Reklama

Historia

Śniadeckich 55 - wspomnienie o Szczepanie Jankowskim

[ TEMATY ]

wspomnienia

organista

ARCHIWUM RODZINNE JANKOWSKICH

Wojna zakończyła się dla mnie opuszczeniem ukochanego, rodzinnego Wilna. Po krótkim, paromiesięcznym zamieszkaniu w Toruniu, w którym jeszcze urzędowała sowiecka komendantura, licznie rozlokowane były wojskowe, frontowe szpitale i „regulirowszczyce” kierowały jeszcze ruchem na rogach ulic, zjechaliśmy do Bydgoszczy, gdzie był spokój i nastrój taki, jakby wojna ominęła to miasto. Jako repatrianci, którzy przyjechali z dwudziestokilogramowym dobytkiem na osobę, czuliśmy się nieswojo w tej enklawie nietkniętego przez wojnę mieszczaństwa. Dopiero potem dowiedzieliśmy się o „Krwawej Niedzieli” i innych represjach, jakie dotknęły patriotów bydgoskich.

Rodzice otrzymali przydział do dużego, sześciopokojowego mieszkania doktora Franciszka Nowickiego. Mieściło się w domu przy ulicy Śniadeckich 55, na drugim piętrze, pod numerem 3. Przydzielenie nam dużego pokoju za ścianą gabinetu przyjęć, oraz małego pokoiku, w którym zainstalowano kuchenkę gazową a z czasem i ubikację za kotarą, nie mogło budzić zachwytu w dotychczasowych właścicielach, zwłaszcza że na początku musieliśmy korzystać ze wspólnej toalety, co wymagało przechodzenia przez salon pana doktora. Jego samego niemal nie spotykaliśmy - był stale zajęty. Za to jego gospodyni, mrukliwa jak niemowa, patrzała na nas a szczególnie na mnie zezem. Wyraźnie nie mogła nam darować naruszenia spokoju tego solidnego, mieszczańskiego domu. Okna naszego pokoju, w którym spaliśmy: ojciec, matka i ja i który służył nam też za salon i jadalnię, wychodziły na skwer z barokowym, białym kościołem pod wezwaniem Najświętszego Serca Pana Jezusa. Balkon był dla nas niedostępny, chociaż rozciągał się pod naszym oknem.

Wrażenie samotności i izolacji spotęgowała się jeszcze w szkole. We wrześniu 1945 r. zostałem przyjęty do pierwszej klasy I Państwowego Gimnazjum i Liceum im. Ludwika Waryńskiego (obecnie C. K. Norwida). Jeszcze w Toruniu musiałem zdawać egzamin do gimnazjum, jako iż podczas okupacji uczyłem się w domu i na kompletach, gdyż rodzice nie posyłali mnie do okupacyjnej szkoły, ani litewskiej, ani niemieckiej, ani sowieckiej. Egzamin ten zdałem o trzy lata przedwcześnie, co zarzutowało na całe moje życie, gdyż odtąd wszędzie i zawsze byłem najmłodszy. Także teraz, w pierwszej klasie gimnazjum.

Początki były trudne. Byłem nie tylko najmłodszy. Odróżniałem się wyraźnie strojem od kolegów. W chwilach konfliktowych padało nieraz określenie: „kołchoźnik”. Ale z czasem lepszego poznawania się, te nastroje przeszły i dzisiaj potrafię docenić tę szkołę jako znakomitą a przyjaźnie tam powstałe - jako mocne i długotrwałe. Niestety, wielu kolegów jest już na tamtym, lepszym świecie. Większość nauczycieli, wraz z dyrektorem Czesławem Zgodzińskim stanowiła kadrę przedwojenną. Polonistki, łacinniczka, historyk. To było naprawdę wspaniałe gimnazjum i liceum o profilu klasycznym. Ogromną rolę w scementowaniu nas odegrało harcerstwo. Jestem dumny, że mogłem się szkole odpłacić, realizując jako producent, film i serial „Sekret Enigmy”, którego jednym z trzech głównych bohaterów, pogromców niemieckiej Enigmy, był absolwent naszej szkoły Marian Rejewski. Ale na razie, pierwsze miesiące były trudne.

Reklama

W nasze przebywanie pod Śniadeckich 55 m.3 szybko wdarła się muzyka. Piętro wyżej nad nami, pod numerem 5, odbywały się stałe, męczące nas ćwiczenia na pianinie. Musiało to doprowadzić do spotkania i poznania mieszkającej nad nami rodziny państwa Jankowskich. I od razu przerwała się zasłona osamotnienia i izolacji. Najszybciej oczywiście poznałem się z moim rówieśnikiem (no, odliczywszy tę moją „najmłodszość” czyli małą różnicę lat). Olaf już wtedy, jak i przez całe życie, odznaczał się wrodzonym optymizmem, otwartością, łatwością nawiązywania przyjaźni. To on był jedną z osób zakłócających ciszę naszego domu wprawkami muzycznymi. Drugą był jego brat, Arkady. Ten fascynował mnie wymarzonym wtedy przez wszystkich chłopaków battle dresem. Dopiero co wrócił z armii Andersa. To przez ten mundur, nie dopuszczono go do muzycznych studiów, a jak twierdzi Olaf miał wybitny talent muzyczny i po ojcu, absolutny słuch. Pracował więc w banku przy ulicy Gdańskiej.

I była trzecia osoba: Pan Szczepan Jankowski. Ten budził we mnie zainteresowanie i jednocześnie niepokój. Rzadko się odzywał. Albo grał swoje ćwiczenia, albo siedział nad nutami. Nie od razu zauważyłem, że nakłuwał białe karty papieru alfabetem Braille’a. Zawsze w czarnym ubraniu lub kamizelce i śnieżnobiałej koszuli. Wielokrotnie go obserwowałem jak wychodził z domu. Sztywno wyprostowany, szybkim krokiem, jakby podkreślającym jego samodzielność i niezależność, przemierzał ulicę Śniadeckich i wchodził do kościoła pod wezwaniem Najświętszego Serca Pana Jezusa, mijając skwer, który nosi dzisiaj jego imię. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że pracował w tym kościele od 1922 r.

Minęło wiele czasu, nim poznałem z rozmów z Arkadym a przede wszystkim z Olafem swoistą, patriotyczną aurę i historię tego kościoła. I że księża: błogosławiony Narcyz Putz oraz błogosławiony Franciszek Dachtera zginęli w Dachau a ks. kanonik Kazimierz Stepczyński został skrycie zamordowany przez Niemców. Następną, patriotyczną działalność w murach tej świątyni zapisał Szczepan Jankowski, ich uczeń i następca. Był wszechstronnie, muzycznie wykształcony. Kończył Konserwatorium w Poznaniu oraz Akademie Muzyczne w Lipsku i Monachium. Przez wybuch wojny nie zdążył już skorzystać z przyznanego mu w 1939 r. stypendium Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego.

Reklama

Bywałem w kościele Serca Jezusowego, by posłuchać jego gry: Bacha, Bethovena, Haendla. I dużej piękności, jego własnych, sakralnych kompozycji. Stworzył ich ponad 130. Ponadto 64 pieśni dla prowadzonego przez siebie chóru „Harmonia” , którego był dyrektorem i dyrygentem, oraz 4 msze. Jego gra była niezwykle porywająca, dynamiczna. Organy pod jego dłońmi i stopami były jakby ogarnięte szaleństwem. Nie były częste te moje wizyty w kościele Seca Jezusowego. My gimnazjaliści z placu Wolności, umundurowani, ze sztandarem naszej Piątej Bydgoskiej Drużyny Harcerzy i z orkiestrą, chodziliśmy do naszego, gimnazjalnego kościoła Klarysek. Tak było do rozwiązania harcerstwa w 1949 r.

Moja mama, która często po mnie zachodziła do Państwa Jankowskich, zaprzyjaźniła się z Władysławą Jankowską. Była bardzo otwarta (jak Olaf). Skora do uśmiechu i bardzo gościnna, co sobie bardzo ceniłem, bo u nas się nie przelewało. Mój ojciec, oficer, akowiec, nie ujawniwszy się, pracował na bardzo skromnej posadce w „Społem”.

Minęło sporo czasu do chwili, kiedy dowiedziałem się, że Pan Szczepan był niewidomy. Jego ojciec - kowal sprzedał kuźnię a więc swój warsztat pracy, gdy ośmioletni Szczepan stracił wzrok w wyniku zachorowania na odrę. O tym się raczej u Państwa Jankowskich nie mówiło wcale, albo bardzo powściągliwie. A może to Pan Szczepan i jego obserwacja wpłynęły na to, że pierwszym moim absolwenckim filmem po Wyższej Szkole Filmowej w Łodzi był „I dla nas świeci słońce”, poetycki reportaż o bydgoskim zakładzie dla niewidomych z ulicy Krasińskiego? Czy nie mam prawa dopatrywać się metafizyki w fakcie, że to zakład, który skończył Szczepan Jankowski i gdzie odkryto Jego talenty muzyczne?

Wspominałem, że Olaf był bardzo towarzyski. Dodam, że szczególnie wobec dziewcząt. Szczery, wesoły, lubiący dowcipy miał u nich niezwykłe powodzenie. Odwrotnie niż ja, wychowany bez siostry, bez towarzystwa dziewcząt podczas wojny, obecnie uczeń męskiego gimnazjum. Byłem sztywny wobec nich i nie umiałem z nimi rozmawiać. Sukcesy towarzyskie Olafa doprowadziły do powstania kółka, które ja nazwałem od pierwszych liter naszych imion IBOZLO (Inka, Bohdan, Zbyszek, Lusia i Ola). W tym kółku przeżywaliśmy pierwsze sympatie, pocałunki, inspirowane przeróżnymi niewinnymi grami a ja przeżyłem pierwszą, szczeniacką, platoniczną miłość do Inki. Oczywiście w IBOZLO rej wodził i był pierwszym Don Juanem Olaf. Potem nasze drogi się rozeszły, porozjeżdżaliśmy się do innych miast. Olaf pozostał wierny IBOZLU do końca. Opiekował się chorymi z IBOZLA, utrzymywał kontakty. Miało to znaczenie, bo Lusia i Inka odeszły już na tamten świat. Zbyszek gdzieś w Łodzi choruje samotnie i Olaf ostatnio kilkakrotnie mnie molestował, bym go odszukał.

Dopiero w czasie naszej wieloletniej przyjaźni Olaf mi powiedział, że do swego mieszkania nad nami, Państwo Jankowscy wrócili dopiero po wojnie. Po aresztowaniu Pana Szczepana za konspirację, byli wyrzuceni przez gestapo do piwnicy, gdzie grasowały szczury, Pan Szczepan rzeczywiście konspirował w ramach chóru „Harmonia”. Gestapo znalazło w zapleczu organów tajne dokumenty. Pan Szczepan wprawdzie wyparł się ich, zasłaniając się swą niepełnosprawnością, ale represje spadły na rodzinę. Pani Władysława Jankowska również była zaangażowana w konspirację. To ona była kurierem zanoszącym i ukrywającym tajne dokumenty w kościele. Pan Szczepan podczas Mszy Świętych niejednokrotnie wplatał w motywy kościelne polskie pieśni patriotyczne. W przepełnionym kościele, do którego nieraz zachodzili też Niemcy, jakże odważnie brzmiało „Boże coś Polskę” lub „Jeszcze Polska nie zginęła”.

Olaf, który dzisiaj, idąc w ślady ojca jest również wybitnym organistą - wspomniał, że ojciec był urodzonym konspiratorem. Olaf był z ojcem w gestapo, gdzieoOjciec starał się o pozwolenie śpiewania po łacinie. Motywował tym, że: „zanim wierni nie nauczą się po niemiecku” i uzyskał to pozwolenie. Wtedy wraz z błogosławionym ks. Franciszkiem Dachterą przygotowywali przekłady polskich pieśni patriotycznych na łacinę i chór „Harmonia” śpiewał je pod jego batutą, jednocześnie: głośno po łacinie i ciszej po niemiecku.

Bydgoski literat Jerzy Sulima Kamiński pisał w swej książce „Most Królowej Jadwigi”: …”Pójdziemy do kościoła na plac Piastowski posłuchać niemieckiego kazania. Wita nas organowa muzyka „Vater Unser” a pod koniec mszy organista Jankowski zagra na organach coś, co przejmuje do szpiku kości- oczyszczające, płomienne akordy. Cóż to gra organista Jankowski? „Bogurodzicę”! I tak właśnie było. Jedni opuszczali w pośpiechu kościół, inni z bijącym sercem i gardłem zdławionym łzami, słuchali „Mazurka Dąbrowskiego”. I tak trwała w tym koszmarnym czasie Polska przy placu Piastowskim”…

Za życia Pana Szczepana co niedziela odbywały się koncerty organowe w jego wykonaniu. Miałem szczęście uczestniczyć w niektórych. I zawsze zostawałem pod ich wielkim wrażeniem. Pan Szczepan koncertował wiele. Zarówno w kraju, jak i za granicą. W 1964 r. papież Paweł VI nadał mu medal „Pro Ecclesia et Pontifice”. Nie liczymy wielkiej ilości kościelnych i świeckich dyplomów. Na temat Pana Szczepana powstała bogata publicystyka i kilkanaście prac magisterskich. 3 kwietnia 2008 roku na naszym domu przy Śniadeckich 55 dumnie zawisła marmurowa tablica z wizerunkiem wirtuoza grającego na organach, z napisem, który głosi:

W tym domu mieszkał
Niewidomy Wirtuoz
Kompozytor i Dyrygent
Długoletni Organista w Kościele
PW. Najświętszego Serca Pana Jezusa

A 8 listopada 2010 została mianowana imieniem Szczepana Jankowskiego ulica przylegająca do jego umiłowanego kościoła.

Dziś Olaf, który jest moim najlepszym przyjacielem - a dotyczy to także naszych żon - mojej Lucyny i jego Marysi, wspomina: „Byłem nastolatkiem, gdy podziwiałem odwagę mego Ojca i Mamy. Jestem dumny, że miałem takich rodziców. Wszczepili oni w moje serce miłość Ojczyzny i głęboki patriotyzm”. Doskonale rozumiem Olafa. Moim rodzicom wyryłem na grobie: „wdzięczny za przekazanie miłości Ojczyzny - syn”. Leżą w Bydgoszczy na cmentarzu pod tym samym wezwaniem Najświętszego Serca Jezusowego co kościół, któremu swoje przedwojenne, wojenne i powojenne życie i swoją muzykę, poświęcił niewidomy wirtuoz organowy Szczepan Jankowski. Ojciec mojego przyjaciela, również wybitnego organisty i również jak on - patrioty.

Bohdan Poręba Reżyser filmu teatru i telewizji

2013-04-19 11:02

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Przygoda życia

Praca organisty jest przede wszystkim służbą. Organista daje ludziom muzykę, która pomaga w modlitwie i ma się podobać Bogu. Ze Stanisławem Maryjewskim, organistą archikatedry lubelskiej, rozmawia Urszula Buglewicz.

Urszula Buglewicz: Pod koniec stycznia tego roku, po dwóch latach renowacji, zostały oddane do użytku organy w archikatedrze lubelskiej. Co może Pan powiedzieć o tym instrumencie?

Stanisław Maryjewski: Organy w archikatedrze lubelskiej to największy pneumatyczny instrument w diecezji. Zostały ufundowane w 1935 r. przez bp. Mariana Fulmana, przy pomocy kapituły katedralnej i wiernych. Zamówienie zrealizowała warszawska firma Homan-Jezierski. 85 lat użytkowania spowodowało stosunkowo niewielkie ubytki i zmiany w dyspozycji. To niemal cud, że instrument przetrwał pożogę wojenną praktycznie nienaruszony, chociaż katedra była poważnie zniszczona. Organy były sprawne do końca. 6 stycznia 2018 r. zagrałem na nich ostatni koncert przed rozbiórką. Czynnych było wówczas 41 z 50 głosów.

Na czym polegała renowacja instrumentu?

Przede wszystkim na uporządkowaniu, uzupełnieniu i częściowym przywróceniu oryginalnej dyspozycji z lat budowy. Było to możliwe dzięki temu, że na urządzeniach wewnątrz stołu gry znaleziono podczas rozbiórki zapiski dotyczące pierwotnej szaty brzmieniowej, co potwierdziły również zachowane dokumenty. Po licznych konsultacjach podjęto decyzję, że oryginalna dyspozycja nie będzie odtworzona w całości, a poprzez uruchomienie głosów, które w ostatnich latach były nieczynne, oraz dodanie nowych rejestrów, instrument zyska cenne walory koncertowe. Dziś organy brzmią zatem prawie dokładnie tak, jak zaplanował to budowniczy.

Jak w kilku słowach oddać ogrom przeprowadzonych prac?

Instrument został zdemontowany i przewieziony do warsztatu. Wszystkie części zostały dokładnie wyczyszczone, stół gry przeszedł generalną renowację. Uzupełniono również ubytki i przebudowano niektóre mechanizmy, tak by funkcjonował lepiej. Wyczyszczone zostały wszystkie piszczałki, których w organach jest 3330. Najmniejsza ma zaledwie 1,5 cm, a największa aż 8,5 m. Z kościoła widać zaledwie niewielką ich część, tzw. piszczałki frontowe. Niektóre z nich są tylko wypełnieniem architektonicznym, zamykającym najwyższą w Lublinie bryłę prospektu. Każda piszczałka została zdjęta, wyczyszczona, sprawdzona i założona na miejsce. Procesowi renowacji zostały też poddane wszystkie wiatrownice i miechy. Odnowiony prospekt będzie cieszył oczy wiernych przez kolejne dziesięciolecia. Całość prac prowadził lubelski organmistrz Krzysztof Deszczak z kilkuosobowym zespołem, ale też liczni podwykonawcy, w tym stolarze, konserwatorzy, złotnicy... Nad przywróceniem pierwotnego piękna instrumentu przez dwa lata pracowało naprawdę wiele osób. Ja również miałem w tym swój udział poprzez konsultowanie szaty brzmieniowej.

Czym, oprócz wielkości, wyróżnia się instrument?

Organy w archikatedrze lubelskiej to typowy instrument romantyczny. Posiada unikatowy zestaw głosów naśladujących brzmienie instrumentów z orkiestry symfonicznej, w tym dużą różnorodność instrumentów dętych i smyczkowych. Układ klawiatur pozwala zagrać wszystko, natomiast sama dyspozycja najlepiej sprawdza się w repertuarze romantycznym z kręgów niemieckiego, francuskiego i polskiego. Lista kompozytorów jest długa: poczynając od Mendelssohna, poprzez Liszta, Regera, Francka, Widora, Nowowiejskiego... Na tym instrumencie doskonale brzmią także utwory współczesne.

Kiedy zainteresował się Pan grą na organach?

W mojej rodzinie nie ma tradycji muzycznych, poza wujkiem, który dawno temu grał na trąbce. Mimo to już w dzieciństwie zachwyciłem się dźwiękiem muzyki organowej. Moi rodzice przez wiele lat śpiewali w kościelnych chórach. Wiara zawsze była najważniejszą wartością. Byliśmy związani z Kościołem, znaliśmy wielu kapłanów. Tato pisał wiersze religijne, często prezentował je w różnych parafiach. W czasie wakacji odwiedzałem wraz z nim kościoły i fascynowało mnie piękno muzyki, zwłaszcza brzmienie organów. Chciałem na nich grać, ale na początku nauki miałem ogromne problemy z przyswojeniem zapisu nutowego. Zacząłem więc szkicować prospekty organowe. Z mojego rysowania nic nie wyszło, ale dzięki cierpliwym nauczycielom opanowałem nuty i podjąłem naukę w szkołach muzycznych. Pan Bóg tak poprowadził moje losy, że mogę dziś służyć w mieście, w którym się urodziłem i wychowałem.

Czym dla Pana jest praca organisty w archikatedrze lubelskiej?

Każdy organista powinien chcieć, by jego praca była przede wszystkim modlitwą i służbą. Pierwiastek wiary jest tu najważniejszy. Od 23 lat jestem organistą, pracowałem w kilku dużych parafiach w Lublinie. Propozycję pracy w archikatedrze przyjąłem z wielką radością. Wcześniej zdarzało mi się tu grać koncerty. Nagrałem również płytę, a czasem zastępowałem organistę lub akompaniowałem chórowi seminaryjnemu. Znałem też proboszcza, ks. Adama Lewandowskiego, którego bardzo cenię jako człowieka, kapłana i pracodawcę. Nie wiedziałem, czy jako najmłodszy członek zespołu katedralnego sprostam oczekiwaniom, ale postanowiłem, że spróbuję. Praca w katedrze to najpiękniejsza przygoda mojego życia. To duża odpowiedzialność, ale też wielka satysfakcja. Gram podczas Mszy św. i nabożeństw, którym przewodniczą biskupi. Jedną z najpiękniejszych jest dla mnie Liturgia z udzieleniem sakramentu kapłaństwa. Cenię również fakt, że katedra jest sanktuarium maryjnym. Mój tato pochodzi z maryjnej parafii na Śląsku, dlatego w domu rodzinnym zawsze ważny był kult Matki Bożej. Wszystko to sprawia, że moja praca jest przede wszystkim służbą. Łączy się z prestiżem i zarobkiem, ale nie są to wartości nadrzędne. Jako organista daję ludziom muzykę, która, mam nadzieję, pomaga im w modlitwie, i ma się podobać Bogu.

Stanisław Maryjewski; Organista archikatedry lubelskiej, członek Komisji ds. Muzyki Kościelnej, wykładowca Studium Organistowskiego w Lublinie, autor muzyki do wielu pieśni i nabożeństw. Nagrał ponad 20 płyt z muzyką organową. Koncertuje w kraju i za granicą.

CZYTAJ DALEJ

Transmisja Mszy św. z kaplicy na Jasnej Górze

2020-03-23 13:11

[ TEMATY ]

Msza św.

Aby umożliwić osobom pozostającym w domu duchową łączność ze wspólnotą Kościoła, Tygodnik Katolicki "Niedziela" na swoim portalu niedziela.pl uruchamia transmisje Mszy św. z kaplicy Cudownego Obrazu na Jasnej Górze.

PROGRAM DNIA. Kaplica Cudownego Obrazu Matki Bożej.

Msze św. w dni powszednie: 6:00, 7:00, 7:30, 8:00 (j. łaciński), 9:30, 11:00, 15:30, 18:30;

Msze św. w soboty, niedziele i uroczystości: 6:00, 7:00, 8:00 (j. łaciński), 9:30, 11:00, 12:30, 14:00, 15:30, 17:00, 18:30, 20:00;

Zasłonięcie Cudownego Obrazu: 12:00 w dni powszednie, 13:30 w soboty, niedziele i uroczystości;

Odsłonięcie Cudownego Obrazu: 6:00 codziennie, 13:30 w dni powszednie, 14:00 w soboty, niedziele i uroczystości;

Godzinki ku czci Niepokalanego Poczęcia NMP: 5:30 codziennie; Różaniec: 16:00 w dni powszednie, 16:15 w niedziele i uroczystości;

Droga Krzyżowa: 16:45 w Wielkim Poście;

Apel Jasnogórski: 21:00 codziennie;

Nowenna do Matki Bożej Jasnogórskiej: 18:00 w każdą sobotę;

Akatyst z modlitwą o pokój dla świata: 20:00 w każdą sobotę;



CZYTAJ DALEJ

Dom Pielgrzyma na Jasnej Górze bezpłatnie udostępni 110 pokoi częstochowskim służbom medycznym

2020-04-03 10:29

[ TEMATY ]

Jasna Góra

koronawirus

jasnagora.com

Dom Pielgrzyma na Jasnej Górze bezpłatnie udostępnia 110 pokoi częstochowskim służbom medycznym, które w trosce o najbliższych muszą być poza domem.

Tą informację podało na Twitterze Biuro Prasowe Jasnej Góry. Jak informują:

- Jest to reakcja Paulinów na konkretne potrzeby w czasie epidemii. Miejsce nosi imię św. Jana Pawła II i jest trwałą pamiątką I wizyty papieża z 1979r.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję