Reklama

W diecezjach

Żędowicka Pani w filmowym kadrze

Wszystko miało miejsce 114 lat temu. Na oknie miejscowej szkoły podstawowej ukazała się Matka Boska z Dzieciątkiem na ręku. Od tamtej pory kult maryjny w Żędowicach przybierał szybko na sile. Mieszkańcy własnymi siłami nakręcili właśnie film opowiadający o tym niezwykłym wydarzeniu.

[ TEMATY ]

film

Matka Boża

Łukasz Krzysztofka/Niedziela

Matka Boża Żędowicka

Żędowice to wieś leżąca na granicy diecezji opolskiej i gliwickiej, w dekanacie Zawadzkie, przy nieczynnej już trasie kolejowej łączącej Opole z Tarnowskimi Górami. Pierwsze wzmianki dotyczące Żędowic pochodzą już z 1300 r.

Zobacz zdjęcia: Żędowicka Pani w filmowym kadrze

Cudowne zjawienie Maryi, jak pamiętają żędowiczanie z opowiadań przekazywanych w rodzinach z pokolenia na pokolenie i co poświadcza też kronika parafialna, zdarzyło się 25 lipca 1904 r. Tego dnia między godz. 15 a 16 nadciągnęła nad wieś burza, w czasie której nagle ukazała się nad szkołą wielka jasność. Choć padał ulewny deszcz, zaczęli gromadzić się ludzie, gdyż wyglądało to jakby szkoła się paliła. Z zamiarem gaszenia pożaru przybiegli mieszkańcy okolicznych domów. Zaskoczenie było zupełne. Zamiast płonącego budynku zobaczyli jaśniejące oblicze. Widok tego wizerunku przenikał każdego do głębi. Wieść rozeszła się bardzo szybko. Gromadziło się coraz więcej ludzi, także z sąsiedniego Zawadzkiego, Kielczy, Świbia i Radoni. Powiększający się tłum przez całą noc śpiewał pieśni, odmawiał różaniec i inne modlitwy. I tak przez kilka następnych dni. Nie wszyscy mogli jednak zobaczyć wizerunek Matki Jezusa. Nie widzieli go przybywający z ciekawości, widzieli natomiast innowiercy, którzy z pełnym szacunkiem oddali mu cześć.

Z Jasnej Góry zwycięstwa

Reklama

Parafianie z Żędowic trzy lata później dla upamiętnienia wydarzenia udali się na Jasną Górę, gdzie kupili kopię obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, aby - w czasie silnej germanizacji - podkreślić związki Żędowic z Polską. Ikonę poświęcił generał paulinów o. Rejman. Podczas przekraczania granicy rosyjsko-pruskiej w Herbach celnicy nie chcieli przepuścić obrazu. Położono go na wadze, lecz ona nie wskazywała ciężaru. Próbę ponowiono, ale z takim samym skutkiem. Przepuszczono więc obraz bez oclenia. Na dworcu kolejowym w Żędowicach ikonę witały tłumy wiernych, którzy w procesji przynieśli obraz do świątyni. Umieszczono go w głównym ołtarzu ówczesnego kościoła.

Film na rocznicę

Po ponad stu latach od tamtych wydarzeń młodzi mieszkańcy Żędowic wpadli na pomysł nakręcenia filmu, opowiadającego tę niezwykłą historię. Jego premiera odbyła się 25 lipca, czyli dokładnie w 114. rocznicę objawienia. Uczestniczyły w niej na placu przed szkołą, gdzie objawiła się Maryja, setki żędowiczan.

- Nasi dziadkowie byli świadkami wydarzenia, które powoli chce się wymazać z pamięci. Co każdy z nas zrobiły dzisiaj, gdyby coś takiego zobaczył? Poszedłby do kogoś bliskiego i opowiedział o tym. Ludzie wtedy chcieli, aby to uwiecznić. Wspomnienia zapisane w kronice wówczas grabarza i kościelnego Urbana Szostoka są bardzo wyraźne - mówił ks. Józef Żyłka, pochodzący z Żędowic znawca lokalnej historii, dodając, że jest w posiadaniu nagrań rozmów ze świadkami objawienia. - Opowiadali to zazwyczaj ze łzami w oczach. Udało mi się nawiązać kontakt z ówczesnym dyrektorem szkoły, który przesłał mi nagranie, opowiadając z wielkim wzruszeniem o tamtym wydarzeniu - dodał.

Ks. Żyłka podkreślił, że ogromnie się cieszy, że młodzież wymyśliła ten film, aby przypomnieć o obecności Matki Bożej i Jej chęci bycia ze swoimi czcicielami. - Ona chce nam pomagać. Nikomu nie odmawia pomocy. Szkoda żebyśmy to cudowne zjawienie Maryi w Żędowicach zapomnieli. Może przez ten film kult Matki Bożej rozwinie się jeszcze bardziej? - żywi nadzieję ks. Żyłka.

Wielka mobilizacja mieszkańców

Film o objawieniu w Żędowicach nagrywany był przez cztery dni. Zdjęcia robione były w Żędowicach, Kielczy i skansenie kolejowym w Pyskowicach. Większość strojów wykorzystanych w filmie to rzeczy prywatne lub pożyczone z parafii Klucz, w której proboszczem jest ks. Żyłka.

Projekcja trwa 15 minut. To - jak mówi Patryk Ibrom, mieszkający w Żędowicach dobrze zapowiadający się młody reżyser filmu - wystarczająco, aby widza nie zanudzić. - Przygotowywaliśmy się do kręcenia już dłuższy czas, a do mieszkańców wyszliśmy z pomysłem niedawno, bo na miesiąc przed zdjęciami. Od razu podzieliliśmy na spotkaniu role, było bardzo duże zaangażowanie i mobilizacja - podkreśla Ibrom. Dodaje, że w zdjęciach wzięło udział dwieście osób, czyli dwie dziesiąte mieszkańców wioski. - To nas bardzo pozytywnie zaskoczyło. Chcieliśmy ten film przedstawić w jak najbardziej realny sposób, aby był pamiątką dla kolejnych pokoleń. Szczególnie dla młodzieży i dzieci, które przez internet mogą dowiedzieć się o tamtych wydarzeniach.

Z obrazu szła moc

W okresie międzywojennym wstawiennictwu Matki Boskiej Żędowickiej zaczęto przypisywać zachowanie wioski od kataklizmów nawiedzających okolice. Między innymi obraz miał ochronić wieś przed burzą gradową latem 1935 roku. Wiara w cudowną jego moc wzrosła jeszcze w czasie drugiej wojny światowej. Mężczyźni udający się na front modlili się przed obrazem, polecając swoje życie opiece Matki Bożej. Z tego okresu pochodzą liczne wota i klejnoty — świadectwa wysłuchania wielu próśb. Orędownictwu Matki Bożej przypisywano też fakt, że Żędowice nie zostały dotknięte pożogą wojenną.

Objawienie w Żędowicach nie zostało do tej pory uznane oficjalnie przez Kościół. Jednak już w 1975 r. ówczesny ordynariusz diecezji opolskiej bp Franciszek Jop wydał dekret, zezwalający wszystkim, którzy będą brali udział w uroczystościach żędowickich na uzyskanie odpustu roku jubileuszowego. Kościół ustanowiony został także sanktuarium maryjnym i nieprzerwanie od lat przyciąga rzesze pielgrzymów nie tylko z diecezji opolskiej.

Tu pracował bł. ks. Czempiel

W latach 1919-1922 miejscowość była miejscem duszpasterzowania bł. ks. Józefa Czempiela. Wraz z ks. Józefem Wajdą, proboszczem w sąsiedniej wsi Kielcza, skąd pochodził Wincenty, autor hymnu "Gaude Mater Polonia", ks. Czempiel był inspiratorem założenia polskich kółek rolniczych w powiecie strzeleckim. W okresie plebiscytowym księża zaangażowali się w agitację na rzecz polskości Śląska, osiągając bardzo wysoki procent głosów oddanych za Polską w podległych im parafiach. Ostatecznie jednak powiat strzelecki, mimo przewagi polskich głosów, przypadł Niemcom i zaczął narastać terror bojówek niemieckich wobec działaczy polskich. Ks. Czempiel zginął, zamordowany przez nazistów niemieckich w 1942 r. w obozie koncentracyjnym w Dachau. 13 czerwca 1999 św. Jan Paweł II wśród 108 Męczenników II wojny światowej ogłosił go błogosławionym. Bł. ks. Czempiel był wielkim czcicielem i krzewicielem kultu Matki Bożej Żędowickiej.

Madonna Żędowicka inspiruje również lokalnych twórców - powstało wiele pieśni i wierszy, poświęconych Matce Bożej i jej cudownemu zjawieniu w Żędowicach. A nakręcony film będzie można zobaczyć w internecie na stronie www.zedowice.pl.

2018-07-26 09:33

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Polski raper wcielił się w postać Jamesa Bonda

2020-01-24 09:41

[ TEMATY ]

film

muzyka

facebook.com/tau.bozon

Oparty plecami o samochód spojrzał w prawo by odwrócić uwagę od natłoku myśli i jeszcze raz przyjrzeć się owocom pierwszych minut dnia. Dnia, w którym wiele się zmieni. A może zmieni się i on sam. Liczył na to.

- Pożyjemy, zobaczymy - wyraźna myśl powtórnie przebiegła przez pole widzenia jego oczu duszy. Pożyjemy - powtórzył nieśmiało ustami. - tak swoją rolę Jamesa Bonda, którą zagrał w Londynie opisywał tuż przed premierą Tau - raper, który w swoich utworach stara się nieść chrześcijańskie wartości i promować życie z Bogiem.

Tajemnicze wcielenie się kieleckiego artysty w rolę znanego brytyjskiego agenta, związane jest z jego nowym utworem pt. "Secret Service", z nadchodzącej płyty "Dziecko Króla".

W teledysku ,,wystąpił’’ Aston Martin DB5. Jest to oryginalny egzemplarz, który brał udział w zdjęciach dokumentalnych do jednej z części Jamesa Bonda. Pojawiła się również replika broni AK47.

Zapraszamy do sprawdzenia teledysku i tego, jak polski raper poradził sobie w tej niełatwej roli Agenta 007:

CZYTAJ DALEJ

Cud z Auschwitz

2020-01-21 09:37

Niedziela Ogólnopolska 4/2020, str. 62-63

[ TEMATY ]

Auschwitz

obóz

Adobe.stock.pl

Stefania i Jan Wernikowie mieszkają w Osieku k. Olkusza. Ich dzieciństwo to tematy na dwa osobne filmy o tragedii Polaków w czasie II wojny światowej

Na czarno-białej fotografii z 1962 r. piękna dziewczyna. Delikatne rysy twarzy, mocne kreski brwi, wyraźne usta. Uroda modelki, twarz z żurnala. I tylko oczy patrzą daleko poza ściany atelier fotografa. To Stefania Piekarz. Ma 18 lat i robi zdjęcie do pierwszego dowodu. Urodziła się w Auschwitz.

Nazywam się Stefania Wernik, po mężu, bo z domu Piekarz. Urodziłam się w piekle, tzn. w Auschwitz. Bóg uczynił cud i przeżyłam. Wiem, że to On mnie ocalił, bo po ludzku nie da się wytłumaczyć tego, co tam się stało. Mama trafiła do obozu, gdy była w drugim miesiącu ciąży. Na początku to ukrywała, ale gdy w sierpniu Niemcy chcieli ją wywieźć do Ravensbrück, współwięźniarka namówiła ją, żeby się przyznała. I mama, już w ciężarówce do transportu, powiedziała. Niemka kazała jej zejść na dół i wrócić do obozu. Wtedy przenieśli ją z baraku 11. do 15., dostawała tam nawet zupę z zabielanej wody, a nie wywar z cuchnącej, zgniłej brukwi – wspomina pani Stefania, która cztery miesiące później przyjdzie na świat. Siedzimy przy rodzinnym stole w domu państwa Werników. Ściany pełne fotografii uśmiechniętych dzieci, wnuków i prawnuków. – Razem jest nas trzydzieścioro czworo – mówi pan Jan, a jego niebieskie oczy, pełne łagodnego spokoju, spotykają mój wzrok.

– Żona zaraz wszystko opowie, ale niech Pani spróbuje babki, to wnuczka upiekła. U nas wszystko robi się razem i dla innych. Jak jednemu dzieje się bieda, to robimy rodzinną naradę i zastanawiamy się, jak pomóc. Rodzina jest najważniejsza. My z żoną już 57 lat jesteśmy razem, a łatwo nie było...

Stukamy talerzykami, brzęczą łyżeczki. Wybieram sypaną kawę z mlekiem, ale słucham i zapominam, że przede mną stoi filiżanka, i beżowy płyn szybko stygnie. Historia, która słowo po słowie kapie z ust pani Stefanii, paraliżuje mnie i tracę smak. Po chwili próbuję ukryć płynące po policzkach łzy. Niepotrzebnie. Pan Jan też ma mokre oczy.

Wyjdziesz przez komin

Był maj 1944 r., Anna Piekarz oczekiwała na narodziny pierwszego dziecka. W wojennej biedzie co rusz czegoś brakowało i – ulegając ciążowej zachciance – wybrała się do rodziców, którzy mieszkali w Osieku k. Olkusza. Z Czubrowic, gdzie mieszkała z mężem, do rodzinnego domu było prawie 10 km, ale pokonywała tę trasę wielokrotnie, więc wyruszyła bez obaw. Tyle że Osiek należał do Rzeszy, a Czubrowice do Generalnej Guberni. By odwiedzić rodziców, Anna musiała przekroczyć granicę. – Złapali ją w czasie obławy na szmuglerki i razem z nimi aresztowano. Mama nic przy sobie nie miała, ale dla Niemców to było bez znaczenia – opowiada pani Stefania. Złapane kobiety zawieźli do Olkusza, stamtąd, po jednodniowym uwięzieniu, pojechały do Auschwitz. Nikt w ciężarówce nie wiedział, że Anna boi się za dwie osoby i drżą w niej ze strachu dwa serca. Kiedy dojechały, na rampie czekała Niemka: „Wiecie, gdzie trafiłyście, zugangi?! Tu jest obóz śmierci! Stąd możecie wyjść tylko przez komin!”. Potem wzięli je do łaźni, ogolili i kazali włożyć pasiaki. – Woda cuchnęła, ubranie było sztywne od brudu, drewniane chodaki raniły gołe stopy i były ciężkie – mówiła mi mama. Ale przecież to był dopiero początek... – pani Stefania zawiesza głos. W dokumentach obozu zapisano: Piekarz Anna, numer 79414, urodzona 13 lipca 1918 r. Do KL Auschwitz przybyła 14 maja 1944 r.

A właściwie: przybyły, bo przecież obie. Maleńka Stefcia, ukryta pod serem mamy, przekroczyła koszmarną bramę z napisem: „Arbeit macht frei” razem z nią.

Nie pytaj, żyj

Zaczęła się dramatyczna walka o przetrwanie. Najpierw szok, potem próba ratowania resztek nadziei. I ciągły lęk o dziecko. – Mama nie chciała mówić o obozie. Byłyśmy tam razem dwa razy, ale niewiele opowiadała. Dopiero niedługo przed śmiercią, gdy traciła kontakt z rzeczywistością, często krzyczała przez sen: że stoi po kolana w wodzie, że oni idą, że strasznie bolą ją nogi, że jest zimno, że on zabierze jej Stefcię... – mówi pani Stefania. – Kto? Kto miał panią zabrać? – ośmielam się zapytać.

– Mengele. Po urodzeniu zabierał mnie na swoje eksperymenty, ale na szczęście niczego nie pamiętam. Mama mówiła, że gdy mnie stamtąd przynosili, to płakałam przez wiele godzin i nikt nie mógł mnie uspokoić – szepcze. Pani Anna miała do końca życia numer wytatuowany na lewej ręce, poniżej łokcia. Stefci wytatuowano numer na udzie, ale teraz pozostał tylko siniak. – Mama bardzo płakała, gdy mnie przynieśli z tym numerem – dodaje. Stefania Piekarz, numer obozowy 89136. Cała dokumentacja dotycząca jej narodzin i pobytu w obozie spłonęła.

Narodziny w piekle

Poród trwał 3 dni. Anna była tak słaba, że nie miała siły rodzić. Żeby przeć i wydać dziecko na świat, trzeba mieć siłę oddychać, napinać mięśnie i walczyć z bólem. A ona nie miała! Trawiona głodem od wielu miesięcy, wychudzona i zziębnięta leżała w obozowym szpitalu. Nie pamiętała, by ktoś przy niej był. Nie pamiętała ani tego, co myślała, ani tego, co czuła. Panicznie bała się, jak każda matka, o los dziecka. Czy się modliła? Co czuła w jednej z najważniejszych chwil w życiu kobiety? Urodzić dziecko w obozie koncentracyjnym i nie oszaleć, nie stracić nadziei, nie rzucić się na druty z bezsilności... „Do maja 1943 r. dzieci urodzone w obozie były w okrutny sposób mordowane: topiono je w beczułce. Po każdym porodzie (...) dochodził do uszu położnic głośny bulgot i długo się niekiedy utrzymujący plusk wody. Wkrótce po tym matka mogła ujrzeć ciało swojego dziecka rzucone przed blok i szarpane przez szczury” – zanotowała w Raporcie położnej z Oświęcimia obozowa położna Stanisława Leszczyńska. Nie było pieluch, środków opatrunkowych, przeciwbólowych ani dezynfekujących. Nie było nawet wody. Stanisława Leszczyńska podaje, że zbierała z kubków niewypite przez więźniarki resztki gorzkich ziół i w tych resztkach obmywała noworodki, a pępowinę odcinała zardzewiałymi nożyczkami.

Z dostępnych dokumentów wiemy, że w obozie Auschwitz-Birkenau urodziło się co najmniej 700 dzieci.

„Zamiast opatrunków miałam brudny koc, który aż trząsł się od wszy. Kobiety suszyły pieluszki na brzuchu lub udach – wieszanie ich w baraku karane było śmiercią”. Co zrobiła po porodzie Anna? – Mama chorowała 2 tygodnie, miała dużo mleka, choć nie wiadomo dlaczego, bo ważyła tylko 28 kg – mówi pani Stefania. – Więźniarki uszyły dla mnie jakieś ubranka z pasiaków. Gdy przyszło wyzwolenie obozu, mama wyniosła mnie, ukrytą w taborecie, który ciągnęła po śniegu, aż do Libiąża, a tam jacyś dobrzy ludzie udzielili nam schronienia. Potem ktoś zawiadomił tatę, ale on nie uwierzył! Wreszcie przyjechał i zabrał nas do domu. Zlecieli się wszyscy z okolicy, jakby jakiś cud się wydarzył... – mówi pani Stefania, a w jej oczach zapala się światło i rozjaśnia mroczne wspomnienia duszy, których nie sposób słuchać, a co dopiero nosić wdrukowane w ciało, serce i duszę. Patrzę na nią – żywy cud z Auschwitz. Leciutko drżą jej usta, a ja już nie wstydzę się płakać.

CZYTAJ DALEJ

Ukraina: prezydent poparł starania o uznanie A. Szeptyckiego „Sprawiedliwym wśród Narodów Świata”

2020-01-29 13:45

[ TEMATY ]

nagroda

Bożena Sztajner

Medal Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata

Podczas pobytu w Polsce na obchodach 75. rocznicy wyzwolenia hitlerowskiego obozu zagłady Auschwitz-Birkenau prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełeński poparł starania o uznanie metropolity Andrzeja Szeptyckiego „Sprawiedliwym wśród Narodów Świata”. List w tej sprawie skierował 21 stycznia do kierownictwa jerozolimskiego Instytutu Yad Vashem naczelny rabin Ukrainy Mosze Reuwen Asman. W imieniu Wszechukraińskiego Kongresu Żydowskich Wspólnot Religijnych przypomniał on zasługi głowy grekokatolików dla ratowania Żydów na Ukrainie w latach II wojny światowej.

Szef państwa oświadczył 27 stycznia po rozmowie z prezydentem Polski Andrzejem Dudą w Oświęcimiu, że udział w obchodach rocznicy w Międzynarodowym Dniu Pamięci Ofiar Holokaustu był dla niego bardzo ważny. Podkreślił, że tragedia ta „na zawsze pozostawiła rany w sercach Ukraińców”, którzy „nigdy nie zapomną, że co czwarty spośród sześciu milionów ofiar Szoah pochodził z Ukrainy”. Przypomniał w tym kontekście „bolesne zbrodnie, do jakich doszło w Babim Jarze [koło Kijowa], gdzie naziści zgładzili ponad 150 tysięcy niewinnych ludzi”.

Jednocześnie zapewnił, że nigdy nie zostanie również zapomnianych prawie 9 milionów Ukraińców – wojskowych i cywilów – którzy polegli w walce z reżymem hitlerowskim w czasie II wojny światowej.

Zwrócił również uwagę, że dotychczas tytuł „Sprawiedliwego wśród Narodów Świata” otrzymało ponad 2,5 tys. Ukraińców, chociaż – dodał – tych, którzy ratowali Żydów, narażając własne życie, było znacznie więcej. „Są to ludzie wielkiego serca i wielkiej odwagi” – zauważył Zełeński. W tym kontekście przypomniał rodzinę Szeptyckich, która nie tylko uratowała przeszło 160 Żydów, ale też otwarcie domagała się od władz nazistowskich powstrzymania prześladowań tych ludzi. Prezydent stwierdził, że poparł apel naczelnego rabina Ukrainy, aby Instytut Yad Vashem nadał ten tytuł także metropolicie Andrzejowi Szeptyckiemu (1865-1944) „w imię sprawiedliwości historycznej”.

Już w 2012 izba niższa parlamentu Kanady uznała jednogłośnie tego greckokatolickiego hierarchę za „przykład oddania podstawowym prawom człowieka” w latach II wojny światowej.

Zdaniem mediów ukraińskich Instytut Yad Vashem w Jerozolimie, mimo otrzymania dotychczas dziesiątków świadectw uratowanych Żydów w czasie Holokaustu, zwleka z przyznaniem tego zaszczytnego wyróżnienia. Ma on zastrzeżenia co do postawy metropolity zwłaszcza na początku wojny niemiecko-sowieckiej, gdy pozdrawiał on wkraczające do Lwowa wojska hitlerowskie oraz „błogosławił dywizję SS «Galitzien»”. Tymczasem według rabina nie ma żadnego wiarygodnego dokumentu, który potwierdzałby ten drugi fakt, a ratowanie dzieci żydowskich było ważniejsze.

Asman przypomniał ponadto orędzie Szeptyckiego, zatytułowane „Nie zabijaj” z 1942, wzywające Ukraińców, aby nie uczestniczyli w mordowaniu swych sąsiadów. „W krwawym piekle Holokaustu postać Andrzeja Szeptyckiego wyróżnia się niczym skała ocalenia i dobra” – napisał naczelny rabin Ukrainy. Za niesprawiedliwe uznał on fakt, iż w ciągu całych dziesięcioleci nie przyznano metropolicie tytułu „Sprawiedliwego”. „Judaizm wymaga od nas okazywania wdzięczności za okazane nam dobro. Ale też odwrotnie: przyznanie Szeptyckiemu tego tytułu, który od dawna mu się należy, pokaże Ukrainie i całemu światu, że naród żydowski pamięta i docenia swych przyjaciół i wybawicieli” – zauważył rabin.

Niedawno Narodowy Instytut Pamięci Ofiar Holokaustu Yad Vashem odpowiedział na prośbę grupy ukraińskich naukowców, duchowieństwa i działaczy społecznych w tej samej sprawie. Kierownictwo instytucji zapewniło, że ponownie rozpatrzy tę petycję, jeśli otrzyma nieznane dotychczas dokumenty i świadectwa, które w nowy sposób ukażą działalność metropolity w latach okupacji niemieckiej.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję