Reklama

Spotkanie z Afryką

Ks. Mieczysław Ozorowski
Edycja łomżyńska 13/2005

Wyjeżdżając drugi raz do Kamerunu miałem pewne obawy, że utracę pierwszy i piękny obraz, który mi pozostał po pobycie w Bertoua w ubiegłym roku. Dwa razy nie można jednak wejść do tej samej rzeki. Podróż minęła bez większych zakłóceń, poza tym, że musiałem skoro świt udać się sam na lotnisko, zrobić dopłatę za nadbagaż i stać w niemiłosiernie długiej kolejce podczas przesiadki z jednego samolotu na drugi w Paryżu. Jakież było jednak moje zdziwienie, gdy zobaczyłem, że na lotnisko w Yaounde wyszedł po mnie sam abp Roger Pirenne. Następnego dnia obiad spożyłem już w domu biskupim w Bertoua. Umieszczono mnie w pokojach gościnnych przy kurii biskupiej. Nazywają to Maison d’acueil. Można też nazwać małym hotelikiem kościelnym, prowadzonym przez siostry zakonne. Organizuje się tu rekolekcje, szkolenia, kursy, mogą się tu również zatrzymać przejezdni goście. Dostałem jeden z lepszych pokoi o podwyższonym afrykańskim standardzie: mam własną toaletę i prysznic, jak się później okazało z ciepłą wodą.
Seminarium jest pełne. Znajduje się w nim ponad stu kleryków. Będę musiał tu dojeżdżać motorkiem, ponieważ znajduje się ono na skraju miasta, kilka kilometrów od centrum. Motorek to rodzaj tutejszej jednoosobowej taksówki. Idzie się ulicą, delikatnie daje się znak ręką i natychmiast motorek jest obok; wsiada się, jedzie, mocno trzyma kierowcy i modli się żarliwie, aby się nic nie stało po drodze. W tym roku będę wykładał mariologię dla dwóch połączonych roczników teologii.
Sytuacja w Kamerunie od ubiegłego roku jakby się pogorszyła. Wszyscy narzekają na brak pieniędzy. Biednych ludzi jakby przybyło. Może jest to subiektywne wrażenie, ponieważ w ubiegłym roku mieszkałem poza miastem, nieco odseparowany od centrum życia. W centrum diecezjalnym znajduje się zespół szkół katolickich, gdzie uczy się ponad tysiąc, a może dwa tysiące dzieci i młodzieży. Gimnazjum nosi imię pierwszego biskupa tego regionu J. Teerenstra. Życie zaczyna się tu wcześnie. Spotykamy się na wspólnej modlitwie w kaplicy abp. Rogera o 6. rano, potem jest Msza św. i śniadanie. Po 7. obserwuję uczniów biegnących charakterystycznym, tanecznym krokiem do szkoły. Brama zamykana jest o 7.30. Niestety, zawsze widzę mały tłumek spóźnialskich, który czekapokornie na pozwolenie wejścia po odbyciu odpowiedniej „pokuty”. Uczniowie noszą pewien rodzaj mundurków oraz kryte buty. Bez butów nie można chodzić do szkoły. W końcu jest to elitarna placówka. Pewnego razu Ewa przyprowadziła malutkiego chłopczyka. Płakał i nie chciał iść do szkoły. Trudno go było zrozumieć. Ostatecznie okazało się, że goryl proboszcza zerwał się poprzedniego dnia z uwięzi i wpadł do przedszkola pełnego dzieci. Mały chłopczyk powtarzał: nie pójdę do szkoły, bo tam jest małpa.
Ewa odpowiada za koordynację służby zdrowia w diecezji Bertoua. Przez jej biuro przewija się jednakże wielu ludzi, którzy bezpośrednio u niej poszukują pomocy. Pewnego wieczoru udaliśmy się do małego domku niedaleko kurii. Spotkaliśmy tam matkę z grupką drobiazgu, małych, boso biegających dzieci. Ojciec zmarł w ubiegłym roku na gruźlicę. Najstarsza córka, lat kilkanaście, odkryła, że jest w szóstym miesiącu ciąży. Gdzie jest ojciec dziecka? - pytamy. Gdzieś jest w mieście. Życie jest piękne, dopóki żyjemy i jesteśmy zdrowi. Następnego dnia małoletnia matka urodziła wcześniaka, następne dziecko, następny obywatel. Miejmy nadzieję, że go przynajmniej zarejestrują w urzędzie. W niedzielę udaliśmy się z biskupem do jednej z parafii na zakończenie pielgrzymki dzieci. Prezydent miasteczka zwierzył się, że jest wiele niezarejestrowanych dzieci. Brakuje sekretarki, aby wprowadziła dane.
Pielgrzymka dzieci robi wrażenie. Kościół jest pełny. Dzieci śpiewają pełnym głosem, po francusku i w swoim rodzimym języku. Msza św. trwa trzy godziny. Eucharystia sprawowana jest po francusku. Większość śpiewów wykonywana jest w językach lokalnych. Również kazanie Biskupa jest tłumaczone na język baja, którym porozumiewają się tutejsi ludzie. Człowiek zwraca się do Boga w swoim matczynym języku, w języku serca. W wielu krajach afrykańskich trwają wysiłki, aby przetłumaczyć Pismo Święte oraz księgi liturgiczne na język lokalny. W Kamerunie jest to bardzo trudne. Używanych języków lokalnych jest ponad sto. Pierwsi misjonarze, spirytyni holenderscy, przetłumaczyli Biblię i teksty mszalne na język eondo, którym mówi się w stolicy. W innych rejonach jest dużo trudniej. Najgorzej jest zaś na wschodzie, bo tu misjonarze dotarli stosunkowo niedawno, a region jest biedny i słabo rozwinięty gospodarczo. Ludzie są spragnieni strawy duchowej.
Kościół w Afryce, także w tym regionie Kamerunu, przez ostatnie lata zajmował się w dużej mierze sprawami socjalnymi. Budował szkoły, szpitale, ośrodki zdrowia, stacje misyjne, uczył ludzi uprawy roli, zakładał plantacje i hodowle. Kosztowało to ludzi Kościoła, białych misjonarzy, wiele wysiłku i pieniędzy. Ile z tego dziś pozostało? Trudno policzyć i trudno spodziewać się natychmiastowych owoców ich działania.
Niewątpliwie biały misjonarz, a zwłaszcza siostra zakonna cieszą się wielkim szacunkiem w tutejszych społecznościach. Przekonałem się o tym, podróżując trochę po Kamerunie. Jeżeli w samochodzie jest siostra zakonna, nie ma takiej bariery, przeszkody (w każdej większej wiosce stoi policja i zatrzymuje samochody), której nie dałoby się pokonać. W ten sposób mam zbyt piękny obraz Kamerunu. Prawdziwy poznałbym, gdybym podróżował jednym z małych autobusów, który wypełniony jest szczelnie ludźmi, towarem, a nawet zwierzętami. Autobusem, który odjeżdża jak ma komplet pasażerów i po laterytowej, tarkowanej drodze sunie z prędkością kamikadze, z otwartymi szybami, pozostawiając za sobą długą smugę czerwonego pyłu.
W ostatnim tygodniu mego pobytu w Kamerunie postanowiłem dołączyć się do polskich misjonarzy diecezjalnych - fidei donum, którzy mieli w tym czasie swoje coroczne spotkanie. W tym roku udali się na północ, a nawet na ekstremalną północ. Dla nas, w Polsce, północ kojarzy się z biegunem, mrozem i lodem. Nic bardziej mylnego. Im bardziej na północ, tym bardziej sucho, gorąco, stepowo. Pojechaliśmy zobaczyć dzikie zwierzęta w Narodowym Parku Waza. Widzieliśmy więc: słonie, żyrafy, dziki, antylopy, małpy i różne ptaki. Przeżyliśmy wspaniałe safari. Spotkaliśmy też licznych misjonarzy. Na północy pracuje wielu polskich oblatów. Budują i pracują w dużym sanktuarium maryjnym w Figuil. Przyjęli nas bardzo gościnnie, szczególnie o. Piotr - przełożony wspólnoty. Praca duszpasterska w tym regionie jest bardzo trudna, ponieważ jest tu wielu muzułmanów i trzeba się z nimi liczyć. Ten region Kamerunu także jest biedny, ludzie tu ciężko pracują na roli, aby przeżyć, ponieważ ponad pół roku trwa pora sucha i wszystko wysycha na popiół. Jest to region dużych kontrastów, są ludzie bardzo biedni oraz bardzo bogaci. Regionalni wodzowie noszą tytuł królów - lamido i są bardzo szanowani przez tutejszych mieszkańców. W Ngaundere siostra Tadeusza (dominikanka) zaprowadziła nas, do tamtejszego lamido. Zwiedziliśmy jego pałac, zrobiliśmy pamiątkową fotografię. Był dla nas grzeczny. Na koniec uiściliśmy stosowną opłatę.
W tymże mieście zwiedziliśmy też pałac tamtejszego bogacza - mały wersal: własny meczet, basen, piękny ogród i cztery domki dla żon wraz z salą porodową. Kamerun - kraj wielkich kontrastów. Pałac, a obok lepianki z gliny. Polscy misjonarze skarżą się, że wśród ludzi panuje ogromna zazdrość, krewni i znajomi potrafią wszystko odebrać temu, kto się czegoś dorobił. Jest jakaś zła solidarność w dół, aby nikt z piekielnego kociołka się nie wydostał. Wśród mieszkańców panuje też wiele zabobonów. Pałacu bogacza, oprócz strażników, pilnuje gri-gri - zaczarowane rogi barana. Każdy z misjonarzy miał już jakieś doświadczenie obrabowania. Do kradzieży trzeba się w pewien sposób przyzwyczaić. Jak ktoś powiedział: jeżeli cię okradli, to się ciesz. To znaczy, że jesteś tym ludziom jeszcze potrzebny, użyteczny, oni po prostu obsłużyli się u ciebie tak, jak umieli.
Po powrocie do Polski wielu znajomych z przekąsem pytało mnie: czy cię jeszcze nie zjedli? Faktycznie, dawniej w regionie, w którym przebywałem byli kanibale. Mówi się jednak, że po pierwsze białe mięso jest zbyt słodkie i niesmaczne. Po drugie, małe dzieci w Afryce straszy się białym człowiekiem, który przyjdzie i zje niegrzeczne dziecko. Nasłuchałem się o tym licznych opowieści. Sam zaś, jeszcze na lotnisku, spotkałem małą dziewczynkę, która nie mogła ode mnie oderwać przerażonego wzroku. Chociaż na ulicy i na targu zaczepiano mnie: ty, biały, to ludzie w zasadzie są przyjaźnie nastawieni. Nauczyłem się też witać po kameruńsku: bierze się duży zamach ręką, mocno się uderza dłonią w dłoń, delikatnie spuszcza uścisk dłoni i kończy pstryknięciem palców, a wszystko to okraszone gromkim, żywym śmiechem. Często widziałem tak witających się ludzi na ulicy.
Moi koledzy, młodzi misjonarze, zadawali sobie pytanie, co mają robić? Jaką działalność podjąć? Jak pomóc ludziom głębiej uwierzyć w Chrystusa? Ich zadanie nie jest łatwe. Stoją przed wieloma trudnościami: osamotnienie, liczne choroby tropikalne, brak środków materialnych, częste niezrozumienie, etc. Nie poddają się jednak i trwają nadal. Mówią, że chyba są już ostatnimi misjonarzami, ponieważ idzie nowe pokolenie kameruńskich księży, którzy kształcą się w tamtejszym seminarium. Diecezje są małe, ludzi jest niedużo, a powołań do kapłaństwa stosunkowo wiele. Widocznie przyjdą na powrót do Europy, by ją na nowo ewangelizować.

Reklama

Św. Brygida Szwedzka

Aleksandra Szafirska
Edycja szczecińsko-kamieńska 42/2002

http://dziennikparafialny.pl/

Jan Paweł II ogłosił święte: Brygidę Szwedzką, Edytę Stein i Katarzynę Sieneńską współpatronkami Europy. Dołączą one w ten sposób do świętych: Benedykta z Nursji oraz Cyryla i Metodego, którzy już wcześniej, na mocy decyzji Pawła VI i obecnego Ojca Świętego zostali obdarzeni tytułem patronów naszego kontynentu.

Św. Brygida Szwedzka (1302-73) była jedną z najwybitniejszych postaci Kościoła, świętych i mistyczek swoich czasów. Urodziła się około 1302 r. w Finstad (niedaleko Uppsali) w spokrewnionej z królami szwedzkimi rodzinie lagmana (rządcy) prowincji Uppland. Od najmłodszych lat odznaczała się głęboką wiarą i marzyła, aby wstąpić do klasztoru. Jednak zgodnie z wolą rodziców, ok. 15. roku życia wyszła za 18-letniego syna gubernatora, Ulfa Gudmarssona. Małżeństwo okazało się nadspodziewanie dobre, a małżonkowie doczekali się ośmiorga dzieci. Jedną z ich córek była późniejsza wybitna święta średniowiecza - Katarzyna Szwedzka. Z wzorowym wypełnianiem obowiązków swego stanu łączyli oni uczynki miłosierdzia. Brygida poświęcała wiele czasu modlitwie. Razem z mężem utrzymywała żywe kontakty z duchownymi z pobliskich kościołów i klasztorów, zwłaszcza z cystersami w Alvestra i duchowieństwem z Linkoping. Już wówczas cieszyła się niezwykłymi darami nadprzyrodzonymi, zwłaszcza darem wizji. W 1332 r. została powołana jako ochmistrzyni na dwór Magnusa II. Czas pobytu na dworze Brygida wykorzystywała m.in. dla wspierania ubogich. W 1339 r. po śmierci nieletniego syna udała się z pielgrzymką do grobu św. Olafa do Trondheim, natomiast w 2 lata później razem z mężem pielgrzymowali do Santiago de Compostella. Po powrocie stamtąd mąż wstąpił do cystersów w Alvastra i wkrótce potem (1344 r.) właśnie tam umarł. Brygida osiadła wówczas w domu zakonnym, związanym z cystersami, gdzie prowadziła bardzo surowe życie ascetyczne. Wtedy także otrzymała wizję, która wytyczyła jej nowe ścieżki życiowe i zapoczątkowała długą serię dalszych wizji. Swoje prorocze wizje niosła do ludów, panujących i papieży. Pisała listy do poszczególnych osób, w których przepowiadała ich dalsze losy. Pierwszą misję spełniła w Sztokholmie, upominając Magnusa II i wieszcząc rodzinie królewskiej straszne klęski, które ją rzeczywiście wkrótce potem nawiedziły. Znane są także jej ostrzeżenia i surowe napomnienia pod adresem Krzyżaków, którym przepowiedziała upadek. Ale największą sławę i trwałe miejsce w historii Kościoła zapewniły jej listy z 1352 r. do papieża Innocentego VI (1352-62), przebywającego wówczas w Awinionie, aby jak najszybciej wracał do Rzymu. Gdy nie odniosło to skutku, Brygida nie zrażona tym, kontynuowała swą korespondencję z jego następcą, Urbanem V (1362-70), późniejszym błogosławionym. Ten ostatni, właśnie pod wpływem listów szwedzkiej mistyczki, wrócił do Rzymu w 1367 r., ale z powodu zamieszek w tym mieście znów je opuścił - Brygida przepowiedziała mu wtedy rychłą śmierć, co istotnie niebawem nastąpiło. Jej nalegania i wezwania kierowane do papieży przyczyniły się w wielkim stopniu do położenia kresu niewoli awiniońskiej, choć ona sama już tego nie doczekała.

Innym trwałym śladem działalności Świętej było założenie przez nią w Yadstenie (Szwecja) Zakonu św. Brygidy (Najświętszego Zbawiciela). Siostry zakonne z tego zakony nazywane były potocznie brygidkami. Pierwszą opatką klasztoru została jej córka, św. Katarzyna. W związku z powstaniem zakonu Brygida udała się w 1349 r. do Rzymu. Nawiązała tam kontakty z wybitnymi rodami włoskimi, a równocześnie kontynuowała działalność charytatywną. Zabiegała teraz o zatwierdzenie reguły nowego zakonu, który miał nosić nazwę zakonu Najświętszego Zbawiciela. Starania jej osiągnęły skutek połowiczny, ponieważ papież Urban V wrócił do Awinionu (1370 r.), gdzie zgodnie z przepowiednią Brygidy wkrótce zmarł. Święta nie zaprzestała swych starań, biorąc równocześnie żywy udział w życiu zakonnym. Wiele pielgrzymowała, nawiedziła w tym czasie niemal wszystkie miejsca pielgrzymkowe Italii. Natomiast w 1371 r. z dwoma synami i córką Katarzyną udała się do Ziemi Świętej. Przebywała tam przez 4 miesiące, doznając nieustannie wizji i przepowiadając rozmaite wydarzenia (np. przyszłość Cypru). Wiosną 1373 r. była znów w Rzymie, gdzie podjęła starania o powrót Grzegorza XI. Umarła 23 lipca tego roku, w dniu przez siebie zapowiedzianym, w czasie Mszy św. odprawianej w jej pokoju. Zwłoki wystawiano przez tydzień w kościele św. Wawrzyńca, w grudniu zaś rozpoczęto ich przeniesienie do ojczyzny. Poprzez Karyntię, Styrię, Morawy, Polskę i Gdańsk, a potem morzem dotarły do Soderkoping, a stamtąd w uroczystej procesji sprowadzone zostały do Vadsteny. W 3 lata później Grzegorz XI wrócił do Rzymu, a w r. 1378 zatwierdził ostatecznie regułę "brygidek". Jest to pośmiertne osiągnięcie Brygidy, której dzieło kontynuowała z energią jej córka, św. Katarzyna. Św. Brygidę kanonizowano w 1391 r.

Warto przypomnieć historię sławnych Objawień św. Brygidy, bowiem ich losy oddają charakter i skoplikowane dzieje myśli Kościoła. Pierwsze 8 ksiąg aprobował Grzegorz XI oraz Urban VI. Mimo to od początku wzbudzały one zastrzeżenia u wielu poważnych ludzi i spotykały się z żywymi sprzeciwami. Źródła podają, że szczególnie ostro zaatakowano je na soborach w Konstancji i Bazylei. Usiłowano nawet doprowadzić do ich formalnego potępienia, którego uniknęły jedynie dzięki obronie światłego dominikanina, kardynała Jana de Torquemada. Brygida była świadoma tego, iż do autentycznych wizji wkraść się mogło niejedno z tego, co zasłyszała i co poddawała jej niezwykle bogata wyobraźnia. Swe Revelationes poddawała kontroli teologów, gotowa zawsze do przyjęcia kościelnej cenzury. Decydującą aprobatę znalazły one u Benedykta XIV, który kompetentnie określił ich prawowierność oraz stopień zaufania, jakim je należy darzyć. W tym miejscu należy nadmienić, iż później pod imieniem Brygidy pojawiły się pisma i formy pobożności nie mające z nią nic lub prawie nic wspólnego. Dlatego też władze kościelne aż po współczesność odnosiły się do nich z dużą ostrożnością i rezerwą. Nie umniejszyło to znaczenia Świętej i jej pism w historii chrześcijańskiej pobożności, w której odegrała rolę ogromną, w dużej mierze prekursorską, by wspomnieć tylko o nabożeństwie do Najświętszego Serca Pana Jezusa. Już w 1391 r. papież Bonifacy IX ogłosił Brygidę Szwedzką świętą. Wspomnienie św. Brygidy wpisano do kalendarza rzymskiego najpierw (1623 r.) 7 października, a w 1628 r. przesunięto na 8 października, co było nawiązaniem do kanonizacji ogłoszonej w przeddzień. Od 1969 r. widnieje ona pod właściwą datą, odpowiadającą dacie śmierci (23 lipca).

Opracowano na podstawie H. Fros SI, F. Sowa, Twoje imię, Kraków 1975 r.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

W Łodzi powstanie szkoła katechistów

2019-07-23 17:30

mip (KAI) / Łódź

W Łodzi powstanie szkoła liderów wspólnot parafialnych. Podczas trzech semestrów archidiecezja przygotuje osoby świeckie wspierające duszpasterzy przy formacji sakramentalnej wiernych. Zapisy ruszą 1 sierpnia.

Magdalena Kucova/fotolia.com

Szkoła Katechistów jest owocem trwającego od roku IV Synodu Archidiecezji Łódzkiej. Ten trzy semestralny kurs teologii praktycznej ma pomóc wybranym ludziom świeckim – liderom grup parafialnych – jeszcze mocniej i bardziej kompetentnie zaangażować się w działalność w parafii.

- Szkoła dla katechistów to szkoła dla liderów, którzy będą mogli prowadzić zajęcia w małych grupach czy to dla młodzieży przygotowującej się do sakramentu bierzmowania, czy dla rodziców, zwłaszcza dzieci pierwszokomunijnych – tłumaczy metropolita łódzki abp Grzegorz Ryś.

Hierarcha przypomina, że szkoła katechistów musi mieć trzy wymiary. – Pierwszy to wiedza teologiczna. Nie chodzi nam o studia magisterskie, ale o zdobycie przez przyszłego katechistę takich kompetencji, by mógł sam odpowiedzieć na wiele pytań, a jeśli nie będzie znał na nie odpowiedzi, by wiedział gdzie odesłać zainteresowanego. Po drugie, chodzi o nabycie umiejętności pracy w małej grupie, a więc nauka zarządzania i kierowania małą grupą, małym zespołem. Natomiast trzecim wymiarem jest własna formacja duchowa – żeby taki człowiek żył wiarą i Kościołem, a nie tylko potrafił o tym mówić – wskazuje łódzki pasterz.

Tok studiów w Szkole przewiduje zajęcia z zakresu Pisma Świętego, teologii dogmatycznej, duchowości, liturgiki, katechetyki, historii Kościoła, a także ma wzmocnić naturalne zdolności w budowaniu kontaktów międzyosobowych i w pracy z grupą. - Chcemy potraktować priorytetowo kształtowanie umiejętności praktycznych przyszłych katechistów: ich rozwój duchowy, bogactwo modlitwy Pismem Świętym, wtajemniczenie w przeżywanie liturgii, budowanie żywej relacji z Bogiem i z Kościołem - podkreślają organizatorzy studium.

Po ukończeniu Szkoły i zdaniu wymaganych egzaminów absolwent uzyska od arcybiskupa misję kanoniczną do głoszenia katechez dla dzieci, młodzieży i dorosłych w parafiach archidiecezji łódzkiej.

Do Szkoły mogą zapisać się osoby w wieku od 18 do 60 lat, skierowane przez swoich księży proboszczów. Nie muszą one posiadać wykształcenia teologicznego. Ważne, żeby ukończyły katechizację w zakresie szkoły ponadgimnazjalnej

Rekrutacji do udziału w kursie dokonać można będzie w sekretariacie Kurii Metropolitalnej Łódzkiej od 1 sierpnia.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem