Reklama

Przed koronacją obrazu Pajęczańskiej Matki Kościoła

Niedziela częstochowska 8/2005

Z racji koronacji obrazu w sanktuarium maryjnym w Pajęcznie Archidiecezja Częstochowska organizuje konkurs „Pajęczańska Matka Kościoła” adresowany do młodzieży szkół gimnazjalnych i ponadgimnazjalanych.

Organizatorami Konkursu są: ks. prof. Teofil Siudy - przewodniczący Komitetu ds. Koronacji oraz Wydział Katechizacji Dzieci i Młodzieży Kurii Metropolitalnej w Częstochowie.
Konkurs ma na celu:
- poznanie przez młodzież historii, kultu i przesłania cudownego obrazu
Matki Bożej w Pajęcznie,
- pogłębienie wiedzy i wiary w osobę Matki Bożej,
- pobudzenie uczniów do większego zainteresowania i aktywności na lekcjach religii oraz w życiu szkoły,
- zachęcenie do czynnego uczestnictwa w życiu Kościoła partykularnego i społeczności lokalnej.
10 marca br. rozpocznie się etap szkolny, na którym komisję stanowią katecheci i duszpasterze. Katecheci, w porozumieniu z Dyrekcją, zgłaszają szkołę do udziału w konkursie w Wydziale Katechetycznym Kurii Metropolitalnej w Częstochowie. Oni też organizują i przeprowadzają eliminacje na terenie szkoły, wykorzystując materiały dostarczone przez Wydział Katechetyczny. Do finału diecezjalnego przechodzi tylko jedna osoba.
28 kwietnia br. zwycięzcy etapu szkolnego wezmą udział w pisemnym finale diecezjalnym. W skład komisji finału diecezjalnego wejdą: biskup, władze oświatowe, wizytatorzy, doradcy.

Reklama

Literatura:
- Piotr Kozera, Łaskami słynący obraz, Częstochowa 1989
- Katechizm Kościoła Katolickiego, Poznań 1994
- Być chrześcijaninem dziś. Teologia dla szkół średnich, pod red. M. Ruseckiego, Lublin 1999

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Dziecko Auschwitz

Niedziela kielecka 21/2019, str. 4-5

[ TEMATY ]

Auschwitz

TD

Janusz Rudnicki. Dzisiaj na stałe mieszka w Sędziszowie

Nie miał dziesięciu lat, gdy z ogarniętej wojną Warszawy trafił do obozu koncentracyjnego Auschwitz, potem do Mauthausen. Rozdzielony z rodzicami, więcej już ich nie ujrzał

W idealnie wysprzątanym mieszkanku w Sędziszowie, gdzie Janusz Rudnicki, dzisiaj 85-letni, mieszka po śmierci żony, znalazło pomieszczenie niewielkie mauzoleum: proporzec, fotografie, urna z ziemią z obozu koncentracyjnego, z prochem z ciał jego rodziców, który wmieszał się w prochy niezliczonych ofiar. – To ziemia z Auschwitz. Niedługo będziemy razem – mówi pan Janusz, patrząc na zdjęcie żony, na garstkę ziemi w urnie.

Chłopak z Leszna

Z warszawskich wojennych wspomnień sporo w jego pamięci przetrwało: walki powstańcze, przesiedlanie Żydów do getta, stawianie muru wokół „dzielnicy żydowskiej”, przemycanie jedzenia dla żydowskich kolegów, roznoszenie ulotek przed wybuchem powstania, ukrywanie się po całych dniach w piwnicach, łapanki, gdy Niemcy kazali im, dzieciom, patrzeć na schwytanych, patrzeć i pamiętać. – Wybuch wojny też pamiętam, jak cztery bomby spadały na zabudowania na Lesznie, gdzie mieszkaliśmy, tylko oficyna została – wspomina. Janusz Rudnicki urodził się 17 listopada 1934 r., ojciec Paweł (1906) był dozorcą przy ul. Leszno 113. – Któregoś dnia ojciec i wujek przywieźli skądś dwie beczki benzyny, do pracy stanęła cała rodzina. Ojciec i wujek nalewali benzynę do półlitrowych flaszek, a ja drutem w korkach robiłem otwory, natomiast siostry przez te otwory przeciągały knoty i korkowały te butelki. Tak powstawały prymitywne, ale groźne dla Niemców pociski, które Polacy zrzucali z dachów na transporty niemieckie – przywołuje jeden z obrazków wojennych p. Janusz.

6 sierpnia 1944 r. Niemcy wyprowadzili ich z piwnic, dali 20 minut na zabranie podstawowych rzeczy. Zapakowali w wagony bydlęce, przewieźli do Pruszkowa („w takie, wie pani, krowiaki, z zakratowanymi okienkami, dwie doby byliśmy bez jedzenia i picia, potrzeby fizjologiczne załatwiało się pod siebie”), potem znowu bydlęcym składem – przez Częstochowę, do Oświęcimia.

Auschwitz Birkenau

Jest noc z 11 na 12 sierpnia 1944 r. Z łomotem otwierane drzwi wagonów, krzyki, szczekanie psów, dymy, jakiś przerażający odór, swąd… (nie wiedzieli jeszcze, że to palone ludzkie zwłoki). Ustawili ich rodzinami, kosztowności – do „depozytu”, bagaże – na rampę. Dzieci z matkami osobno, mężczyźni osobno, golenie na łyso, komenda: do łaźni! – To było przerażające, ogień buchał, my wszyscy nago, z kobietami…, potem pasiaki, drewniaki i na łagier kobiecy, ale już po trzech dniach zabrali nas od matek, nigdy więcej nie widziałem ani taty, ani mamy... Miała na imię Stefania. Obydwoje zginęli w 1944 w obozie, dlatego mam stamtąd ziemię w urnie, ich prochy zmieszały się ze wszystkimi innym spalonymi w krematoriach – mówi.

Numer obozowy? – Od 1944 r. Niemcy nie tatuowali więźniów, zbyt wielkie przepełnienie było w obozach, nie nadążali… Numer ma tylko zapisany w dokumentacji, i w pamięci, już na zawsze: 192687.

Najgorsze wszy i apele

Po rozłące z matkami przepędzili ich truchtem, ok. 200 chłopców, na męski łagier, za każdy krzyk, jęk, było bicie. Łagier A, 16 baraków i pierwsze „lekcje” do odrobienia – nauka obozowej dyscypliny: padnij, powstań, czapki z głów, czołgać się, skakanie żabką. Za kilka tygodni – łagier B, 32 baraki, wokół wszędzie druty kolczaste.

Mycie poranne? Jakie tam mycie, koryta k. latryn, cieknąca z rurki cuchnąca woda. Między godz. 6 a 22 do baraku nie można było wejść, ani w latrynie też nie można było chwilki posiedzieć. – Najlepiej jeszcze było wyjść do roboty, w pole do pielenia, znalazło się kawałek liścia czy marchewki, po kryjomu zjadło. Głód to coś nieludzkiego, ssie się palce... Dostawaliśmy kawę, ale czy to kawa była? Jakieś pomyje, nie widomo z czego. W obozie trawa była wyjedzona do gołej ziemi… Apel wieczorny był postrachem, a najgorzej jak nie zgadzał się stan ludzi, nawet trupy zbierało się z pola, żeby liczba była taka, jak przy wyjściu. No i wszy. Po całych nocach się nie spało, biliśmy te wszy na sobie, chodziło się z tym na skórze. W nocy szczury nic a nic się nie bały, śmigały po nas, trzeba się było oganiać. Zwłoki to bez przerwy obgryzały – tak obozowy horror zapamiętał Rudnicki, tak pamiętają obóz inni ówcześni chłopcy. Janusz Rudnicki nie zapomni nigdy, jak jego kolega spłonął razem z matką, gdy dotknęli się przez druty kolczaste, jak topiono cygańskie dzieci w basenie, jak bił „czarny diabeł” (esesman), jak więźniarki wleczono na „eksperymenty medyczne”.

W nocy upchnięci na pryczach, gryzieni przez wszy i szczury, nie mogli utrzymać moczu („sikaliśmy we śnie, to wszystko leciało na tych, co spali na dole”), ale żaden poranek nie przynosił zmiany na lepsze.

Blokowy i straszne zimy

Zimy w czasie II wojny światowej były bardzo surowe, śnieżne, mroźne („nie to, co dzisiaj”), do obozu wciąż przychodziły transporty Żydów, Cyganów; od razu oni, mali więźniowie wiedzieli, czy to transport do gazu, czy do obozu, nieomylnie rozpoznawali symptomy – Niemcy w maskach i kaskach, huk zatrzaskiwanych hermetycznych drzwi. Zimą 44/45 roku Niemcy ustawili choinkę w bloku na Boże Narodzenie, kazali im śpiewać kolędy, bo Niemcy bardzo lubili śpiew...

Stoją w szeregu, ciemny poranek, może minus 25 stopni, zjedli po kromce czarnego gliniastego „chleba”, na obiad będzie zupa, ale nie wiadomo z czego, bo w lecie to przynajmniej z zielska, co rosło w rowach za obozem. Wpatrują się w blokowego.

Blokowy był dobry. Mówił, jak chronić ręce (długie płaszcze po zamordowanych) czy stopy (worki papierowe) – ale to dopiero tuż przed likwidacją obozu przynosił im z magazynów ubrania, to było już po przeniesieniu na łagier F, ostatni naprzeciw krematorium, w 1945 r. Te ubrania trochę ratowały, chłopcy mieli tyfus, biegunkę, notoryczne odwodnienie. Na dwa dni przed opuszczeniem obozu wstrząsnął nimi huk – Niemcy wysadzili krematoria. Myśleli, że to koniec świata.

Pod koniec stycznia, gdy chłopców przeniesiono na łagier C, Niemcy rozpalili wielkie ogniska; płoną obozowe dokumenty, a zaraz potem nocna pobudka, ustawienie piątkami, wokół esesmani z karabinami. Czyli koniec. A tu dostali po dwa bochenki chleba i po kostce margaryny, blokowy zapowiada, żeby trzymać się razem, nie ustawać, bo zastrzelą.

Mauthausen i wyzwolenie

Wychodzą z obozu w nocy, słychać artylerię, brną przez śniegi, wokół ani domu, ani żywego ducha, Niemcy jadą samochodami, rowerami, furmankami, kto ustaje – zabijają. Na jakiejś stacji kolejowej załadowali małych więźniów na węglarki, którymi „gdzieś” (do Austrii) dojechali, piechotą dotarli do obozu Mauthausen/Komando Melk. Nieduży obóz, kilka murowanych bloków, no ale o ile łatwiej, lepiej. To nic, że gorączka i biegunka, bo nie było już codziennego apelu, była tylko pobudka. Chłopcy mieli swoje zadanie: w gigantycznym silosie strugali ziemniaki, blaszkami, bo noży nie dostawali, a trzeba było cienko obierać no i nie poszło się spać, póki silos nie był pełen. Ale rano dostawali herbatę, kawałek chleba, na obiad ugotowane obierki z ziemniaków, i to już pozwalało nabierać sił.

Mróz i śnieg dokuczał, wtedy w lutym, w Mauthausen, ale stopniowo poprawiało się, Niemcy mniej prześladowali, krematorium nie kopciło. Dostał tam nowy numer obozowy: 118257.

W maju pojawiły się amerykańskie samoloty, widać było walki toczące się w mieście na dole. 5 maja do obozu wjechał amerykański czołg, Niemcy złożyli broń. – Orkiestra grała, była wielka radość między więźniami, pojawiały się różne flagi narodowe, bo była tam nas zbieranina, ale zaraz zaczęła się kolejna tragedia: przeżyliśmy obóz, ale zaczęliśmy umierać od jedzenia. Ci, co próbowali normalnie jeść umierali, żołądki w obozie pracują inaczej, dobre jedzenie zabija więźnia – mówi Janusz Rudnicki.

Blokowy im mówił: żadnego jedzenia. Dostali suchary, prawdziwe – słodkawe i suche, że tylko ustępowały pod młotkiem, ssali je jak cukierki, oswajali układ trawienny, to ich ratowało. – Ale nawet jak tu gryźć, tylko się mamlało, każdy miał szkorbut, zębów nie mieliśmy, nadal nie trzymało się moczu, pomimo amerykańskich witamin. Ale nic nie było tak dobre, jak te suchary – zamyśla się Rudnicki.

Droga do domu

Guma do żucia, od żołnierzy amerykańskich, to był cud, no ale połykali ją, bo skąd mieli wiedzieć, do czego służy? Mijał maj, czerwiec, więźniowie powoli stawali na nogi. Na początku lipca Janusz zgłosił się, że chce wracać do Polski. Mógł jechać na Zachód, albo do jakiegoś prewentorium, ale uparł się na tę Warszawę, marzył o domu, o swoich, o sąsiadach. Dostał ubranie, plecak z jedzeniem (jeszcze dzisiaj pamięta, w co był ubrany, wyruszając na poszukiwanie bliskich), wojskowe samochody przewiozły chętnych do wyjazdu na teren Czechosłowacji, a potem po wielu perypetiach znaleźli się – pięciu chłopców z obozu – w Katowicach w punkcie repatriacyjnym. Do Warszawy wędrował już sam, z biletem, który zarazem stanowił dokument tożsamości i prawo do noclegu czy nabycia jedzenia. Tydzień w obróconej w ruinę stolicy przygnębił małego ekswięźnia jeszcze bardziej, bo nie znalazł nic ani nikogo, co mogłoby go zatrzymać. – Na ul. Leszno 113 wpadłem do zburzonej kamienicy. Na środku naszej izby usypany był kopiec z cegieł i kamieni, spod których wystawały nogi małej dziewczynki. Uciekłem na dworzec – opowiada.

Wrócił więc do Katowic, gdzie zapamiętał kilka życzliwych osób. Gdzieś, o kogoś trzeba było przecież się wesprzeć.

Szczęście do ludzi

Swoich nie znalazł, ale to obcy przygarnęli go, jak kogoś bliskiego, drogiego. Z domu dziecka trafił do rodziny państwa Krzyżanowskich, którzy w Czechowicach-Dziedzicach prowadzili aptekę i mieli dwóch synów. Jego potraktowali jak trzeciego, ale Rudnicki nie zmienił nazwiska. Dobrze pamięta te lata, jak chorował na nerki, na pęcherz, jak leczyli go przybrani rodzice, pamięta okoliczności pierwszej komunii św. (1948 r.). W 1953 r. uzyskał maturę. Pracował kolejno w rafinerii w Czechowicach-Dziedzicach, w Krakowie przy hucie Lenina, w kopalni Sosnowiec, w kieleckim Społem, wreszcie – za pracą trafił do Sędziszowa, gdzie organizowano fabrykę kotłów.

Założył szczęśliwą rodzinę, ma trzy najlepsze córki, mieszka z nim ukochana wnuczka. Od 1999 r. wiedzie spokojne życie emeryta. Jest pogodnym człowiekiem, obdarzonym doskonałą pamięcią i darem narracji. Za ocalenie dziękował Bogu tysiące razy, specjalnie pielgrzymował do Matki Bożej Fatimskiej. Chciałby tylko, aby taka historia, jak jego, wtedy małego chłopca, była przestrogą przed wszelką agresją, dominacją, poczuciem wyższości, w imię których sankcjonuje się i dokonuje zbrodni na milionach.

CZYTAJ DALEJ

Filipiny żegnają kardynała Tagle

2020-01-28 20:31

[ TEMATY ]

kard. Tagle

Filipiny

Paweł Kęska/facebook.com

Podczas uroczystej Mszy w katedrze w Manili Filipińczycy dziękowali za posługę kard. Antonio Tagle w ich kraju. W grudniu ubiegłego roku purpurat został mianowany przez Papieża Franciszka prefektem Kongregacji ds. Ewangelizacji Narodów i przygotowuje się do wyjazdu do Rzymu.

Pod koniec Mszy wszyscy obecni, w geście wyciągniętych rąk, modlili się za hierarchę o błogosławieństwo w nowej misji. „Chroń go w swoich kochających dłoniach, trzymaj za rękę blisko swojego serca, gdy wyrusza z nową misją” – brzmiała modlitwa.

W imieniu archidiecezji za jego posługę w Manili podziękował purpuratowi biskup pomocniczy Broderick Pabillo.

„Nawet gdy byłeś zmęczony po podróży z drugiego końca świata, zawsze miałeś siłę na spotkanie z nami, na chwilę rozmowy, odwiedzałeś nasze rodziny, gdy ktoś zmarł, czy zachorował. Zawsze miałeś dla nas czas” – mówił hierarcha.

„Filipiny ofiarowują Kościołowi powszechnemu najpiękniejszy dar, jaki miały i wręczają go z otwartym sercem” – powiedział abp Gabriele Caccia, nuncjusz apostolski w tym azjatyckim kraju.

Kard. Tagle brał udział w synodach biskupów za pontyfikatu Franciszka oraz był jednym z głównych mówców podczas spotkania w Watykanie dotyczącego nadużyć popełnianych przez duchownych.

Kard. Luis Antonio Tagle Został mianowany nowym prefektem Kongregacji Ewangelizacji Narodów 8 grudnia ubiegłego roku. Zastąpi on na tym stanowisku dotychczasowego prefekta kard. Fernando Filoniego. Purpurat filipiński będzie drugim Azjatą, stojącym na czele tego urzędu, po kard. Ivanie Diasie z Indii (1936-2017), który pełnił to stanowisko w latach 2006-11.

62-letni obecnie kard. Luis Antonio Gokim Tagle, zwany przez najbliższych „Chito”, jest jedną z najciekawszych i najbardziej rozpoznawalnych postaci Kościoła nie tylko w swej ojczyźnie, ale w całej Azji i na świecie. Gdy 24 listopada 2012 r. na ostatnim, jak się później okazało, konsystorzu Benedykta XVI odbierał z jego rąk biret kardynalski, miał 55 lat i był najmłodszym członkiem Kolegium Kardynalskiego.

Święcenia kapłańskie przyjął 27 lutego 1982 r.. Ma za sobą studia na Uniwersytecie Katolickim Ameryki w Waszyngtonie, kształcił się także w Rzymie. W latach 1997-2003 z nominacji św. Jana Pawła II był członkiem Międzynarodowej Komisji Teologicznej.

22 października 2001 r. Ojciec Święty mianował 44-letniego wówczas kapłana biskupem diecezji Imus (sakrę otrzymał 12 grudnia tegoż roku). 13 października 2011 r. Benedykt XVI przeniósł bp. Taglego na stanowisko arcybiskupa Manili, a w rok później, 24 listopada 2012 r., włączył 55-letniego wówczas hierarchę w skład Kolegium Kardynalskiego. W dniach 12-13 marca 2013 r. purpurat filipiński uczestniczył w konklawe, które wybrało Franciszka, przy czym sam uchodził za jednego z najpoważniejszych kandydatów na nowego następcę św. Piotra. Od 14 maja 2015 r. kard. Tagle jest przewodniczącym Caritas Internationalis.

Nowy prefekt watykańskiego urzędu misyjnego przywiązuje dużą wagę do środków przekazu, zwłaszcza do tych najnowszych. Od 2008 r. co tydzień w telewizji ogólnokrajowej głosi rozważania do czytań niedzielnych, zatytułowane „The Word Exposed”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję