Reklama

Wspomnienia o Służebnicy Bożej Annie Jenke

Ks. Zbigniew Głowacki
Edycja przemyska 8/2005

Przyszła na świat w Błażowej, w rodzinie o tradycjach nauczycielskich. Wzrastała i dojrzewała w Jarosławiu. Polonistykę studiowała na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez większość swego życia zawodowego pracowała jako nauczycielka języka polskiego w jarosławskich szkołach, wykazując niezwykłą odwagę w dawaniu świadectwa wiary i przynależności do Chrystusa, zwłaszcza w czasach wojującego komunizmu. Była osobą samotną, szczególnie ukierunkowaną na innych ludzi. Porywała młodzież do umiłowania Boga, Ojczyzny i bliźnich. Była znakomitą polonistką i doskonałą wychowawczynią. Nosiła w sobie ciężar krzyża nieuleczalnej choroby. Zmarła przedwcześnie, w opinii świętości. W 1992 r. wszczęto proces beatyfikacyjny, obecnie jest on kontynuowany w rzymskiej kongregacji. Doczesne szczątki Służebnicy Bożej zostały przeniesione z miejscowego cmentarza do krypty kościoła Świętych Mikołaja i Stanisława, który znajduje się na terenie dawnego opactwa jarosławskich benedyktynek. Istniejący tam Ośrodek Kultury i Formacji Chrześcijańskiej ma Ją za patronkę, a na swoim terenie posiada Jej pomnik. 14 lutego br. minęła 29. rocznica śmierci Anny Jenke. Czas znaczony śmiercią pozornie oddala ludzi od siebie. Żywe i bliskie pozostają jednak wspomnienia, jak te niżej przedstawione.
W 1970 r., w przerwie semestralnej piątego roku studiów seminaryjnych, zachorowałem bardzo poważnie i znalazłem się w jarosławskim szpitalu. Niespodziewane i gwałtowne nasilenie choroby pod dużym znakiem zapytania stawiało moją dalszą drogę do kapłaństwa. Wielu życzliwych ludzi posyłał wtedy Pan Bóg w moją beznadziejną sytuację życiową z konkretną pomocą, a przede wszystkim z duchowym wsparciem. Wśród nich była też miejscowa nauczycielka Liceum Plastycznego, Anna Jenke. Na chorego, nieznanego kleryka w szpitalu ukierunkował ją prawdopodobnie przełożony seminaryjny, prefekt ks. dr Stefan Moskwa, który nieco wcześniej pracował w Jarosławiu i opiekował się duchowo powstającymi wtedy kręgami modlitewnymi, z którymi związana była i pani Anna.
Nieznana, o miłej powierzchowności, poważna pani odwiedziła mnie w szpitalu pewnie ze trzy razy. Jej obecność w tym miejscu była szczególna. Często odwiedzający oczekują od chorego sprawozdania ze stanu jego zdrowia, postępującego leczenia, określenia samopoczucia. Przy tym wiele mówią, na wyrost pocieszają i może nieświadomie są zwyczajnie hałaśliwi i męczący. Pani Anna, jako dobry pedagog i wychowawca, podchodziła do tego inaczej. Ona po prostu chciała być przy chorym choćby na chwilkę i nie „brać” od niego, ale coś konkretnego zostawić; swoją cichą współczującą obecność, zapewnienie o modlitwie własnej i innych, kawałeczek czegoś materialnego - skromny zapis książkowy, zawierający proste sentencje o sensie życia i jego radościach. Pamiętam dwie takie książeczki. Jedną był tomik zebranych humorów rysunkowych Lengrena (Profesor Filutek), publikowanych w ówczesnym Przekroju, drugą Mały książę Saint-Exupery’ego. Widocznie musiałem wyrazić zdziwienie na widok tych pozycji, powiedziała bowiem, że tu i teraz nie czas na wielką filozofię i teologię - „to ci wystarczy”. Jeśli wtedy coś więcej mówiła, to na temat swoich „plastusiów”, to znaczy uczniów Liceum Plastycznego. Stanowili oni zawsze specyficzne środowisko „artystyczne”, usiłując zaznaczać tę swoją „profesję” nie zawsze mądrymi zachowaniami i manierami. W ocenie pani Anny, były to zapowiedzi nadchodzących problemów z młodzieżą nie tylko w Jarosławiu, ale i w całym kraju. Prosiła o modlitwę za nich i dodawała, że będąc w szpitalu można im ofiarować coś więcej. Trzeba przyznać, że od pierwszego spotkania, aż do końca, każdy kontakt z panią Anną sprawiał, że człowiek „stawał przed nią duchowo na baczność”. Dotyczyło to zewnętrznego zachowania, poprawności językowej, osądów innych ludzi, umiarkowanego humoru i powagi chwili.
Po ustąpieniu choroby, dzięki życzliwości seminaryjnych przełożonych, a szczególnie rektora ks. Michała Jastrzębskiego i prefekta ks. Stefana Moskwy, powróciłem do swoich kursowych kolegów i razem doszliśmy do naszych święceń kapłańskich w czerwcu 1971 r. Na prymicje zaprosiłem panią Annę. Nic w tym dziwnego, ponieważ po wyjściu ze szpitala utrzymywałem z nią listowny kontakt. Oprócz życzliwych słów, pani Anna włączała w tych listach czasem prośbę o modlitewne memento w intencji jakiegoś Wojtusia z ul. Kraszewskiego, to znów „swojej” Agnieszki od „plastusiów”, polecała ciężko chorą panią Janinę. Szkoda, że nie zachowało się nic z tych Jej perełek dobroci wyrażanych starannie na papierze, ręką prawdziwej polonistki.
Na prymicje jednak nie przyjechała. Przysłała swoje życzenia i zapewnienie o modlitwie. Pani Anna nie bardzo lubiła uczestniczyć w gromadnych i głośnych spotkaniach. Na większe uroczystości w parafialnej farze zabierała ze sobą składane krzesełko i sadowiła się zazwyczaj w pobliżu wyjścia, z dala od ścisku, w poczuciu większego bezpieczeństwa.
Przez kolejne trzy lata po moich święceniach było tak, jak po wyjściu ze szpitala - podtrzymywaliśmy okazjonalny kontakt listowy.
W 1974 r. przebywałem kilka tygodni w Jarosławiu. Ks. dziekan Bronisław Fila zwrócił mi uwagę, że trzeba odwiedzić panią Annę, bo ma kłopoty ze zdrowiem. Byłem w mieszkaniu na ul. Kraszewskiego kilkakrotnie. Rzeczywiście, sprawiała wrażenie osoby bardzo zmęczonej, a niekiedy wręcz obolałej. Nie skarżyła się, raczej obwiniała samą siebie - „taka jestem do niczego!”. Szczególne zmęczenie widać było, gdy wracała ze szkoły. Jednak nawet wtedy, gdy złośliwa choroba czyniła postępy, nie zapominała o swoich „plastusiach” i problemach sąsiadów z pobliskiej ulicy. Żyła religijnym życiem Jarosławia, a szczególnie własnej, farnej parafii. Swoje zdanie potrafiła wypowiedzieć księdzu proboszczowi ze świętym spokojem prosto w oczy: „I laikat nie pomoże, gdy kler niszczy dzieło Boże”. W tym lapidarnym powiedzeniu przekazała proboszczowi więcej treści do przemyślenia czy wspólnego ustalenia, niż w mnogości słów. Sam zresztą to przyznawał wobec swoich współpracowników.
Od października 1974 r. do śmierci pani Anny, przyjeżdżałem z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego do Wygarek pod Jarosław, pomagać choremu księdzu proboszczowi w niedzielnej posłudze duszpasterskiej. Do Lublina wracałem wieczorem w niedzielę i po drodze na dworzec jarosławski bardzo często wstępowałem do pani Anny. Ta obecność jakoś była Jej potrzebna. Nie twierdzę, że nie miała bliskich, przyjaciół, ale w tym szczególnym czasie - oprócz trzech, czterech przyjaciółek rówieśniczek, niewielu innych tam widziałem. Bardzo boleśnie przeżywała potęgującą się niemoc zawodową i skracany z konieczności wymiar pracy pedagogicznej. W tym czasie dwa razy pomagałem jej dotrzeć do Nałęczowa na leczenie. Latem 1975 r. jeszcze się fizycznie trzymała, choć sama podróż pociągiem, a potem hałaśliwe towarzystwo w domu wypoczynkowym zupełnie ją wyczerpało. Drugi pobyt w Nałęczowie, parę miesięcy przed śmiercią, łącznie z podróżą był już wymuszony. Siostry zakonne wyrażały niezadowolenie, że przywiozłem im chorą w takim stanie. - Po każdej nocy - tłumaczyły - musimy zmieniać pościel, gdyż z chorego miejsca między łopatkami następuje przykry wyciek ropny. Odwiedzałem ją z bliskiego Lublina i widziałem, że wtedy podwójnie cierpiała. Nie było sensu przedłużać kłopotliwego pobytu, należało wracać do siebie.
Postępująca choroba dokonywała zniszczeń fizycznych w organizmie. Lękiem, poczuciem osamotnienia, bezradnością i „nocą” duszy napinała też boleśnie sfery duchowe. Około 20 lutego 1976 r. przyjechałem jak zwykłe z Lublina na Wygarki i dowiedziałem się, że parę dni temu na jarosławskim cmentarzu odbył się pogrzeb śp. Anny Jenke. Po pewnym czasie przybyłem na Jej grób, by się „wytłumaczyć”, że nie wiedziałem o tych faktach.
Od tamtego czasu minęło 29 lat. Pani Annie przysługuje tytuł służebnicy Bożej, a Jej postać posiada wielu naśladowców, którzy rozkrzewiają przykład Jej życia daleko poza Jarosławiem. Nazywa się Ją w poetyckiej przenośni „Słoneczną Skałą” - czy słusznie? Chyba tak, ale pod warunkiem, że patrzy się na nią tylko od zewnętrznej strony życia - postawy religijno-moralnej w okresie szkolnym, studenckim, w harcerstwie; akcji „kromka chleba”, niezłomności nauczycielki wobec reżimu komunistycznego, funkcji wychowawczej wychodzącej poza mury szkoły, apostolskiej pobożności dojrzałej chrześcijanki. Kto bliżej znał panią Annę, mógł Ją postrzegać, używając tego samego poetyckiego języka, jako „Drżącą Mimozę”. W swoim wnętrzu bowiem była osobą bardzo wrażliwą, wręcz kruchą. Wiedziała o tym i bała się tego swojego stanu, co jeszcze bardziej w ostatnich latach Jej życia pogłębiała nasilająca się choroba. „Moc w słabości się doskonali” - te słowa biblijne w całej swej pełni odnoszą się do Niej. To, że z ukrytej „Drżącej Mimozy” ujawniała się ludzkim oczom i sercom jako „Słoneczna Skała”, z jednej strony jest działaniem łaski Bożej, z drugiej - dowodem na wręcz heroiczną współpracę Służebnicy Bożej z powołaniem do świętości, z równoczesnym pokonywaniem swoich słabości i niedomagań. Czyniła to jako przedstawicielka naszego pokolenia, dlatego w łańcuchu świątobliwych mieszkańców Jarosławia i całego naszego Kościoła przemyskiego jest dla nas bliskim i bardzo żywym ogniwem zachęcającym każdego, w miarę posiadanych możliwości, do wstępowania w swoje ślady. Kościół przemyski modli się o rychłą beatyfikację służebnicy Bożej Anny Jenke, bo wynoszenie kogoś na ołtarze, to ewangeliczne stawianie „światła” na świeczniku, by przykładem świeciło nam wszystkim, w tym przypadku szczególnie nauczycielom i wychowawcom.

Górale zawsze bronili Krzyża na Giewoncie i będą bronić go do końca

2019-08-24 08:13

wpolityce.pl

Po czwartkowej tragicznej burzy w Tatrach, w których zginęło pięć osób pojawiły się głosy, żeby usunąć Krzyż z Giewontu.

Bożena Sztajner

Krzyż na Giewoncie był ustawiony dużo wcześniej niż czerwona i tęczowa zaraza próbuje nas zniszczyć. To wotum postawione przez górali w 1901 r. — komentuje, dla portlau wpolityce.pl, stryjeczny prawnuk Józefa Kurasia „Ognia”, Bartłomiej Kuraś.

Przez lata niejedna burza uderzała w niego i chciała go zniszczyć. Czwartkowy wypadek jest przykrą i tragiczną sprawą, ale to nie jest powód do usunięcia symbolu wiary — podkreśla.

Jeżeli dojdzie do próby usunięcia Krzyża górale będą go bronić. Górale zawsze bronili Krzyża na Giewoncie i będą bronić go do końca. Pan Hartman nie jest pierwszą osobą i zapewne nie ostatnią, która domaga się usunięcia Krzyża z Giewontu — dodaje Bartłomiej Kuraś.

Dziennikarz, zakopiańczyk, Witold Gadowski dla portalu wpolityce.pl mówi: mój wuj, ks. Walenty Gadowski wytyczył szlak na Orlą Perć. Papież Jan Paweł II poświęcił jego tablicę na Kasprowym Wierchu. Moja mama codziennie patrzy się na Krzyż na Giewoncie i modli się. Jeżeli ktoś spróbuje zniszczyć Krzyż na Giewoncie, zobaczy co znaczy gniew górali. Nie wolno tknąć pamiątki męki i śmierci naszego Zbawiciela! To nasze, góralskie wotum dla Pana Boga.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Dożynki parafialne w parafii św. Marii Magdaleny w Ożarowie

2019-08-25 18:51

Zofia Białas

Tegoroczne trudne żniwa zakończone. Nadszedł dzień radosnego świętowania i dziękczynienia Bogu, Gospodarzowi Świata, za tegoroczne plony.

Uroczystości dożynkowe odbyły się 25 sierpnia. Rozpoczęły się przed Domem Ludowo – Strażackim gdzie uformował się korowód dożynkowy. W korowodzie dożynkowym członkinie Koła Gospodyń Wiejskich z pięknym, własnoręcznie wykonanym wieńcem dożynkowym, starostowie dożynek z bochenkiem chleba upieczonym z tegorocznego ziarna oraz koszem tegorocznych owoców i warzyw, orkiestra dęta z Ożarowa, przedstawiciele Ochotniczej Straży Pożarnej w Ożarowie, poczty sztandarowe Koła Gospodyń Wiejskich, Ochotniczej Straży Pożarnej, Zespołu Szkoły i Przedszkola w Ożarowie. Na miejsce formowania się korowodu przybył ksiądz proboszcz, organista i ministranci. Tu, przed przejściem do kościoła, ksiądz proboszcz pobłogosławił wieniec dożynkowy, chleb i owoce, dając tym aktem sygnał do radosnego świętowania.

Korowód dożynkowy wraz z księdzem proboszczem udał się do kościoła, gdzie w intencji rolników, ogrodników, sadowników i ich rodzin była sprawowana Eucharystia dziękczynna za szczęśliwe żniwa. Przed ołtarzem wieniec dożynkowy, na stole ofiarnym chleb i owoce.

W homilii nawiązującej do Ewangelii wg św. Łukasza o królestwie Bożym i drodze do zbawienia, rozważając słowa: ”Usiłujcie wejść przez ciasne drzwi; gdyż wielu, powiadam wam będzie chciało wejść, a nie zdołają…”, ksiądz Sylwester mówił o poszanowaniu Bożego Prawa i nie obieraniu drogi prowadzącej do zbawienia na skróty (szeroka brama). Od chwili chrztu świętego, który włączył nas do królestwa Bożego, kontynuował, mamy obowiązek wobec Boga i bliźnich – mamy wydawać owoce wiary i miłości, strzec się niesprawiedliwości i nie pozwolić by współczesny świat przesłonił nam nasze powołanie do zbawienia.

Po homilii nastąpiło uroczyste poświęcenie wieńca dożynkowego, chleba i owoców - symboli zakończonych żniw.

Dziękując Bogu za udane żniwa, zapowiedź tego, że nikomu nie zabraknie „ chleba powszedniego”, o którym mówimy w codziennej modlitwie „Ojcze nasz…” rolnicy prosili o Boże błogosławieństwo na zbliżający się czas siewu.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem