Reklama

Komunikat kurii gliwickiej w związku z zatrzymaniem proboszcza z Pawonkowa

2019-06-17 18:18

ks. sw / Gliwice (KAI)

pixabay.com

Kuria gliwicka poinformowała w przesłanym KAI komunikacie, że z głębokim ubolewaniem i zaskoczeniem przyjęła informację o zarzutach postawionych proboszczowi parafii św. Katarzyny w Pawonkowie oraz prowadzonym dochodzeniu prokuratorskim. Wobec księdza podejrzanego o przestępstwa seksualne wobec osoby małoletniej niezwłocznie wszczęto postępowanie kanoniczne, a proboszcz został zawieszony we wszelkich obowiązkach duszpasterskich.

Kuria odnosi się w komunikacie do sprawy ks. Waldemara C., proboszcza z parafii w Pawonkowie w powiecie lublinieckim. Kapłan został zatrzymany pod zarzutem przestępstw o charakterze seksualnym, m.in. dopuszczania się tzw. innych czynności seksualnych wobec osoby małoletniej oraz prezentowania jej treści o charakterze pornograficznym. Po przesłuchaniu w prokuraturze w Lublińcu ksiądz został aresztowany na trzy miesiące.

Mieszkanie ks. C. zostało przeszukane w ubiegły czwartek. Został zabezpieczony sprzęt komputerowy, który zostanie zbadany przez biegłego z zakresu informatyki. Tego samego dnia zatrzymano księdza.

Poniżej pełny tekst komunikatu:

Reklama

Gliwice, 17 czerwca 2019 roku

KOMUNIKAT KURII DIECEZJALNEJ W GLIWICACH W ZWIĄZKU Z ZATRZYMANIEM PROBOSZCZA PARAFII W PAWONKOWIE

Z głębokim ubolewaniem i zaskoczeniem przyjęliśmy informację o zarzutach postawionych proboszczowi parafii św. Katarzyny w Pawonkowie oraz prowadzonym dochodzeniu prokuratorskim. Po otrzymaniu tej informacji została niezwłocznie wszczęta procedura kościelna, zaś proboszcz parafii został zawieszony we wszelkich obowiązkach duszpasterskich.

Równocześnie Kuria Diecezjalna deklaruje wszelką pomoc instytucjom publicznym w wyjaśnieniu sprawy oraz osobom poszkodowanym. Deklarujemy ponadto, że ze strony kościelnej zostaną dołożone wszelkie starania w celu wyjaśnienia okoliczności sprawy.

Kuria Diecezjalna w Gliwicach Kanclerz Kurii

Tagi:
ksiądz

Ks. Prusak SJ: problem odejść księży wymaga głębszej analizy

2019-06-28 21:36

Rozmawiała Maria Czerska / Warszawa (KAI)

- Każdy przypadek odejścia z kapłaństwa to osobna historia. Być może jednak łączy je jakiś głębszy problem, który wymagałby pewnej systemowej analizy – twierdzi ks. Jacek Prusak SJ, teolog, psycholog i psychoterapeuta. W rozmowie z KAI jezuita zwraca m.in. uwagę na problem oderwania formacji seminaryjnej od realiów późniejszego życia księdza diecezjalnego.

Bożena Sztajner/Niedziela

KAI: – Trzeba sobie powiedzieć, że te ostatnie tygodnie nie przynoszą w gruncie rzeczy niczego nowego. Mamy największa liczbę odejść z kapłaństwa w Europie. W skali światowej jesteśmy na drugim miejscu, po USA. Rocznie odchodzi 30–40 księży, również znani i cenieni. Od pewnego czasu to zjawisko jednak narasta. Niepokojące są również samobójstwa wśród księży i kleryków. Okazuje się, że problem dotyczy różnych miejsc w Polsce i duchownych w różnym wieku, o różnym doświadczeniu kapłańskim.

Ks. Jacek Prusak: - Faktycznie w ostatnich tygodniach mamy do czynienia z pewną kumulacją tych przypadków. Te, o których wiemy, nie są ze sobą powiązane personalnie, ale być może łączy je jakiś głębszy wspólny problem. Niewątpliwie coś dzieje się w Kościele w Polsce. Coś dzieje się z duchownymi w naszym Kościele.

- Co, zdaniem Ojca, się dzieje?

– Każdy przypadek to oczywiście odrębna historia. Wydaje mi się jednak, że zjawiska te nie są wystarczająco analizowane od strony systemowej. I takiej odpowiedzi systemowej brakuje gdy mówimy o odejściach z kapłaństwa w Polsce.
Jeśli chodzi o odejścia księży – od kilkudziesięciu lat prowadzone są badania na temat motywów podejmowania takich decyzji. Przeważają cztery. Pierwszy to zakochanie się/pragnienie założenia rodziny. Drugi to obiekcje w stosunku do celibatu. Trzeci to konflikt z przełożonymi i instytucją Kościoła. Czwarty dotyczy poważnych problemów osobistych o podłożu duchowym bądź psychicznym. Należy jednak pamiętać, że zdecydowana większość księży, którzy odchodzą z kapłaństwa ma podwójną motywację wynikająca z poczucia osamotnienia bądź niedocenienia oraz dodatkowych okoliczności, które inicjują kryzys wierności powołaniu.
Warto by było jednak zastanowić się głębiej, czemu te motywy, które nie są przecież nowe, działają dziś z większa siłą. Ciekawym wątkiem, o którym mówili sami księża, którzy zdecydowali się porzucić kapłaństwo, jest pewna bariera, jaką niegdyś stwarzał pontyfikat Jana Pawła II. Niektórzy myśleli o odejściu od dawna, lecz nie byli w stanie podjąć takiej decyzji za życia polskiego papieża. Mieli poczucie, że to jest osobista zdrada Wojtyły. Gdy zmarł, było to dla nich trochę jak śmierć rodzica, którego się teraz już swoją decyzją nie zrani.
Innym czynnikiem są zmiany jakie zaszły w społecznej percepcji księdza jako pośrednika między Bogiem a ludźmi oraz osoby publicznego zaufania. Prywatyzuje nam się wiara, a księża z tym sobie coraz gorzej radzą, bo religijność można kontrolować, ale wiary się nie da. Wierni zaczynają postrzegać księdza bardziej „zwyczajnie” i księża tak też zaczynają postrzegać samych siebie. Jest w pewnym sensie większe społeczne przyzwolenie na niedoskonałość, ale nie na obłudę. Coraz więcej księży mówi otwarcie o tym, że przeszkodą dla ich kapłaństwa jest celibat i że nie chcieliby rezygnować z kapłaństwa ale nie mogą dłużej tak żyć.
Myślę, że wierni doceniają uczciwość takiej deklaracji. Wolą to niż zakłamanie, podwójne życie, ukazywane m.in. w filmie „Kler”, w filmie Sekielskich. Tym być może tłumaczyć można oklaski, które rozległy się w kościele po ogłoszeniu decyzji o odejściu przez proboszcza w Tychach. Księża też mają poczucie, że podwójne życie to najgorsze rozwiązanie.
Kolejna ważna sprawa, niewystarczająco poruszana – to relacje księży z biskupem, ich zawodowy, formalny charakter. To jest problem z obu stron. Mówią o tym księża skarżący się na biskupa i biskup skarżący się na swoich księży.
Warto też wspomnieć o słabości psychicznej niektórych młodych kapłanów, którzy dodatkowo wystawieni są na coraz większy stres. Poziom akceptacji i zaufania dla księży w społeczeństwie od lat spada. Jest zupełnie inny niż niegdyś, gdy się wychowywali lub gdy myśleli o powołaniu. Ludzie są coraz bardziej wymagający, coraz bardziej krytyczni. Dawny model polskiego księdza zderza się z kulturową rzeczywistością, do której nie pasuje i pojawiają się kryzysy.
Dodałbym na koniec problem, jakim jest mała znajomość samych siebie u kleryków a nawet księży. Identyfikowanie się z „rolą księdza” nie wystarcza do określenia siły powołania, nawet jeśli samo pragnienie jest szczere. Wydaje mi się, że w polskim modelu formacji kleryków i młodych księży mylnie założono, że formacja ludzka to formacja do celibatu a nie do dojrzałości a dojrzałość to ugodowość, unikanie napięć, kościelny konformizm.

- Jakiego rodzaju wsparcia ze strony wspólnoty potrzebują księża?

– To jest złożona kwestia. Duchowni nie są uczeni tego, żeby mieć przyjaźnie poza kręgiem swoich kolegów w kapłaństwie. Koledzy mogą być z dzieciństwa, z ławki szkolnej albo z seminarium. Po święceniach duchowni są już księżmi pozostającymi zawsze w asymetrycznej relacji do wiernych. Obie strony mogą się co najwyżej lubić, ale nie może być mowy o jakiejś emocjonalnej zależności. Niektórzy więc maskują swoje człowieczeństwo. W sposób uproszczony traktują twierdzenie, że miłość Boga i miłość do Boga wystarczy im do szczęścia. Ukrywają osamotnienie, ujawniając to ewentualnie jedynie przed kolegami, w przekonaniu, że księdza zrozumie tylko drugi ksiądz.
Dla wielu zakochanie to pierwsze tak intensywne doświadczenie emocjonalne w życiu. Wielu wtedy myśli, że stracili powołanie albo, że nigdy powołania nie mieli. Wcale nie szukają wtedy pomocy. Najczęstszy scenariusz jest taki, że zakochany ksiądz przychodzi po pomoc dopiero w tym momencie, gdy podjął decyzję o odejściu. Zresztą nawet jak sygnalizuje to wcześniej przełożonemu, biskupowi, często może usłyszeć – „to ci przejdzie!”, „przeniesiemy cię, żebyś nie miał kontaktu z tą kobietą”, „czas goi rany...”. To jest za mało.

- Kapłani muszą radzić sobie sami?

- – Nie muszą. Niestety sami księża, zwłaszcza diecezjalni, mówią o tym, że cała formacja seminaryjna od strony ludzkiej jest formacją do życia w samotności pomiędzy innymi księżmi.

- Co należałoby zmienić?

- – Nie chciałbym być recenzentem programu formacji seminaryjnej w Polsce, bo nie zajmuję się wprost formacją kleryków. Wielu księży zwraca jednak uwagę, że model tej formacji oparty jest na modelu zakonnym, który nijak nie przystaje do realiów życia księdza diecezjalnego. Przygotowanie do kapłaństwa odbywa się w sztucznym środowisku a nie w realiach życia. Po święceniach człowiek ląduje na parafii, gdzie rzeczywistość w niczym nie przypomina tego, co dzieje się na co dzień w seminarium.
Pamiętam, jak abp Ryś przed laty w trakcie publicznej debaty mówił o swoim doświadczeniu, gdy był jeszcze rektorem seminarium w Krakowie. Bardzo się starał, by neoprezbiterom wybrać jak najlepsze parafie. Zależało mu, by mieli ułatwiony start. Okazało się, że jeszcze przed końcem wakacji połowa z tych młodych księży przyjechała z pretensjami. To był taki szok, doświadczenie tak odmienne od seminaryjnego. Kompletnie sobie nie radzili, a przecież mieli dobrane „pod siebie” parafie w jednej z najbardziej religijnych diecezji w Polsce.
Zgadzam się z tezą, że obecny model formacji seminaryjnej nie bardzo odpowiada zadaniom, z jakimi się styka ksiądz. Jeśli pozostanie nie zmieniony, prawdopodobnie będziemy mieć z czasem więcej dysfunkcji niż korzyści. Ale przyznam, że nie wiem, jakie konkretne rozwiązania należałoby przyjąć.

- Ciekawy wydaje się model proponowany na Drodze Neokatechumenalnej, gdzie kleryk a potem kapłan pozostaje we wspólnocie, ma żywy kontakt z rodzinami.

– Tak, przyszły ksiądz powinien być formowany we wspólnocie wiernych, to jest jego naturalne środowisko. Natomiast Neokatechumenat to konkretna droga, konkretny wybór. Nie da się tego narzucić wszystkim.
Wśród księży pojawiają się głosy, że być może kleryk powinien być formowany we wspólnocie parafialnej. Mieszkać na parafii i dojeżdżać na zajęcia do seminarium.
Inna sprawa, że nie ma idealnej formacji. I żaden, najlepszy nawet model nie sprawi, że księża nie będą odchodzić z kapłaństwa, przeżywać kryzysów itp. Jako terapeuta przypomniałbym głęboką intuicję Junga, który twierdził, że „największe i najważniejsze problemy w życiu są w zasadzie nie do rozwiązania. Nie można ich nigdy rozwiązać, można z nich jedynie wyrosnąć”. Zawsze jednak warto pozostać otwartym na pomoc i z niej korzystać.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Vincent Lambert nie żyje

2019-07-11 10:02

red/radio zet

Vincent Lambert, francuski pacjent z poważnym uszkodzeniem mózgu nie żyje - podaje AFP. Mężczyzna kilka dni temu został odłączony od aparatury podtrzymującej go przy życiu. 

Vincent Lambert zmarł w czwartek o godzinie 8:24 w Szpitalu Uniwersyteckim w Reims - powiedział AFP jego bratanek Francois Lambert.

Rodzice Francuza Vincenta Lamberta, pozostającego od ponad 10 lat w stanie wegetatywnym, zaakceptowali w poniedziałek decyzję o przerwaniu czynności podtrzymujących go przy życiu. 

Śmierć Vincenta jest teraz nieunikniona, możemy już tylko zrezygnować z walki. Tym razem to koniec.

Nasi prawnicy w ostatnich dniach robili co w ich mocy i starali się wyegzekwować apel ONZ o zawieszenie decyzji sądu. Na próżno

Czynności podtrzymujące przy życiu 42-letniego Lamberta zostały przerwane 3 lipca i były wykonaniem wyroku Sądu Kasacyjnego, który przychylił się do opinii lekarzy, twierdzących, że Francuz nie ma szans na odzyskanie przytomności.

Za zaprzestaniem zabiegów podtrzymujących go przy życiu występowały także żona Lamberta, którą wspierało sześcioro sióstr i braci mężczyzny.

Przeciwni decyzji sądu byli nadal rodzice Lamberta. Jego matka apelowała w ONZ w Genewie o pomoc, a adwokaci zapowiadali, że oskarżą o "morderstwo z premedytacją" lekarza, który nakaże wstrzymanie czynności utrzymujących Lamberta przy życiu. Zdaniem rodziców ich syn był niepełnosprawny, ale nie umierał.

Vincent Lambert uległ wypadkowi samochodowemu w 2008 roku. Mężczyzna doznał nieodwracalnego uszkodzenia mózg. Przy życiu utrzymywała go specjalistyczna aparatura.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Z miłości do śpiewu

2019-07-19 08:52

Anna Gliwa

Przez kilka lipcowych dni Lublin rozbrzmiewał śpiewem ponad 800 chórzystów z Polski i zza granicy, uczestników X Krajowego Kongresu Polskiej Federacji Pueri Cantores.

Paweł Wysoki

Odbywające się co dwa lata kongresy są okazją do wspólnej modlitwy o pokój, wymiany doświadczeń i integracji. Tym razem gospodarzem został Lublin, miasto przeżywające 450-lecie zawarcia Unii Polsko-Litewskiej, a hasłem spotkania słowa Jezusa z Modlitwy arcykapłańskiej: „Aby byli jedno”. Od 4 do 7 lipca goście z 23 chórów koncertowali w różnych kościołach naszej diecezji, podziwiali piękno ziemi lubelskiej oraz wspólnie modlili się o pokój w sercach i na świecie.

Aby byli jedno

Podczas ceremonii otwarcia, jaka z udziałem władz federacji odbyła się u stóp zamku lubelskiego, abp Stanisław Budzik zachęcał chórzystów do gorliwej modlitwy o jedność. Wyjaśniając znaczenie hasła kongresu „Ut unum sint” podkreślał, że pochodzi ono z serca najpiękniejszej modlitwy Jezusa. - W Wieczerniku Jezus modlił się o dar jedności dla swoich uczniów, by tworzyli prawdziwą wspólnotę, by szli głosić Ewangelię na cały świat. Te słowa doskonale brzmią w wmieście, w którym 450 lat temu narody Polski i Litwy podpisały porozumienie. Rzeczpospolita Obojga Narodów na ponad 200 lat, aż do zaborów, połączyła wiele narodów, języków, wyznań chrześcijańskich i religii w pokoju, bez wojen i nienawiści. Dziś nawiązujemy do tego pięknego dziedzictwa, znajdując się w mieście na styku kultur i religii, które promieniuje wołaniem o jedność i przykładem otwierania się na drugiego człowieka - mówił abp Stanisław Budzik. - W jedno zgromadziła nas miłość Jezusa Chrystusa, w jedno zgromadziła nas miłość do liturgii, do muzyki i śpiewu oraz pragnienie jedności. Pracujcie wspólnie i radośnie nad spełnieniem testamentu Jezusa, by wszyscy stanowili jedno - podkreślał Pasterz.

Rozśpiewana rodzina

Wśród uczestników kongresu znalazły się: Ewa, Sonia, Kinga, Ola i Beata z Wodzisławia Śląskiego. Dziewczyny od kilku lat śpiewają w chórze „Canticum Novum” i chętnie uczestniczą nie tylko w próbach i koncertach, ale również w kongresach i spotkaniach integracyjnych. - Kochamy śpiewać, to nasza pasja - podkreślają zgodnie. Gdy kilka lat temu założycielka i dyrygentka chóru zaproponowała im przygodę ze śpiewem, nie sądziły, że stanie się ich sposobem na życie. - W każdym tygodniu mamy co najmniej dwie próby, do tego dochodzą koncerty i wyjazdy, ale żadna z tych chwil nie jest zmarnowana - mówi Beata. - Dzięki chórowi mamy wielu przyjaciół; choć jesteśmy z różnych szkół i w różnym wieku, tworzymy rozśpiewaną rodzinę. Kto do nas dołączył, nie może się z nami rozstać - śmieje się Ola. Najmłodsi chórzyści mają zaledwie 10 lat, a najstarsi ponad 20, ale to nie przeszkadza w czerpaniu radości z rozwijania talentów. Na początku zespół tworzyło zaledwie kilkanaście osób, dziś jest ich ponad 40. W repertuarze mają przeróżne utwory, na koncie wiele nagród i występów, ale najchętniej śpiewają w kościele. - Chociaż jesteśmy młodymi ludźmi i często sięgamy po muzykę rozrywkową, tak naprawdę wolimy śpiewać w kościołach. Pieśni liturgiczne mają niezwykłą moc, są piękne, a ich brzmienie porusza serca i unosi ku Bogu - dzieli się Sonia, której ulubioną pieśnią jest „Da pacem Domine”.

Gra o najwyższą stawkę

Zwieńczeniem kongresu był koncert galowy w kościele pw. Świętej Rodziny w Lublinie oraz Msza św. w sanktuarium Matki Bożej Latyczowskiej Patronki Nowej Ewangelizacji. - Śpiewajcie z radością, dziękujcie za talent, którym obdarzył was Bóg i pamiętajcie, że prawdziwa radość to nie dobry humor, ale pokój w sercu, który daje Chrystus. Nieście pokój do waszych miast i wsi, niech przez waszą postawę i śpiew otwierający ludzi na Boga przybliża się Królestwo Boże na ziemi - mówił na zakończenie abp Stanisław Budzik. Metropolita Lubelski pozostawił rozśpiewanej młodzieży ważne przesłanie: - „W Kościele Chrystusa nie ma miejsca na widzów i statystów, którzy nie podejmują działań. W Kościele wszyscy grają o najwyższą stawkę, o szczęście i zbawienie. Przymierzmy się do roli, jaką napisał dla nas Pan, jak prowadzi nas Boski reżyser Duch Święty, i zagrajmy tę rolę dobrze, nie fałszujmy. Śpiewajmy Panu pieśń nową: głosem, sercem, życiem”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem