Reklama

Jan Dobras i Kazimierz Zalcer - z ziemi wieluńskiej do Bredy

2019-03-16 12:14

Zofia Białas

www.polishwargraves.nl

Ilu było Polaków, którym przyświecała idea niepodległości Polski, ilu było takich, którzy dla niej porzucali własne domy, szli i nie szczędzili własnej przelanej krwi? Dziś z poetą Arturem Oppmanem pytamy:

Gdzie są ich groby? Polsko! Gdzie ich nie ma?

Ty wiesz najlepiej – i Bóg wie na niebie!

On się przyglądał z sędziego oczyma,

Reklama

Gdy oni marli, z uśmiechem; za Ciebie,

I swoją śmiercią opłacali żyzną

Promyczek słońca dla ciebie – Ojczyzno!…

Jednym z takich miejsc, gdzie w liczbie 163 pochowanych żołnierzy odnotowani zostali Jan Dobras z Raduczyc, Kazimierz Zalcer z Okalewa oraz ich przyjaciel Alfred Czesny z Łodzi i gdzie spoczywa gen. Stanisław Maczek, jest Polski Cmentarz Wojenny w Bredzie w Holandii. Breda to jednak nie jedyny holenderski cmentarz gdzie spoczywają Polacy walczący o wyzwolenie Holandii spod okupacji niemieckiej. Lista cmentarzy z mogiłami polskich żołnierzy oraz polskich pomników i miejsc pamięci opracowana przez Ambasadę RP w Hadze wymienia aż 49 takich cmentarzy – mniejszych z jedną polską mogiłą, większych z pięcioma, czterema i 13 największych z liczbą od 10 do 163 mogił. Te największe polskie nekropolie w Holandii to:

Breda – Polski Cmentarz Wojenny -163 groby, Breda – ‘Ginneken’- 80 mogił, Oosterbeek – 73, Baarle Nassau NL - 47, Axel, Zeelandia -22, Alphen -18, Bergen -18, Nieuwe Ooster, Amsterdam - 14, Eindhoven -13, Bergen N.H. -12, Mook k. Nijmegen -11, Rotterdam – Noord – 11, Tilburg West -10

O Polakach, którzy zginęli w Holandii mówią także pomniki i miejsca pamięci im poświęcone. Najważniejsze z nich znajdują się w Bredzie i Driel. W Bredzie stoją: pomnik „Polski orzeł zwycięża niemieckiego orła”, niemiecki czołg podarowany mieszkańcom Bredy przez 1 Polską Dywizję Pancerną gen. Stanisława Maczka, Kaplica Matki Bożej Częstochowskiej, witraż z wizerunkiem Matki Bożej Częstochowskiej w malutkiej kapliczce, gdzie przechowywana jest urna z polską ziemią, polski Kościół O. Kapucynów; w Driel Plac Polski z pomnikiem upamiętniającym polskich wyzwolicieli oraz pomnikiem poświęconym gen. Stanisławowi Sosabowskiemu. Wszystko to świadczy o tym jak wielkim szacunkiem cieszyli się Polacy w Holandii.

Kolejnym przykładem hołdu i czci jest opublikowana w styczniu 1998 r. książka Dieterta Grimmiusa „Memento Kazimierz Zalcer & Jan Dobras”. Wydanie książki pod takim tytułem poprzedziła publikacja „Ucieczka bez powrotu do domu” z 1993 r. wydana nakładem Stowarzyszenia Nieuwolda, opisująca losy trzech polskich żołnierzy – kaprala Jana Dobrasa, strzelca Alfreda Czesnego i kaprala Kazimierza Zalcera, którzy zginęli w Holandii w IV 1945 r.. Świadkiem bohaterskiej śmierci jednego z nich, mianowicie Jana Dobrasa, był Autor, który miał wtedy 12 lat. Jan Dobras - bohater z Raduczyc i Kazimierz Zalcer - bohater z Okalewa wspomniani zostali także w książce J. Bakkera wydanej w 1995 r. „A poza tym nic się nie wydarzyło”, wydanej przez Zarząd Powiatu Scheemeda i Stowarzyszenie Nieuwolda, poświęconej Polakom biorącym udział w wyzwoleniu Holandii, we fragmencie zatytułowanym ”Od Raduczyce do ‘t Waar, do której uzupełnienia dokumentacyjnego i ikonograficznego włączył się Dietert Grimmius. To w 1997 r. dwaj autorzy podjęli decyzję o wydaniu jednej publikacji „Memento Kazimierz Zalcer & Jan Dobras”, publikacji złożonej z dwóch oddzielnych opowieści: „Przygody polskiego kaprala Jana Dobrasa i „Historia życia kaprala Kazimierza Zalcera. Książka napisana w języku holenderskim, wydana została dzięki ludziom dobrej woli, i dzięki takim ludziom została przetłumaczona na język polski (tłum. Margarita Zatylna i Kamila Tomporowska) i język angielski. Dietert Grimmius nie doczekał wydania książki, zmarł 26 X 1997 r.

Jan Dobras (18 XII -1905 - 15 IV 1945) urodził się w Raduczycach, choć jego dziadek Bartłomiej i babcia Jadwiga z Nowaków brali ślub w Konopnicy (1862), a jego ojciec Andrzej (1868) i stryj Wojciech (1865) urodzili się w Szynkielowie. Z Raduczyc pochodziła matka Jana Dobrasa Teofila Polak lub Polewiak (ślub Andrzeja i Teofili odbył się w 1892 r. w Raduczycach). Jan urodził się w 1905 roku, przed nim urodzili się: Marianna (1895, późniejsza żona Andrzeja Urbańskiego, ich syna Franciszka odwiedził Dietert Grimmius w 1992 r.), Katarzyna (1897), Józef (1897, żył 11 dni), Ignacy (1901). W 1926 r. Jan żeni się z Julianną Jabłonką (1902 – 1950), przeprowadzają się do pobliskiej Dębiny, gdzie w 1927 r. rodzi się syn Kazimierz (umiera 1936). Jan wyjeżdża za chlebem do Francji. W 1937 pisze do rodziny list, ale nie pisze, w której części Francji przebywa. Pracował prawdopodobnie, jako malarz. Ostatni list napisał w VIII 1939 r. 1 IX Niemcy atakują Polskę. Rozpoczęła się II wojna światowa.

We Francji zaczyna się tworzyć Polski Rząd i Polska Armia. Jesienią 1939 r. odpowiadając na apel gen. Władysława Sikorskiego Jan Dobras zgłasza się do wojska. Zostaje przydzielony do piechoty Batalionu Strzelców Podhalańskich, który stacjonuje w Bretanii, a od kwietnia 1940 r. w Chebourgu, skąd zostaje przerzucony do Szkocji, a stamtąd pod Narwik w Norwegii gdzie walczy od 10 kwietnia do 28 maja 1940 r. Za bohaterstwo Batalion Strzelców Podhalańskich został odznaczony przez króla norweskiego Haakona IV. 28 maja statkiem brytyjskim „Stor – Brittania”, konwojowanym przez brytyjskie okręty podwodne Batalion płynie do Francji, do Saint Malo w Bretanii. 14 czerwca Batalion Strzelców Podhalańskich jest pod Beauvais, później Moutbart i Dunkierką. W II połowie VI 1940 r. cały sprzęt pozostawia w Dyon. Zakończył się udział Polaków w akcji na ziemi francuskiej.

Żołnierze przez Hiszpanię przedostają się do Anglii. Jan Dobras dotarł tu 9 IX 1940 r. i tak jak prawie wszyscy polscy żołnierze przybyli do Anglii, tak i żołnierze z Batalionu Strzelców Podhalańskich, stacjonowali w Szkocji (Batalion Jana Dobrasa w Lanark k. Glasgow, jego zadaniem było pilnowanie 250 km wybrzeża). W czerwcu 1944 r. Batalion otrzymał rozkaz przygotowania się do wielkiej ofensywy. Między 15 a 25 lipca 1944 Batalion przebywa w Aldershot, tu przybywa też I Polska Dywizja Pancerna gen. S. Maczka. Rozpoczyna się lądowanie w Normandii. Polacy lądują w Courseulles. 7 i 8 sierpnia włączają się do walki. W dniach 19 – 21 VIII zdobywają Chambois ( tu stoi dziś pomnik im poświęcony). Później walczą pod Falaise (stracili ok. 2000 żołnierzy, zabitych i rannych (spoczywają w Normandii na cmentarzu wojskowym w Langannerie, materialnym dowodzie na to ile ofiar ponieśli Polacy na drodze od Normandii do Wilhelmshaven). Front kieruje się w kierunku Belgii. W połowie IX 1944 r. (akcja w Gent, Lokerse i Sint Niklaas), przekraczają granicę holenderską. Ciężkie walki toczą w Zeeuws Vlaanderen (Axel, Hulst, Terneuzen), w X następuje ofensywa Polaków w Noord Brabant. 29 X 9 XI wyzwalają Bredę (Holendrzy wszędzie piszą „dziękujemy wam Polacy”) i tu odpoczywają, a wraz z nimi Jan Dobras, skąd wyruszy w IV 1945 r. w swoją ostatnią misję do okręgu Groningen, którą będzie pełnił z II Armią Kanadyjską. 9 kwietnia część Batalionu Jana Dobrasa wkracza do prowincji Drenthe przy Coevorden. 11 kwietnia dociera do Ter Apel, gdzie zostaje uformowana grupa bojowa 0.W.2 do rozpoznania regionu Eemsmond. Już 13 kwietnia grupa wyrusza w kierunku północnym. W Tange – Alteveer Batalion Jana Dobrasa wkracza do walki z Niemcami. Po wyrzuceniu Niemców tu pozostaje na noclegu. 15 kwietnia grupa bojowa O.W.2 podzielona na trzy grupy przemieszcza się w kierunku Noorbroek - w trzeciej, idącej w kierunku małej wsi ‘t Waar i Wagenborgen jest Jan Dobras, dowódca czołgu. We wsi ‘t Waar, przy moście, kiedy witały ich grupy szczęśliwych Holendrów, w grupę witających i żołnierzy spadły pociski z bunkra niemieckiego w Fiemel. Polscy zwiadowcy wycofują się w kierunku, Noordbroek. Jan Dobras ginie w chwili wsiadania do swojego czołgu. Zabija go pocisk, który wybuchł z tyłu wozu. O jego śmierci rodzina dowiedziała się w marcu 1948 r. O jego akt zgonu poprosiła w IV 1948 r. żona Julianna. Dietert Grimmius tak zakończył opowieść o Janie Dobrasie: „ Gdy napotkasz cichy grób tego żołnierza, nie zapomnij tego miejsca pozdrowić i zatrzymać tę chwilę i zamyślić się”

Kazimierz Zalcer (24 X 1918 – 20 IV 1945) urodził się w Okalewie w rodzinie Jana i Baldiny Zalcerów. Miał siostrę Helenę, która z powodu biedy i choroby męża wyjechała w 1934 r. do Troyes we Francji, by zarobionymi pieniędzmi wesprzeć rodziców i leczyć męża (wraca do Polski w 1937). 17 II 1935 r. jedzie do niej szesnastoletni Kazimierz i dzięki jej pomocy oraz kuzyna Mariana rozpoczyna pracę w fabryce (1935 – 1937). Interesują go traktory. Kupuje książkę i poznaje tajniki silników Renaulta. Kupuje rower i zwiedza okolicę. Gra w miejscowym klubie piłki nożnej. Kiedy udaje mu się naprawić traktor zostaje uznany za mechanika, zmienia pracę. Od 1 stycznia 1938 r. zostaje mechanikiem u handlarza Renault w Troyes. Tu dowiaduje się o ataku Niemców na Polskę i wybuchu II wojny światowej. Kiedy we Francji formuje się Polski Rząd i Polska Armia, Kazimierz Zalcer zostaje polskim żołnierzem. Zostaje przydzielony do jednostki czołgów (w czołgach były montowane silniki Renault, które znał i naprawiał) i zostaje instruktorem. Stacjonuje z grupą 800 żołnierzy w Amiens. Jest świadkiem „dziwnej wojny”. W 1940 r. Niemcy zajmują Holandię, Belgię. Jego oddział walczy w obronie Amiens. Po tzw. Operacji Dynamo (ewakuacja 338.000 żołnierzy spod Dunkierki) jego oddział wycofuje się w głąb Francji. Z obawy przed Niemcami i okrążeniem 19 czerwca pozostawiają sprzęt i małymi grupami przedostają się do Hiszpanii. Tu, 23 czerwca, dowiedzieli się o kapitulacji Francji. W sierpniu 1940 r. jest już w Portugalii (list do rodziny napisany w Lizbonie datowany jest na 8 VIII 1940 r.), skąd 16 sierpnia na pokładzie południowo – afrykańskiego statku towarowego „Goldstar” płynie do Gibraltaru, a 20 sierpnia do Anglii. Kończy przyspieszony kurs języka angielskiego. 6 listopada dostaje informację o zatrudnieniu go w warsztacie w Durham k. Newcastle. Tu poznaje swoją przyszłą żonę Kathleen Mc Donald. Rozpoczyna się „bitwa o Anglię”. W lutym 1942 gen Władysław Sikorski formuje z pomocą aliantów I Polską Dywizję Pancerną w Edinburgh (Szkocja). Kazimierz zostaje powołany do służby, początkowo służy w Durham, służy tu do chwili przybycia I Polskiej Dywizji Pancernej do Mildenhall – Sufffolk Anglia. Kazimierz od 1 stycznia 1943 r. zakłada mundur Pierwszej Dywizji Pancernej gen. S. Maczka. W VI 1943 r. bierze ślub z Kathleen. Jest rok 1944. Kazimierz 29 maja melduje się w Mildenhall. 6 VI rozpoczyna się inwazja na Normandię (D – Day). Kazimierz 28 lipca wypływa w kierunku Francji. Przypływa 30 lipca. Rozpoczyna się marsz w kierunku Holandii. Pierwsza Polska Dywizja Pancerna wspiera piechotę. Razem z Kanadyjczykami zdobywa Zeeuws Viaanderen, walczy pod Axel. Rozpoczyna się wyzwalanie Holandii. Od 29 października do 9 XI 1944 r. Polacy wyzwalają Bredę. I Pułk Przeciwczołgowy zostaje przeniesiony do Bavel i zakwaterowany na czas zimy u rodzin (Kazimierz u rodziny Van Engelen) stąd pisze listy do żony w Durham (w Okalewie umiera ojciec, o czym Kazimierz nie zdążył się dowiedzieć). 10 kwietnia pluton Kazimierza przybywa do Ter Apel (Kazimierz służy w czołgu dowodzonym przez J.M. Piroga). Tu dostaje rozkaz przyłączenia się do grupy bojowej O.W.2 w której walczy również Jan Dobras (w skład O.W.2 wchodzą: Pluton zwiadowczy piechoty z Batalionu Strzelców Podhalańskich na wozach pancernych, Pluton zwiadowczy czołgów z II Pułku Pancernego z trzema czołgami typu Stuart M-3, Pluton dowodzący przeciwczołgowy dowodzony przez porucznika Antonowicza, Pluton piechoty uformowany z 8 Batalionu Strzelców i Pluton Strzelców Podhalańskich z pojazdami) mającej rozpoznać pozycje Niemców w okolicy Eemsmond. Akcja rozpoczyna się 13 kwietnia rano. Oddział 14 kwietnia zatrzymuje się na postój przy stacji w Zuidbroek. Spotykają tu 8 Pułk Zwiadowczy z Kanadyjskiej Dywizji Piechoty, są tu również francuscy spadochroniarze. 15 kwietnia rozpoczynają marsz w kierunku Noorbroek, gdzie oddział O.W.2 dostał rozkaz podzielenia się na dwie grupy. Kanadyjczycy szli w kierunku Scheemeda – Nieuw Scheemeda, druga grupa w kierunku ‘t Waar i Wagenborgen. Ranny zostaje wspólny przyjaciel Jana Dobrasa i Kazimierza Zalcera - Alfred Czesny (umiera w szpitalu polowym 20 kwietnia). Wspólnie z Kanadyjczykami i jednostką przeciwczołgową porucznika Antonowicza zostaje zdobyte Siddeburen. Kanadyjczycy odjeżdżają na odpoczynek do Zuidlaren. Jednostka Kazimierza kwateruje w kawiarni „Witte Linde”. W feralnym dniu Kazimierz rozpoczął służbę z 19/20kwietnia 1945 r. Nikt nie przypuszczał, że Niemcy zaatakują nocą. Zaatakowali od strony miejscowości Tjuchem, Meedhuzem i Wagenborgen w kierunku Siddeburen. Była godzina 01.15.. W swoim czołgu ginie Kazimierz Zalcer.

„Teraz, kiedy odwiedzam cmentarz wojskowy w Bredzie”, mówi Jan Pirog, „to widzę Karola Pryszcza, mechanika, Janusza Wiśniewskiego, szczupłego i cichego chłopaka z Warszawy i muszę się zamyślić na moim najlepszym przyjacielem Kazimierzem Zalcerem i jego nierozłączną fajką, z którym w czasie szkolenia wypiliśmy dobrą szklaneczkę whisky. Zatrzymuję wzrok na krzyżu na cmentarzu, czytam motto naszej dywizji brzmiące: Za- Waszą- I –Naszą – Wolność. Wolność, która dla mojej ojczyzny zaczęła się dziesiątki lat później” (wysłuchał Dietert Grimmius)

„Kiedy zwycięstwo było blisko, trzech z naszych najlepszych przyjaciół nie było wśród nas”, mówili ci, którzy przeżyli. Dziś spoczywają na polskim cmentarzu wojskowym. „Ramię w ramię, tak jak bili się w Siddeburen. Razem z innymi polskimi żołnierzami, którzy przyczynili się do oswobodzenia Zachodniej Europy, leżą pochowani na polskim cmentarzu w Bredzie. Oni zginęli za Polskę. Pod każdym krzyżem spoczywa historia”

Materiały zebrała i udostępniła dr Bożena Rabikowska

Tagi:
żołnierze Wieluń

Wyklęci i upokorzeni

2019-02-27 10:36

O niekończącej się niesprawiedliwości wobec żołnierzy powojennego podziemia antykomunistycznego z Leszkiem Żebrowskim rozmawia Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 9/2019, str. 36-37

Marcin Żegliński

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Jest Pan nie tylko autorem określenia „Żołnierze Wyklęci”, ale przede wszystkim tropicielem losu żołnierzy antykomunistycznego podziemia zbrojnego, badaczem starającym się odkłamać ten skazany na infamię i zapomnienie wątek polskiej historii. Dlaczego, choć nie jest z wykształcenia historykiem, zajął się Pan tym do dziś dla wielu nieważnym lub niewygodnym tematem?

LESZEK ŻEBROWSKI: – Nazwa „Żołnierze Wyklęci” po raz pierwszy pojawiła się podczas rozmów w kręgu Ligi Republikańskiej, gdy w grudniu 1993 r. przygotowywaliśmy na Uniwersytecie Warszawskim wystawę poświęconą antykomunistycznemu podziemiu po 1944 r. Taki właśnie był tytuł naszej wystawy. Później prawa autorskie do tej nazwy przypisywały sobie różne osoby, m.in. Jerzy Ślaski tak zatytułował swoją książkę. Zająłem się tym tematem jeszcze w czasach komunizmu z powodów rodzinnych, gdyż jestem synem oficera AK; ojciec po wojnie siedział przez 5 lat w komunistycznych więzieniach.

– Nasłuchał się Pan opowieści...

– Mogę nawet powiedzieć, że z ludźmi, którzy przez te więzienia przeszli, którzy byli w konspiracji wojennej i powojennej, żyłem od dziecka. Chodziłem za ojcem wszędzie, nie rozumiałem, o czym rozmawiają, ale nasiąkałem atmosferą tych rozmów przyciszonym głosem, wieczorową porą, przy zasłoniętych oknach...

– ...bo długo jeszcze w PRL-u – a nawet później – walka powojennego podziemia antykomunistycznego była pomijana bojaźliwym milczeniem albo nienawistnie krytykowana.

– W moim domu, w zaufanym gronie, od kiedy pamiętam, rozmowy na ten temat były całkiem otwarte. Choć rzeczywiście, rozmawiano prawie szeptem i półsłówkami. O tym np., że jakiś agent, który doniósł na UB, miał wypadek... Wtedy nie rozumiałem, że to była akcja likwidacyjna. Później, gdy już nie byłem skazany na siedzenie grzecznie pod stołem, chciałem wiedzieć więcej o tamtych ludziach, o tamtych opowieściach. Nauczyłem się też oddzielać prawdę od fantazji, która czasem się pojawiała. W latach 80. ubiegłego wieku, dzięki kontaktom rodzinnym i środowiskowym, rozpocząłem poszukiwania osób, które dziś umownie nazywamy Żołnierzami Wyklętymi, a które były żołnierzami powstania antykomunistycznego po 1944 r. w najszerszym znaczeniu.

– To znaczy, że w poczet Żołnierzy Wyklętych można zaliczyć nie tylko kryjących się po lasach partyzantów z karabinem?

– Oczywiście! Antykomunistyczne podziemie po 1944 r. tworzyli uczestnicy konspiracji wojskowej różnych orientacji, uczestnicy konspiracji politycznej oraz ogromne zaplecze, czyli siatki konspiracyjne w terenie. Było tak jak w Polskim Państwie Podziemnym w czasie wojny; powojenne podziemie składało się z ludzi działających w różnych sferach na różnych poziomach, skupionych w wielu organizacjach konspiracyjnych w różnych rejonach Polski, także na ziemiach zabranych przez Sowietów.

– Czy można precyzyjnie określić czas trwania tej podziemnej walki Polaków o wyzwolenie spod okupacji sowieckiej?

– O ile jej początkiem jest wkroczenie Armii Czerwonej w styczniu 1944 r., to data końcowa jest wyłącznie symboliczna; ostatni żołnierz podziemia niepodległościowego zginął z bronią w ręku 21 października 1963 r. – i ta właśnie data jest symbolicznym kresem tego powstania. Działalność konspiracyjna na wielką skalę trwała do 1947 r., kiedy to komuniści ogłosili tzw. amnestię. Wielu ludzi z antykomunistycznego podziemia uwierzyło w tę „amnestię”, jednakże po ujawnieniu się zapłacili straszną cenę... Niektórym udało się jeszcze wrócić do konspiracji, bo jej struktury nadal istniały.

– Jednak już poważnie osłabione?

– Można powiedzieć, że w latach 1948-49 następuje kres powstania w jego bardziej zorganizowanej formie. Później są jeszcze jakieś resztki dawnych struktur; zanikają Zrzeszenie Wolność i Niezawisłość i inne organizacje, pozostają tylko pojedyncze grupy w lesie, natomiast konspiracja narodowa – Narodowe Zjednoczenie Wojskowe, Stronnictwo Narodowe i organizacje przy nim afiliowane – jeszcze przez jakiś czas trwa, i choć jej centralne struktury też zostały rozbite w latach 1946-48, to Komendy Okręgowe NZW dotrwały do przełomu lat 40. i 50., ostatnią z nich zniszczono w 1951 r. A ostatnia Komenda Powiatowa (Bielsk Podlaski) ujawniła się przed Prokuraturą Generalną dopiero w 1956 r.

– Pozostała jednak legenda o tamtych żołnierzach i mimo wysiłków komunistycznej propagandy nie udało się do końca jej zniszczyć. Chyba to właśnie dzięki tym nocnym rozmowom Polaków i „nasiąkającym” nimi dzieciom...

– Bez wątpienia. Mimo pozornego milczenia ta historia była nam przekazywana, wychowywała nas. Dlatego w latach 70. mogły powstać już pierwsze grupy różnego rodzaju form opozycyjnych, także w środowiskach Wyklętych, w których Wojciech Ziembiński zorganizował Komitet Porozumienia na Rzecz Samostanowienia Narodu, składający się z wyższych wojskowych, którzy byli oficerami w II RP, podczas II wojny światowej, i którzy uczestniczyli w pierwszym, a potem w drugim – powojennym – podziemiu. Oni nie mieli już nic do ukrycia, rozmawiali, wydawali ulotki, biuletyny, ale nie mogli szerzej dotrzeć do młodego pokolenia. Nie mogli przedstawiać swojej wersji historii ani na uczelniach, ani w szkołach, choć w owym czasie formalnie byłoby to już nawet możliwe. Nikt tam ich jednak nie zapraszał.

– Dlaczego?

– Po prostu bano się konfrontacji z prawdą, dla wielu wciąż niewygodną.

– A może swoje zrobiła komunistyczna propaganda, przedstawiająca żołnierzy powojennej konspiracji w jak najczarniejszym świetle, jako bandytów, zbirów itp. Może nie chciano pamiętać?

– Rzeczywiście, oni zostali skazani na zapomnienie, chciano wykreślić z kart historii ich niezwykłe bohaterstwo. Zostali wyklęci przez komunistów, choć wtedy tak ich nie nazywano i oni sami nigdy siebie tak nie określali. Nałożono na nich podwójną karę: nie tylko karę śmierci, więzienia, torturowania – zostali też skazani właśnie na wyklęcie, zapomnienie. Polakom wmawiano, że to bandyci, złodzieje, mordercy, przeciwnicy ustroju w najbardziej gangsterskim wydaniu; zawsze pokazywano ich od jak najgorszej strony, dowodzono, że to nie byli prawdziwi żołnierze, lecz pospolici złoczyńcy.

– Sądzi Pan, że ta czarna propaganda przyniosła oczekiwane skutki?

– Obawiam się, że w końcu tak. Po 1989 r. wydawało się, że możemy wreszcie zachować się godnie wobec tych ludzi, tak jak II RP wobec powstańców styczniowych, którzy już w 1919 r. zostali uhonorowani i nikt nie kazał im stawać przed sądem, by udowadniać swą niewinność, bo przecież zostali skazani na katorgę, zesłani na Syberię – byli polskimi bohaterami, a nie przestępcami. To było wówczas po prostu oczywiste. W III RP natomiast wymyślono specjalną ustawę o nieważności wyroków z okresu stalinowskiego – do dziś obowiązującą – aby skazani za udział w walce o wyzwolenie Polski spod sowieckiej okupacji mogli dowieść swej niewinności. Jako biegły sądowy stawałem przed tymi sądami i widziałem, co tam się działo...

– A zatem III RP nie była dla nich tą wolną Polską, o którą kiedyś tak desperacko walczyli?

– W żadnym razie. Cała propaganda i atmosfera wokół nich pozostawały tak samo ohydne jak w okresie komunistycznym. I nic nie można było z tym zrobić, więc to wyklęcie na nich pozostało i w jakiś sposób trwa do dziś.

– Nawet teraz, gdy obecny rząd, jak się zdaje, bardzo ich docenia?

– Tak, nawet teraz. Przez ostatnie 3 lata ugrupowanie rządowe co prawda wzięło na siebie propagandę polityki historycznej, rzeczywiście docenia Żołnierzy Wyklętych i o nich mówi, jednak nie w taki sposób, w jaki powinno się o tym mówić, bo tylko od święta i w formie nie bardzo lubianych akademii. A tak na co dzień postawa obecnych władz wobec Wyklętych i ich rodzin jest również dość nieciekawa.

– W jaki sposób to się wyraża?

– Nie wystarczy dać starej, schorowanej osobie – po wieloletnich przejściach w komunistycznych więzieniach, a później jeszcze w sądach III RP – jakąś blaszkę, jakiś awans wojskowy... Podam skandaliczny przypadek p. Andrzeja Kiszki ps. Dąb z podziemia niepodległościowego wojennego, z Armii Krajowej, Narodowej Organizacji Wojskowej, a później z Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, który został ujęty przez bezpiekę dopiero w grudniu 1961 r. i ponad 10 lat spędził w więzieniu. Przez cały okres III RP nie doznał od państwa łaski stwierdzenia nieważności ciążącego na nim wyroku. Zmarł jako „bandyta”. Dopiero teraz, pośmiertnie, sąd łaskawie się sprawie przypatrzył i unieważnił ten wyrok.

– Jednak niektórzy z żołnierzy Wyklętych mieli w III RP trochę więcej szczęścia, np. prezydent Lech Wałęsa w 1995 r. nadał Order Orła Białego Stefanowi Korbońskiemu. Co to miało znaczyć?

– Dosłownie nic, jakiś wypadek przy pracy. Jednym dawano ordery, innym nie. Najbardziej wybitne i szlachetne postaci nie dostawały odznaczeń. Dostawały je natomiast osoby najzupełniej na nie niezasługujące, m.in. właśnie Lech Wałęsa nadał pośmiertnie Order Orła Białego płk. Janowi Rzepeckiemu, który odegrał dość haniebną rolę nie tylko w okresie powojennym, ale także podczas wojny; będąc w Komendzie Głównej AK, robił wszystko, żeby wstrzymać planowaną akcję wysyłania oddziałów AK na Wschód, do okręgu nowogródzkiego, wileńskiego (żeby chronić ludność cywilną przed bolszewikami). A po wojnie, aresztowany przez komunistów, bez tortur wydał im wszystko, co wiedział, przekazał też bezpiece fundusze państwa podziemnego. Wprawdzie dostał wyrok 8 lat więzienia, ale odsiedział tylko 2 dni, ułaskawiony przez Bieruta, następnie wstąpił do „Ludowego” Wojska i szkolił komunistów do walki ze swoimi niedawnymi podkomendnymi, a potem mówił, że przecież bezpieka to tacy normalni ludzie, że można się z nimi porozumieć... Polityka odznaczeniowa po 1989 r. to – moim zdaniem – jeden wielki skandal: niespójna, nienormalna i niemoralna.

– Wciąż taka jest?

– Niestety, tak. Nawet teraz rodzinom oficerów z podziemia niepodległościowego odmawia się należnego im uhonorowania. Znam przypadek żołnierza z okręgu radomskiego, człowieka szlachetnego i zasłużonego, z czystą kartą, który wprawdzie walczył krótko, ale został skazany na kilkanaście lat więzienia, a teraz jego rodzinie odmówiono uhonorowania odznaczeniem państwowym, gdyż – jak to się bezdusznie uzasadnia – takie „odznaczenie należy się osobom szczególnie zasłużonym”. To jest po prostu obraźliwe. Ponadto odnoszę wrażenie, że odznaczenia przyznaje się wciąż jak z pudła w Armii Czerwonej.

– Jest polityka historyczna, a nie ma polityki odznaczeniowej?

– Tak. Nie daje się wysokich odznaczeń państwowych ludziom naprawdę zasłużonym i nie odbiera się ich tym, którzy w istocie są ich niegodni. Należałoby np. zweryfikować listę odznaczonych Krzyżem Virtuti Militari, Krzyżem Walecznych. Te odznaczenia nadal mają ci, którzy zwalczali podziemie niepodległościowe, którzy je dostali za mordowanie tych, których dziś nazywamy Żołnierzami Wyklętymi.

* Druga część rozmowy – w następnym numerze „Niedzieli”.

Leszek Żebrowski
Publicysta historyczny, działacz społeczno-polityczny. Od połowy lat 80. ubiegłego wieku prowadzi badania dziejów polskiego podziemia niepodległościowego w czasie II wojny światowej i po 1945 r.
Specjalizuje się w dziejach polskich narodowych organizacji konspiracyjnych w okresie II wojny światowej (Narodowych Sił Zbrojnych, Narodowej Organizacji Wojskowej) i narodowego odłamu żołnierzy powojennego podziemia antykomunistycznego (w tym Narodowego Zjednoczenia Wojskowego). Otrzymał Nagrodę Fundacji im. Jerzego Łojka.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Niesamowita święta Rita

2019-05-15 08:05

Margita Kotas
Niedziela Ogólnopolska 20/2019, str. 26-27

22 maja 1628 r. jest dniem wyjątkowo gorącym. W niewielkim kościele wypełnionym pielgrzymami robi się duszno, wręcz nie do wytrzymania, właśnie w chwili, gdy odczytywany jest dekret papieski gloryfikujący świętą. Ciżba napiera na siebie z coraz większą wrzawą i jest tylko krok od bójki. Niespodziewanie zmarła otwiera oczy i kieruje je w stronę wiernych... Zapada absolutna cisza

Graziako
Św. Rita wzywana jest jako patronka w sprawach – po ludzku sądząc – beznadziejnych

Umbryjska Cascia od wieków przyjmuje rzesze pielgrzymów i jest świadkiem licznych cudów dokonywanych za wstawiennictwem tej, dla której nie ma spraw beznadziejnych. Św. Rita nieustannie wygrywa w rankingach świętych – we Włoszech ustępuje jedynie św. Antoniemu – a wszystko dzięki skuteczności w największych nawet problemach. Do niej zwracają się o pomoc ludzie dotknięci ciężkimi doświadczeniami, problemami małżeńskimi, matki – także te oczekujące potomstwa czy mające problem z poczęciem dziecka, ale również osoby poniżane, samotne, chore na raka i ranne. Dzięki Ricie wiele małżeństw wybaczyło sobie zdradę małżeńską, wielu podjęło terapię antyalkoholową, a kobiety, które przez lata roniły, urodziły zdrowe dzieci.

To będzie dziewczynka

Amata z d. Mancini i Antonio Lotti są małżeństwem od 12 lat. Cieszą się szacunkiem mieszkańców Rocca Porena, często są mediatorami w sąsiedzkich kłótniach. Żyją zgodnie, obdarzają się wzajemnie szacunkiem i miłością. Jeśli coś zakłóca spokój ich serc, to jedynie brak dziecka. – Widocznie taka wola Boża – pomału godzą się z myślą, że pozostaną już sami. I nagle radosna nowina: Amata spodziewa się dziecka. Antonio marzy o synu, Pan Bóg ma jednak inne plany. Żona Antonia wychodzi do ogrodu zrobić ostatnie jesienne porządki. Nagle na ogołoconych już klombach spostrzega kwiaty, w tym ukochane przez siebie róże, i czuje powiew wiatru. Słyszy tajemniczy głos: – Nie bój się, Amato. Urodzisz dziewczynkę, lecz oboje z Antoniem ją pokochacie, jednak Bóg ukocha ją jeszcze bardziej! Amata jest prostą kobietą, ale ma pewność, że takie słowa mógł wypowiedzieć jedynie anioł Pański. W niedługim czasie ponownie słyszy głos anioła: – Nazwiesz dziewczynkę imieniem Rita – na cześć św. Margerity. Jej zdrobniałe imię stanie się wielkim imieniem.

Początek cudów

Wyczekiwane dziecko Amaty i Antonia przychodzi na świat w Rocca Porena w maju 1381 r. Na chrzcie w kościele św. Marii de la Plebe w Cascii, ku zdziwieniu wielu, otrzymuje imię Rita.

To spokojne i pogodne, ale trochę dziwne dziecko – myślą sąsiedzi. Kilkumiesięczna Rita śpi w kolebce w pobliżu pracujących w polu rodziców. Otwiera oczy w chwili, kiedy obok przechodzi żniwiarz z sąsiedniego pola. Z jego zranionej kosą ręki spływa krew, kiedy jednak zauważa rój pszczół krążący nad głową dziewczynki, zapomina o sobie i usiłuje pokaleczoną dłonią odgonić owady. Te wlatują nawet w uchylone usta dziecka, ale ku zdziwieniu żniwiarza nie czynią mu krzywdy, a i sama Rita jest zupełnie spokojna. Mężczyzna dochodzi do wniosku, że jego interwencja nie jest potrzebna, a z jeszcze większym zdumieniem spostrzega, że rana na jego ręce zniknęła. Biegnie do wioski, by podzielić się z innymi przedziwną wiadomością.

Trudna miłość

Rita rośnie i staje się pracowitą i pełną troski o rodziców dziewczynką. Każdą wolną chwilę poświęca na modlitwę. Marzy o poświęceniu się Bogu i wstąpieniu do zakonu. Jednak rodzice z troski o jej los postanawiają wydać ją za mąż za Paola de Ferdinand. Mąż okazuje się człowiekiem trudnym, o gwałtownym charakterze. Rita niesie swój krzyż z cierpliwością i łagodnością, nie żywi do męża urazy. Modli się w intencji jego nawrócenia i liczy, że kiedy urodzą się dzieci, Paolo się zmieni. Na świecie pojawiają się bliźniacy Jakub Antoni i Paweł Maria i rzeczywiście pod wpływem tego wydarzenia i modlitw żony Paolo łagodnieje. W domu Rity pojawiają się spokój i szczęście, chłopcy rosną. Niestety, w 18. roku małżeństwa Paolo ginie z rąk oprawcy, najprawdopodobniej pada ofiarą wendety. Mimo że przed śmiercią, jak twierdzi świadek, wybacza mordercy, jego synowie postanawiają pomścić śmierć ojca. Rita na próżno przekonuje ich do zaniechania zemsty, na modlitwie prosi więc Boga, by raczej zabrał ich z tego świata, aniżeli mieliby się stać zabójcami. Wkrótce Jakub i Paweł umierają z powodu zarazy. Desperacka modlitwa matki zostaje wysłuchana, jej serce pęka jednak z bólu.

Interwencja świętych

Po śmierci synów Rita powraca do myśli o wstąpieniu do zakonu – czyni starania o przyjęcie jej do klasztoru Augustianek św. Marii Magdaleny w Cascii. Prawdopodobnie jednak z powodu lęku sióstr przed ciążącą nad nią wendetą Rita słyszy odmowę. Każdy powrót spod bramy klasztoru do rodzinnego domu napełnia jej serce bólem. Nie traci jednak wiary. Jak głosi legenda, pewnej nocy słyszy głos wypowiadający jej imię. Kiedy otwiera drzwi domu, widzi mężczyznę i ze zdumieniem rozpoznaje w nim św. Jana Chrzciciela. Pełna ufności, jak w transie, idzie za nim ścieżką wśród skał. Po chwili dołączają do nich św. Augustyn i św. Michał z Tolentino. Kiedy Rita odzyskuje pełną świadomość, spostrzega, że znajduje się w kaplicy klasztoru św. Marii Magdaleny. Zdumienie sióstr schodzących się na modlitwę jest bezgraniczne. Przełożona robi wymówki siostrze odźwiernej, że ta nie zamknęła wszystkich furt prowadzących do klasztoru. Rita – pewna, że to Bóg objawił jej swoją wolę – nie posiada się z radości.

Naznaczona przez Boga

W klasztorze Rita spędzi 40 lat. Opuści go tylko raz, gdy uda się z pielgrzymką do Rzymu w Roku Świętym 1450. W zakonie poddawana jest próbom posłuszeństwa i zaufania Bogu. Z polecenia matki przełożonej miesiącami podlewa suchy patyk wetknięty w ziemię klasztornego ogrodu. Towarzyszą temu pogardliwe spojrzenia współsióstr. Pewnego dnia dwie z nich zawstydzone pobiegną do innych z nowiną, że ów patyk zamienił się cudownie w winną latorośl. Następnego dnia mówi o tym już cała Cascia. Wielkim szacunkiem obdarzają Ritę potrzebujący, którym z uśmiechem niesie pomoc.

Sama Rita prowadzi surowe życie pokutne. Nieustannie rozważa mękę Pańską. W Wielki Piątek 1443 r., natchniona naukami rekolekcyjnymi, modli się w swojej celi, by choć jeden z kolców cierniowej korony Chrystusa zranił także jej czoło, aby w ten sposób mogła uczestniczyć w Jego męce. W odpowiedzi na jej prośbę z wizerunku Chrystusa, przed którym modli się Rita, odrywa się jeden z gipsowych kolców korony cierniowej i wbija się z dużą mocą w czoło zakonnicy. Znak ten Rita nosić będzie do końca swojego życia. Rana się jątrzy, wydobywająca się z niej ropa jest źródłem odoru, który odstrasza inne siostry i staje się powodem odosobnienia s. Rity. Ta poświęca swój czas na rozważanie męki Pańskiej i modlitwę wstawienniczą, o którą proszą ją w swoich sprawach liczni mieszkańcy Cascii.

Róże i figi

Ostatnie lata Rita spędza w łóżku złożona ciężką chorobą. Według pobożnego przekazu, zanim odejdzie z tego świata, za jej przyczyną będą miały miejsce jeszcze dwa cudowne wydarzenia. Otóż w środku zimy Rita ma prosić swą kuzynkę, by przyniosła jej różę z ukochanego ogrodu rodzinnego domu. Czuwający przy niej są pewni, że Rita majaczy. Jednak gdy kuzynka wraca do domu, ze zdumieniem spostrzega, że w przysypanym śniegiem ogrodzie Rity kwitnie przepiękna róża. Natychmiast wraca z nią do klasztoru. Dwa tygodnie później, kiedy ziemię spowija jeszcze zimno, na prośbę Rity kuzynka przynosi jej dwie dojrzałe figi. Na pamiątkę tzw. cudu róży w Cascii i w innych miejscach kultu świętej utrzymuje się tradycja święcenia w dniu 22 maja „róż św. Rity”. Gdy Rita umiera 22 maja 1457 r., jej ciało zaczyna wydzielać słodkawy zapach, a w całej Cascii same zaczynają bić dzwony – mieszkańcy miasta mają pewność, że odeszła osoba święta.

Przesłanie przebaczenia

Już pierwszego dnia po śmierci Rity mają miejsce cuda za jej wstawiennictwem. W 1627 r. beatyfikuje ją papież Urban VIII – Maffeo Barberini, w którego rodowym herbie znajdują się – cóż za zbieg okoliczności! – trzy pszczoły. Kanonizuje bł. Ritę w 1900 r. Leon XIII. Nazwie ją „drogocenną perłą Umbrii”. Kult świętej szerzy się w całym świecie – od Włoch po Filipiny i Amerykę Południową. Obecny jest również w Polsce, m.in. w kościele św. Katarzyny Aleksandryjskiej i klasztorze Sióstr Augustianek w Krakowie, gdzie znajduje się najstarszy w naszym kraju, XVIII-wieczny obraz św. Rity, w kościele Dzieciątka Jezus na Żoliborzu w Warszawie ze słynącym łaskami wizerunkiem świętej oraz w sanktuarium św. Rity w Nowym Sączu.

Za przyczyną świętej rozwiązują się sprawy beznadziejne i, po ludzku sądząc, nie do rozwiązania, a współcześni ludzie uczą się od niej życia w cierpieniu i pokorze, miłosierdzia i przebaczenia. Miłosierdzie i przebaczenie bowiem były charakterystycznymi przymiotami świętej z Cascii. Nic dziwnego zatem, że tamtejsza wspólnota sióstr augustianek przyznaje Nagrodę św. Rity kobietom, które w swym życiu – tak jak ona – dały swą postawą świadectwo przebaczającej miłości. Otrzymały ją m.in. Polki – Marianna Popiełuszko (1990 r.) i Eleni (1999 r.).

Dla dzisiejszych, podobnie jak i dla współczesnych sobie czcicieli Rita jest najprawdziwszym człowiekiem i prawdziwą świętą.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Ośno Lubuskie: Codziennie o 21.00 odgrywają Apel Maryjny

2019-05-23 11:30

Kamil Krasowski

Od kilku lat w maju codziennie o godz. 21 z wieży kościoła św. Jakuba w Ośnie Lubuskim rozbrzmiewa Apel Maryjny. Pomysł jednej z uczennic wcielił w życie pan Roman Stefaniak, nauczyciel muzyki i kapelmistrz orkiestry.

Roman Stefaniak
Roman Stefaniak i jego uczennice każdego dnia maja o godz. 21.00 odgrywają Apel Maryjny

Pomysł zrodził się 5 lat temu z okazji rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 Maja. - Jedna z uczennic miała taki pomysł, aby codziennie w maju o godz. 21.00 odgrywać Apel Maryjny. Najpierw to miałoby tylko raz, spontanicznie, z okazji rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 Maja. Okazało się, że jest to ciekawy pomysł, dlatego codziennie pokonujemy ponad 100 schodów na wieżę i o 21.00 gramy Apel Maryjny - mówi Roman Stefaniak, nauczyciel muzyki i kapelmistrz orkiestry w Ośnie Lubuskim. - Towarzyszą mi moje uczennice, grające tutaj w orkiestrze na co dzień. Tak nam się to spodobało, że oprócz tego w czerwcu o godz. 21.00 gramy pieśni związane z Najświętszym Sercem Pana Jezusa.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem