Reklama

Wywiady

Służebniczki śląskie wśród trędowatych

[ TEMATY ]

trąd

KAZIMIERZ SZAŁATA

– Powołanie nie jest rzeczą łatwą. Doskonale pokazuje to wspaniały film o francuskich misjonarzach z Algierii "Ludzie Boga". Każdy zakonnik, bohater filmu dojrzewa do przyjęcia powołania inaczej, bo przecież każdy człowiek jest inny. A jak to było z Siostrą?


– To było dosyć proste. Kiedyś, gdy byłam jeszcze w 3 klasie liceum przyjechała do nas na katechezę jedna z naszych sióstr. Od tego momentu coś obudziło się w moim sercu. Szybko nawiązałam kontakt ze Zgromadzeniem Sióstr Służebniczek NMP i do matury czekałam już tylko, by stać się służebniczką.


– Posłannictwem zgromadzenia „jest miłość służebna, zwłaszcza wobec dzieci, młodzieży żeńskiej, ubogich i chorych". Czy idąc do klasztoru, spodziewała się Siostra, że będzie pracować wśród ludzi chorych na trąd, którzy są symbolem najokrutniejszego cierpienia, na dodatek wśród muzułmanów i animistów?

Reklama

– Absolutnie nie. Gdyby ktoś mi powiedział kilka lat temu, jak będzie wyglądało moje życie, nie uwierzyłabym. Nie myślałam, że taki mógłby być Boży plan względem mojej osoby. Dobry Bóg wybrał dla mnie Kamerun, Mokolo i trędowatych! Jestem Mu za to wdzięczna i proszę Go również o łaski, które są mi potrzebne, by z radością i prostotą im służyć. Tylko jedna trzecia trędowatych w wiosce to chrześcijanie, pozostali to animiści i muzułmanie wierzący w swojego Boga. Różnorodność wyznań, której doświadczam jest wezwaniem do dawania autentycznego świadectwa i modlitwy, wezwaniem do życia w pokoju i wzajemnej solidarności. W naszym Centrum Rohana Chabot, który powstał w 1973 r. mamy ośrodek zdrowia oraz cały kompleks budynków: sale szpitalne, rehabilitacja, przedszkole, biblioteka, warsztat, gdzie robi się obuwie i protezy itd. Na dzień dzisiejszy wioska liczy 72 podopiecznych żyjących samotnie lub ze swymi rodzinami.

– W ciągu ostatnich lat w wielu krajach misyjnych obserwujemy wzrost antychrześcijańskich ruchów, które utrudniają, a czasem uniemożliwiają codzienną posługę potrzebującym pomocy, tym, którzy często mogli liczyć tylko na pomoc misjonarzy. Czy dotyczy to również Kamerunu?

– Tu, gdzie jestem na północy Kamerunu, nie zdarzają się jakieś trudne czy niebezpieczne sytuacje. Ale nie można zapominać, ze znajdujemy się tylko 25 km od granicy z Nigerią, gdzie relacje miedzy chrześcijanami i muzułmanami (głównie z ugrupowania Bokoharam) są bardzo trudne. Obserwuje się za to wzrost liczby sekt. Dodatkowo wierzenia przodków, magia wpływają na poszczególnych ludzi i całe społeczeństwo komplikując często naszą posługę i pracę.

Reklama

– Kiedy przed laty Raoul Follereau razem z siostrą Eugenią ze Zgromadzenia Matki Bożej od Apostołów obmyślał plan wielkiej akcji przywrócenia do życia ludzi uważanych za umarłych za życia trąd był chorobą nieuleczalną. Ale wiedział dobrze, że trędowaci bardziej niż lekarstw potrzebowali znacznie głębszej terapii, którą, jak mówi legenda, stosował św. Marcin, lecząc trędowatych pocałunkiem. Czy dziś ta terapia straciła na ważności, czy chorym wystarczą same antybiotyki?

-To bardzo ważna terapia. Mam kontakt z chorymi, którzy niosą konsekwencje trądu: poważnie uszkodzony wzrok, często ślepota, oszpecone ciało, brak kończyn itd. W ich obecnym stanie lekarstwa nie przyniosą utraconego zdrowia. To czego najbardziej potrzebują to akceptacji, wysłuchania, zrozumienia, poświęconego dla nich czasu i zainteresowania. Te postawy są jak pocałunek, który potrafi uszczęśliwić człowieka cierpiącego. To najlepsze "antybiotyki", których nie kupi się w aptece!

- Przez całe stulecia trędowaci znajdowali pomoc ze strony najodważniejszych misjonarzy i misjonarek, którzy potrafili dzielić się miłością Boga, której sami doświadczali w swym powołaniu do życia konsekrowanego. Jak siostra widzi swoją posługę w kontekście swego zakonnego powołania.

-To, co najbardziej podoba mi się w postawie Jezusa, to jego bycie sługą dla innych. Ogołocił samego siebie i przyjął postać sługi. Bycie i posługa wśród trędowatych daje mi ku temu wiele okazji. Tu nie można żyć inaczej jak służąc drugim. Tu nie warto zajmować się czymś innym w obliczu bezradności i cierpienia drugiego człowieka. To trędowaci, ludzie bardzo nieszczęśliwi, bo dotknięci przez najokropniejszą chorobę na świecie - jak powszechnie się uważna - uczą mnie że w życiu proste gesty jak pozdrowienie, dobre słowo, zatrzymanie się, uśmiech, wysłuchanie itd. mają OGROMNA WARTOSC. Okazują się najistotniejsze i bardzo ważne. O wiele bardziej ważniejsze niż posiadanie dóbr materialnych, stanowisk, zrobienia kariery zawodowej - to za czym dziś goni świat. Oni zarażają swoja otwartością, pogodą ducha i radością.

- Praca wśród trędowatych, to nie tylko trudne chwile, czas spędzony na opatrywaniu źle gojących się ran, zabieganiu o to, by podopieczni ośrodka Chabot mieli co jeść i w co się ubrać. Z pewnością w waszej wielkiej "rodzinie" przeżywacie również radosne wydarzenia. Co takiego wydarzyło się w ostatnim roku?

-Trędowaci otrzymali nowy samochód. Ułatwiło nam to wyjazdy na niedzielna Eucharystię do oddalonego o kilka kilometrów kościoła parafialnego, organizowanie konsultacji okulistycznych i chirurgicznych. Wyjeżdżając byliśmy już spokojni, że samochód nie popsuje się po drodze i bez przeszkód wrócimy do domu. W tym roku chcemy zgalwanizować wyjazdy do ich rodzinnych wiosek. W dowód wdzięczności ofiarowali nam dużą miskę jajek. Śmiałyśmy się, że zwiększy się nam poziom cholesterolu. Poza tym nowe narodziny dzieci, chrzest Piotra Jegue, trędowatego staruszka u schyłku wieku. Szczęśliwie dotarły do nas paczki z polarami wysłane z Polski. To duża radość, bo w grudniu i styczniu chorym nie było zimno. Dzięki polarom zmniejszyła się też liczba oparzeń. Trędowaci nie muszą się ogrzewać przy ogniu. Zakupiliśmy wystarczającą na cały nowy rok liczbę worków czerwonego milu, umocnili zniszczone przez deszcz zabudowania, naprawili drzwi, zbudowali latryny dla tych, którzy ich nie posiadali. Ogółem zwyczajne działania, ale w tutejszych warunkach bardzo potrzebne i konieczne. Chorzy maja się lepiej, ich jakość życia uległa poprawie i to bardzo nas cieszy.

- Mimo niekwestionowanego postępu w walce z trądem liczonego w milionach wyleczonych osób, wciąż tu i ówdzie, zwłaszcza w najuboższych krajach pojawiają się nowe ogniska choroby. Niestety od kilku lat liczba nowych przypadków trądu nie zmniejsza się. Czy można przyczyny takiego stanu rzeczy szukać w pewnej demobilizacji sił i środków spowodowanej chwilowym zachwytem nad sukcesem?

-W Kamerunie liczba nowych zachorowań bardzo zmniejszyła się. Działania służby zdrowia, są rzeczywiście uśpione. Powszechnie mówi się że nie ma trądu. Taka jest polityka państwa i takie są jej założenia, by na arenie światowej Kamerun nie widniał na liście państw dotkniętych trądem, który jest synonimem ubóstwa. Rzeczywistość przedstawia się inaczej. Nie można jednak być pewnym, że ta choroba nie wróci. Tu i owdzie mówi się o pojedynczych przypadkach nowych zachorowań. Ludzie, którzy kilkadziesiąt lat temu zachorowali na trąd, mimo wyleczenia, do dnia dzisiejszego noszą skutki przebytej choroby i poważnie cierpią nie są uwzględniani przez państwo. Są najczęściej zapomniani i pozostawieni samym sobie. Na przestrzeni tych kilku lat widzę jak skutki wyleczonego już trądu pogłębiają się: byli trędowaci tracą wzrok a w niektórych przypadkach musimy podejmować decyzje o amputacji kończyn. Choroba ta nadal występuje, wciąż pojawiają się nowe przypadki. Wiemy ze jest to choroba która niszczy organizm, ale także rujnuje psychikę człowieka, co skutkuje problemami na poziomie życia społecznego. Wiem, że bez naszej pomocy ci ludzie nie byli by zdolni samodzielnie żyć. Mimo, że warunki są trudne, ziemia nie jest urodzajna starają się mimo swego często inwalidztwa pracować na polu. Dzięki pomocy finansowej ze strony Zakonu Kawalerów Maltańskich chorzy otrzymują co tydzień, to co jest najbardziej potrzebne do życia: mąkę z czerwonego milu, która jest podstawowym składnikiem posiłku. Poza tym maja zapewniona darmowa opiekę medyczna.

- Czy Wasi podopieczni mają okazję dowiedzieć się o Polsce, kraju z którego przywiozłyście swe gorące serca zdolne kochać nawet tych, których swoi wyrzucali z domów, skazując ich na straszliwy los porzuconych nieszczęśników, których ludzki lęk i egoizm uczynił dożywotnio trędowatymi.

-Oj to bardzo dobry pomysł by opowiedzieć naszym podopiecznym o Polsce. Jakoś nie przyszło mi to do głowy. Bez wątpienia słyszeli o bł. Ojcu Świętym Janie Pawle II. Niektórzy z nich mieli możliwość pojechać na spotkanie do Garoua w czasie Jego wizyty w Kamerunie. Opowiadałyśmy też im o naszym O. Założycielu Bł. Edmundzie Bojanowskim. Wiedzą też, że w Polsce pada śnieg i jest dosyć zimno. Ale na pewno trzeba im jeszcze więcej opowiadać o naszym kraju.

- Każdego dnia płynie z Polski cicha modlitwa Apostolstwa Niepełnosprawnych Dzieci, które spotkała Siostra podczas Festiwalu Misyjnego "Bóg mnie kocha" w Zielonce kolo Warszawy. Czy świadomość wsparcia ze strony najmłodszych pomaga w trudnych chwilach pracy misyjnej?

-Bardzo miło wspominam czas spędzony w Zielonce. Apostolstwo Dzieci Niepełnosprawnych to bardzo dobre dzieło! Podziwiam dzieci za ich ogromne zaangażowanie i dziękuje serdecznie za ich wierną modlitwę, ciche cierpienia ofiarowane za misjonarzy. To dla nas duża pomoc.

- Jak będzie wyglądał u Was 60 Światowy Dzień Trędowatych.


60. Światowy Dzień Trędowatych będzie miał miejsce w ostatni weekend stycznia. W sobotę podopieczni otrzymają prezenty żywnościowe. Wcześnie rano zakupiony na te okazję byk będzie zabity i sprawiedliwie podzielony. Święto Trędowatych, to dla nich wielki dzień, bo jest okazja do zjedzenia mięsa. Niektórzy spośród nich mają taką okazję tylko kilka razy w roku. Kulminacyjnym punktem święta będzie niedziela 27 stycznia 2013. Rozpoczniemy go o godz. 11.00 uroczystą Eucharystią sprawowaną w kaplicy ośrodka, w której co piątek uczestniczymy we wspólnej Mszy św. Następnie trędowaci zobaczą 3 scenki teatralne okazujące sytuacje z codziennego życia, o charakterze humorystycznym ale niosące mądrą treść. W programie jest przewidziany występ scholi dziecięcej, wspólny posiłek, nie zabraknie też śpiewów i tańca.

2013-01-23 13:42

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Lekarze na misjach

Niedziela lubelska 30/2019, str. 5

[ TEMATY ]

misje

trąd

Archiwum Centrum Wolontariatu

Anna Żuławska w kenijskim szpitalu

Dojeżdżamy do Drug. Przerażający widok. Kolonia dla 100 osób mieści się na uboczu wioski, tuż obok ogromnego miejskiego wysypiska śmieci. Mieszkania to maleńkie lepianki z gliny, w powietrzu aż gęsto od much. Po placu biegają małe, brudne i niedożywione dzieciaki. Znają już dr Helenę i resztę zespołu. Proszą o poradę lekarską. Siadamy pod drzewem na jedynych w kolonii metalowych krzesłach. Zaczynamy badanie i wydawanie leków. Dzieci nie mają trądu, ale ich rodzice przeszli to doświadczenie i pozostały im zniekształcenia kończyn – tak opisywała swoje doświadczenie na misjach pierwsza medyczna wolontariuszka z Lublina.

W Indiach

Magdalena Rojek, lekarka z Lublina, wyjechała do Jeevodaya we wschodnich Indiach w 2001 r. Jej kilkumiesięczna wyprawa zapoczątkowała serię pięknych dzieł misyjnych podejmowanych przez różne środowiska duszpasterskie w naszej archidiecezji. Jej posługę zorganizowało i wspierało lubelskie Centrum Wolontariatu.

Jeevodaya („Świt życia”) to ośrodek obejmujący jednocześnie szpital dla trędowatych, przychodnię lekarską, ale także przedszkole, szkołę i kościół; założone dokładnie 50 lat temu przez polskiego pallotyna i lekarza o. Adama Wiśniewskiego. Przez ostatnie 30 lat kieruje nim Helena Pyz, doktor medycyny z Warszawy, sama poruszająca się przy pomocy kul lub wózka inwalidzkiego. Ośrodek utrzymuje się z ofiarności ludzi, głównie polskiej emigracji z USA. W Lublinie promotorem pomocy dla Jeevodaya była nieżyjąca już prof. Elżbieta Krukowska z KUL, pierwsza prezes polskiego Towarzystwa Przyjaciół Trędowatych. Pod jej wpływem do Indii pojechała wspomniana lekarka, a potem jeszcze dwie inne wolontariuszki: Dominka Puacz ze Świdnika oraz Edyta Masternak, wychowawczyni ze Schroniska dla Nieletnich w Dominowie.

Praca na misjach przynosiła mocne doświadczenia. Magda wspominała: – Ilustracją ubóstwa naszych pacjentów niech będzie ta historia: Przyszła młoda kobieta z 4-miesięczną dziewczynką, w domu ma jedną starszą córkę, troje dzieci zmarło. Gdy karmiła małą, okazało się, że podaje jej mleko w butelce po olejku do włosów, nie stać jej było na zwykłą, plastikową butlę. Mleko było bardzo rozwodnione. Dr Helena dała kobiecie i butelkę, i mleko w proszku.

W Afryce

Na podobnej placówce, z tym że na Madagaskarze, pracował jako wolontariusz dr Stefan Ciszewski, emerytowany chirurg z Lublina i dawny ordynator szpitala przy ul. Staszica. – Zawsze myślałem, że gdy skończę pracować zawodowo, będę sobie po prostu odpoczywał w moim domku pod Lublinem. Ale gdy patrzyłem, jak odchodził od nas Jan Paweł II, zrozumiałem, że ja jeszcze mogę coś z siebie innym dać, tak jak to do końca życia robił nasz Papież – mówił w jednym z wywiadów. Dr Ciszewski pracował w szpitalu dla trędowatych w Maranie, osadzie, którą założył ponad 100 lat temu słynny apostoł trędowatych, jezuita bł. o. Jan Beyzym. Lubelski lekarz, pomimo chirurgicznej specjalizacji, podczas misji bywał na zmianę kardiologiem, ginekologiem i farmaceutą. Kolejnymi krajami jego posługi były Kongo i Rwanda.

W niezwykłej misji 8 lat temu uczestniczyła Anna Żuławska z Centrum Wolontariatu, początkująca wówczas lekarka z Lublina. „Jamhuri ya Afya – Republika Zdrowia” to projekt zrealizowany w szpitalu Cottolengo w wiosce Chaaria w Kenii. Przez ponad trzy miesiące wolontariuszka sprawowała codzienną opiekę nad pacjentami, często asystowała przy zabiegach lub operacjach. Odwiedzała także przychodnię w pobliskiej wiosce Mukothima. – Cottolengo jest szpitalem, gdzie miesza się mnóstwo problemów, nie tylko zdrowotnych. Głód, choroby i łzy cierpienia mieszają się z codziennym uśmiechem, życzliwością i optymizmem. Często pojawiają się łzy i to nie tylko ze strony pacjentów, ale także ze strony bezsilnych wolontariuszy, kiedy umiera kolejna osoba, a pewne jest, że gdybyśmy byli w Europie, udałoby się jej pomóc – mówiła lekarka.

W tę tradycję od kilku lat włącza się lubelska fundacja AfricaMed, założona przez młodych lekarzy wysyłających wolontariuszy do pracy w szpitalach w Afryce. W tym roku służyć będą m.in. w szpitalu misyjnym w tanzańskim Muganie. Lekarze podejmujący posługę wśród chorych i ubogich w różnych miejscach na świecie są znakomitymi ambasadorami polskości i naszej archidiecezji.

CZYTAJ DALEJ

Zmarł ks. kan. Krzysztof Galewski

2020-06-01 18:40

Archiwum Archidiecezji Lubelskiej

Ks. Krzysztof Galewski (1948-2020)

W dn. 1 czerwca w szpitalu w Lublinie zmarł ks. Krzysztof Galewski, kanonik honorowy Kapituły Lubelskiej i kanonik honorowy Kapituły Zamojskiej.

Uroczystości pogrzebowe odbędą się w parafii pw. św. Ignacego Loyoli w Niemcach: 3 czerwca (środa) - Msza św. żałobna (godz. 18.00); 4 czerwca (czwartek) - Msza św. pogrzebowa (godz. 14.00) i złożenie ciała na miejscowym cmentarzu parafialnym.

Śp. ks. Krzysztof Galewski urodził się 24 marca 1948 r. w Krasnymstawie; święcenia prezbiteratu przyjął 15 czerwca 1972 r. w Lublinie. Jako wikariusz pracował duszpastersko w parafiach: Biskupice, Puławy (Wniebowzięcia NMP, Matki Bożej Różańcowej i Wniebowzięcia NMP), Zamość (kolegiata i św. Michał Archanioł), Kazimierzówka i Zaklików. Od 1987 do 1991 r. był proboszczem w Kocudzy. W 1991 r. przyszedł do parafii w podlubelskich Niemcach i był tam proboszczem aż do przejścia w stan emerytalny w 2018 r.

W 2012 r. ks. Krzysztof Galewski we wspólnocie parafialnej przeżywał jubileusz 40-lecia święceń kapłańskich. Z tej okazji na łamach „Niedzieli Lubelskiej” (30/2012) ukazał się tekst Barbary i Witolda Józefackich pt. „Kapłan daje innym Chrystusa”. Czytamy w nim:

Odkrywanie powołania do kapłaństwa dokonywało się u mnie ewolucyjnie we wczesnej młodości - wspomina ks. Krzysztof Galewski. Wszystko zaczęło się w rodzinie katolickiej i praktykującej od pokoleń, w której rodzice byli przykładem pracowitości i religijności. Przyszły kapłan wzrastał otoczony troską i miłością, wychowywany w wierze i tradycji. Później na drodze młodego człowieka pojawili się niezwykli nauczyciele i katecheci, którzy swoją autentyczną postawą wobec wartości chrześcijańskich oraz patriotycznych, z wielkim talentem uczyli pobożności, przekazywali wiedzę, kształtowali charakter. Postawa i praca tych szlachetnych pedagogów pomogła młodemu chłopcu w odkrywaniu piękna powołania kapłańskiego. Po ukończeniu Szkoły Podstawowej w Zakręciu i Liceum Ogólnokształcącego im. Władysława Jagiełły w Krasnymstawie, w roku 1966 - milenijnym, Krzysztof wstąpił do seminarium w Lublinie. Święcenia kapłańskie przyjął 15 czerwca 1972 r. z rąk bp. Piotra Kałwy. Jako młody kapłan ks. Krzysztof na obrazku prymicyjnym wypisał słowa Pawła VI: Ekstaza szczęścia i lęk mnie ogarnia, że jestem wybrany. Jako wikariusz najpierw podjął pracę w Biskupicach, następnie w Puławach, Zamościu, Kazimierzówce i Zaklikowie. Później w Kocudzy przez 6 lat tworzył parafię, budując kościół i plebanię.

W podlubelskich Niemcach ks. kan. Krzysztof Galewski był postrzegany jako dobry i wyrozumiały kapłan, dbający o rozwój kościoła zarówno w wymiarze duchowym, jak i materialnym. - Ileż to wydarzeń miało miejsce w tych latach. Pojawiały się nowe problemy, nowe style życia, nowe wyzwania. Biorąc pod uwagę oczekiwania współczesnego człowieka w stosunku do kapłana, widzimy, że sprowadzają się one do jednego wielkiego oczekiwania: pragnie on Chrystusa, o wszystko może zwrócić się do innych, kapłana prosi o Chrystusa. W obecnej rzeczywistości, gdy tak wiele agresji i nienawiści do chrześcijan, istnieje zapotrzebowanie na prawdę, tęsknota każdego człowieka za Bogiem, dlatego kapłan i dziś, a może jeszcze bardziej dziś, potrzebny jest w każdym środowisku. Istnieje więc potrzeba modlitwy o nowe powołania, by nas w przyszłości mogli zastąpić młodzi kapłani. Z życzliwością myślę i modlę się za wszystkich, wśród których pracowałem i udzielałem im sakramentów. Przede wszystkim jestem wdzięczny Bogu za dar kapłaństwa, zdrowia, za spotkanych ludzi wciągu lat służby; ludzi, którzy wiarę w Chrystusa łączyli z wielkim zaangażowaniem w pracy dla parafii - dzielił się kapłan.

CZYTAJ DALEJ

Waszyngton: Donald Trump odwiedził Sanktuarium św. Jana Pawła II

2020-06-02 21:50

[ TEMATY ]

sanktuarium

Donald Trump

św. Jan Paweł II

2 czerwca, w 41 rocznicę pierwszej wizyty papieża w Polsce prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki, Donald Trump wraz z małżonką Melanią odwiedzili Narodowe Sanktuarium św. Jana Pawła II w Waszyngtonie. Wydarzenie to poprzedziło podpisanie dekretu o zwiększeniu wsparcia USA dla międzynarodowych wysiłków na rzecz wolności religijnej.

Wizytę Trumpa w Sanktuarium św. Jana Pawła II potępił m. in. arcybiskup Waszyngtonu, Wilton D. Gregory – pierwszy w dziejach Afroamerykanin na stolicy biskupiej w Waszyngtonie. Powiedział, że jest to dla niego zaskakujące i naganne, iż jakikolwiek ośrodek katolicki pozwala się tak bardzo nadużywać i manipulować w sposób, który narusza nasze zasady religijne". Słowa te należy odnieść do odpowiedzialnych za Sanktuarium Rycerzy Kolumba. Hierarcha przypomniał, że nauczanie katolickie wzywa wiernych do „obrony praw wszystkich ludzi, nawet tych, z którymi możemy się nie zgadzać".

Wczoraj prezydent Trump przeszedł z Białego Domu do kościoła episkopalnego św. Jana, który został podpalony przez protestujących 31 maja. Władze użyły przemocy, by rozproszyć tłum, który zebrał się na placu Lafayette'a naprzeciwko Białego Domu, uniemożliwiając prezydentowi udanie się do tej świątyni.

Komentując te działania abp Gregory przypomniał, że święty Jan Paweł II był żarliwym obrońcą praw i godności człowieka. „Na pewno nie zgodziłby się na użycie gazu łzawiącego i innych środków odstraszających, aby uciszyć, rozproszyć lub zastraszyć , jednie po to żeby zrobić zdjęcie przed miejscem kultu i pokoju".

Około 100 osób, w tym dzieci i ich rodzice protestowali dziś w pobliżu sanktuarium św. Jana Pawła II, domagając się pociągnięcia do odpowiedzialności sprawców zabójstwa 25 maja w Minneapolis czarnoskórego George'a Floyda.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję