowy wprost z intensywnej terapii poszedł do domu.

Lekarz i zakonnica

Tak też prof. dr Edmund Szwagrzyk świadczył w procesie uznania wydarzenia za cud, przez pośrednictwo Matki Celiny Borzęckiej, założycielki zmartwychwstanek.

– Nowenna trwała dziewięć dni – uśmiecha się siostra Władysława. Ona też była świadkiem

w procesie beatyfikacyjnym. – Dlatego dziewiątego dnia Andrzej wrócił do domu. – Zakonnica mówi ze spokojną pewnością, jakby dla każdego musiało być jasne, że nowenna przynosi cudowne skutki. – Teraz on studiuje filozofię i oczywiście nadal wspina się ku górze… Dla mnie Celina jest patronką rodzin, jestem pewna, że nigdy nie zostawiłaby bliskich w potrzebie.

Cud i jego świadek

Czy cud zostawia ślady? A jeśli tak, to jakie? W wyglądzie czy zachowaniu? Trochę bałam się zobaczyć z Andrzejem... Jak wygląda chłopak „naznaczony cudem”?

Znaleźć go nie jest trudno. Studiuje filozofię na UJ, a wolny czas po staremu spędza na ściance wspinaczkowej, zbudowanej w starej osiedlowej kotłowni.

• Gdzie jest Andrzej? – spytałam nastolatka, porządkującego ekwipunek przy wejściu.

• Tam, widzi pani? – machnął ręką w kierunku sufitu. Tam ścianka była wypukła,

i ktoś całkowicie wbrew prawom natury wisiał niemal „przyklejony” do skalnego uskoku, kilka metrów nad betonową posadzką.

To był Andrzej. Szczupły, niewysoki, radośnie uśmiechnięty, szybko znalazł się przy mnie.

• Poruszasz się naprawdę jak pająk – moje mało odkrywcze stwierdzenie rozbawiło studenta filozofii. – Nie boisz się?

• Nigdy się nie bałem!

• Wybierasz się do Rzymu na beatyfikację Matki Celiny?

• Wszyscy się wybieramy.

• Jak to jest być świadkiem cudu?

• Nie wiem. Zupełnie nie pamiętam wypadku. Było tak jakbym zasnął

w czasie wspinaczki, a obudził się

w szpitalu – chłopak uśmiecha się przepraszająco.

– Wtedy nie wiedziałem, co się stało,

i dziś wiem niewiele więcej. Jestem normalny, i chcę, żeby tak zostało.

Beatyfikacja

27 października 2007 roku – dzień beatyfikacji Matki Celiny Borzęckiej (1833-1913).

W pierwszej ławce w bazylice laterańskiej zasiadł Andrzej z rodzicami. To z jego rąk kardynał Saraiva Martins – główny celebrans uroczystości – odbierał relikwie błogosławionej.

„Jej postać wydaje się być wykuta przez boskiego rzeźbiarza dłutem modlitwy

i podporządkowania Jego planom – mówił kard. Martins. – Ufna modlitwa towarzyszy jej jako żonie i matce, szczególnie, gdy radość z urodzenia dzieci jest gaszona żałobą po ich śmierci. Nabiera sił z Eucharystii, w której co rano uczestniczy, czerpiąc z Chrystusowej ofiary natchnienie i energię dla swego codziennego poświęcenia”.

Jak zauważył kaznodzieja, niełatwo zaczynać nowe życie, gdy ma się 58 lat, a tyle właśnie miała Celina, gdy 6 stycznia 1891 roku zmartwychwstanki zatwierdzono jako zgromadzenie kontemplacyjno-czynne, którego zadaniem jest nauczanie i chrześcijańskie wychowanie dziewcząt. „Gdy jest się jednak w jedności z Chrystusem, «nie ma nic niemożliwego». Skałą schronienia nowej błogosławionej jest Bóg, zwłaszcza w trapiących chwilach opuszczenia, naznaczonych trzema wyjątkowo bolesnymi zgonami: męża, kierownika duchowego przy zakładaniu zgromadzenia, ks. Piotra Semenenki, a także córki Jadwigi, która była główną podporą Matki Celiny w początkach życia zakonnego. Ileż godzin modlitwy było potrzebnych do pogodzenia się ze zrządzeniem Opatrzności do tego stopnia, by stwierdzić, że «nie ma rzeczy, której by dusza z miłości do Pana Jezusa nie wytrzymała»! Ileż pokory trzeba było mieć, by napisać: «Pan Bóg odjął mi to, co po ludzku dawało mi pewność, ażeby pokazać, że dzieło Jego na Nim jedynie ma się oprzeć»!”.

Kard. Saraiva Martins podkreślił, że bł. Celina, zarówno jako żona, matka, wdowa, jak

i zakonnica, pełniła wolę Bożą z wiernością, pokorą, dyspozycyjnością i w głębokim rozmodleniu. Jej liturgiczne wspomnienie obchodzone będzie 26 października, czyli w rocznicę śmierci.

A kiedy wszyscy wyszliśmy z bazyliki – rzymskie październikowe słońce było jak zwykle ciepłe, promienne. Tylko miałam pewność, że inna, cudowna rzeczywistość jest na wyciągnięcie ręki. I że to zupełnie normalne.

U źródeł

Powróciwszy do Polski odwiedziłam w Kętach dom prowincjalny Zgromadzenia Sióstr Zmartwychwstania Pana Naszego Jezusa Chrystusa. Wielkie domostwo położone jest

w rozległym ogrodzie. W części budynku mieści się przedszkole.

– Rodzinę Mecherzyńskich znam jeszcze ze swojej pracy w Krakowie – opowiada matka prowincjalna zmartwychwstanek Anna Helena Skalik. – Co ciekawe, są związani rodzinnie

z naszą założycielką, Celiną Borzęcką. Przecież ona, nim założyła zakon, była żoną i matką czworga dzieci. A mama Andrzeja, Magdalena Mecherzyńska-Wiktor, jest właśnie praprawnuczką córki naszej założycielki, również Celiny.

W obszernym domostwie sióstr jest też muzeum. Niewielkie, ale pełne pamiątek po Założycielce. Jej suknie, ozdoby, fortepian, zdjęcia z mężem

i dziećmi. Piękna, spokojna twarz Matki Celiny obserwuje moje kroki w pokojach, wypełnionych przeszklonymi gablotami.

– Urodziła czworo dzieci, z których dwoje zmarło w niemowlęctwie. Jej mąż, Józef, zachorował, przez ostatnie lata życia był sparaliżowany. Opiekowała się nim z czułością. Zmarł w 1874 roku. Dopiero po jego śmierci założyła nasze zgromadzenie, wraz z córką Jadwigą. Miała wtedy blisko pięćdziesiąt lat. Do końca swojego długiego życia była bardzo związana z własną rodziną. Niemal codziennie wymieniała listy z drugą żyjącą córką, jeździła na jej połogi. Ciągle była obecna w życiu bliskich, wymadlała potrzebne im łaski.

Kilkaset metrów od klasztoru jest kościół z kryptą, w której pochowano Celinę Borzęcką, zmarłą w 1913 roku. Przy grobie świeże kwiaty i klęczniki. Te klęczniki rzadko bywają wolne. W Kętach wszyscy wiedzą, że w sprawach rodzinnych trzeba się modlić do Matki Celiny. Przecież niewielu świętych doświadczyło równie mocnych doświadczeń rodzinnych, jak właśnie Ona...

MODLITWA

Modlitwa za wstawiennictwem Błogosławionej Celiny

Bądź uwielbiony, Panie Jezu, który udzieliłeś błogosławionej Celinie daru szczególnego

umiłowania tajemnicy paschalnej

i pragnienia wypełnienia Twojej świętej woli.

Ufając w Twoją bezgraniczną miłość do nas, prosimy Cię za jej wstawiennictwem

o łaskę /...../.

Spraw, o Panie, aby Kościół mógł się radować zaliczeniem służebnicy Twojej Celiny

do grona świętych dla większej chwały Twojej i naszego dobra.

Który żyjesz i królujesz z Bogiem Ojcem, w jedności Ducha Świętego,

Bóg przez wszystkie wieki wieków. Amen.



Fragment książki "Dotyk Nieba" autorstwa Elżbiety Ruman

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Abp Szal: orędownicy postępującej laicyzacji chcą usunąć religię ze szkół

2019-12-06 18:39

pab / Przemyśl, Ustrzyki Dolne (KAI)

Jednym z celów, jaki postawili przed sobą „orędownicy postępującej laicyzacji”, jest ograniczenie, a następnie całkowite usunięcie nauczania religii ze szkół – wskazuje abp Adam Szal. Metropolita przemyski wystosował list do wiernych, który w niedzielę 8 grudnia, ma być odczytany we wszystkich kościołach i kaplicach dekanatu Ustrzyki Dolne.

Joanna Trudzik
Abp Adam Szal

Burmistrz miasta i gminy Ustrzyki Dolne wysunął pomysł zmniejszenia liczby lekcji religii w szkołach gminnych, tłumacząc to szukaniem oszczędności. Samorząd miałby zyskać w ten sposób ok. 250 tys. zł rocznie.

Metropolita przemyski przypomina, że każdy chrześcijanin jest wezwany do coraz bardziej świadomego poznawania Słowa Bożego, a od prawie trzydziestu lat dokonuje się to również w szkole, na lekcjach religii. „Katecheza została bezprawnie usunięta stamtąd przez komunistów w 1961 r., powróciła zaś do szkół w 1990 r. Zdecydowana większość Polaków przyjęła ten fakt z radością i zadowoleniem” – zwraca uwagę.

Abp Szal podkreśla, że poznawanie „prawdziwej, Bożej nauki, staje się niezwykle istotne i dzisiaj”. „Jesteśmy świadkami negatywnych działań, których celem są dzieci i młodzież pochodzące z katolickich rodzin, a które mają zmienić myślenie i zburzyć ewangeliczną hierarchię wartości. Dowodem na to są coraz nachalniejsze próby wchodzenia do szkół – zwykle bez zgody rodziców – ludzi, którzy propagują ideologie sprzeczne nie tylko z wiarą katolicką, ale godzące również w ogólnie przyjęte normy społeczne i wartości narodowe. W związku z tym, potrzebne jest zaangażowanie i świadectwo ludzi wierzących, zwłaszcza katolickich rodziców, którzy przynosząc dziecko do chrztu, zobowiązują się przed Bogiem do wychowania go w wierze” – pisze metropolita przemyski.

Zdaniem hierarchy, jednym z celów, jaki postawili przed sobą „orędownicy postępującej laicyzacji”, jest ograniczenie, a następnie całkowite usunięcie nauczania religii ze szkół. „Uzasadniają to rzekomym poszanowaniem demokracji i wolą społeczeństwa. Otóż pragnę przypomnieć, że zgodnie z obowiązującym prawem, szkoły podstawowe organizują naukę religii na życzenie rodziców, a szkoły ponadpodstawowe – na życzenie rodziców lub samych uczniów, po osiągnięciu przez nich pełnoletności” – wskazuje abp Szal.

Metropolita przemyski wylicza zalety nauczania religii w szkołach. Wskazuje, że katecheza „rozwija, a niekiedy w ogóle umożliwia życie wiary i modlitwy; wychowuje do życia sakramentalnego i liturgicznego; kształtuje sumienia dzieci i młodzieży, uczy odróżniania dobra od zła; w niezastąpiony sposób pomaga rodzinie i szkole w procesie wychowania; uczy szacunku do narodowej i kulturowej tożsamości, uczy odpowiedzialności; dopełnia misję szkoły w zakresie rozwoju kulturalnego i społecznego; przywraca i uzdrawia właściwe relacje międzypokoleniowe oraz stwarza pole duszpasterskiego oddziaływania wobec wszystkich osób tworzących środowisko szkolne”.

„Katecheza szkolna stanowi nieocenioną wartość w procesie formacyjnym dzieci i młodzieży, także w całościowym systemie wychowawczym szkoły. Obecność katechety, który przypomina w środowisku szkolnym o wartościach najważniejszych, jest niezwykle potrzebna. Fakt ten próbuje się dziś podważać, manipulując przy tym opinią publiczną” – zaznacza abp Szal.

Metropolita przemyski zauważa, że szkoła jest instytucją formacyjną, a nauczanie religii, jest naturalnym uzupełnieniem procesu wychowawczego. „W czasach oszalałej konsumpcji, trzeba tym głośniej przypominać o tym, że wartości materialne nie są w życiu najważniejsze” – podkreśla.

Hierarcha w swoim liście przywołuje także słowa św. Jana Pawła II, który cieszył się, gdy w 1990 r. religia wracała do polskich szkół i który wskazywał, że „w wychowaniu bowiem chodzi właśnie o to, ażeby człowiek stawał się coraz bardziej człowiekiem - o to, ażeby bardziej był, a nie tylko więcej miał”.

Metropolita przemyski dziękuje „wszystkim, którym zależy na chrześcijańskim wychowaniu młodego pokolenia”, szczególnie rodzicom i katechetom. Jednocześnie zaznacza, że „ci którzy rezygnują z katechezy, popełniają grzech zaniedbania, a rodzice wypisujący swoje dzieci z katechezy wyrządzają im poważną krzywdę”. Zachęca także, aby przykład życia rodziców zachęcał dzieci i młodzież do aktywnego udziału w katechezie parafialnej i szkolnej. „Nie ustawajmy w poznawaniu prawdziwej, Bożej nauki w sposób systematyczny i nieskrępowany obłędem ideologii wrogich człowiekowi i chrześcijaństwu” – apeluje abp Szal.

List metropolity przemyskiego ma być odczytany we wszystkich kościołach i kaplicach dekanatu Ustrzyki Dolne w niedzielę 8 grudnia. W pozostałych parafiach archidiecezji przemyskiej księża mają w tym względzie dowolność.

Burmistrz Ustrzyk Dolnych Bartosz Romowicz (PSL) przed kilkoma dniami zwrócił się do metropolity przemyskiego abpa Adama Szala z prośbą o zgodę na zmniejszenie liczby lekcji religii do jednej godziny lekcyjnej w tygodniu oraz połączenia zajęć z religii w oddziałach, gdzie liczba uczniów jest mniejsza niż 13 osób. Argumentuje to szukaniem oszczędności w oświacie. Samorząd miałby zyskać w ten sposób ok. 250 tys. zł rocznie.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Bp Dec: ideologia gender zmierza do zniszczenia rodziny

2019-12-07 19:50

ako / Toruń (KAI)

- Ideologia gender zmierza do zniszczenia rodziny – powiedział bp Ignacy Dec. W pierwszą sobotę grudnia, ordynariusz diecezji świdnickiej wygłosił katechezę z cyklu “ Z Kościołem w III Tysiąclecie” w studiu Radia Maryja w Toruniu. 7 grudnia rozgłośnia świętowała 28. rocznicę powstania.

Ks. Daniel Marcinkiewicz

Podczas katechezy hierarcha mówił m. in. o przemianach ostatnich dziesiątków lat. - Obserwacja bieżących wydarzeń wskazuje, że walka z prawdą i dobrem nie ustała. Szatan nie opuścił ziemi, nie wyjechał na urlop, wcielił się w nowych ludzi, którzy pod pozorem wzniosłych haseł chcą budować nowy świat bez Boga. Obrali sobie za cel dechrystianizację Europy. Widać, że w świecie ma miejsce zorganizowana i zaplanowana akcja zmierzająca do zniszczenia naszej cywilizacji chrześcijańskiej, zwłaszcza łacińskiej, poniekąd też i całej kultury euroatlantyckiej.

- Wiemy, że wszelkie poprawianie Pana Boga kończy się tragiczne dla ludzi. Nie udało się zniszczyć rodziny przez aborcję i antykoncepcję i podejmuje się próbę zniszczenia tradycyjnej rodziny przez legalizację związków partnerskich, przez seksualizację dzieci i młodzieży. Marksistowską walkę klas zamieniono na walę płci. To co dotąd uznawano za dewiację i patologię usiłuje się uznawać za obowiązującą normę - mówił bp Ignacy Dec.

Biskup świdnicki wskazał także na rolę Radia Maryja w dziele ewangelizacji. - Niesiemy wdzięczność Panu Bogu za ten niezwykły, niecodzienny dar, jaki otrzymaliśmy na trudne czasy życia Kościoła, naszej Ojczyzny, Europy i świata. Przybywamy do kolebki tego radia, by w adwentowym klimacie za Maryją powtórzyć słowa Jej dziękczynienia, uwielbienia i radości: “Wielbi dusza moja Pana, gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny”. Radio Maryja uczy nas przede wszystkim modlitwy, pomaga nam w nawiązywaniu i pogłębianiu kontaktu z Bogiem - wskazał bp Ignacy Dec.

“Z Kościołem w III Tysiąclecie” to cykl cotygodniowych, sobotnich katechez głoszonych na antenie RM przez biskupów.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem