Reklama

Duszpasterz japońskiej Polonii o nadziejach związanych z wizytą Franciszka i o sobie... (wywiad)

2019-11-14 18:24

Rozmawiał Krzysztof Tomasik (KAI) / Tokio

Nasz Dom Japonski
Duszpasterz Polonii japońskiej O. Paweł Janociński OP

Nadzieje związane z wizyta papieża Franciszka w Japonii należy widzieć na dwóch płaszczyznach: ogólnonarodowej oraz dotyczącej katolików - uważa o. Paweł Janociński, dominikanin od ponad 40 lat pracujący w Kraju Kwitnącej Wiśni. W rozmowie z KAI wykładowca na Uniwersytecie Białej Lilii i w Centrum Nicholasa Barré w Tokio oraz duszpasterz japońskiej Polonii mówi m.in. o "blaskach i cieniach" społeczeństwa japońskiego, religijnym synkretyzmie, relacjach chrześcijańsko-buddyjskich, przeszkodach w ewangelizacji Kraju Kwitnącej Wiśni i wyzwaniach jakie stoją obecnie przed japońskim Kościołem.

Krzysztof Tomasik (KAI): Japończycy to w 99 proc. niechrześcijanie. Czy wiążą oni z wizytą papieża Franciszka jakieś nadzieje? Co na ten temat mówią media a także pytani przez Ciebie konkretni ludzie? O. Paweł Janociński OP: Wydaje się, że oczekiwania większości Japończyków wobec wizyty papieża jako światowego autorytetu duchowego, moralnego a także politycznego dotyczą pokojowej, powojennej tradycji tego kraju. Można tu zacytować działaczy organizacji pokojowych, którzy czekają na mocne słowa Franciszka w Nagasaki i Hiroszimie dotyczące m.in. likwidacji przez wszystkie kraje broni atomowej. Warto też zwrócić uwagę, że oczekiwania te są wypowiadane w kontekście militarystycznych zapędów obecnego rządu, podczas gdy większość Japończyków pragnie dalej pokojowego rozwoju kraju bez brania udziału w wyścigu zbrojeń.

KAI: Czy papież w Japonii zetknie się z „ponowoczesną próżnią” jak uważa kard. Jean-Claude Hollerich, który dobrze zna Japonię, bo pracował tam przez 17 lat jako jezuicki misjonarz? - Do tej intrygującej skądinąd wypowiedzi ustosunkował się ostatnio m.in. prowincjał tutejszych dominikanów o. Jean Hisao Miyamoto. Powiedział on, że papież raczej nie spotka w Japonii „próżni”. Podał przykład swojej drogi życiowej. Pochodzi on z typowej szintoistyczno-buddyjskiej rodziny z Niigata, która żyła w oparciu o tradycyjne wartości obecne w tych religiach. W jego przypadku stało się jednak tak, że zapragnął pogłębić wartości zaszczepione mu przez rodzinę, szkołę i religię. Stąd kolejnym jego krokiem życiowym był chrzest w Kościele katolickim a później odkrycie w sobie powołania kapłańskiego i zakonnego. Podobnych losów życiowych w Japonii można spotkać wiele.

- Jak papieska pielgrzymka obecna jest w mediach?

- Media stale informują o programie papieskiej pielgrzymki. Ale podają też i pewne konkretne działania związane z pielgrzymką, które w kontekście japońskiej kultury, paradoksalnie, bardzo się liczą. Na przykład dziennik "Asahi Shimbun" opisał historię uczniów pewnej szkoły, którzy chcą wybrać się na wycieczkę wieńczącą ich kilkuletnia naukę do Hiroszimy i odwiedzić tam m.in. Muzeum Pokoju. Okazało się, że termin ich przyjazdu zbiega się z pobytem Franciszka w tym miejscu. Nauczyciel szkoły napisał o tym do papieża i otrzymał od niego odpowiedź, w której Ojciec Święty zaprasza ich wszystkich 24 listopada na wspólną modlitwę o pokój. Zostało to przyjęte z wielką wdzięcznością. Z kolei Muzeum Pokoju tego dnia znacznie przedłużyło godziny otwarcia biorąc pod uwagę te nadzwyczajne okoliczności. Ten drobny papieski gest jest szeroko komentowany. Tego typu życzliwość po prostu niezwykle ujmuje Japończyków.

- Jak skomentowałbyś hasło papieskiej pielgrzymki: "Chronić każde życie"? - Hasło: "Chronić każde życie" po angielsku i po japońsku, czyli poszanowanie ludzkiego życia we wszystkich jego aspektach, widnieje na niezliczonych plakatach rozwieszonych w całym Tokio. Chodzi szczególnie o zwrócenie uwagi na poszanowanie życia nienarodzonych, co niestety dla wielu Japończyków nie jest problemem. Co ciekawe z papieską wizytą duże nadzieje wiążą nawet skazani na karę śmierci więźniowie. Jeden z nich, ochrzczony w więzieniu katolik twierdzi, że został skazany niewinnie i od lat czeka na wykonanie wyroku śmierci. O jego losie napisał niedawno, w kontekście przyjazdu papieża, w obszernym artykule dziennik "The Japan Times". Czy wizyta przyczyni się zatem także do zniesienia kary śmierci w Japonii? Zobaczymy. KAI: Jakie znaczenie wizyta ma dla "małej trzódki" japońskich katolików?

- Przeprowadziłem sondę wśród ok. 20 osób, studiujących Pismo Święte w katolickim centrum Nicholasa Barré w Tokio. Poprosiłem o krótką odpowiedź na pytanie, jakie nadzieje wiążą z papieską pielgrzymką. W odpowiedzi niektórzy napisali, że już sam fakt uczestniczenia w papieskiej Mszy św. stanowić będzie dla nich olbrzymie umocnienie wiary tutejszego Kościoła nie tylko wśród wiernych, a może jeszcze bardziej w odniesieniu do duchownych, którzy wpadają często w pułapkę traktowania parafii jako małej firmy. Niektórzy podkreślali, jak wielkie znaczenie miały tu papieskie Msze św. pod przewodnictwem św. Jana Pawła II przed 38 laty. Inna osoba napisała, że ostatnio daje się zauważyć spadek zainteresowania chrześcijaństwem w Japonii i dlatego byłoby wielką łaską, gdyby „gorące” papieskie przesłanie dotarło szczególnie do młodych Japończyków. Inna odpowiedź dotyczyła nierówności społecznych, spychania na margines słabszych, znęcania się na uczniami w szkołach itp. "Papież zapewne zgodnie ze swoim nauczaniem stanie po stronie słabych i odtrącanych. Być może po rozmowie z cesarzową Masako, która ma wykształcenie katolickie, umocnią się w niej chrześcijańskie wartości, które później zaowocują w jej wypowiedziach i działaniach. Podobnie rozmowa papieża z premierem Shinzō Abe może przekona japońskiego polityka, że istnieje inne spojrzenie na sprawowanie władzy, które polega nie tylko na przystawaniu z bogatymi i możnymi tego świata, ale obejmuje również ludzi biednych, dotkniętych kataklizmami itp." - napisano w odpowiedzi na moje pytanie. Przeglądając ostatnie numerów tygodnika katolickiego „Katorikku Shimbun” w nagłówkach dotyczących przyjazdu papieża, obok jego imienia pojawia się często słowo „Serei”, oznaczające Ducha Świętego. Być może tkwi w tym jakieś ukryte pragnienie duchowej przemiany Kościoła, który jakby dostał „zadyszki” lub „przesilenia” po dynamicznym okresie rozwoju w latach powojennych. W jednej z wypowiedzi moich respondentów ta nadzieja została wyrażona następująco: „Oby nasz Kościół w kontekście wizyty papieża otworzył się na dary Ducha Świętego, który jest Ojcem ubogich, Dawcą darów mnogich i Światłością sumień”.

- Teraz przejdźmy do osobistych spraw. Kiedy zaczęła się Twoja przygoda z Japonią?

- O. Paweł Janociński: Od przyjazdu do Krakowa w 1974 r. ojca Marie Shigeto Oshidy OP, jednego z japońskich pionierów dialogu chrześcijańsko-buddyjskiego. Byłem wtedy klerykiem. Opowiadał nam wiele o swoim kraju i zachęcał do przyjazdu, aby wspomóc miejscowych dominikanów. Po święceniach kapłańskich zdecydowałem się. Wyjechałem w 1977 r. Byłem drugim, obok o. Czesława Forysia, polskim dominikaninem, który zdecydował się na wyjazd do Japonii. Wcześniej przybył o. Julian Różycki, a później m.in. o. Krzysztof Broszkowski i o. Marcin Mańkowski, który był następnie kapelanem wojskowym w bazie amerykańskiej. Miałem wyjechać zaraz po święceniach, ale nie udało się, gdyż komunistyczne władze nie dały mi paszportu za to, że dominikanie wspierali studencką opozycję. Z drugiej strony, rok w Polsce, który spędziłem po święceniach był dla mnie bardzo owocny. Związałem się wtedy z ruchem rekolekcji charyzmatycznych, na które zapraszaliśmy wtedy naszego arcybiskupa, kard. Karola Wojtyłę. Osoba św. Jana Pawła II była dla mnie i wielu niezwykle ważna w tamtym czasie, ale po latach widzę, jak jest on ważny do dzisiaj także dla Japonii.

- Znaliście się dobrze z kard. Wojtyłą?

- Głosił dla nas rekolekcje i mieliśmy okazję do wielu rozmów.

- W końcu "ubecja" dała Ci paszport...

- Na początku mówili mi, że mogę zapomnieć o paszporcie i wyjeździe do Japonii. Tak bardzo chciałem wyjechać, że kiedyś miałem sen, w którym chodzę w kimonie po centrum Tokio w dzielnicy Ginza i zmierzam do Pałacu Cesarskiego na audiencję. Gdy się przebudziłem miałem pewność, że tam w końcu trafię. Na pewno do mojej japońskiej przygody przyczyniły się modlitwy moich przyjaciół charyzmatyków. W końcu dostałem informację, że mogę zgłosić się do urzędu i otrzymałem paszport. Oczywiście pouczano mnie, abym nie prowadził żadnej działalności politycznej.

- I w 1977 r. zacząłeś przygodę z Japonią...

- W duchu dominikańskiej mądrości życiowej po przyjeździe zaraz poszedłem do szkoły języka japońskiego dla obcokrajowców. Byłe to bardzo cenna rzecz, acz bardzo kosztowna. Przez dwa i pół roku uczyłem się japońskiego i to z sukcesem, z czego jestem zadowolony, gdyż dla Europejczyka jest to bardzo trudny język.

- Co sprawiało największą trudność?

- Znaki, które trzeba wkuć na pamięć. Są to znaki chińskie, a oprócz tego mamy jeszcze dwa japońskie alfabety. Potem z Tokio zostałem skierowany do Fukushimy, którą w 2011 r. dotknęła tragedia trzęsienia ziemi i tsunami. Spędziłem tam bardzo dobry czas wśród wspaniałych ludzi. W Fukushimie pracowałem w sumie 10 lat na parafii. Teraz co miesiąc tam jeżdżę i spotykam się z moimi przyjaciółmi katolikami w tzw. grupach studyjnych.

- Nie za bardzo czułeś się w roli wikariusza i proboszcza. Dlaczego?

- Nie mam powołania do tego typu pracy. Byłem na parafii, ale po 10 latach wyjechałem do USA na studia. Ukończyłem wydział psychologii chrześcijańskiej na Uniwersytecie im. św. Ignacego Loyoli w Chicago. Były to studia bardzo praktyczne, które później bardzo mi pomogły w mojej pracy. Nie były one idealne, gdyż teraz widzę, że w ich trakcie można było bardzo łatwo wejść w ducha filozofii New Age, któremu trochę wtedy uległem. Choć wydaje się ona już przebrzmiała, to nadal ma wpływ wielu, w tym duchownych. Z drugiej strony dostrzegłem, jak bardzo potrzebna jest psychologia w Kościele, ale zdrowa, która nie stawia w miejsce Jezusa Chrystusa jakichś kulturowych chimer i je absolutyzuje. Dzięki mojemu wcześniejszemu doświadczeniu charyzmatycznemu udało mi się w końcu uniknąć tych pułapek. W USA pojawił się w moim życiu kolejny "proroczy sen", w którym grupa japońskich kobiet, z białymi welonami na głowie modli się za mnie na różańcu przed figurą Matki Bożej zwanej tutaj "Lurdo", czyli Matki Bożej z Lourdes, bardzo popularnej w Japonii. A modliły się za mnie, abym z USA powrócił do Kraju Wschodzącego Słońca.

- To Twój drugi, nowy etap, przygody z Japonią...

- Bez wątpienia. Uświadomiłem sobie, że kocham Japończyków i chcę wśród nich być i im służyć. Można powiedzieć, że otrzymałem na tę japońską drogę życia namaszczenie Ducha Świętego. W 1989 r. powróciłem do Tokio i podjąłem studia podyplomowe na jezuickim Uniwersytecie Sophia. Po ich ukończeniu zostałem wykładowcą na Uniwersytecie Białej Lilii (Shirayuri), który jest uczelnią dla kobiet, z których 90 proc. to nie są chrześcijanki. Dlatego muszę wybierać tematykę bardziej ogólną. Teraz wykładam przedmiot, który najogólniej można nazwać "Opieka nad sercem". Ponadto prowadzę zajęcia w katolickim Centrum Nicholasa Barré.
W Japonii, podobnie jak w innych krajach, wiele dzieje się przez codzienne kontakty z ludźmi. Jeśli się im spodobasz to cię zapraszają do wzięcia udziału w różnych inicjatywach. W duchu dominikańskim najczęściej spotykamy się w grupach modlitewnych i grupach studyjnych. Na przykład w Centrum Nicholasa Barré, noszącym imię francuskiego zakonnika, odbywają się zajęcia grup studyjnych z Pisma Świętego, na temat Apokalipsy św. Jana, Pierwszego Listu św. Piotra, który można uznać za jeden z fundamentów chrześcijaństwa, czy historii Kościoła, w ramach której wiele miejsca poświęciliśmy mistycyzmowi św. Jana od Krzyża, a teraz św. Edyty Stein.
Ponadto przy wielu kościołach działają takie grupy studyjne. Jedną z inicjatyw, która ciszy się dużą popularnością jest "Sto tygodni z Pismem Świętym", w ramach której są czytania, rozważania i modlitwa. Mamy grupy m. in. Jokohamie, czy w Kichijouji, u ojców werbistów, u których spotkania odbywają się w bloku mieszkalnym. Popularne są też grupy związane z pochodzącą z Grecji mistyczką Vassulą Rydén. Ponadto prowadzę grupy modlitewne, odprawiam msze św. m. in. dla chorych np. na pierwszym uniwersytecie katolickim jaki powstał w Japonii, Uniwersytecie Sacred Heart (Sacré-Cœur) w Tokio.

- Jak bardzo są obecni dominikanie w Japonii?

- Mamy dwa wikariaty: kanadyjski, do którego ja należę, i hiszpański. Były zamiary, aby się połączyły w jeden, ale jak na razie nic z tego nie wyszło ze względu na różnice kulturowe. Każdy z nich liczy po ok. 20 zakonników. W tokijskim klasztorze jest ośmiu współbraci, w większości profesorowie uniwersytetów. Najwybitniejszym przedstawicielem jest o. Miyamoto Hisao, profesor filozofii Cesarskiego Uniwersytetu Tokijskiego. Obecnie jest już na emeryturze, ale nadal wykłada i jest naszym prowincjałem. Z kolei nasz przeor skończył studia m.in. w Paryżu, jest również fizykiem i m.in. profesjonalnie gra na flecie.

- Powiedziałeś, że kochasz Japończyków. Za co? Trzeba mieć powody...

- Przede wszystkim za wysoką kulturę życia codziennego, delikatność i wrażliwość na drugiego człowieka. Są tajemniczy. W wymiarze religijnym większość z nich to buddyści, ale niektórzy stają się chrześcijanami. Buddyzm i chrześcijaństwo są w tym kraju zjawiskiem bardzo stymulującym.
Japończycy są uporządkowani i logiczni. Mają perfekcyjnie zorganizowane życie społeczne, co na pewno ma podstawy w ich poczuciu obowiązku wobec innych, grupy i całego społeczeństwa. U nas, ludzi Zachodu liczy się przede wszystkim indywiduum, jednostka, co mnie człowieka, który już tyle lat mieszka w Japonii, bardzo drażni. Widać to w codziennym zachowaniu Europejczyka czy Amerykanina, który na pierwszym miejscu zawsze będzie stawiał swoje ego i rozpychał się łokciami. Z kolei Japończyk będzie starał się zawsze o to, aby kogoś nie urazić czy nie skrzywdzić. O ich uprzejmości i grzeczności świadczy też duża liczba zwrotów grzecznościowych w języku japońskim. Na co dzień najczęściej używanym zwrotem jest "sumimasen" - "przepraszam".

- Odwołam się do estetyki Japończyków - mają oni też swoje "cienie"...

- Tym co może wzbudzać zastrzeżenia jest mocno zakodowana hierarchia społeczna, co może (ale też nie musi) hamować rozwój jednostki. W codzienności dochodzi do dyskredytowania jej przez grupę albo wręcz psychicznego nękania kogoś, czy rozładowywania swoich frustracji kosztem kogoś, kto stoi niżej w hierarchii. Widzi się to często w szkołach, gdy grupa kogoś izoluje od siebie. To prowadzi do depresji, utraty sensu życia, a nawet do samobójstw. Światową karierę zrobił syndrom hikikomori - syndrom wycofania społecznego, który określa chorobę społeczną, która od kilkudziesięciu lat ma miejsce w naszej cywilizacji, a wzięła się od zjawiska obecnego w Japonii od lat 70. XX w. pod nazwą tôkôkyohi (unikanie szkoły), gdzie młody człowiek spotyka się z wielkimi wymaganiami oraz konkurencją i tego nie wytrzymuje. Osobiście spotykam się z osobami dotkniętymi tą depresją i staram się im pomagać. W tym kontekście Japonia nie jest "rajem na ziemi". Jednak widzę w tym kraju więcej plusów niż minusów. Japończycy mają duże poczucie własnego honoru i łatwo ich urazić, co jest związane z ich kodeksem samurajów, zwłaszcza u mężczyzn. Są niezwykle ambitni, chcą się pochwalić swoimi umiejętnościami i osiągnięciami zdobytymi ciężką pracą.

- Co najbardziej utrudnia ewangelizację Japonii?

- Japończykowi trudno się zdecydować i "pójść na całość" odnośnie do religii i wiary. Wiele rzeczy podoba im się w chrześcijaństwie, ale nie na tyle, by przyjąć chrzest. Chrześcijaństwo ma wielu sympatyków, ale nie na tyle, by stali się chrześcijanami. Podoba im się kultura wyrosła na chrześcijaństwie, snobowanie się na to, co zachodnie. Powierzyć życie Chrystusowi to dla nich bardzo poważna sprawa i traktują ją bardzo serio. Z drugiej strony od 40 lat, odkąd mieszkam w Japonii, zauważyłem duże społeczne zmiany. Przede wszystkim znaczące odejście od ksenofobii dzięki temu, że Japończycy zaczęli masowo wyjeżdżać w różne części świata, szczególnie młode pokolenia, i tam spotykają chrześcijaństwo, a tym samym łatwiej im je przyjąć.

- Na ile przeszkadza w przyjęciu Chrystusa ich tożsamość szintoistyczna i buddyjska?

- Jest takie powiedzenie, że Japończyk może być na zewnątrz chrześcijaninem, ale jego dusza jest de facto buddyjska. Obecnie dotyczy to bardziej starszych pokoleń, które wychowywały się w środowisku całkowicie przenikniętym szintoizmem i buddyzmem, niż młodych. Gdy przygotowuję pary polsko-japońskie do ślubu, zazwyczaj narzeczony jest Japończykiem. Pytam jakiego jest wyznania i zazwyczaj otrzymuję odpowiedź: "żadnego". Japończycy nie są bynajmniej ateistami, ale religia jest dla większości czymś w rodzaju ideowego państwowo-społecznego rytuału i spoiwa. Gdy ktoś umrze, to w większości wypadków idzie się na pogrzeb buddyjski, gdyż w innym rycie obrządku pochówku nie ma. W jakimś wymiarze jest to ich udział w sacrum. Oczywiście, tak jak na całym świecie, kobiety są bardziej wrażliwe religijnie niż mężczyźni. Także wśród katolików dominują kobiety, które bardziej serio i z większym zaangażowaniem traktują wiarę.

- Dlaczego?

- Zawsze lepiej mi się rozmawia o wierze z kobietami niż z mężczyznami, gdyż Japończyk jest zazwyczaj specjalistą w jakiejś konkretnej dziedzinie związanej z pracą, dlatego trudniej poruszać z nim tematy związane z duchowością i religią. Kobiety są bardziej wszechstronne i wrażliwsze na sacrum i piękno.

- Japończyków wyróżnia szczególna wrażliwość na "piękno", które - jak mówił Fiodor Dostojewski - "zbawi świat"...

- Oczywiście wielu Japończyków zostało chrześcijanami m.in. dzięki pięknu obecnemu w naturze i kulturze. Maksyma Dostojewskiego, że "piękno zbawi świat" szczególnie sprawdza się w tym kraju. Dostrzegają piękno w Ewangelii, chrześcijaństwie i to ich porywa. Naszym zadaniem jest pokazywanie piękna wiary w Jezusa przez słowo i świadectwo.

- Jak wyglądają relacje chrześcijańsko-buddyjskie?

- Relacje chrześcijańsko-buddyjskie dobrze pokazuje dom modlitwy w stylu zen - Semeizan (Góra Życia). Znajduje się on niedaleko Kumamoto na wyspie Kiusiu. Jego założycielem jest włoski misjonarz-ksawerianin o. Franco Sottocornola. W ośrodku cieszącym się popularnością praktykowana jest modlitwa łącząca tradycję buddyjską, prawosławną i katolicką.

- A z szintoizmem?

- Szintoizm, pierwotna religia Japończyków to religia natury, stąd ich wielka wrażliwość na przyrodę. Przeciętny Japończyk dobrze zna się na gatunkach kwiatów, drzew i zgodnie z szintoizmem oddaje im religijną cześć. Gdy na drzewie znajduje się biała, papierowa taśma, to oznacza to, że jest to otaczane kultem drzewo święte. Dla nas może wydawać się to bałwochwalstwem, ale też możemy w tym dostrzec elementy oddania czci pięknu Bożego Stworzenia. Ich nabożny stosunek do przyrody znajduje także wyraz w sztuce układania kwiatów - ikebanie, czy tak znanych na świecie japońskich ogrodów.

- Jak wygląda japoński kodeks etyczny?

- Japoński kodeks etyczny przenika całe społeczeństwo od najniższych warstw po cały kraj i jest oparty na poświęceniu jednostki grupie, łącznie z ofiarą z życia. Co ciekawe, w Japonii nie było nigdy żadnej rewolucji, stąd tak mocno trzymają się swojej wielowiekowej tradycji. Dotyczy to prawie każdej dziedziny życia. Choć są też ciemne strony tej społecznej moralności, polegające na tym, że jeśli ktoś nie widzi, to można dopuścić się jakiegoś negatywnego czynu. Jak ktoś jednak dostrzeże twoje złe zachowanie, to może powiedzieć o tym innym i w tym momencie "tracisz twarz".

- Jakie z punktu widzenia Kościoła są największe problemy społeczne Japonii?

- Jednym z najpoważniejszych jest aborcja, której można dokonać w zasadzie bez żadnych ograniczeń. Większość Japonek nie uznaje tego za grzech. Jeszcze do niedawna kobiety katoliczki nie widziały w aborcji niczego złego. Stąd zaangażowanie Kościoła polegające m.in. na organizowaniu przez ruchy pro-life różnych akcji uświadamiających, łącznie z corocznymi "Marszami dla życia". Osobiście prowadzę grupę, w której modlimy się za dzieci nienarodzone i mamy nadzieję, że zostaną one uznane przez Kościół jako "święte niewiniątka". Od ponad pięciu lat staram się czynnie wspierać i służyć wszelkim inicjatywom obrońców życia.

- Inne problemy?

- Podobnie jak w innych krajach Azji, Chinach, Korei Południowej to przesadny kult nauki i edukacji. Od najmłodszych lat Japończyk dąży do osiągnięcia jak najlepszych wyników, poświęcając na to o wiele więcej czasu, niż możemy sobie wyobrazić. Ich system edukacji uchodzi za najbardziej wymagający na świecie. Dziecko dostaje się w jego tryby już od przedszkola, które ma go zaprowadzić na właściwą uczelnię. Uczniowie chodzą do szkoły sześć dni w tygodniu, a z kolei ich zajęcia w czasie wolnym też są precyzyjnie zaplanowane i kontrolowane przez nauczycieli.
Jeśli młody człowiek nie daje sobie rady, popada w depresję i wypada z systemu, ląduje na marginesie społeczeństwa. Jest to nieludzkie, gdyż doskonale wiemy, że każdy człowiek rodzi się z różnymi wrodzonymi zdolnościami oraz w różnych środowiskach. Nie można wytyczać celów, które przekraczają możliwości. Z kolei tolerowany jest stan tzw. "rōnina" - "samotnego samuraja". Młody człowiek może pozostawać, ale tylko rok, bez zajęcia, inaczej kończy syndromem hikikomori, o którym już mówiliśmy. Do tego dochodzi perfekcjonizm, przesadna koncentracja na detalach, wielogodzinne narady, itp. Ponadto Japończycy ciągle muszą się czymś wykazywać, ciężką pracą, wynikami i osiągnięciami.

- Jak oceniasz rodzinę japońską?

- Nie jest idealna. Kobieta to przede wszystkim "opiekunka domowego ogniska", choć jej rola też się zmienia na rzecz większej emancypacji. Coraz więcej Japonek kończy studia. W ich trakcie podróżują po świecie, poznają inne obyczaje, a potem mają ambicje zawodowe. Także zawarcie małżeństwa nie jest już przymusem, jak to było dawniej. Kobiety japońskie mogą teraz mówić to, co sądzą, a co wcześniej było nie do wyobrażenia.
Z kolei mężczyzna to głowa rodziny, osoba zapewniająca materialny byt i pracująca codziennie do późnych godzin. Niestety często rodzina staje się "ofiarą na ołtarzu jego pracy". Ale i to się zmienia, w weekendy coraz częściej można spotkać tatusiów spacerujących z dziećmi, co jeszcze dwadzieścia, trzydzieści lat temu było nie do pomyślenia.

- Problem ludzi w podeszłym wieku...

- To także duży problem społeczny, szczególnie ludzi, którzy budowali Japonię po II wojnie światowej i są ojcami jej gospodarczego cudu. Teraz na emeryturze czują się już niepotrzebni, samotni i wielu z nich ten stan prowadzi do samobójstw. Wspomniany syndrom hikikomori dotyczy także ich, nie wiedzą co z sobą na stare lata zrobić, szczególnie dotyka on mężczyzn.

- Jak scharakteryzowałbyś religijność Japończyków?

- Lubią pewien rodzaj skromności i dystansu. Nie pociągają ich wielkie manifestacje wiary. U wielu wiara jeszcze nie przekłada się na codzienne życie, są takimi "niedzielnymi" katolikami. Ale mamy też wspaniałe, niezwykle zaangażowane jednostki, które potrafią wiele dać i zmieniać rzeczywistość nie tylko naszego Kościoła. Są świętymi życia codziennego.

- Kościół w Japonii to w dużej mierze także wspólnota migrantów...

- Migranci to druga połowa Kościoła w Japonii. Msze św., nabożeństwa, duszpasterstwa są prowadzone w rożnych językach. W wielu kościołach mamy w niedzielę przynajmniej jedną Mszę św. po angielsku lub w innym języku, co też jeszcze niedawno zdarzało się bardzo rzadko. Sam prowadzę w Tokio duszpasterstwo dla Filipińczyków.

- No i prowadzisz duszpasterstwo dla japońskiej Polonii...

- Są to większości rodziny mieszane polsko-japońskie. Przybywa też z różnych powodów trochę młodych ludzi, którzy znaleźli w Japonii pracę. Pomagają mi w tym Siostry Opatrzności Bożej, szczególnie w duszpasterstwie dzieci, poprzez katechezę. Proszę sobie wyobrazić, że w tegorocznych jasełkach wzięło udział ponad trzydzieścioro dzieci, a to świadczy o wspaniałej pracy sióstr. W jednej z kaplic obok Uniwersytetu Sophia raz w miesiącu jest odprawiana Msza św. po polsku. Co roku są prowadzone z udziałem gości z Polski rekolekcje wielkopostne. Oczywiście prowadzimy dni skupienia i regularne odprawianie różańca w październiku. Ponadto jeśli tylko to możliwe, udaję się też z posługą dla Polonii w inne regiony kraju. Na przykład w maju ub.r. udzieliłem pierwszej komunii św. dzieciom w Sapporo na Hokkaido.

- Jakie największe wyzwania stoją obecnie przed Kościołem w Japonii?

- Przede wszystkim - ewangelizacja. Kościół w Japonii chce za wszelką cenę utrzymać swoiste status quo i z tego powodu kurczy się. Podobnie jak w wielu korporacjach jest nastawiony na możliwie optymalne funkcjonowanie i przetrwanie. Na dłuższą metę to do niczego nie prowadzi. Innym problemem jest brak powołań kapłańskich i zakonnych, szczególnie w zgromadzeniach żeńskich. Choć Kościół w Japonii jest od lat samodzielną, narodową wspólnotą to napływają stale do niego duchowni, ale już nie z Europy i Ameryki, ale z Wietnamu, Korei Południowej, Filipin, a nawet z Indii.
Z drugiej strony ewangelizujemy na różne sposoby. Najnowszą naszą inicjatywą jest "Różaniec nadziei". Chcemy objąć modlitwą młodych Japończyków. Pragniemy modlić się na różańcu, nie ogólnie, ale za konkretną osobę. Wierzę, że nasza modlitwa będzie skuteczna, będzie czynić cuda i zmieni Japonię. Tak jak chrześcijaństwo weszło w grecką kulturę, tak może wejdzie ono w przyszłości i w kulturę japońską.

- Czego sobie najbardziej życzysz jako kapłan w Kraju Wschodzącego Słońca?

- Ewangelizować tak, jak życzy sobie tego ode mnie Pan Bóg. To jest Jego dzieło, a ja jego niedoskonałym narzędziem.
Rozmawiał Krzysztof Tomasik (KAI)

Tagi:
duszpasterz Polonia Japonia Franciszek w Japonii

Reklama

Zostańcie w Kościele! Czyli gdzie?

2019-10-22 12:59

Bp Andrzej Przybylski, Biskup pomocniczy archidiecezji częstochowskiej
Niedziela Ogólnopolska 43/2019, str. 26

Piotr Drzewiecki
Młodzi są przyszłością Kościoła

Zawsze po bierzmowaniu w mocy biskupiego posługiwania apeluję, jak mogę najmocniej, żeby młodzi zostali w Kościele. Po jednym z takich apeli podeszła do mnie młoda dziewczyna, ledwo co namaszczona Duchem Świętym, i postawiła mi proste pytanie: „Co to znaczy: zostać w Kościele? Czyli gdzie zostać?”. Już chciałem jej wyłożyć całą eklezjologię, ale dotarło do mnie, że jej chodzi o konkrety. Pomyślałem więc o tej konkretnej parafii, w której dokonało się to bierzmowanie, i nagle doszedłem do wniosku, że tu nie ma żadnej grupy młodzieżowej, żadnej katechezy dla młodzieży, że nie ma Mszy św. ze szczególnym zaproszeniem dla młodych, że właściwie to sam nie wiem, co mógłbym zaproponować tej dziewczynie, by mogła się formować w tej wspólnocie. Jeszcze bardziej włos mi się zjeżył na głowie, gdy uświadomiłem sobie, że to wcale nie jest jedyna parafia, gdzie nic konkretnego nie proponuje się młodym poza przygotowaniem do bierzmowania. Poczułem się jak ktoś, kto tylko moralizuje, a jego słowa są bez pokrycia. Pytanie tej dziewczyny było dla mnie jak pytanie od samego Ducha Świętego, który chce konkretnego urzeczywistniania się Kościoła w małych wspólnotach dla młodych – ulubione miejsce, do którego zstępuje w Kościele, to wspólnoty. Wspólnota to też największe pragnienie młodych ludzi, tak boleśnie dotkniętych samotnością. Bóg jest wspólnotą i żeby być z Bogiem, bardziej niż nauczania wiary młodzi potrzebują doświadczenia wspólnoty.

Na szczęście szybko przyszła mi refleksja i opowiedziałem tej dziewczynie o miejscach, w których spotykają się oazy młodzieżowe, o ambitnych ludziach angażujących się w działanie Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży, o grupach Odnowy w Duchu Świętym, o wolontariuszach pomagających ubogim. Zaprosiłem ją na Europejskie Spotkanie Młodych we Wrocławiu i na kilka innych katolickich wydarzeń. Jednak do końca nie byłem pewny, czy ją przekonałem. Czy nie chodziło jej tylko o tę parafię, w której przecież młodzi spotykali się przed bierzmowaniem, a po bierzmowaniu jakby ktoś ich po prostu zostawił...

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Dzieją się cuda

2019-06-12 09:02

Jolanta Marszałek
Niedziela Ogólnopolska 24/2019, str. 20-21

Od kilku miesięcy w parafii pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu znajdują się relikwie św. Szarbela z Libanu. I dzieją się cuda. Ludzie doznają wielu łask, także uzdrowienia. Jedną z uzdrowionych jest Barbara Koral – żona Józefa, potentata w branży produkcji lodów, i matka trójki dzieci. Cierpiała na raka trzustki, po którym nie ma śladu. 17 maja br. publicznie podzieliła się swoim świadectwem

Wikipedia

W październiku ub.r. wykryto u mnie nowotwór złośliwy trzustki – opowiada Barbara Koral. – Przeżyłam szok. Ale głęboka wiara i ufność w łaskawość Boga wyjednały mi pokój w sercu. Leżałam w szpitalu w Krakowie przy ul. Kopernika, nieopodal kościoła Jezuitów. Dzieci i mąż byli ze mną codziennie. Modliliśmy się do Jezusa Przemienionego za wstawiennictwem św. Jana Pawła II oraz św. Szarbela. Zięć Piotr przywiózł od znajomego księdza płatek nasączony olejem św. Szarbela. Codziennie odmawialiśmy nowennę i podczas modlitwy pocierałam się tym olejem. Czułam, że mając św. Szarbela za orędownika, nie zginę – wyznaje.

Przypadek beznadziejny

Operacja trwała ponad 6 godzin. Po otwarciu jamy brzusznej większość lekarzy odłożyła narzędzia i odeszła od stołu, stwierdziwszy, że przypadek jest beznadziejny. Jednak profesor po kilku minutach głębokiego namysłu wznowił operację. Usunął raka. Operacja się udała.

– Byłam bardzo osłabiona – opowiada p. Barbara – tym bardziej że 3 tygodnie wcześniej przeszłam inny zabieg, również w pełnej narkozie. Nic nie jadłam i czułam się coraz słabsza.

W trzeciej dobie po operacji chora dostała wysokiej gorączki, dreszczy. Leżała półprzytomna i bardzo cierpiała. – Momentami zdawało mi się, że ktoś przecina mnie piłą na pół. Zwijałam się wtedy w kłębek i modliłam cichutko do Pana Boga z prośbą o pomoc w cierpieniu i ulgę w niesieniu tego krzyża.

Lekarze robili, co mogli. Podawali leki w zastrzykach, kroplówkach, by wzmocnić chorą. Nic nie działało. Pobrano krew na badanie bakteryjne. Okazało się, że jest zakażenie bakterią szpitalną, bardzo groźną dla organizmu. Zdrowe osoby zakażone tą bakterią mają 50-procentową szansę na przeżycie. Chorzy w stanie skrajnego wycieńczenia są praktycznie bez szans.

Zawierzenie Bogu

– Rozmawiałam z Bogiem – opowiada p. Barbara. – Pytałam Go, czy po tym, jak wyrwał mnie ze szponów śmierci w czasie operacji, teraz przyjdzie mi umrzeć. Prosiłam z pokorą i ufnością: „Panie Jezu, nie wypuszczaj mnie ze swoich objęć. Uzdrów mnie, kochany Zbawicielu”. Całym sercem wołałam w duchu: „Jezu, zawierzam się Tobie, Ty się tym zajmij!”.

W tym czasie parafia pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu, do której należy rodzina Koralów, czekała na relikwie św. Szarbela (relikwie pierwszego stopnia – fragment kości). Przywiózł je z Libanu poprzedni proboszcz – ks. Andrzej Baran, jezuita, który był tam na pielgrzymce wraz z kilkoma parafianami. Zawieźli też spontanicznie zebraną przez ludzi ofiarę dla tamtejszych chrześcijan. Wiadomo bowiem, że św. Szarbel jest szczególnie łaskawy dla tych, którzy modlą się za Liban. Relikwie, zgodnie z pierwotnym przeznaczeniem, miały trafić do ks. Józefa Maja SJ w Krakowie. On zgodził się przekazać je do Nowego Sącza i osobiście je tam w styczniu br. zainstalował.

Interwencja św. Szarbela

– W dniu, w którym pojechałem po relikwie do Krakowa – opowiada ks. Józef Polak, jezuita, proboszcz parafii pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu – wstąpiłem do naszej WAM-owskiej księgarni, żeby nabyć jakąś pozycję o św. Szarbelu, bo przyznam, że sam niewiele o nim wiedziałem. Wychodząc z księgarni, spotkałem Józefa Korala z córką. Wiedziałem, że p. Barbara jest bardzo chora. Opowiedzieli mi, że wracają ze szpitala i że sytuacja jest bardzo poważna. Relikwie miałem ze sobą od dwóch godzin. Niewiele się zastanawiając, poszliśmy na oddział.

– W pewnym momencie usłyszałam głos męża – opowiada p. Barbara. – Bardzo mnie to zdziwiło, bo przecież był u mnie przed chwilą i razem z córką poszli do kościoła obok szpitala na Mszę św. Po chwili zobaczyłam męża i córkę. Już nie byli przygnębieni i smutni. Twarze rozjaśniał im szeroki uśmiech. Razem z nimi był ksiądz proboszcz Józef Polak. Przyniósł ze sobą do szpitala relikwie św. Szarbela...

Ksiądz wraz z obecnymi odmówił modlitwę do św. Szarbela. Następnie podał chorej do ucałowania relikwiarz. – Już w trakcie modlitwy nie czułam bólu – wyznaje p. Barbara. – Stałam się bardziej przytomna. Kiedy ucałowałam kości św. Szarbela, nie myślałam, czy to będzie uzdrowienie – ja byłam tego pewna. Nie mam pojęcia, skąd się wzięła ta pewność.

Święty kontra bakterie

– Gdy wchodziłem do szpitala – opowiada ks. Polak – wiedziałem, że na oddziale jest jakieś zakażenie. Podałem p. Barbarze relikwiarz do ucałowania. Zobaczyła to pielęgniarka. Wyjęła mi relikwiarz z ręki, spryskała go jakimś środkiem i włożyła pod wodę. „Co pani robi?” – zapytałem. „Muszę to zdezynfekować”. „Ale on nie jest wodoszczelny” – wyjaśniłem, nie wiedząc, że chodzi jej o to, by zewnętrzne bakterie się nie rozprzestrzeniały. To był koniec wizyty.

Następnego dnia rano okazało się, że na oddziale bakterii już nie było. To był kolejny „cud” św. Szarbela. Badania z krwi potwierdziły, że również chora nie ma w sobie bakterii. Lekarze w zdumieniu patrzyli na wyniki. Dla pewności powtórzyli badania.

– Byłam zdrowa – opowiada p. Barbara. – Powoli zaczęłam nabierać siły i radości życia. Cała moja rodzina i przyjaciele, którzy byli ze mną w czasie choroby, którzy wspierali mnie modlitwą i dobrym słowem, są wdzięczni św. Szarbelowi. Błogosławimy go za to, że się mną zajął, że uprosił dla mnie u Boga Wszechmogącego łaskę uzdrowienia. Bogu niech będą dzięki i św. Szarbelowi!

Wiara w orędownictwo

W parafii pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu w trzecie piątki miesiąca o godz. 18 odprawiana jest Msza św. z modlitwą o uzdrowienie, następnie mają miejsce: adoracja, błogosławieństwo Najświętszym Sakramentem, namaszczenie olejem św. Szarbela i ucałowanie relikwii świętego. Wielu ludzi przychodzi i prosi o jego wstawiennictwo. Św. Szarbel jest niezwykle skutecznym świętym, wyprasza wiele łask, pokazuje, że pomoc Boga dla ludzi, którzy się do Niego uciekają, może być realna. – Nie ma jednak żadnej gwarancji, że ten, kto przyjdzie do św. Szarbela, będzie natychmiast uzdrowiony – przyznaje ks. Józef Polak. – Czasami to działanie jest inne. Łaska Boża działa według Bożej optyki, a nie naszych ludzkich życzeń. Święci swoim orędownictwem mogą ludzi do Kościoła przyciągać i to czynią, także przez cuda. Wystarczy popatrzeć, jak wiele osób uczestniczy w Mszach św. z modlitwą o uzdrowienie.

* * *

Ojciec Szarbel Makhlouf

maronicki pustelnik i święty Kościoła katolickiego. Żył w XIX wieku w Libanie

23 lata swojego życia spędził w pustelni w Annaja. Tam też zmarł.

Po pogrzebie o. Szarbela miało miejsce zadziwiające zjawisko. Nad jego grobem pojawiła się niezwykła, jasna poświata, która utrzymywała się przez wiele tygodni. Łuna ta spowodowała, że do grobu pustelnika zaczęły przybywać co noc rzesze wiernych i ciekawskich. Gdy po kilku miesiącach zaintrygowane wydarzeniami władze klasztoru dokonały ekshumacji ciała o. Szarbela, okazało się, że jest ono w doskonałym stanie, zachowało elastyczność i temperaturę osoby żyjącej i wydzielało ciecz, którą świadkowie określali jako pot i krew. Po umyciu i przebraniu ciało o. Szarbela zostało złożone w drewnianej trumnie i umieszczone w klasztornej kaplicy. Mimo usunięcia wnętrzności i osuszenia ciała zmarłego dalej sączyła się z niego substancja, która została uznana za relikwię. Różnymi sposobami próbowano powstrzymać wydzielanie płynu, ale bezskutecznie.

W ciągu 17 lat ciało pustelnika było 34 razy badane przez naukowców. Stwierdzili oni, że zachowuje się w nienaruszonym stanie i wydziela tajemniczy płyn dzięki interwencji samego Boga.

W 1965 r., pod koniec Soboru Watykańskiego II, o. Szarbel został beatyfikowany przez papieża Pawła VI, a 9 października 1977 r. – kanonizowany na Placu św. Piotra w Rzymie. Kilka miesięcy przed kanonizacją jego ciało zaczęło się wysuszać.

Od tej pory miliony pielgrzymów przybywają do grobu świętego, przy którym dokonują się cudowne uzdrowienia duszy i ciała oraz nawrócenia liczone w tysiącach.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Katolicki Festiwal Młodych w Australii: „odbudujcie Kościół”

2019-12-09 16:27

Łukasz Sośniak SJ/vaticannews.va / Perth (KAI)

W Perth w Australii rozpoczął się 8 grudnia trzydniowy katolicki Festiwal Młodych. Przybyło prawie 6 tys. uczestników z całego kontynentu, na którym rozpoczyna się właśnie lato. Abp Timothy Costelloe zachęcił ich do „odbudowy” Kościoła w Australii, który przeżywa poważny kryzys. Jest on spowodowany m.in. przez nadużycia seksualne duchownych wobec nieletnich. Podczas spotkania znalazło się miejsce na modlitwę, wystąpienia licznych prelegentów i koncerty muzyki chrześcijańskiej.

Renata Czerwińska
Muzyka uwielbienia łączy pokolenia

Przemówienie inauguracyjne nawiązywało do polecenia, które otrzymał od Jezusa św. Franciszek: „idź i odbuduj mój Kościół”. Hierarcha przywołał także słowa Ojca Świętego, wypowiedziane podczas Światowych Dni Młodzieży w Krakowie. „Wstańcie z kanap. Pomóżcie wyruszyć Kościołowi na nowe i niezbadane ścieżki. Pomóżcie powstrzymać go przed popadnięciem w ruinę” – wzywał abp Costelloe.

Hierarcha zapewnił młodzież, że jest ona mile widziana razem ze swoimi pytaniami, nadziejami i marzeniami. „Kościół zaprasza cię mimo twoich wahań i obaw. Bóg jest prawdziwy. Chrystus żyje. Kościół, którego jesteście częścią, pragnie wam pomóc i usłyszeć was” – zapewnił metropolita Perth.

Festiwal Młodych jest promieniem nadziei dla Australii, gdzie Kościół znajduje się w trudnej sytuacji. Jest ona spowodowana m.in. kryzysem związanym z nadużyciami seksualnymi wobec nieletnich. W więzieniu przebywa były metropolita Sydney kard. George Pell, skazany za molestowanie. Większość Australijczyków opowiada się za dopuszczeniem małżeństw jednopłciowych i eutanazją. Według ostatniego spisu ludności mniej niż jedna dziesiąta australijskich katolików, czyli około pół miliona, uczestniczy w niedzielnej Mszy św., a tylko jedna setna, a zatem około 50 tys., akceptuje w całości nauczanie Kościoła.

Z drugiej strony, według abp. Anthony'ego Fishera z Sydney, skoro „łaska Boże triumfuje, kiedy jesteśmy najsłabsi”, to razem z kryzysem pojawiły się również pierwiosnki odnowy. Są nimi: większa frekwencja mieszkańców stolicy na Eucharystii, wzrost liczby kandydatów do kapłaństwa i właśnie Festiwal Młodych.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem