Reklama

Aktualności

Papież w Środę Popielcową: "Musimy uwolnić się od macek konsumizmu, od serca zamkniętego na potrzeby ubogich

Musimy uwolnić się od macek konsumizmu i sideł samolubstwa, od pragnienia posiadania coraz więcej, od stałego niezadowolenia, od serca zamkniętego na potrzeby ubogich - powiedział Franciszek w kazaniu podczas nabożeństwa pokutnego w Środę Popielcową 6 marca. Zgodnie z wieloletnim zwyczajem obrzędy tego dnia rozpoczęły się w kościele św. Anzelma na Awentynie, skąd następnie wszyscy z papieżem na czele przeszli w procesji pokutnej do bazyliki św. Sabiny, gdzie Ojciec Święty odprawił Mszę św., połączonej z posypaniem głów popiołem.

2019-03-06 17:32

[ TEMATY ]

Środa Popielcowa

Franciszek

konsumpcjonizm

Grzegorz Gałązka

Nawiązując do pierwszego czytania Mszalnego, zaczerpniętego z Księgi Joela, Ojciec Święty zauważył, że Wielki Post rozpoczyna się rozdzierającym uszy dźwiękiem: rogu, który zapowiada post. Ten mocny dźwięk chce spowolnić nasze wiecznie zabiegane życie, choć często nie wiemy, dokąd pędzimy, każe się zatrzymać, przejść do tego, co istotne, do postu od tego, co zbędne i rozprasza - powiedział kaznodzieja. Zwrócił uwagę, że dźwiękowi tej pobudki dla duszy towarzyszy krótkie i stanowcze orędzie, jakie Pan przekazuje przez usta proroka: „Nawróćcie się do mnie” (w. 12).

Wezwanie do powrotu oznacza, że poszliśmy gdzie indziej - podkreślił mówca. Przypomniał, że Wielki Post to czas na ponowne odnalezienie kursu życia, gdyż tak jak w każdej podróży tu także ważne jest, by nie stracić z oczu celu. Gdy natomiast interesuje nas tylko otaczający nas krajobraz lub zatrzymywanie się na posiłek, to daleko nie zajdziemy - zaznaczył Franciszek. Dodał, że każdy powinien sam siebie zapytać o kierunek drogi, o problemy, z jakimi ma do czynienie i jak je rozwiązać. Nie majątek i pomyślność mają być celem naszej wędrówki przez życie, ale jest nim Pan i to On ma wyznaczać nasz kurs - podkreślił papież.

Wskazał, że otrzymujemy dziś znak, by odnaleźć ten kurs: popiół na głowę. On każe nam pomyśleć nie o rzeczach przemijających, przelotnych, ale Wielki Post jest czasem ponownego odkrycia, że zostaliśmy stworzeni dla ognia, który zawsze płonie, nie dla popiołów, które natychmiast gasną; dla Boga, nie dla świata; dla wieczności Nieba, a nie dla oszustwa ziemi; dla wolności dzieci, a nie dla zniewolenia rzeczami.

Reklama

Na tej drodze powracania do tego, co ważne, Ewangelia dzisiejsza proponuje trzy etapy, które Pan każe nam przejść bez obłudy i udawania: jałmużny, modlitwy, postu. Prowadzą nas one do trzech rzeczywistości, które nie zanikają. Modlitwa łączy nas ponownie z Bogiem; miłosierdzie z bliźnim; post z samymi sobą - wyjaśnił Ojciec Święty. Dodał, że rzeczywistością, które nie kończy się nicością i w którą trzeba inwestować, są Bóg, bracia i moje życie.

Wielki Post zachęca nas do spojrzenia: najpierw ku temu, co w Górze, przez modlitwę, która wyzwala z życia horyzontalnego i płaskiego życia, w którym zapominamy o Bogu. Następnie ku drugiemu człowiekowi, przez miłosierdzie, które uwalnia od próżności posiadania, od myślenia, że wszystko układa się dobrze, jeśli mi pasuje. I wreszcie okres ten zachęca nas do zajrzenia we własne wnętrze przez post, który uwalnia nas od przywiązania do rzeczy, od doczesności, która znieczula serce. "Modlitwa, miłosierdzie i post: oto trzy inwestycje na rzecz skarbu, który trwa" - podsumował tę myśl papież.

Przypomniał następnie słowa Jezusa: „Gdzie jest twój skarb, tam będzie i serce twoje” (Mt 6, 21). Nasze serce zawsze zmierza w pewnym kierunku niczym kompas szukający ukierunkowania, musi się czegoś trzymać. Ale jeśli przywiązujemy się tylko do rzeczy doczesnych, wcześniej czy później stajemy się ich niewolnikami i służymy rzeczom, którymi mamy się posługiwać. Jeśli żyjemy tylko dla pieniędzy, kariery, rozrywki, to staną się one bożkami, które będą nas wykorzystywać, syrenami, które nas oczarowują, a potem odsyłają bez celu. Natomiast, jeśli serce przywiązuje się do tego, co nie przemija, odnajdujemy siebie i stajemy się wolni. "Wielki Post jest czasem łaski, aby uwolnić serce od próżności, czasem uzdrowienia od uzależnień, które nas uwodzą, utkwienia spojrzenia w tym, co trwa" - podkreślił kaznodzieja.

Zaznaczył, że w okresie Wielkiego Postu mamy spoglądać przede wszystkim na krzyż, bo wiszący na nim Jezus na krzyżu jest kompasem życia, kierującym nas do Nieba. Ubóstwo drzewa, milczenie Pana, Jego ogołocenie ze względu na miłość ukazują nam konieczność prostszego życia, wolnego od zbytniego zabiegania o rzeczy. Jezus z krzyża uczy nas mocnej odwagi wyrzeczenia. Musimy uwolnić się od macek konsumizmu i sideł samolubstwa, od pragnienia posiadania coraz więcej, od stałego niezadowolenia, od serca zamkniętego na potrzeby ubogich - wezwał papież.

"Jezus, który na drzewie krzyża płonie miłością, wzywa nas do życia płonącego Nim, które nie zatraca się w popiołach świata; życia płonącego miłością i które nie gaśnie w przeciętności" - mówił dalej. I dodał, że trudno jest tak żyć, jak On pragnie, ale tylko takie życie prowadzi do celu. On w grobie nie rozpadł się w popiół, ale chwalebnie zmartwychwstał. Również my, którzy jesteśmy prochem, jeśli powrócimy do Niego i wjedziemy na drogę miłości, osiągniemy życie w radości - zakończył swe rozważania Ojciec Święty.

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

W pułapce konsumpcjonizmu

2018-08-01 10:29

Niedziela Ogólnopolska 31/2018, str. 36-37

[ TEMATY ]

gospodarka

konsumpcjonizm

Grzegorz Boguszewski

Polacy wpadli w wir konsumpcji – uważają badacze tego zjawiska

Podczas niedawnego Kongresu „100 lat polskiej gospodarki” – który symbolicznie odbył się w gmachu Giełdy Papierów Wartościowych, dawnej siedzibie Komitetu Centralnego PZPR – zastanawiano się nad możliwością rozwijania polskiej gospodarki aż do poziomu 4.0, czyli do gospodarki wykorzystującej najnowocześniejsze innowacyjne technologie cyfrowe, informatyczne, robotyzacyjne.

Premier Mateusz Morawiecki, gdy przedstawiał podczas kongresu stuletnią historię polskiej gospodarki, przypomniał, że aby zbudować Gdynię, budżet II RP w połowie był poświęcony na inwestycje, w dużym stopniu właśnie na tę konkretnie inwestycję. – To jest tak, jakby dziś nasze drogie społeczeństwo – mówił premier – pozwoliło nam poświęcać 200-300 mld zł rocznie na inwestycje. Na pewno wtedy Polska za 5-7 lat wyglądałaby inaczej... Ale nie ma takiego prostego przełożenia mechanizmów II Rzeczypospolitej na naszą rzeczywistość. To jest niemożliwe z różnych względów. Społeczeństwo jest dużo bardziej nastawione na konsumpcję, tak też zostało ukształtowane w latach 90. ubiegłego wieku i dwutysięcznych. Niestety, brakowało w dużym stopniu pewnych celów aspiracyjnych, które jednocześnie mogłyby być akceptowalne dla społeczeństwa...

Tyrania konsumpcji

To wypomniane przez premiera nastawienie polskiego społeczeństwa na konsumpcję jest wciąż głównym motorem wzrostu gospodarki, ale – dziś wreszcie zdajemy sobie z tego sprawę – wzrostu ograniczonego, na pewno niezapewniającego rozwoju do poziomu 4.0. Wydaje się, że osiągnięcie tego najwyższego pułapu będzie trudne, bo od czasu II RP z biegiem kolejnych wydarzeń i dziesięcioleci zabijany był w Polakach nawyk oszczędzania i inwestowania w przyszłość. A co najgorsze, po odzyskaniu wolności w 1989 r. nie wytyczono przed polskim społeczeństwem odpowiednich, dobrych dla rzeczywistego rozwoju polskiej gospodarki, „celów aspiracyjnych”. Przeciwnie – czyniono wszystko, co dobre dla innych, bardziej zapobiegliwych gospodarek. Polskim politykom zabrakło tej roztropnej zapobiegliwości w interesie własnego kraju. To taka nasza swojska „patologia wolności”.

I tak, po części na własne życzenie, staliśmy się konsumenckim rajem. Przede wszystkim dla zagranicznego biznesu, który na naszej niepohamowanej konsumpcji dóbr importowanych od trzydziestu lat zarabia krocie, ale także dla nas samych. Po latach zgrzebnego komunizmu wygłodniali – czasem nawet dosłownie – Polacy byli przeszczęśliwi, że mogą wreszcie kupować wszystko bez ograniczeń. Byli gotowi wydać ostatnie grosze, zadłużyć się, by tylko zaspokoić wszystkie materialne potrzeby, niekoniecznie te najbardziej niezbędne, a o jakimkolwiek oszczędzaniu nie było mowy. Zjawisko to narastało z biegiem lat III RP, umiejętnie podsycane i kreowane przez tych, którzy doszli do wniosku, że „tym głupim Polakom” wszystko można wcisnąć, że kupią nawet to, czego gdzie indziej ludzie nie chcą kupować (doszło już nawet do tego, że znane marki specjalnie na polski rynek produkują towary gorszej jakości).

GUS podaje, że realna wartość konsumpcji nieustannie się zwiększa. W ostatnim czasie głównie za sprawą programu „Rodzina 500+”, który pozwolił na większe wydatki w celu zaspokojenia podstawowych potrzeb sporej rzeszy tych, którzy do tego czasu żyli na marginesie dobrodziejstw konsumpcjonizmu.

Stale wzrasta również import dóbr konsumpcyjnych, co w warunkach gospodarki mocno uzależnionej od innych jest oczywiste i co cieszy zagranicznych dostawców. Ale ekonomiści wciąż mają nadzieję na wzrost polskich inwestycji, choć doceniają walory gospodarcze wzmożonej prywatnej konsumpcji. Chodzi teraz przede wszystkim o to, aby nie była to konsumpcja próżna, aby była bardziej związana z inwestowaniem w przyszłość. Pytanie: Jak sprawić, aby przeciętny polski konsument, zwłaszcza ten wydający pieniądze z programu „Rodzina 500+”, mocniej poczuł odpowiedzialność za tę przyszłość – swoją, swoich dzieci, kraju – aby nie wydawał pieniędzy w sposób zbyt beztroski?

Wyzwolenie gospodarki spod tyranii konsumpcji, jak o tym marzy premier Morawiecki, nie będzie łatwe.

Zastaw się, a postaw się

Trudno się dziwić – tłumaczą badacze tego zjawiska z pogranicza psychologii, socjologii, etyki i biznesu – że Polacy z taką łatwością wpadli w wir konsumpcji. Niektórzy uważają, że z natury jesteśmy narodem konsumpcyjnym, kochamy konsumpcję, a bogactwo i wartości konsumpcyjne uznaliśmy za wartości podstawowe i dlatego konsumpcjonizm Polaków nie będzie stopniowo odchodził w niepamięć wraz z zaspokojeniem nawet najbardziej wygórowanych potrzeb. A to wszystko bierze się nie tylko z przeogromnych zapóźnień gospodarczych, ale też z nawyku gromadzenia zapasów dóbr w czasach biedy, z zaszłości historycznych.

Krytycy nadmiernej konsumpcji chętnie sięgają do dawnych wzorców, do staropolskiego „zastaw się, a postaw się”. Trudno nie zauważyć, że Polacy nie potrafią rozsądnie gospodarować swoimi prywatnymi zasobami, że mają wyraźną tendencję do życia ponad stan, choćby na kredyt. Ta przypadłość jest, niestety, bardzo skutecznie wzmacniana przez kooperującą z wielkim biznesem branżę reklamową oraz przez media lansujące potężną „konsumpcję rozrywkową”.

Faktem jest, że suma kredytów bankowych zaciąganych przez Polaków stale rośnie – w lutym 2018 r. było to aż 528 mld zł. Z najnowszych danych NBP na temat finansów gospodarstw domowych wynika, że wartość obecnie spłacanych kredytów jest aż o 10 proc. (o 46 mld zł) wyższa niż przed rokiem. Coraz mniej pieniędzy (tylko 270 mld zł) znajduje się natomiast na lokatach obywateli. A zatem wartość zobowiązań jest niemal dwa razy wyższa niż suma odłożonych oszczędności.

W dekadzie 2005-15 wzrost wydatków Polaków na konsumpcję był najwyższy w Unii Europejskiej; w 2015 r. statystyczny Polak kupował o prawie 32 proc. więcej dóbr i usług niż 10 lat wcześniej. Polska była jedynym krajem w Unii, który nie odnotował ani jednego kwartału ze spadkiem konsumpcji. Druga w kolejności Rumunia odnotowała wzrost o 7 proc. niższy, zaś trzecia Słowacja – o 9 proc. W ostatnich latach wydatki Polaków na konsumpcję nadal wzrastają – o ok. 2 proc. rocznie.

W świecie wydumanych potrzeb

Polski konsumpcjonizm przejął z dobrodziejstwem inwentarza – i ze swojskim wzmocnieniem – wszystkie wady tego znanego od dawna zjawiska, które zaczęło się od Ameryki i tamże rozwinęło się do rozmiarów hiperkonsumpcjonizmu.

Zmora konsumpcjonizmu zaczęła dawać o sobie znać już jakieś 200 lat temu, zaś samego pojęcia użyto po raz pierwszy na łamach amerykańskiej prasy w 1925 r. Wtedy pojawiły się już bardzo poważne obawy, że wszelkie ludzkie wartości zostaną podporządkowane jakiemuś wyimaginowanemu, ale coraz bardziej urzeczywistnianemu „standardowi życia”. Zaczęła się propaganda „właściwego stylu życia”, polegającego na niepohamowanym zaspokajaniu wszelkich, niekoniecznie niezbędnych, potrzeb. Siły biznesu zadbały o to, aby dążenie do luksusu stało się niemal powinnością każdego człowieka, który musi być – jak to dziś mówimy – trendy.

Dzisiejsze postawy konsumpcyjne Polaków – twierdzą badacze – są zróżnicowane, ale wciąż dominuje wśród nich kult posiadania, który prowadzi do narastania społeczno-kulturowego zjawiska konsumpcjonizmu, podczas gdy w niektórych krajach podejmuje się już działania zmierzające do ograniczenia tego rodzaju zachowań społecznych.

Chodzi głównie o zwrócenie uwagi na skutki uboczne konsumpcjonizmu, które najprostszą drogą prowadzą do degradacji środowiska naturalnego człowieka i samego człowieka. Nie są to jednak ani proste, ani łatwe do przeprowadzenia działania; opór materii i rozlicznych interesów jest zbyt wielki.

Konsumpcjonizm to dziś coś więcej niż zwykłe pojęcie z dziedziny ekonomii – to sposób życia świadczący o mocno zdegradowanej tożsamości współczesnej jednostki. To przede wszystkim najpopularniejsza chyba w XXI wieku – i to nie tylko w krajach bogatych – postawa niewspółmiernego do potrzeb przywiązania do dóbr materialnych i pseudoduchowych, do coraz to bardziej niepotrzebnych, wydumanych usług, do nieokiełznanej rozrywki, rzadko mającej cokolwiek wspólnego z kulturą.

Nadmierna konsumpcja i ideologia konsumpcjonizmu postrzegane są – już nie wyłącznie przez lewicowych analityków – jako sprzeczne ze zrównoważonym rozwojem, w sensie zarówno ekologicznym (nadmierna eksploatacja zasobów środowiska naturalnego i gigantyczna produkcja odpadów, śmieci), ekonomiczno-gospodarczym (nadmierna, zniewalająca władza rynku), jak i społeczno-kulturowym (zmniejszanie poziomu zaangażowania obywateli, kreowanie fałszywych potrzeb konsumentów, umacnianie bezmyślnej kultury konsumpcyjnej).

„Mieć” czy jednak „być”?

To bodaj najtrudniejsze pytanie współczesności często powtarzał Jan Paweł II. Dziś rzadko zadawane, choć chyba wszyscy zaczynają się już na swój sposób martwić widocznymi konsekwencjami rozbuchanego konsumpcjonizmu.

Jan Paweł II z właściwą sobie przenikliwością diagnozował cywilizacyjne zagrożenie ze strony konsumpcjonizmu i ostrzegał nas przed nim już wtedy, kiedy w Polsce jeszcze nawet nam się nie śniło o konsumpcyjnym rozpasaniu: „«Posiadanie» rzeczy i dóbr samo przez się nie doskonali podmiotu ludzkiego, jeśli nie przyczynia się do dojrzewania i wzbogacenia jego «być», czyli do urzeczywistnienia powołania ludzkiego jako takiego” (encyklika „Sollicitudo rei socialis” z 1987 r., nr 29).

W 1991 r., na samym początku polskich przemian gospodarczych, w „Centesimus annus” Papież Polak pisał o „ślepym poddaniu się czystej konsumpcji”, o niebezpiecznym braku odporności na „wszechobecną reklamę i nieustanne kuszące propozycje nabycia nowych produktów”, o tym, że „im więcej się posiada, tym więcej się pożąda, podczas gdy najgłębsze pragnienia zostają zagłuszone”. „Dlatego – pisze Ojciec Święty w tej encyklice – pilnie potrzebna jest tu wielka praca na polu wychowania i kultury, obejmująca przygotowanie konsumentów do odpowiedzialnego korzystania z prawa wyboru, kształtowanie głębokiego poczucia odpowiedzialności u producentów i przede wszystkim u specjalistów w dziedzinie społecznego przekazu; konieczna jest także interwencja władz publicznych” (nr 36).

Tylko tyle i aż tyle potrzeba, by „nieskonsumowane” do cna społeczeństwo chciało jeszcze i potrafiło w przyszłości skorzystać z dobrodziejstw gospodarki 4.0, uprzednio do niej aspirując przez roztropne konsumowanie dóbr – aby polska konsumpcja nie kojarzyła się jedynie z niezdrowym grillowaniem i z kosztownymi fajerwerkami przy każdej okazji, lecz z mądrą troską o przyszłość.

CZYTAJ DALEJ

ks. Piotr Pawlukiewicz - Marka: Chrześcijanin

2020-01-17 08:06

[ TEMATY ]

duchowość

ks. Pawlukiewicz

ks. Piotr Pawlukiewicz

freelyphotos.com

Co znaczy w dzisiejszym świecie być chrześcijaninem? Co właściwie deklaruje osoba, która przykleja sobie rybkę na samochodzie albo zawiesza na szyi krzyżyk? Deklaruje ona, że będzie uczniem Chrystusa. Nie zawsze zdolnym, nie zawsze zdającym egzaminy, czasem skazanym na poprawki, ale uczniem.

Jestem chrześcijaninem to znaczy jestem w szkole Pana Jezusa i Jego program jest moim programem. On wypełnił go w sposób doskonały – ja będę go realizował najlepiej, jak potrafię, i będę się wpatrywał w mojego mistrza.

Kiedy słyszę pytanie o to, jaką marką dla świata powinien być chrześcijanin, mam przed oczami Matkę Bożą. Ona była – jak to się czasem mówi – marką samą w sobie. Nie tylko wpatrywała się w niebo, nie tylko recytowała Magnificat, ale przede wszystkim nieustannie wspierała innych, jak wtedy w Kanie Galilejskiej, kiedy pomagała przy organizacji wesela.

Zastanówcie się przez chwilę… Gdybyście mieli zorganizować przyjęcie weselne, kogo wzięlibyście do pomocy? Pewnie postawilibyście na człowieka obrotnego, co to się zna na orkiestrze, tańcach, wystroju sali, orientuje się w wódkach, w koniakach, prawda?

Matka Boża nie była pobożna w tym znaczeniu, jaki czasem nadajemy temu słowu – kogoś totalnie oderwanego od rzeczywistości, z innego świata (niektórzy jak patrzą na księdza, wyobrażają sobie, że jest tak pobożny, iż nie odróżnia klawiatury od monitora. Tak jest „wniebowzięty”!).

Maryja była absolutnym przeciwieństwem tak pojmowanej „wniebowziętości”. Choidziła twardo po ziemi – wszak to właśnie ona uratowała wesele w Kanie od kompletnej klapy.

Niektórzy twierdzą, że Matka Boża była w Kanie Galilejskiej jako pomoc kuchenna. Nie zgadzam się z tym. Pomoc kuchenna nie miałaby wglądu w zapasy alkoholu. Nawet starosta nie wiedział, że go brakuje, a ona już się orientowała, że jeszcze chwila i pana młodego spotka kompromitacja w oczach gości. I co robi? Rozkazuje sługom (czy pomoc kuchenna by rozkazywała?). Nie mówi: „Drodzy panowie, gdybyście byli tak łaskawi, to zróbcie, proszę, to, co powie wam mój Syn”. Nie. Ona przychodzi do sług i rzuca (krótka piłka!): „Uczyńcie wszystko, co wam powie…”. W czasach Maryi nie do pomyślenia było, żeby kobieta – w dodatku nie gospodyni – wydawała polecenia facetom. To jest marka sama w sobie!

My, katolicy, często oddzielamy życie świeckie od życia religijnego. Składamy ręce w kościele, a już w poniedziałek wynosimy z pracy jakieś tam deski czy śrubki. Bo i tak się zmarnuje… Tymczasem dobrze by było, żebyśmy czasem pomyśleli nad propagowaniem marki chrześcijaństwa przez solidne wypełnianie swojej roboty.

Byłem kiedyś na zastępstwie w kościele w jednym z warszawskich szpitali. I tak się stało, że się zaziębiłem. Mówię do pielęgniarki:

– Chyba muszę iść do lekarza. – Bo patrzę, siedzi akurat w pokoju dyżurnym lekarz. A ona mi na to:

– Niech ksiądz do niego nie idzie.

(Zdziwiłem się trochę, ale w porządku, posłuchałem rady).

– To pójdę do tej drugiej lekarki.

– Do tej też niech ksiądz nie idzie.

– To do kogo mam iść?

– O szesnastej zaczyna dyżur taki, co się zna…

Zrozumiałem wtedy, że nie wystarczy mieć dyplom lekarski, kitel i słuchawki, tylko trzeba być dobrym w swoim fachu.

Nie wystarczy, że mam święcenia kapłańskie i prawo noszenia sutanny. Powinienem być księdzem, co się trochę zna na psychologii, na teologii, na historii Polski. Powinienem umieć opowiedzieć dowcip, zabawić ludzi, ale i się z nimi pomodlić, zorganizować wspólnotę.

Człowiek musi się po prostu znać na swojej robocie i być dobrym w tym, co robi. Trzeba się więc niestety ciągle doskonalić i kształcić. A jeśli jakieś złe nawyki wejdą w krew, to umieć je u siebie zdiagnozować, a potem wyplenić.

Artykuł zawiera treści pochodzące z książki ks. Piotra Pawlukiewicza „Ty jesteś marką”, wyd. RTCK. Więcej o książce: Zobacz

rtck.pl

CZYTAJ DALEJ

Prymas Polski: służba w miejsce władzy i prestiżu

2020-01-19 15:07

[ TEMATY ]

prymas Polski

prymas

episkopat.pl

O tym, że wolności można używać zarówno dobrze, jak i źle, można przez nią budować, ale można i niszczyć przypomniał Prymas Polski abp Wojciech Polak podczas niedzielnych uroczystości rocznicowych w rodzinnym Gniewkowie.

Metropolita gnieźnieński odprawił w miejscowym kościele pw. św. Mikołaja Mszę św. z okazji 100. rocznicy powrotu Gniewkowa do wolnej Polski. Wspominając tych, którzy się do tego przyczynili zarówno walką powstańczą, jak i zabiegami dyplomatycznymi, powtórzył za Janem Pawłem II, że wolność jest nam dana, ale i zadana i w tym kontekście możemy przez nią budować, ale możemy i niszczyć.

„Kształtować nasze wspólne życie w wolności. Co to konkretnie dziś oznacza?” – pytał Prymas, odpowiadając słowami papieża Franciszka, że oznacza to stawianie niewinności w miejsce podłości, miłości w miejsce siły, pokory w miejsce pychy, służby w miejsce władzy i prestiżu.

„Oznacza to – mówił dalej – stawianie w miejsce dzikiej rywalizacji – współpracę, w miejsce podziałów – jedność, w miejsce kierowania się jedynie własnym interesem i wykorzystywania innych dla siebie – solidarne dzielenie się owocami naszej wspólnej pracy i służbę najbardziej potrzebującym. Oznacza – stwierdził abp Polak – stawienie w miejsce burzenia – wspólne budowanie”. Metropolita gnieźnieński wskazał również, że tylko ofiarując swoje życie za innych można przerwać krąg zła, niewoli i cierpienia.

„Tylko tak dokonuje się prawdziwie wyzwolenie. Tylko tak można odzyskać utraconą wolność. Tylko tak można czynić siebie i innych ludźmi naprawdę wolnymi. W istocie tak właśnie postąpił w Jezusie Chrystusie wobec człowieka sam Bóg” – przypomniał Prymas kończąc homilię modlitwą.

„Baranku Boży, zmartwychwstały Panie, który bierzesz nas siebie winy ludzkości, który bierzesz na siebie nasze winy, przebacz nam i odpuść to wszystko, czym, powodowani naszą pychą i egoizmem, obarczyliśmy już Ciebie i spraw, prosimy, abyśmy tak jak dziś radujemy się wszyscy z odzyskanej sto lat temu wolności i niepodległości, mogli z nadzieją i ufnością kształtować jej oblicze, wespół ze wszystkimi braćmi i siostrami” – prosił na koniec abp Polak.

Gniewkowo, niegdyś siedziba kasztelani i jednego z księstw kujawskich, należy do najstarszych miejscowości na Kujawach. Pierwsza wzmianka o nim pochodzi z 1185 r. W 1772 r., podczas pierwszego rozbioru Polski, w ramach tzw. okręgu nadnoteckiego, znalazło się w zaborze pruskim. Trwające w latach 1918-1919 Powstanie Wielkopolskie nie dotarło do miasta. Idący od Inowrocławia powstańcy zostali zatrzymani w pobliskiej Wielowsi przez silne zgrupowanie wojsk niemieckich. Niepodległość przyszła do Gniewkowa dopiero 17 stycznia 1920 r. wraz z 4. pułkiem Ułanów Nadwiślańskich, wchodzącym w skład Armii Błękitnej gen. Józefa Hallera.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję