Reklama

Abp Michalik o zagrożeniu uodpornienia się na Eucharystię

2019-04-18 21:09

pab / Przemyśl (KAI)

Archiwum Kurii
Abp Józef Michalik

O zagrożeniu uodpornienia się na Eucharystię, tak jak się można uodpornić na antybiotyk – mówił w czasie Mszy św. Wieczerzy Pańskiej abp Józef Michalik. Biskup senior archidiecezji przemyskiej przewodniczył liturgii w bazylice archikatedralnej w Przemyślu.

Abp Józef Michalik wskazywał, aby przystępować do Eucharystii w duchu pokory i wiary, bo „człowiek może się uodpornić na Eucharystię, tak jak się niekiedy uodparnia na antybiotyk”. – Wielkie i pomocne lekarstwo, ale może się człowiek uodpornić i nie będzie skuteczny, a nawet może być szkodliwy. Co robić, żeby się nie uodpornić w sposób niewłaściwy na Eucharystię – mówił.

- Po pierwsze nie można opuszczać modlitwy. Trzeba walczyć ze sobą, a niekiedy nawet z Panem Bogiem na modlitwie, prośbie; walczyć o przymnożenie wiary. Za każdym razem. To już jest wzrost. Jeśli człowiek szuka wiary, to już jest na dobrej drodze – zapewniał emerytowany metropolita przemyski.

Kolejną rzeczą, na którą zwrócił uwagę abp Michalik, jest dostosowywanie życia do wiary, bo „jak wierzymy, tak żyjemy”. – Ale jednocześnie, jeśli żyjemy poza wiarą, to w końcu utracimy wiarę. To jest nierozerwalne, że nasze sumienie musi się sprawdzać nie tylko w modlitwie, ale i w wysiłku życia według wiary – przekonywał.

Reklama

Były przewodniczący KEP odniósł się także do niedawnego artykułu „Odnaleźć żywy Kościół” Benedykta XVI. Zdaniem arcybiskupa papież senior trafnie diagnozuje przyczyny współczesnej sytuacji. Potwierdził, że rewolucja lat 60. mówiąca, że „zabrania się zabraniać” przyczyniła się do poważnych zmian w etyce. – Papież nie oszczędza Kościoła. Mówi, że i teologowie dali się pociągnąć tą linią relatywizmu moralnego – zauważył hierarcha.

Abp Michalik wskazywał – za Benedyktem XVI – że receptą na to jest Msza św. – Eucharystia to nie jest ceremonialny gest. To rzeczywistość – podkreślił.

Kaznodzieja podkreślił, że Jezus przyszedł, aby nas umocnić. Zapewniał, że mimo powtarzających się upadków, jeśli człowiek będzie „mocno i uparcie wołał do Chrystusa”, to w końcu „powstanie u pokona siebie samego”.

Po homilii abp Michalik umył nogi 12 mężczyznom. Przed tym obrzędem, na znak służby, zmienił liturgiczny strój kapłański na diakoński – dalmatykę.

Tagi:
abp Józef Michalik

Reklama

Abp Michalik: To był pontyfikat na miarę wieków

2018-10-13 16:23

Rozmawiała Marta Dalgiewicz / Przemyśl (KAI)

Kardynał Karol Wojtyła był wśród papabile już podczas sierpniowego konklawe – podkreśla abp Józef Michalik. Opisuje atmosferę, jaka panowała w Papieskim Kolegium Polskim w Rzymie przed wyjazdem kardynała na konklawe i pierwsze chwile z Ojcem Świętym po wyborze. „Nie ma wątpliwości, że to był pontyfikat na miarę wieków. Nie jednego wieku, ale wieków” – podkreśla. Dodaje, że Jan Paweł II był człowiekiem, który „odpoczywał przy ludziach. A jak już był fizycznie nimi zmęczony to odpoczywał przy Panu Bogu, na modlitwie”.

Zdzisław Sowiński

Abp Józef Michalik: Właściwie to dwa razy w 1978 roku przeżywaliśmy odejście księdza kardynała Karola Wojtyły z Papieskiego Kolegium Polskiego, w którym przez całe lata się zatrzymywał. Mieliśmy dwa pożegnania przed konklawe – pierwsze tuż po śmierci Pawła VI, kiedy został wybrany Jan Paweł I. Już wtedy mówiło się o możliwościach wyboru kardynała Wojtyły na papieża. Atmosfera w naszym Kolegium też wskazywała, że ten wybór jest możliwy.

Trzeba by dodać, że Kolegium to dom dla polskich księży studentów, założony przez Księży Zmartwychwstańców w 1866 r. Ja w Kolegium mieszkałem od lutego 1978 r., natomiast od lipca byłem rektorem. Było tam wówczas dwudziestu kilku studentów, przebywających na stałe, a gościnnie zatrzymywali się biskupi. Kard. Wojtyła zawsze się tam zatrzymywał z ks. Dziwiszem, gdy przyjeżdżał do Rzymu na jakieś spotkania czy zebrania, także przed konklawe w sierpniu 1978 r. Już wtedy trochę w tej „trawie piszczało”, bym powiedział. Kardynał Wojtyła był przecież znany wśród kardynałów całego świata, miał duże kontakty, często Paweł VI go wyznaczał do różnych komisji, powierzył mu nawet wygłoszenie rekolekcji do Kurii Rzymskiej. To wszystko stworzyło tę atmosferę, że kard. Wojtyła znalazł się wśród papabile.

- Papieżem został jednak kard. Albino Luciani, który przybrał imię Jana Pawła I. Nikt nie przypuszczał, że ten pontyfikat będzie tak krótki. Po nagłej śmierci papieża, rozpoczyna się kolejne, październikowe konklawe. Kardynał Wojtyła ponownie wyjeżdża z Papieskiego Kolegium Polskiego przy Piazza Remuria 2A. Jak się później okazało – po raz ostatni.

- – Na 14 października zaplanowany był bardziej uroczysty obiad przed odjazdem kard. Wojtyły na konklawe. Tego dnia rano otrzymałem telefon od sióstr sercanek, opiekujących się biskupem Deskurem – przyjacielem kard. Wojtyły jeszcze z lat seminaryjnych – że bp Deskur zasłabł i że znaleziono go nieprzytomnego. Kardynał jak tylko się o tym dowiedział, zdecydował, że chce go odwiedzić. Widziałem wtedy, że w nim coś walczyło ze sobą. Później, gdy już jako papieża spytałem: „Czy Ojciec Święty nie miał jakiś przeczuć?”, odpowiedział: „Wiesz, jak bp Deskur zasłabł, to ja zrozumiałem, że coś niezwykłego się zaczyna dziać.” Ta choroba, to odsunięcie przyjaciela, najbliższego człowieka w Kurii Rzymskiej było jakimś znakiem dla księdza kardynała.
W czasie obiadu w Kolegium pożegnaliśmy kard. Wojtyłę. Choć na konklawe kardynałowie wchodzili o 5 po południu, kard. Wojtyła wyjechał z Kolegium tuż po obiedzie, by móc jeszcze odwiedzić księdza biskupa Deskura w klinice Gemelli. Już przy samochodzie powiedziałem: „Niech Ksiądz Kardynał jednak pamięta, żeby wrócił do Kolegium”. „Wrócę, wrócę, bądź spokojny!” – powiedział. Na co dodałem: „Czy na purpurowo, czy na biało, to mam nadzieję, że Ksiądz Kardynał wróci”.

- Jak wspomina Ksiądz Arcybiskup sam dzień wyboru Jana Pawła II?

- W międzyczasie padały różne przewidywania, prowadziliśmy rozmowy, m. in. z ks. Stanisławem Dziwiszem, który wrócił ze swoich spotkań i mówił o tym, czego się wśród kardynałów dowiedział. Ja z kolei uważałem, że im dłużej trwa ten wybór to tym lepiej dla nas, bo wtedy będzie wybrany nasz kardynał.
To nie było tylko pobożne życzenie... Pracowałem wtedy w Papieskiej Radzie do Spraw Świeckich, gdzie kardynałem przewodniczącym był kard. Opilio Rossi, bardzo świętobliwy człowiek, który poprosił mnie kiedyś i pyta: „Proszę księdza, co księża sądzą o kardynale Wyszyńskim, jak warszawscy księża odbierają kardynała Wyszyńskiego?”.

- Powiedziałem, co czułem i myślę sobie: „Aha, będzie drugie pytanie”. Ksiądz kard. prymas był przecież już starszym, schorowanym człowiekiem – to już nie był dla elektorów ten kandydat. I rzeczywiście padło następne pytanie: „A co księża krakowscy mówią, jak się odnoszą do kardynała Wojtyły?” Ja na to odpowiadam: „Powiem księdzu kardynałowi , że księża krakowscy mówią, że nie chcą, żeby był wybrany papieżem”. „A dlaczego?” – pyta zdziwiony kard. Rossi. „Bo wiedzą, kogo stracą, a nie wiedzą, kogo zyskają” – mówię. Zaczął się śmiać i już dalszych pytań nie zadawał. To był dla mnie taki mały dowód, że kardynałowie włoscy szukają kandydatów i zbierają wiadomości o naszym Kardynale.

- Podczas konklawe nie wychodziłem na czas ogłoszeń na plac Świętego Piotra, natomiast po pracy – biuro pracowało do południa – starałem się być w domu. Przypuszczałem, że gdyby nasz kardynał został wybrany papieżem, to będzie nalot dziennikarzy. I wcale się nie pomyliłem!
16 października kilku naszych księży było na placu, my w Kolegium pilnie śledziliśmy wiadomości w telewizji. W ten sposób byłem świadkiem tego, jakie zaistniało wtedy poruszenie. Na wiadomość, że został wybrany kard. Wojtyła, wszyscy poszliśmy sprzed telewizora do kaplicy zaśpiewać „Te Deum”. Pomodliliśmy się za nowego papieża i czekaliśmy, co będzie dalej.

- Kiedy nastąpiło to pierwsze spotkanie z nowo wybranym Papieżem?

- Pierwsze spotkanie nastąpiło nazajutrz. Po wyborze Ojciec Święty został jeszcze w tej samej celi, w tym samym pokoju. Nie było wówczas takich warunków, jakie mają teraz kardynałowie, że każdy ma pokój z łazienką w Domu św. Marty (nota bene wybudowanym przez Jana Pawła II).
Wtedy watykańskie biura zamieniano na cele mieszkalne, każdy otrzymywał wiadro wody i miskę do mycia i tam trwał. Dopiero na następny dzień zostało rozwiązane zebranie kardynałów. Ksiądz Dziwisz przyjechał i mówi: „Zawieziemy Ojcu Świętemu te rzeczy, które zostały w Kolegium”. Tych rzeczy nie było wiele, bo ks. kardynał jak przyjeżdżał to miał zawsze tylko dwie walizki: w jednej książki, a w drugiej rzeczy osobiste.
Pojechaliśmy do Pałacu Apostolskiego dość późno wieczorem, około 21. Strażnicy watykańscy nie pytali nas o żadne przepustki, bo jak tylko zobaczyli ks. Dziwisza to mówili: „Segretario del Santo Padre” – sekretarz Ojca Świętego. Już go znali!
Wjechaliśmy windą i poszliśmy do kaplicy, gdzie klęczał Ojciec Święty. Pomodliłem się dłuższą chwilę, ale myślę, że jest przecież już późno, a ja muszę wrócić, nie mogę tutaj zostawać. Podszedłem więc do klęczącego Ojca Świętego, by go powitać. Papież mówi: „Poczekaj, poczekaj trochę, zaraz się spotkamy”. W kaplicy był też drugi sekretarz – ks. prał. Maghee (Irlandczyk był wcześniej drugim sekretarzem Pawła VI). Trwaliśmy jeszcze chwilę na modlitwie. Potem Ojciec Święty zaczął nas oprowadzać po swoim nowym domu. Opowiadał nam, kiedy pierwszy raz tu był, wspominał m. in. wizytę na obiedzie u Pawła VI. Obejrzeliśmy całe mieszkanie, łącznie z gabinetem dentystycznym i przyległą biblioteką. Papież dzielił się wrażeniami, pierwszymi spotkaniami, bo już i na obiedzie, i na kolacji byli w Pałacu Apostolskim goście, m.in. kard. Wyszyński. Prymas zapytał wtedy Papieża, jak się czuje, na co ten odpowiedział: „Jak bym tu zawsze był”. „To właśnie jest ta łaska Boża, łaska stanu” – skomentował kard. Wyszyński.
Naprawdę widać było, że Ojciec Święty wziął już niejako w posiadanie to miejsce. Potem jak zwykle żartował. „Ksiądz Dziwisz jest bardzo smutny, a nawet miał łzy w oczach – mówi – a ja go pocieszałem, mówiąc «Stasiu, nie martw się, ty możesz do Polski pojechać, ja nie mogę»”. Zapraszał też nas do siebie: „To teraz przychodźcie na zsiadłe mleko. Nie wiem, czy tu mają”.

- W pewnym momencie Papież mówi do mnie: „Deskur, patrz, ten Deskur...” W nim to wciąż było, bardzo to przeżywał. Powiedziałem wtedy: „To jest palec Boży, proszę Ojca Świętego”. Papież zapytał, co o tym myślę. Wyjaśniłem, że moim zdaniem Pan Bóg niejako odsunął biskupa Deskura, żeby nowy papież nie liczył na niego, bo tylko Duch Święty, tylko pomoc Boża jest mu odtąd potrzebna i to będzie jego siła. Papież popatrzył na mnie, ja – młody ksiądz – pozwoliłem sobie papieżowi rad udzielać... Ale to była spontaniczna rozmowa. Myślę, że ten Boży plan się właśnie realizował.

- Ciekawe jest też to, że potem z reguły przez wszystkie lata Ojciec Święty zapraszał do siebie 16 października o godz. 17.00 na spotkanie i na Mszę Świętą tych, którzy w tym czasie byli przy nim. Było to wąskie grono osób jak ks. Dziwisz czy kard. Deskur, gdy wyzdrowiał. Ojciec Święty uważał, że ci ludzie są mu dani przez Pana Boga i wraz z nimi chciał ponownie przeżywać tę rocznicę, modlitwę, Mszę św. Potem zazwyczaj była kolacja i ks. Dziwisz odtwarzał z taśmy magnetofonowej „Annuntio vobis gaudium magnum” – tę zapowiedź wyboru papieża. Zawsze była to miła, rodzinna atmosfera.

- Jak zapamiętał Ksiądz Arcybiskup inaugurację pontyfikatu 22 października?

- - To było ogromne wydarzenie, wielka uroczystość. Przyjechali najbliżsi Ojcu Świętemu księża z Krakowa, ale też i z całej Polski. Na placu Świętego Piotra padły słynne słowa: „Otwórzcie drzwi Chrystusowi”, „Nie bójcie się Chrystusa”. Potem homagium złożyli kardynałowie z kard. Wyszyńskim.
Niezapomniane wrażenie zrobił ten widok, kiedy papież klęczy przed kardynałem, a kardynał przed papieżem. Na klęcząco, w pokorze obydwaj wobec Pana Boga się spotykali. Później w auli Pawła VI odbyło się spotkanie z Polakami, ogromnie wzruszające i piękne. Właśnie wtedy zaśpiewano: „Góralu, czy ci nie żal...” Wprawdzie ks. kard. Wojtyła nie był ściśle góralem, ale ten region i ta piosenka – tak bardzo wymowna – była wtedy jakimś symbolem. I te słowa Jana Pawła II, że nie byłoby Następcy Św. Piotra dzisiaj, gdyby nie posługa, nie charyzmat kard. Wyszyńskiego. To był gest wielkiej wdzięczności i takiej więzi braterskiej. Trzeba powiedzieć, że to było bardzo budujące.
Entuzjazm i nadzieja rozwijały się z każdym dniem. Ojciec Święty natychmiast znalazł wspólny język z ludźmi. Stało się coś niebywałego, wszyscy byli ciekawi, co ten papież powie, jak się zachowa, jaki gest wykona. W czasie inauguracji pontyfikatu Ojciec Święty poszedł do chorych. Wszyscy byli zdumieni, także strażnicy.
Ks. Dziwisz opowiadał potem, że jak tylko papież wyszedł do chorych, strażnicy dopadli go, mówiąc: „Księże, niech ksiądz ratuje, bo Ojca Świętego zdepczą”. „Zostawcie, jak zdepczą raz, nie pójdzie drugi raz” – odpowiedział ks. Dziwisz. Ojciec Święty się śmiał, jak tego słuchał. Chorzy nie mogli przyjść do niego, to papież poszedł do nich.
Wszystkie te gesty odbierano jako symbole otwarcia Papieża, znak życzliwości, tej bliskości z ludźmi, także cierpiącymi. Ludzie widzieli, że ten papież jest autentyczny, że to nie jest sztuczne, to nie jest poza.
Jan Paweł II zaczął od razu odwiedzać rzymskie kościoły i parafie, chciał poznać tamtejsze duszpasterstwo, spotykać ludzi. Dzięki temu miał rozeznanie w diecezji rzymskiej, którą uważał za swoją diecezję. Regularnie odwiedzał seminarium rzymskie, święcił księży. To świadczyło o tym, że ten papież ma bardzo duszpasterskie spojrzenie. Profesor uniwersytecki, filozof, teolog, a jednocześnie duszpasterz. Ta wszechstronność powoli się ujawniała i ludzie bardzo dobrze to przyjmowali.

- Jeśli możemy jeszcze wrócić do chwil tuż po wyborze. Ksiądz Arcybiskup wspomniał, że spodziewał się nalotu dziennikarzy na Kolegium Polskie. Czy tak rzeczywiście się stało?

- O tak! Natychmiast były telefony. Przez całą noc właściwie nie można było usnąć, bo dzwoniono z różnych stron świata. Dziennikarze zaczęli też dobijać się do Kolegium, żeby zobaczyć, skąd papież wyjechał. Umówiłem wszystkich na następny dzień, powiedziałem, w jakich godzinach będzie okazja zobaczyć pokoje gościnne, gdzie mieszkał w Rzymie kard. Wojtyła. Pamiętam, padał wtedy deszcz, ale dziennikarzy przyszło sporo. Obejrzeli te pokoje i niestety byli nieco rozczarowani, bo mieszkanie było skromne, zwyczajne. Pytali o Papieża, o to, co jadł, co lubi. Próbowaliśmy na te wszystkie pytania odpowiadać.

- Ksiądz Kardynał Wojtyła wrócił do Kolegium na biało, jako papież?

- Wrócił i to też było bardzo ciekawe spotkanie. Ja w tym czasie musiałem zacząć remont Kolegium, ponieważ część dobudowana przez księdza Strojnego po wojnie zaczęła się osuwać, pękła ściana spoinowa i trzeba ją było wymienić. To był dosyć poważny remont, który przeprowadzaliśmy w 1979 r., finał prac był przewidziany na koniec listopada. A tu nagle otrzymuję telefon, że jutro – dokładnie w rocznicę wyjazdu na konklawe – Ojciec Święty przyjedzie do Kolegium. Robotnikom powiedziałem, że wstrzymujemy prace, niech uporządkują plac. Zaprosiłem sąsiadów i znajomych księży.
Zgodnie z zapowiedzią, 14 października 1979 r. Papież przyjechał do Kolegium na kolację. Jest nawet nagranie z tego spotkania, na szczęście któryś z księży podsunął magnetofon. Ojciec Święty nawiązał wtedy do naszych rozmów sprzed konklawe: „Ksiądz Rektor namawiał mnie przed wyjazdem , żebym się dał wybrać papieżem, to będzie winda w Kolegium. Ja przyjeżdżam po roku, a tu windy nie ma”.

- Podszedłem do ks. Dziwisza i mówię: „Stasiu, słyszałeś co Ojciec Święty powiedział”. „Ty nie znasz papieża, że lubi żartować” – odpowiada ks. Dziwisz. „Ale ten żart będzie cię sporo kosztował” – skwitowałem. Na drugi dzień zamówiłem windziarzy i zrobiliśmy windę. Powiedziałem jednak Ojcu Świętemu, że nie będziemy jej używać, dopóki jej nie poświęci.

- Papież obawiał się, że pojawią się głosy, że on tylko do tego kolegium jeździ. „Ojciec Święty znajdzie sposób” – powiedziałem. I Papież znalazł sposób, bo przyjechał odwiedzić Kolegium Holenderskie, które było niedaleko naszego i potem przyszedł do nas – poświęcił tę windę i nią się przejechał, co uwieczniono na zdjęciach.
Jan Paweł II zapraszał nas też do siebie, na przykład na śpiewanie kolęd, połączone z loterią drobiazgów, które otrzymywał w czasie audiencji – jakieś pióro, jakaś lampa, obrazek czy inny drobiazg. A myśmy się budowali jego obecnością.

- Jak z perspektywy czasu, już po odejściu Jana Pawła II do wieczności, oceniłby Ksiądz Arcybiskup ten pontyfikat?

- Nie ma wątpliwości, że to był pontyfikat na miarę wieków. Nie jednego wieku, ale wieków. Po pierwsze dlatego, że Ojciec Święty wniósł nowy oddech w rytm życia Kościoła. I odbyło się to bez zgrzytów, chociaż styl pontyfikatu Pawła VI i styl pontyfikatu Jana Pawła II różniły się zasadniczo. Natomiast przejście było kontynuacją, ale jednocześnie niezwykle ubogaconą. Myślę też, że papież wniósł bezpośrednie doświadczenie duszpasterskie. Przy swoim wielkim intelektualnym bogactwie, wielkiej wizji, miał także doświadczenie konkretu. Wiedział jak te transcendentne, sprawdzone przez wieki prawdy filozoficzne i teologiczne, wprowadzić w życie. Czynił to spokojnie, a ta cicha praca przynosiła i – jestem przekonany – nadal będzie przynosiła owoce.
Jan Paweł II był ciekawy ludzi, ciekawy świata. Lubił mieć obok siebie ludzi, korzystał z tego, czego się dowiadywał w dyskusji, np. w Castel Gandolfo podczas spotkań z naukowcami. To był człowiek, który odpoczywał przy ludziach. A jak już był fizycznie nimi zmęczony to odpoczywał przy Panu Bogu, na modlitwie. Zastanawiałem się kiedyś, jak można Ojca Świętego scharakteryzować i doszedłem do wniosku, że najtrafniej opisuje go określenie mistyk, który potrzebuje także kontaktu z ludźmi – to człowiek, który chętnie trwa przed Panem Bogiem, ale najlepiej czuje się wśród ludzi.

- Kiedyś zażartowałem przy Papieżu: „Zasługi Ojca Świętego są wielkie, ale sióstr, które prowadzą kuchnię, nie są mniejsze”. Przecież tam przy stole ciągle byli ludzie – jedni byli zapraszani na obiad, inni na kolację. W ostatnim roku pontyfikatu to może już tylko ci najbliżsi, bo Papież był już bardzo słaby, ale wciąż byli ludzie. On potrzebował ludzi, lubił z nimi rozmawiać, ale umiał też słuchać. Chętnych do mówienia przy Papieżu nigdy zresztą nie brakowało, ja się czasem dopominałem nawet: „Czekajcie, niech nam Ojciec Święty coś powie”.

- Jeśli chodzi jeszcze o pontyfikat, Jan Paweł II miał łatwość myślenia, pisania, tworzenia. Obserwowałem to jeszcze przed jego wyborem na papieża, kiedy wracał z jakiegoś zebrania do Kolegium. Kardynał wysiadał z samochodu, wprowadzamy go do gabinetu, gdzie stało biurko i leżały jakieś kartki z zaczętym tekstem, a on siadał przy biurku i kontynuował tekst. Czyli on go cały czas niósł w sobie i znalazł myśl, która była mu potrzebna. Potem można to było obserwować np. podczas synodów. Wielu było przekonanych, że Papież notuje to, co tam mówią. On tymczasem mówił później: „Mam już napisane przemówienie na Anioł Pański”. Ale nie znaczy to, że nie słuchał! Miał podzielność uwagi i fenomenalną pamięć. Mimo że cały czas pisał, potrafił dokładnie spuentować to, co zostało powiedziane. To było ujmujące.
Papież nie bał się trudnych tematów. Odziedziczył po Pawle VI zapowiedź trudnego synodu o rodzinie. I ten synod został przygotowany z pomocą biskupa Kazimierza Majdańskiego, Sekretariatu do Spraw Synodu i Komitetu do Spraw Rodziny, który był przy Papieskiej Radzie do Spraw Świeckich.
Wiadomo, że w pierwszych latach Ojciec Święty encykliki czy adhortacje pisał sam, uzupełniano tylko pewne rzeczy, potem często była to współpraca, a Ojciec Święty teksty czytał, poprawiał i uzupełniał. Niekiedy zaskakiwał innych, np. dając ciekawe obserwacje na temat Kodeksu Prawa Kanonicznego. Nie był przecież kanonistą, ale był duszpasterzem i z tego względu musiał przez całe lata mieć bezpośredni kontakt z prawem kanonicznym.
Ze swego doświadczenia wiem, że kiedy był przygotowywany konkordat to pojawiła się kwestia zagwarantowania wolności sakramentalnej dla małżeństwa. Odwołałem się wówczas bezpośrednio do Ojca Świętego, mówiąc że Kościół nie może zrezygnować z błogosławienia małżeństw niezależnie od prawa cywilnego. One nie będą miały skutków cywilnych, ale uspokoją sumienie. I to zostało zagwarantowane. Myślę, że to jest przykład na to, że ten papież zostawił wytyczne czy przemyślenia, do których Kościół będzie się odwoływał jeszcze przez długie lata.

- A jakie sprawy były Janowi Pawłowi II najbliższe?

- Warto zaznaczyć, że Papież w pełni zaakceptował rytm życia Kościoła, dlatego nie likwidował niczego, co zastał. Były pewne korekty, ale kongregacje zostały te same. Sprawy, które były mu bliskie można łatwo zauważyć, bo podnosił ich rangę.
Kardynał Wojtyła przez całe lata był konsultorem przy Papieskiej Radzie do Spraw Świeckich, stąd sprawy laikatu, ruchów, stowarzyszeń czy młodzieży były mu bliskie. Jako papież powołał sekcję do spraw młodzieży, która przedtem była tylko duszpasterskim zainteresowaniem Papieskiej Rady do Spraw Świeckich. Odtąd zaś sekcja młodzieżowa miała szefa biura i możliwości, np. organizowanie spotkań światowych.
Z kolei grupę do spraw rodziny Jan Paweł II podniósł do rangi Komitetu, a potem Papieskiej Rady do Spraw Rodziny. Powołał też instytucję naukową – Instytut Rodziny przy Uniwersytecie Laterańskim.
Trzeba też zauważyć powołaną do istnienia Papieską Akademię do Spraw Życia. Papież kładł wielki nacisk na ochronę życia, zwracał uwagę, byśmy tego nie zaniedbali.
Niezmiernie ważny był też kontakt z biskupami. Przy okazji wizyt ad limina, składanych przez episkopaty co 5 lat, każdy biskup spotykał się z Ojcem Świętym kilkakrotnie. To był fenomen, który tylko za tego papieża się utrzymał. Było spotkanie w grupie biskupów, ale też spotkanie osobiste każdego biskupa z papieżem, była wspólna modlitwa, koncelebra Mszy św. i spotkanie przy stole. W ten sposób Jan Paweł II był zakorzeniony w rzeczywistość kościelną, z którą miał stały i żywy kontakt. Podobnie jego podróże do rzymskich parafii – jemu zabrakło chyba 3 czy 4 kościołów, których nie odwiedził, a niektóre w Rzymie odwiedzał wielokrotnie. To była ogromna praca, ale metodycznie rozłożona.

- 16 października, dzień wyboru papieża Jana Pawła II, stał się w roku 1986 szczególnym dniem także dla Księdza Arcybiskupa. Tego dnia został bowiem konsekrowany na biskupa i to właśnie przez Ojca Świętego Jana Pawła II.

- Jestem bardzo wdzięczny Janowi Pawłowi II, że w roku 1986 zechciał ten dzień mnie ofiarować. To budzi we mnie wdzięczność i refleksję, bo też prosiłem, żeby Ojciec Święty wytyczył mi w homilii program duszpasterskiego posługiwania. Zawsze 16 października – a nieraz i w ciągu roku – odczytuję sobie to kazanie. To jest głos świętego człowieka, który był odpowiedzialny za cały Kościół powszechny.
Za czasów kard. Glempa zostałem zastępcą przewodniczącego Episkopatu. Wówczas niejednokrotnie zastanawiałem się jak w jakiejś sytuacji zachowałby się Papież, który jako kardynał krakowski był przez wiele lat zastępcą prymasa Wyszyńskiego. Mówiłem zresztą o tym Ojcu Świętemu, a on pytał: „Jakich ty masz współpracowników? Czy masz kogoś zaufanego w najbliższym gronie? Bo ja mam Ratzingera”.
Zawsze „budowałem się” tymi kontaktami z Papieżem. Zawsze wiedziałem, że on potrzebuje ludzi. Mówiłem mu różne rzeczy, miłe i takie, które nie były miłe, ale zgodne z rzeczywistością. Można z nim było rozmawiać, pytać, dyskutować. Był bardzo szczery, autentyczny. Do niego człowiek zawsze szedł z radością, a nie z lękiem. Miał taki naturalny dar. Kiedyś powiedziałem nawet: „Jak Ojciec Święty to robi, że jest tak naturalnie dobrym człowiekiem?” „To tak wychodzi” – odpowiedział.
Dzisiaj również staram się być w kontakcie z tym Papieżem. Jak on mnie zapraszał nieraz na Mszę Świętą, tak ja go na każdą Eucharystię zapraszam i razem z nim próbuję oddawać hołd Panu Bogu. Czy potrafię go naśladować? Mogę pokornie powiedzieć – i to nie będzie fałszywa pokora – że nie potrafię. Może on mi wyprosi wreszcie tę łaskę.
Jestem wdzięczny Panu Bogu za ten dar, że mogłem spotkać tego świętego Papieża, ale i wielu innych świętych – bo święci gromadzą wokół siebie świętych – jak choćby Matka Teresa czy Chiara Lubich, kandydatka na ołtarze, założycielka fokolarynów, podobnie ks. Luigi Giussani, założyciel ruchu „Comunione e Liberazione” czy kard. Pironio – też kandydat na ołtarze. Uważam to za łaskę niezasłużoną, że Pan Bóg pozwolił mi poznać i to tak z bliska wielu ludzi takich jak kard. Wyszyński, realizować pewne zadania razem czy w ich cieniu. To jest duże zobowiązanie i szczerze mówiąc myślę z obawą, czy tego nie zmarnowałem, czy dobrze to duchowo wykorzystałem.
Mam nadzieję, że jak się będę przenosił do wieczności, to już nie będę tam w całkiem nieznanym świecie, bo prócz Pana Jezusa znam tylu świętych...

- Jak nie zmarnować owoców tego pontyfikatu? Co możemy zrobić, żeby dla nas Jan Paweł II nie stał się postacią odległą?

- Często różni prorocy i pseudoprorocy oskarżają nas, że nie znamy nauczania Jana Pawła II, z niego nie korzystamy, itd. Myślę, że to jest jedno z zadań – poznać jego myśl, ale bardziej, by naśladować jego życie. A naśladować życie papieża, to słuchać Ewangelii i pogłębiać życie duchowe. Realizować się w tym miejscu, w którym nas Pan Bóg postawił, modlić się, ufać Matce Bożej. Jan Paweł II to papież wielkiego zaufania do Najśw. Maryi Panny. Przygotowując trzecie tysiąclecie, Ojciec Święty mówił: „Wypłyń na głębię”. Świętość, to także nie bać się wielkich wyzwań.

- Rozmawiała: Marta Dalgiewicz

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Sutanna utkana przez mamę

2019-05-21 13:10

Wysłuchała Agnieszka Bugała
Niedziela Ogólnopolska 21/2019, str. 24-25

Do kapłaństwa Bóg wybiera, kogo chce. Ale wybrany nie jest znikąd, ma swoją historię: mamę, tatę i dom. Korzenie i źródło. Jeśli korzeń był mocny – byle wiatr go nie wyrwie. Jeśli źródło czyste – łatwo napoi innych.
O rodzinnych domach oraz swoich mamach Agnieszce Bugale opowiadają bp Antoni Długosz i ks. Marek Dziewiecki

Bożena Sztajner

Janina Długosz
O swojej mamie Janinie mówi bp Antoni Długosz

– Mamusia miała na imię Janina, ale mówili do niej Janeczka. Miała zaledwie dwa lata, gdy zmarł jej tato. Owdowiała wcześnie babcia Frania nigdy nie wyszła powtórnie za mąż i sama wychowała pięcioro dzieci. Mama, najmłodsza z rodzeństwa, wybrała zawód fryzjerki. Czesała pięknie, pracowała chętnie i dużo nie tylko w domu, ale kilka razy w tygodniu odwiedzała domy żon właścicieli fabryk na terenie Częstochowy – otrzymywała duże wynagrodzenie za pracę. W 1940 r. poślubiła Józefa, mojego ojca. Podjęła obowiązki żony i nadal pracowała zawodowo, pomagała mężowi w utrzymaniu rodziny. Tak było do moich urodzin. Dziadek Jan Długosz odwiedził kiedyś rodzinę syna, chcąc się zorientować, jak spełnia swoje nowe zadania. Mamusia czesała znajomą, a ja wyrywałem się z rąk babci z płaczem, upominając się o... mamusię. Wtedy dziadek odwołał tatusia „na stronę” i oświadczył, że Janeczka nie powinna pracować zawodowo, bo to ojciec ma obowiązek zapracować na utrzymanie rodziny. Dziadek Jan cieszył się dużym autorytetem, dlatego tatuś, bez dyskusji, zabronił mamusi pracować. Od tej pory z pomocą babci Frani, która do końca życia mieszkała z nami, mama uczyła się sztuki gotowania. Pierwszą zupę grochową przesoliła, ale potem było już coraz lepiej. Każdego dnia czekały na nas rano śniadanie i po szkole smaczny obiad.

Więź z Panem Bogiem odczytywałem przez całe jej życie. Wyrazem postawy wiary była częsta modlitwa, a szczególnie świętowanie niedzieli. W sobotę kierowała kąpielą dzieci, przygotowywała produkty na niedzielny obiad, pomagała w czyszczeniu obuwia. W niedzielę po modlitwie całą rodziną jedliśmy śniadanie, a po nim szliśmy na Mszę św.

Od mamy uczyłem się przebaczania ludziom oraz pamięci o nieobecnych podczas wspólnego posiłku. Zawsze pamiętała, by sprawiedliwą ilość jedzenia odłożyć dla osoby nieobecnej, która nie mogła zasiąść do stołu z całą rodziną.

Ważnym miejscem dla niej była Jasna Góra. Zazwyczaj szła pieszo, pokonując 5 km, by odprawić nowenny, modlić się z racji różnych zdarzeń rodzinnego życia. Kiedy w trzeciej klasie zostałem ministrantem, budziła mnie wcześniej, gdy miałem dyżury służenia do Mszy św., bym mógł z jej pomocą jak najlepiej wywiązać się z tego zadania. Nie pozwalała na krytykowanie księży, zawsze stawała w ich obronie. Gdy powiedziałem, że chcę zostać księdzem, ucieszyła się i z pomocą swych starszych sióstr przygotowywała mi tzw. wyprawkę do seminarium. Głęboko przeżyła moje kapłańskie święcenia i prymicje... Na drugiej placówce, w której pracowałem z poważnie chorym proboszczem, bardzo często mnie odwiedzała, przywoziła smakołyki, a także wspierała mnie finansowo. Z ojcem kupili gry planszowe i piłkę dla moich ministrantów. Modliła się dużo, zwykle na różańcu. Nie uwierzyła, gdy otrzymałem nominację na biskupa. W rodzinie uchodziłem za pogodnego człowieka, dlatego gdy zadzwoniłem po ogłoszeniu nominacji, odpowiedziała: „Nie wygłupiaj się!”.

Archiwum rodzinne
Sabina Dziewiecka, Janina Długosz

Odkąd zmarła, ciągle czuję jej obecność. Widzę ją jak dawniej: siedzi w fotelu, a ja klękam przy niej, układam głowę na jej piersi, słyszę bicie serca, a ona obejmuje mnie swoimi ramionami...

* * *

Sabina Dziewiecka
O swojej mamie Sabinie mówi ks. Marek Dziewiecki

– Mama wstawała o piątej rano, by pójść pieszo na Mszę św. do kościoła oddalonego o 2 km od domu. Gdy się budziłem, zdążyła już zrobić zakupy i przygotować śniadanie dla mnie i dla młodszego brata. Pewnego ranka zobaczyłem, że wróciła z kościoła zmoknięta i zziębnięta. Zrobiło mi się jej tak żal, że nie mogłem powstrzymać łez. Poprosiłem, by odtąd nie chodziła codziennie na Mszę św., ale by dłużej spała, bo wtedy będzie bardziej wypoczęta. Mama mnie przytuliła, uśmiechnęła się i wyjaśniła, że właśnie wtedy ma siły, gdy zaczyna dzień od spotkania z Jezusem. Promieniowała przy tym taką mocą i pewnością siebie, że odtąd już nigdy nie zaproponowałem jej postu od Eucharystii.

Nauczyła mnie tego, co decyduje o dojrzałości mężczyzny: zaufania do Boga i szacunku do kobiet. Przy rodzicach czułem się nieskończenie ważny i całkowicie bezpieczny. Wiedziałem, że mogli mnie z jakiegoś powodu upomnieć, a nawet skrzyczeć, nie mogli tylko jednego: przestać mnie kochać. Tuż przed siódmymi urodzinami chciałem przekonać rodziców, że do szczęścia jest mi koniecznie potrzebna pewna zabawka. Mama cierpliwie tłumaczyła, że nie stać nas na zakup elektrycznego autka, a miał takie jeden z kolegów w mojej klasie. W wieku siedmiu lat byłem jednak całkiem podobny do niektórych dorosłych, tzn. zupełnie nie reagowałem na rozsądne argumenty. Oznajmiłem mamie, że nie podniosę się z chodnika, dopóki nie dostanę upragnionej zabawki. Po kilku minutach mama uległa... i kupiła. Wieczorem w czasie kolacji zauważyłem, że mama je suchy chleb i pije herbatę bez cukru. Gdy zapytałem o powód takiego zachowania, odpowiedziała: „Tłumaczyłam ci dzisiaj przed sklepem, że nie stać nas na kupno takiej zabawki, jednak nie chciałeś mnie posłuchać i dlatego przez tydzień będę musiała jeść suchy chleb, żeby zaoszczędzić pieniądze wydane na samochodzik dla ciebie”. W oczach stanęły mi łzy. Przez chwilę patrzyłem to na zabawkę, to na mamusię, to na suchą kromkę chleba w jej dłoniach. Uświadomiłem sobie, że żadne zabawki świata nie mogą mi dać takiej radości, jak jeden uśmiech mamusi czy jedno radosne spojrzenie tatusia. Rzuciłem się mamie w ramiona i zacząłem płakać. Powiedziałem, że też chcę przez tydzień jeść tylko suchy chleb i popijać herbatą bez cukru. Mama szepnęła mi do ucha, że mnie bardzo kocha, i mocno przytuliła. To była dla mnie lekcja panowania nad sobą i odróżniania tego, co jest mi potrzebne do szczęścia, od tego, co jest tylko chwilowym pragnieniem.

Od wczesnego dzieciństwa mama pomagała mi żyć w obecności Boga, ufać Mu nad życie i rozmawiać z Nim o wszystkim, co było dla mnie ważne. Wcześnie nauczyła mnie znaku krzyża i pacierza. Wieczorami czytała mi Biblię i z radością opowiadała o największej historii miłości w dziejach wszechświata: o miłości Boga do ludzi. I do mnie! Moja mama żyła w obecności Boga. Na dziesiątki sposobów zapewniała mnie codziennie o tym, że warto słuchać Boga bardziej niż samego siebie. Może czuła, że przyjdą takie miesiące, w których będę musiał podjąć decyzję o tym, czy pójść za moimi marzeniami, czy też za głosem powołującego mnie Boga? Umiała mnie kochać. Była w tym naprawdę genialna! Potrafiła być czuła i jednocześnie wymagająca, gdy tylko tego potrzebowałem. Jednym spojrzeniem, gestem czy słowem potrafiła mnie mobilizować do rozwoju i do pracy nad sobą. Kształtowała moje sumienie. Fascynowała mnie świętością, którą sama promieniowała na co dzień.

Na wieczną stronę istnienia obydwoje rodzice odchodzili spokojnie. Najpierw – w wieku 88 lat – odszedł tata. Pięć tygodni po jego śmierci mama zaczęła być coraz bardziej zamyślona. I zaczęła słabnąć w oczach. Po sześciu dniach zamyślenia dała mi znak, bym ją przytulił mocniej. I usnęła, po raz ostatni w doczesności. Najwyraźniej uznała, że z tamtej strony istnienia tata nie powinien tęsknić za nią dłużej niż sześć tygodni...

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Abp Ryś do Neoprezbiterów: ja wam przyrzekam, że będę wam Ojcem

2019-05-25 19:11

xpk / Łódź (KAI)

- Ja wam przyrzekam, że będę wam Ojcem, że będę was traktował jako współpracowników, że będę was traktował, jak swoje ukochane dzieci! Przyrzekam wam to za siebie, i przyrzekam wam to za każdego biskupa, który tu będzie na tym miejscu przewodniczył Eucharystii. Obyście nigdy nie zwątpili w tę relację, bo ona jest bardzo ważna! – mówił arcybiskup Grzegorz Ryś do przyszłych kapłanów Kościoła łódzkiego.W sobotę 25 maja, w katedrze łódzkiej abp Grzegorz Ryś metropolita łódzki wyświęcił na kapłanów dziewięciu diakonów Wyższego Seminarium Duchownego w Łodzi. Wraz z metropolitą łódzkim Eucharystię sprawowało kilkudziesięciu kapłanów. Wśród nich byli ksiądz arcybiskup senior Władysław Ziółek, biskup Ireneusz Pękalski i biskup Marek Marczak oraz wychowawcy i profesorowie WSD.

Archidiecezja Łódzka

Po odczytaniu ewangelii, ksiądz rektor imiennie wezwał każdego z kandydatów, a ten odpowiedział na wezwanie – jestem! Po zakończeniu sześcioletniej formacji i po zasięgnięciu opinii wiernych oraz formatorów, 9 diakonów zostało dopuszczonych do przyjęcia święceń w stopniu Prezbiteratu.

-Wchodzicie dziś do wspólnoty, która się nazywa prezbiterium łódzkie – mówił w homilii metropolita łódzki. – Wspólnota – to nie jest układ kolesiów. Wspólnota – to nie jest solidarność zawodowa. Wspólnota – to jest rzeczywista komunia ludzi połączonych wspólną misją, wspólnym wezwaniem, wspólną miłością do Jezusa. To jest komunia ludzi, którzy potrafią być dla siebie braćmi, którzy ze sobą nie rywalizują, którzy się nie ścigają, którzy ze sobą nie współzawodniczą, tylko współpracują. Wspólnota – to jest komunia ludzi, którzy potrafią sobie nawzajem pomóc wtedy, kiedy jeden z nich jest w głębokim kryzysie. Wchodzicie do wspólnoty i macie ją współtworzyć. Niech was ręka Boska broni od myślenia – ja sam, ja sam i lepiej, żeby mi nikt nie przeszkadzał – podkreślił metropolita łódzki.

Zaapelował do nowych kapłanów, aby wyrzucili z siebie to wszystko, co mogłoby oddalać ich od wiernych, do których zostaną posłani. – Święcenia mają was do ludzi zbliżyć. Najgorsze byłoby to, gdyby święcenia was od ludzi oddaliły. Cokolwiek by stało po waszej stronie jako przeszkoda pomiędzy wami, a ludźmi – usuwajcie to! Róbcie wszystko, by ludzie mieli do was dostęp w takim poczuciu, że jesteście jednym z nich – słaby wśród słabych. Dobrze wiecie w jakiej sytuacji o tym mówimy. Dziś jest potężna przeszkoda w naszych relacjach z całym ludem Bożym. Nasza przeszkoda nazywa się zgorszenie. Ta przeszkoda nazywa się brak zaufania. Ta przeszkoda nazywa się grzech publiczny. Musimy wszystko uczynić, by usunąć tę przeszkodę, by ludzie mieli do nas wiarygodny dostęp. To my musimy usuwać tę przeszkodę, bo myśmy ją ustawili – zauważył hierarcha.

Zawracając się do księży neoprezbiterów kaznodzieja powiedział także: – Ja wam życzę Ducha Świętego, który nie objaśnia wszystkiego na początku. Czasami was pośle w taką drogę, że nie będziecie rozumieć co się dzieje, dlaczego nie możecie robić tego, do czego jesteście przekonani, dlaczego nie możecie mówić do tych ludzi, którzy wedle waszej oceny tego strasznie potrzebują. Życzę wam takiej wiary, że przyjedzie taki moment, gdy cała ta droga się rozjaśni, bo Duch na końcu pokaże dlaczego było tak, a nie inaczej. Dokonuje się to w takim momencie, który On sam wybiera. Czasami Boga rozpoznaje się po czasie – zauważył arcybiskup.

Po zakończeniu homilii, kandydaci do święceń położyli się krzyżem na posadzce katedry, a zebrani w świątyni odśpiewali Litanię do Wszystkich Świętych. Po niej nastąpił moment modlitwy konsekracyjnej oraz nałożenie rąk, przez biskupów i obecnych w świątyni kapłanów. Każdy z diakonów swoje dłonie, włożył w dłonie biskupa, składając tym samym przysięgę wierności i posłuszeństwa swojemu ordynariuszowi. Wręczone zostały im także dary ofiarne ludu – chleb i wino, które mocą z wysoka, przez posługę nowych kapłanów, stawać się będą Ciałem i Krwią Chrystusa. Na zakończenie obrzędu świeceń ksiądz arcybiskup przekazał nowym kapłanom znak pokoju – wyraz jedności i przyjęcia nowych księży, za swoich współpracowników, braci i przyjaciół.

Dzisiejsza Msza święta święceń kapłańskich, była pierwszą, którą dziewięciu nowych księży, celebrowało w swoim życiu. Liturgię zakończyły podziękowania skierowane do biskupów, przełożonych seminaryjnych oraz rodziny.

Przed błogosławieństwem metropolita łódzki wręczył księżom neoprezbiterom książeczki jurysdykcyjne (dokument uprawniający do sprawowania sakramentu pokuty i pojednania) testimonia (dokument potwierdzający otrzymanie święceń) oraz dekrety związane z ich przyszłą posługą.

Nowi kapłani Kościoła Łódzkiego zostali posłani do:

Kamil Gregorczyk – parafii p.w. św. Józefa Oblubieńca N.M.P. w Jeżowie.

Łukasz Kaczmarek – parafii p.w. Podwyższenia Krzyża Świętego w Widawie.

Michał Kardynia – parafii p.w. św. Stanisława Biskupa i Męczennika w Rzgowie.

Adrian Matuszewski – parafii p.w. N.M.P. Częstochowskiej w Brzezinach.

Kamil Siuta – parafii p.w. N.S.J. w Kurowicach.

Paweł Skowron – parafii p.w. św. Katarzyny Dziewicy i Męczennicy w Poddębicach.

Marcin Skrzydłowski – parafii p.w. św. Benedykta i św. Anny w Srocku.

Tomasz Szurek – parafii p.w. św. Marcina w Strykowie.

Adrian Zimnowłocki – parafii p.w. Wniebowzięcia N.M.P. w Marzeninie.

W najbliższych dniach księża neoprezbiterzy będą celebrować Msze święte prymicyjne w swoich rodzinnych parafiach, Wyższym Seminarium Duchownym oraz w sanktuarium Matki Bożej Częstochowskiej na Jasnej Górze.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem