Reklama

Niedziela Lubelska

Niezłomny kapłan: Ks. dr Józef Bieńkowski (1917- 2010)

Ks. Józef Bieńkowski urodził się 19 kwietnia 1917 r. we wsi Rosochate Kościelne (diecezja łomżyńska). Rodzicami przyszłego księdza byli: Helena z Mianowskich i Hipolit. Jak każde dziecko, a miał kilkoro rodzeństwa, pomagał w gospodarstwie rolnym. Rodzina była dość zamożna, ojciec miał wiele ziemi i nie żałował pieniędzy na wykształcenie dzieci. Życie ks. Józefa było bogate w wydarzenia.

[ TEMATY ]

ludzie

sylwetka

Archiwum

Nie omijały go też burze i dramaty. Już w dzieciństwie wiedział co to znaczy wojna. Przeżył wiele momentów, które zagrażały jego życiu. Nie ukrywał swoich trudnych wypraw do rodzinnego domu w czasie II wojny światowej. Wiązały się one z koniecznością przekraczania granicy. Wspominał też o spotkaniach z Niemcami i sowieckimi żołnierzami oraz o spotkanych po drodze ludziach. Niemal cudem udało mu się uniknąć wywózki na Sybir, gdzie trafiła jego najbliższa rodzina i gdzie zmarli jego dziadkowie.

Gimnazjum ogólnokształcące ukończył w 1938 r. w Drohiczynie nad Bugiem. Po ukończeniu Seminarium Duchownego w Lublinie w styczniu 1944 r. otrzymał święcenia kapłańskie z rąk bp. Mariana Fulmana. Był ostatnim kapłanem wyświęconym przez tegoż biskupa. Jego pierwszą placówką duszpasterską była parafia w Bełżycach. W 1950 r. ks. Józef został przeniesiony na etat prefekta w Bychawie. Jako nauczyciel religii był lubiany przez uczniów i szanowany. Tutaj jednak doświadczył boleśnie stalinowskich metod rządzenia. Miało to miejsce w 1954 r. przed samym egzaminem maturalnym. Wówczas to podczas jednej z uroczystości szkolnych uczniom nakazano zaśpiewać komunistyczną pieśń „Międzynarodówkę”. Jedna z uczennic zaintonowała, może przekornie, religijną pieśń „Pod Twoją obronę”. Po odśpiewaniu tej pieśni nastała złowroga cisza. Niezwłocznie odbyło się dochodzenie. Po wielu kłopotach uczennicy tej udało się zdać, nie bez trudności maturę. Ks. Bieńkowski stał się natomiast jako nauczyciel głównym podejrzanym, wręcz prowodyrem sprawy. W konsekwencji zgodnie z wolą władz zawieszony został w czynnościach nauczyciela religii. Nie bez trudności z czasem otrzymuje w Markuszowie etat nauczyciela religii. To smutne wydarzenie stało się dla niego swoistym egzaminem poprawności politycznej. Nie zważał jednak na czynione trudności i szykany. Od początku kroczył bowiem drogą prawdy i swego powołania. Jednocześnie dużo pracował nad sobą, dokształcając się, jak też prowadząc liczne badania naukowe. Zwieńczeniem tego wysiłku stała się obroniona w Krakowie na Uniwersytecie Jagiellońskim rozprawa doktorska. Kolejną placówką duszpasterską była parafia w Borowie. Bp lubelski Piotr Kalwa doceniając jego zmysł organizacyjny i niezłomny charakter powierzył mu tę placówkę w nadziei dokończenia budowy kościoła. Z tego zadania wywiązuje się bardzo dobrze. Wykazuje w pracy wiele zapału, energii i pomysłowości. Przebywa w tej parafii do 1957 r. W okresie tym nasilają się represje i szykany wobec Kościoła i wiernych. Punktem kulminacyjnym staje się aresztowanie we wrześniu 1953 r. Prymasa Stefana Wyszyńskiego. Jednocześnie księża zmuszani są do podpisywania różnorodnych deklaracji i wzywani na rozmowy do urzędów wyznaniowych. Klasyfikowano tam księży pod kątem ideowo-politycznym i deklarowanej postawy wobec Polski ludowej. Docelowo zamierzano całkowicie podporządkować sobie Kościół. Komuniści jednak nie zdołali przeprowadzić „rewolucji” personalnej wśród duchowieństwa. W tych niezwykle ciężkich czasach dla Kościoła i wiernych kuria biskupia w Lublinie w 1957 r. powierza ks. Bieńkowskiemu obowiązki administratora parafii Kazimierzówka.

Starania o świątynię w Świdniku (1957-1970)

Reklama

Dla ks. Bieńkowskiego rozpoczął się kolejny trzynastoletni etap pracy duszpasterskiej. Parafia w Kazimierzówce została erygowana 14 listopada 1947 r. przez ówczesnego bp. lubelskiego Stefana Wyszyńskiego. Z kolei bp Kałwa wiązał z ks. Józefem określone oczekiwania, powołania pierwszej świątyni w Świdniku. Powstanie w tym mieście dużego ośrodka robotniczego dodatkowo mobilizowało do tych działań. 1956 r. po tzw. „odwilży” pojawiły się nadzieje na realizacje budowy świątyni. Jednak wysyłane liczne delegacje wiernych do władz wojewódzkich, a nawet centralnych, nie przynosiły spodziewanych efektów. Ks. Bieńkowski nie ustawał w wysiłkach, aby wybudować kościół w Świdniku, bądź przynajmniej kaplicę. Tymczasem wielu świdniczan modliło się na Adampolu przy stojącej do dnia dzisiejszego kapliczce. Podczas majowych i czerwcowych nabożeństw wierni śpiewali pieśni religijne, a niektóre nabożeństwa odprawiał sam ks. Józef Bieńkowski. Podczas jednej z procesji, kiedy to wierni szli z krzyżem w nocy, zostali nakryci przez funkcjonariuszy SB. Doszło wówczas do wielu aresztowań i zatrzymań. Jednak mieszkańcy Świdnika nie poddawali się i organizowali następne miejsca modlitwy. Zorganizowany przez wiernych Komitet Budowy Kościoła grupował ludzi wielu profesji (lekarze, kolejarze, nauczyciele). Organizowali oni zbiórki pieniężne na Fundusz Budowy Kościoła. Niestety starania te nie przynosiły spodziewanych efektów. Również ks. Bieńkowski w licznych listach do władz państwowych wskazywał na problem braku świątyni w mieście. Sprawa ta nurtowała niemal wszystkich mieszkańców Świdnika. Zwracał się więc o jak najszybszą zgodę na budowę świątyni, bądź tylko kaplicy. Z drugiej strony nasilały się represje i szykany wobec kapłana i samych wiernych. Ks. Bieńkowski został zakwalifikowany do kategorii szczególnie „agresywnych wrogów PRL”. Materiały w lubelskiej delegaturze IPN zawierają liczne informacje (niekiedy i donosy) i oszczercze pomówienia nie tylko o ks. Bieńkowskim. Dotyczą one też wielu wiernych zaangażowanych w sprawę budowy świątyni.

W obronie wartości katolickich i patriotycznych

Ks. Józef świadomy był zagrożeń jakie niósł totalitarny system komunistyczny. Wychowanie dzieci w duchu materialistycznym trafnie odczytywał jako zamach na wartości katolickie i duchowe. W związku z tym pracę duszpasterską traktował jako służbę i obowiązek patriotyczny. Wartości te krzewił i propagował podczas kazań, lekcji religii, wizyt duszpasterskich, jak również podczas zwykłych rozmów. Wszyscy, którzy słuchali jego kazań, do dzisiaj są pod wrażeniem ujmujących słów, opartych głównie na Ewangelii. Nigdy nie mówił wprost o komunizmie jako ustroju, który niszczył Polskę. Mówił piękną polszczyzną, wykazując przy tym znajomość historii Polski i dziejów kultu maryjnego. Treści kazań kapłana były natomiast skrupulatnie analizowane przez tajnych współpracowników bezpieki. W jednym z takich donosów czytamy: „W sposób zamaskowany sieje wrogość do Polski Ludowej i nie przestrzega przepisów państwowych”. Kapłan był wielokrotnie wzywany na przesłuchania i rozmowy ostrzegawcze. Szczególnie krytykował postawę tzw. „postępowych księży” określając ich jako „odstępców” i „zdrajców”. Słusznie dostrzegał grożący problem „rozbicia Kościoła”. Głoszenie tak odważnych kazań wymagało niemałej odwagi. W kazaniu z 2 kwietnia 1961 r. ks. Bieńkowski stwierdził wręcz, że „Nikt z nas od wiary nie odstąpi. Nie pomogą knuty, ani Sybir”. Wypowiedź ta wywołała furię i wściekłość lubelskiej bezpieki. W 1960 r. w diecezji lubelskiej ukaranych zostało 62 księży, a wśród 5 najbardziej niepoprawnych i wrogich znalazł się ks. Józef Bieńkowski. Pomimo różnorodnych kar i upomnień, nie zaprzestał głosić odważnych kazań. W jednym z raportów bezpieki czytamy m.in.: „Proboszcz w Kazimierzówce, znany z negatywnej postawy wobec PRL, ostrzegany przez SB i karany administracyjnie stara się inspirować wiernych do wystąpień przeciwko władzy”.

Reklama

Sprawa katolickiego wychowania dzieci i młodzieży była szczególnie ważna w pracy księdza. Jednak księża uznawani za „wrogów PRL” napotykali w swojej pracy na szczególne trudności. Nie otrzymywali żadnej pomocy ze strony państwa. Utrudnienia dotyczyły też miejsc, w których mogliby prowadzić lekcje religii. Ks. Bieńkowski był wielokrotnie karany administracyjnie za najdrobniejsze wykroczenia przepisów państwowych i wzywany na rozmowy profilaktyczne i ostrzegawcze. Od kiedy został proboszczem w Kazimierzówce był przedmiotem nieustannego zainteresowania lubelskiej bezpieki. Do jego rozpracowania przydzieleni zostali agenci i tajni współpracownicy. Przedmiotem szczególnego zainteresowania stała się nauka religii w punktach katechetycznych. W 1970 r. prezydium WRN w Lublinie zdecydowanie zażądało od bpa lubelskiego usunięcia ks. Bieńkowskiego z zajmowanego stanowiska. Pretekstem do odwołania kapłana stała się „szkodliwa działalność”, jak też „nielegalna zbiórka pieniężna” zorganizowana w punkcie katechetycznym w Świdniku.

Wieloletnie starania ks. Bieńkowskiego o pozwolenie na budowę kościoła w Świdniku zakończyły się niepowodzeniem. Czy jednak wysiłki te były daremne? Broniąc przez tyle lat katolickich i patriotycznych wartości, prowadząc katechizację dzieci i młodzieży w trudnych latach Polski komunistycznej kapłan ten zwalczał planowaną laicyzację mieszkańców Świdnika. Pomimo nieustannych szykan i represji odważnie głosił i nauczał życia zgodnego z Ewangelią i przykazaniami. Dawał wiernym czytelne i jasne wskazówki, jak przeciwstawiać się komunistom w walce z kłamstwem, złem i zniewoleniem. Było to o tyle ważne, iż Świdnik w założeniach strategicznych komunistów miał pozostać bez Boga i religii. Ks. Józef nie nosił w sercu nienawiści wobec swoich wrogów i osób, które go skrzywdziły. Nie starał się o status osoby pokrzywdzonej przez służby specjalne, ani o rozszyfrowanie kryptonimów donoszących na niego osób. Po latach, już w wolnej Polsce, kiedy otrzymał materiały z lubelskiego IPN, dotyczące jego osoby, nikogo nie oskarżył. Milczenie tego już sędziwego kapłana było wymowne.

Po opuszczeniu Kazimierzówki w 1970 r. ks. Józef pracował jako administrator w parafiach: Gołąb (1970-79), Łuszczów (1979-82) i Bystrzyca (1982-89). W 1989 r. ks. Józef Bieńkowski przeszedł na zasłużoną emeryturę. Zamieszkał w Domu Księży Emerytów w Lublinie. Dalej jednak, w miarę sił, starał się jeszcze pomagać księżom, m.in. w katedrze lubelskiej. Zmarł 19 kwietnia 2010 r. i pochowany został w rodzinnym grobowcu w Lublinie na cmentarzu przy ul. Unickiej.

Janusz Stefaniak

Wybrana bibliografia:

Archiwum parafii pw. NMP Matki Kościoła w Świdniku, Kronika Parafii

Instytut Pamięci Narodowej, Oddział w Lublinie, Teczka ks. Józefa Bieńkowskiego, sygn. 173/168

Stefaniak J., Ojcowie Kościoła w Świdniku, Lublin-Świdnik 2011

2018-08-01 14:22

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Aby życia nie zmarnować

Niedziela kielecka 49/2019, str. IV

[ TEMATY ]

pomoc

sylwetka

Kielce

pomoc społeczna

TER

Teresa Brzeska nie umie żyć bez pomagania

Od lat słucha trudnych ludzkich historii, pomaga bezdomnym, samotnym matkom, ofiarom przemocy. Każdy człowiek zasługuje na miłość, szacunek i uwagę – mówi Teresa Brzeska, wiceprezes Kieleckiego Koła Towarzystwa św. Brata Alberta

Pracuje w nim z oddaniem jako wolontariuszka już trzydzieści pięć lat. Bez pomagania innym nie potrafi żyć. W wolnych chwilach odwiedza niewidomych oraz seniorów i organizuje im muzykoterapię.

Chęć pomagania i miłość od ludzi wyniosła z domu. – Moja mama bardzo lubiła nieść pomoc. Jeśli czegoś jej się dużo urodziło w polu, zanosiła do wielodzietnych rodzin. Wiedziała, że dzieci cierpią głód, że są problemy, alkohol, nie ma pieniędzy. Zanosiła wiadrami kapustę i ogórki. Widziałam to jako mała dziewczynka i podobało mi się to. Po latach, jako dorosła kobieta, spotkałam ks. prof. Jana Śledzianowskiego. Poinformował mnie, że chce w Kielcach utworzyć Koło Pomocy św. Brata Alberta. Zaproponował mi współpracę, która trwa od 1985 r. Początki wymagały od nas ogromnego zaangażowania. Założone przez nas Schronisko w Łukowej dla samotnych matek potrzebowało pilnie remontów, trzeba było również znaleźć pieniądze na utrzymanie kobiet, które się tutaj schroniły. Niektóre spodziewały się dziecka, inne przybywały już z dziećmi, uciekając przed przemocą. Jeździliśmy więc na kwesty do odległych parafii w naszej diecezji. Nie mieliśmy samochodów, trzeba było więc wstać po czwartej i jakoś dojechać – wspomina dziś Teresa Brzeska.

Ocalone życie

Czasem wraca do pierwszych spotkań z ubogimi. – Pewnego razu idąc na dyżur zauważyłam siedzącą na schodach przed biurem Koła Pomocy św. Brata Alberta uroczą dziewczynę. Opowiedziała mi swoją trudną historię. Rodzice się rozwiedli, mama wyjechała do Szwecji, ojciec poślubił inną kobietę. Została pod opieką starszego wuja, matka zapewniła ją, że będzie o nią dbała finansowo, aby mogła się uczyć, ale zastrzegła że nie może być absolutnie mowy o ciąży, o dziecku. Ona zakochała się, zaufała i zaszła w ciążę. Była dopiero w liceum. Zrozpaczona przybiegła tutaj po wsparcie, aby mogła wrócić do łask matki. Zaproponowałam jej pomoc. Rozpromieniła się i poczuła ulgę. Nie czuła się sama, razem z dzieckiem była bezpieczna. Sama nie była wtedy w stanie zapewnić mu należytej opieki, musiała ukończyć szkołę i zarabiać na swoje utrzymanie. Urodziła pięknego chłopca i oddała go do adopcji. Czasem wspominam tę młodą dziewczynę. Nie wiadomo jak skończyłaby się ta historia bez naszego wsparcia. Życie zostało ocalone – mówi.

Często dotyka ludzkich dramatów i płacze razem z ubogimi. – Do naszego biura przyszedł drobny, skulony mężczyzna lat ok. 70. Miał na imię Józef. Zapytał mnie, czy znajdzie się tutaj dla niego miejsce. Został bez dachu nad głową. Był samotny, mieszkał z siostrą, jej mężem i dziećmi w rodzinnym domu. Po śmierci rodziców namówiła go, aby zrzekł się spadku. Pewnego dnia oświadczyła, że to wszystko jest jej. – Wyszedłem więc – powiedział. Płakaliśmy oboje. Potem obiecałam mu, że znajdę dla niego u nas dom.

Wierna azylem dla samotnych matek

W Adwencie myśli o tych kobietach, które przewinęły się przez prowadzony przez Towarzystwo Dom Samotnej Matki w Wiernej (wcześniej w Łukowej) przez 30 lat istnienia placówki, o blisko trzystu dzieciach, które w tym miejscu znalazły schronienie, o tych które się tutaj urodziły. W Domu Samotnej Matki w Wiernej – w 2017 r. schronienie i opiekę otrzymało osiem kobiet i sześcioro dzieci, w 2018 – dziesięć kobiet i jedenaścioro dzieci. Ileż to przez te lata było opłatków, serdecznych spotkań... Wierna stałą się prawdziwym azylem dla samotnych matek. Dostrzegała, że tutaj czują się bezpieczne i spokojne. Siostry Pasterzanki dbają, aby było jak w domu, jak w rodzinie, ciepło serdecznie, przytulnie. Czasem kobiety zostają tutaj na kilka miesięcy, a czasem nawet na rok. Kiedy sytuacja tego wymaga i nie ma innej możliwości, matka po narodzinach może oddać dziecko do adopcji, gdzie czekają na niego nowi rodzice, którzy chcą otoczyć go miłością. – Kiedyś, będąc w jednej parafii opowiadałam mieszkańcom o pracy naszego Towarzystwa, mówiąc o takich właśnie przypadkach. W końcu kościoła stał mężczyzna z małym dzieckiem na ręku i dumnie prężył pierś. Okazało się potem, że chłopiec był adoptowany, a mama urodziła go będąc w naszym Domu w Wiernej – opowiada.

Jak plaster na ranę

– Kocham to robić. Zdarza mi się często płakać z tymi ludźmi, bo taką mam już empatię, ale potem mówię: „zaradzimy”, „jakoś będzie”. Ewangelia mówi „Nie ten kto mówi Panie, Panie dostąpi zbawienia”. Dlatego staramy się swoim konkretnym działaniem ukazywać realizm wiary chrześcijańskiej – tłumaczy. Myśląc o tych, którym pomaga, powtarza, że „widzi w nich potrzebującego Chrystusa”. Słucha ich bardzo trudnych, traumatycznych przeżyć, patrząc na ich okaleczone życie, naznaczone cierpieniem odrzuceniem, samotnością, co często jest tak wyraźnie wyrysowane na twarzach. Podkreśla, że pragną zrozumienia, wsparcia, współczucia i opieki. – Zdaję sobie sprawę, że całego świata nie uratujemy, ale jeśli choć jednemu człowiekowi pomożemy, to warto. Sprawia mi ogromną radość i satysfakcję, kiedy widzę na twarzy potrzebującego uśmiech, poczucie spokoju, gdy ustępuje z jego życia lęk przed przemocą i agresją, z którą musiał się zmagać, gdy może położyć głowę w bezpiecznym miejscu. Jesteśmy jak ten plaster na ranę. Przywracamy uśmiech, dajemy miłość.

Ze Schroniska dla Bezdomnych Mężczyzn w l. 2017-19 do chwili obecnej rocznie średnio korzystało od 70-90 osób, z Noclegowni – w 2017 r. – 64 osoby, 2018 r. – 67 osób , a w 2019 r. do września – 46 osób. Dawniej, po transformacji ustrojowej, w schronisku częściej szukali pomocy mężczyźni w sile wieku. Nie było tyle kontraktów, bezrobocie spychało ich w długi, nie byli w stanie opłacić mieszkania. Teraz więcej jest mężczyzn w okolicach 70 lat, emerytów z orzeczonymi eksmisjami. Oni tutaj znajdują schronienie. Biedni potrzebują miłości. Schronisko daje im poczucie przygarnięcia. Nikogo nie wykluczamy, ubóstwo nie odbiera godności człowiekowi. Św. Brat Albert mówił „każdemu należy się dach i strawa” – podkreśla Teresa. Towarzystwo prowadzi także dziesięć mieszkań chronionych, w których dom znalazło 16 osób.

Muzykoterapia z Teresą

Nawet będąc na emeryturze, nie zwalnia tempa. Obok licznych obowiązków znajduje czas na odwiedziny pensjonariuszy w jednym z DPS i prowadzi tutaj dwa razy w tygodniu muzykoterapię. Uczestniczą w nich niemal wszyscy pensjonariusze, którzy mogą przemieszczać się o własnych siłach, czy na wózkach. – Repertuar jest bardzo różnorodny – od pieśni maryjnych, które przeplatają naszą modlitwę różańcową. Jest litania, a potem przechodzimy do patriotycznych. Wtedy u niektórych kombatantów widzę taki zapał i radość – mówi. Czasem opowiadam ich o moich podróżach do różnych sanktuariów, przenosząc ich choć na chwilę oczyma wyobraźni w te miejsca. Staram się im przywieść z tych pielgrzymek jakieś pamiątki, obrazki np. św. Charbela z Libanu, Matki Bożej Pompejańskiej. A kiedy spotkanie się kończy, musi im obiecać, że wkrótce znów do nich przyjdzie.

Pozytywnie zajęta

– Kiedy tam jestem, nie mam wątpliwości że Pan Bóg dał tę starość, niedołężność, biedę, aby reszta się zbawiała. Człowiek może być kiedyś bliżej nieba. Obserwuję pracowników, jak się starają, troszczą o seniorów – leżących pokarmią, przebiorą. Jakaś dziewczynka przychodzi, zagra im na pianinie. Jesteśmy sobie nawzajem potrzebni. Odwiedza również regularnie niewidomych w ośrodku przy ul. Złotej w Kielcach. Przychodzi w odwiedziny, by im poczytać, porozmawiać, pośpiewać wspólnie.

Terasa mówi, że „chce przynieść do Pana Boga naręcza dobra”. Mimo, że jest na emeryturze, to jakby pracowała na dwóch etatach. Działa we wspólnocie Szkoła Maryi. W działaniu i modlitwie nie ma dla niej żadnych granic. Potrafi modlić się brewiarzem przez skype’a ze swoimi przyjaciółmi z różnych stron świata. Wyjeżdża na rekolekcje w Polsce i za granicą. – Jestem pozytywnie zajęta. Wiem co robić, aby życia nie zmarnować – mówi z uśmiechem.

CZYTAJ DALEJ

Kodeń: dziś pogrzeb o. prof. Wacława Hryniewicza OMI

2020-05-30 10:46

[ TEMATY ]

zmarły

kyasarin/pixabay.com

Dziś w południe odbędzie się pogrzeb o. prof. Wacława Hryniewicza OMI - wybitnego polskiego teologa i ekumenisty, zmarłego we wtorek w wieku 83 lat. Po Mszy św. w sanktuarium Matki Bożej Kodeńskiej Królowej Podlasia, zakonnik zostanie pochowany na cmentarzu parafialnym w Kodniu.

Przeczytaj także: Zmarł o. prof. Wacław Hryniewicz OMI

Uroczystościom pogrzebowym, które rozpoczną się o godz. 12.00 przewodniczyć będzie ordynariusz siedlecki, bp Kazimierz Gurda. Słowo wygłosi wikariusz prowincjalny, o. Sławomir Dworek OMI. Eucharystia transmitowana będzie na stronie internetowej oblaci.pl.

List kondolencyjny na ręce prowincjała misjonarzy oblatów przesłał m.in. kard. Kurt Koch, przewodniczący Papieskiej Rady ds. Popierania Jedności Chrześcijan.

O. prof. Wacław Hryniewicz był kapłanem Zgromadzenia Oblatów Maryi Niepokalanej (OMI), wybitnym polskim teologiem i ekumenistą, cenionym w kraju i na świecie. Był twórcą Instytutu Ekumenicznego KUL przez lata zasiadał też w Komisji Episkopatu Polski ds. Ekumenizmu.

Przez 25 lat ks. Hryniewicz był członkiem Międzynarodowej Komisji Mieszanej do Dialogu Teologicznego między Kościołami katolickim i prawosławnym a także członkiem zespołu miesięcznika Znak i stałym autorem „Tygodnika Powszechnego”.

Urodził się 23 lipca 1936 r. w Łomazach k. Białej Podlaskiej w rodzinie rolniczej. Święcenia kapłańskie przyjął w 1960 roku. Studiował teologię dogmatyczną na KUL, a następnie m.in. w Belgii, Anglii i Włoszech, habilitując się w 1974 r.; w roku 1992 r. uzyskał stopień profesora zwyczajnego.

Od 1964 r. był pracownikiem naukowym KUL, następnie pełnił szereg ważnych funkcji kościelnych, m.in. był konsultorem watykańskiego Sekretariatu ds. Jedności Chrześcijan, członkiem Międzynarodowej Komisji Mieszanej do Dialogu Teologicznego między Kościołami katolickim i prawosławnym oraz członkiem Komisji KEP ds. Ekumenizmu.

Opublikował kilkadziesiąt książek, m.in. „Nadzieja zbawienia dla wszystkich”, „Pascha Chrystusa w dziejach człowieka i wszechświata”, „Dramat nadziei zbawienia”, „Nadzieja woła głośniej niż lęk. Eseje wokół Jezusa historycznego”.

Był znanym orędownikiem, popularyzatorem i kontynuatorem "teologii nadziei" a więc nadziei zbawienia wszystkich ludzi. Swoją, rozwijaną od dziesięcioleci myśl budował na gruncie intuicji wyrażanych u początków chrześcijaństwa przez wielkie postacie niepodzielonego jeszcze Kościoła, w tym żyjących w IV wieku Grzegorza z Nyssy czy Ambrożego z Mediolanu (święty Kościoła katolickiego i prawosławnego). W jego tekstach stałymi punktami odniesienia są także późniejsi myśliciele wschodniego chrześcijaństwa: Sołowiow, Bierdiajew, Evdokimov.

O. Hryniewicza, zgodnie ze swoją wola, zostanie pochowany na cmentarzu parafialnym w Kodniu, w kwaterze oblackiej.

Od połowy lat 80. XX w. Kodeń jest miejscem Ogólnopolskich Spotkań Ekumenicznych. Idea zrodziła się w 1983 r. jako modlitwa dziękczynna za spotkanie młodzieży w Taizé. Myślą przewodnią była modlitwa o jedność chrześcijan i o pokój. Kodeń jako miejsce kontynuujące tradycję spotkań zaproponował ks. Andrzej Madej OMI, wówczas duszpasterz w kodeńskim sanktuarium, zlokalizowanym w miejscu, gdzie od wieków żyją wspólnie katolicy, grekokatolicy, prawosławni i protestanci.

CZYTAJ DALEJ

Dziś uroczystość Zesłania Ducha Świętego

2020-05-31 08:47

[ TEMATY ]

Zielone Świątki

Zesłanie Ducha św.

Adobe.Stock.pl

Dziś - siedem tygodni po obchodach zmartwychwstania Jezusa Chrystusa - Kościół katolicki obchodzi uroczystość Zesłania Ducha Świętego. Tym samym świętuje swoje narodziny, bo w tym dniu, jak pisze św. Łukasz w Dziejach Apostolskich, grono Apostołów zostało "uzbrojone mocą z wysoka" a Duch Święty czyni z odkupionych przez Chrystusa jeden organizm - wspólnotę. Uroczystość Zesłania Ducha Świętego kończy w Kościele okres wielkanocny.

W języku liturgicznym święto Ducha Świętego nazywa się "Pięćdziesiątnicą" - z greckiego Pentecostes, tj. pięćdziesiątka, - bo obchodzi się je 50-go dnia po Zmartwychwstaniu Pańskim.

Na zgromadzonych w Wieczerniku Apostołów, jak pisze św. Łukasz w Dziejach Apostolskich Jezus Chrystus zesłał Ducha Pocieszyciela, by Ten, doprowadził do końca dzieło zbawienia. "I stał się z prędka z nieba szum, jakoby przypadającego wiatru gwałtownego, i napełnił wszystek dom, gdzie siedzieli. I ukazały się im rozdzielone języki jakoby ognia, i usiadł na każdym z nich z osobna: i napełnieni są wszyscy Duchem Świętym i poczęli mówić rozmaitymi językami, jako im Duch Święty wymawiać dawał" (Dzieje Ap., II, 2-4).

W ten sposób rozpoczyna się nowy etap - czas Kościoła, który ożywiony darem z nieba rozpoczyna przepowiadanie radosnej nowiny o zbawieniu w Chrystusie.

Duch Święty dzięki swoim darom: mądrości, rozumu, rady, męstwa, umiejętności, pobożności i bojaźni Bożej uzdalnia wiernych do dojrzałej obecności w świecie. Kieruje losami Kościoła, kiedy wybiera do grona Apostołów w miejsce Judasza św. Macieja, kiedy prosi o wyznaczenie Barnaby i Pawła, jak pisze święty Łukasz "do dzieła, które im wyznaczyłem", czy kiedy posyła Apostołów do tego, by w określonych częściach świata głosili Ewangelię. Wprowadza wspólnotę wierzących w głębsze rozumienie tajemnicy Chrystusa, dając im zrozumienie Pisma świętego.

Uroczystość liturgiczna Zesłania Ducha Świętego sięga pierwszych wieków chrześcijaństwa.

Łączono ją z Wielkanocą, a od IV w. wyodrębniono jako osobne święto, uroczyście obchodzone zarówno w Kościele Wschodnim jak i Zachodnim. Synod w Elwirze urzędowo wprowadził ją w 306 roku. W wigilię Pięćdziesiątnicy, podobnie jak w wigilię Wielkanocy, święcono wodę do chrztu świętego i udzielano chrztu katechumenom.

Papież Leon XIII wprowadził nowennę, czyli dziewięciodniowe przygotowania modlitewne na przyjście Ducha Świętego, aby dokonał przemiany w naszych sercach, tak jak przemienił Apostołów w Wieczerniku.

W Polsce w niektórych regionach Wielkanoc nazywa się Białą Paschą, a Zesłanie Ducha Świętego - Czerwoną, prawdopodobnie dlatego, że dopiero po Jego zstąpieniu Apostołowie stali się zdolni do dawania świadectwa krwi.

Uroczystość tę powszechnie nazywa się w Polsce Zielonymi Świętami, gdyż w okresie, w którym jest obchodzona, przyroda odnawia się po zimie, a zieleń jest dominującym kolorem pejzażu. Wszystkie obrzędy ludowe z nimi związane noszą piętno radości i wesela. Kościoły, domy, obejścia przybrane są "majem" - najczęściej młodymi brzózkami; posadzkę kościelną, podłogę chat i wiejskie podwórka potrząsają wonnym tatarakiem; wszędzie rozlewa się rzeźwa woń świeżej majowej zieleni.

Uroczystość Zesłania Ducha Świętego kończy w Kościele katolickim okres wielkanocny.

Symbolem Ducha Świętego jest gołębica. Zwykło się też przedstawiać go w postaci ognistych języków, gdyż tak Dzieje Apostolskie opisują jego zesłanie na Apostołów.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję