Reklama

Golgota Ziemi Biłgorajskiej (1)

Pod Osuchami w objęciach sosen
gubi się wolno w dalekim czasie
cmentarz cierpienia, walki i chwały,
gdzie wśród znajomych nieznany śpi.
Krzyże rzędami wyrosłe z ziemi
niosą z uroczysk leśnych wspomnienia
cichych oddechów w czerwieni bagien,
ostatnich spojrzeń przez ciepło krwi.
(Rudolf Tadeusz Czerniak)

Na skraju Puszczy Solskiej, w Osuchach, rokrocznie, w ostatnią niedzielę czerwca, odbywają się uroczystości poświęcone rocznicy krwawej bitwy żołnierzy Armii Krajowej i Batalionów Chłopskich z Niemcami.
W czerwcu 1944 r. Komendant 5 Okręgu AK gen. Kazimierz Tumidajski ps. „Marcin” wydał Inspektoratowi Zamojskiemu rozkaz przygotowania się do akcji „Burza”. Założeniem tej akcji była obrona ludności cywilnej przed terrorem okupanta hitlerowskiego, walka z wojskami niemieckimi ustępującymi przed zbliżającym się frontem, wyzwalanie miast i wsi, a także występowanie wobec wkraczających wojsk sowieckich jako pełnoprawni gospodarze i w pełni suwerenny sojusznik. Po przeprowadzeniu mobilizacji nastąpiła koncentracja oddziałów leśnych, głównie w obrębie Puszczy Solskiej, w której rozlokowane były największe magazyny broni i amunicji, pochodzącej przede wszystkim ze zrzutów. Znaczne siły oddziałów partyzanckich prowadzących działalność dywersyjną na tyłach spychanej na zachód armii niemieckiej, stanowiły dla niej poważne niebezpieczeństwo. Chcąc zlikwidować zagrożenie na swoim zapleczu, władze niemieckie podjęły decyzję o zniszczeniu oddziałów partyzanckich w rejonie lasów lipskich, janowskich i Puszczy Solskiej. Na obszarze zaplanowanych operacji przeciwpartyzanckich pod kryptonimem „Sturmwind I” („Wicher I”) i „Sturmwind II” („Wicher II”) dowództwo niemieckie zgrupowało ponad 30 tys. ludzi, w tym doświadczone w boju jednostki frontowe Werhrmachtu, przy wsparciu samolotów bombowych, artylerii i broni pancernej. Były to największe operacje przeciwpartyzanckie w okupowanej Polsce. Akcja „Wicher I” miała miejsce w lasach janowskich i lipskich 11-15 czerwca 1944 r. Główna bitwa stoczona na Porytowym Wzgórzu (14 czerwca) przez połączone oddziały AL i radzieckie zakończyła się sukcesem partyzantów. Zdołali oni przerwać pierścień okrążenia niemieckiego i przeszli do lasów Puszczy Solskiej. W tej sytuacji dowódca sił niemieckich gen. Kaenicke przystąpił do operacji „Wicher II” (21-28 czerwca) na wschodnim obszarze Puszczy Solskiej. W potrójnym pierścieniu okrążenia niemieckiego znalazło się zgrupowanie oddziałów AK: I Kompanii Sztabowej Inspektoratu Zamojskiego por. Adama Haniewicza „Woyny”, Kurs Młodszych Dowódców Piechoty por. Konrada Bartoszewskiego „Wira”, oddziały: por. Józefa Steglińskiego „Corda”, Jana Kryka „Topoli”, pluton 20 żołnierzy z oddziału „Podkowy” pod dowództwem pchor. Ryszarda Siwińskiego „Korczaka”, drużyna minerska por. Stanisława Kowalskiego „Huka”, Szpital Leśny „665”, którego komendantem był lekarz - por. Lucjan Kopeć „Radwan” i sekcja Sprawozdawców Wojennych BIP KG AK pchor. Kazimierza Józefowicza „Kalifa”. W skład zgrupowania weszły także oddziały partyzanckie BCh: batalion „Rysia” pod dowództwem plut. Antoniego Warchała „Szczerby” i ppor. Józefa Wolańskiego „Igora”, plut. Antoniego Wróbla „Antona - Burzy”, plut. Józefa Mazura „Skrzypika” oraz plut. Jana Kędry - „Błyskawicy”. Łącznie zgrupowanie liczyło ok. 1150 żołnierzy Polskiego Państwa Podziemnego. Dowodzili nim kolejno: mjr Edward Markiewicz „Kalina”, rtm. Mieczysław Rakoczy „Miecz” i por. Konrad Bartoszewski „Wir”. W okrążeniu znalazło się także zgrupowanie partyzantów sowieckich, których dowódcy zaproponowali „Kalinie” wspólne wyrwanie się z matni. Nie dotrzymali jednak porozumienia i na własną rękę, bez uprzedzenia polskich dowódców przebili się z dużymi stratami w pobliżu Borowca i uszli w kierunku Karpat. Oddziały polskie w ciągu kilku dni walk były spychane na niewielki, bagnisty teren w widłach rzek Sopot i Tanew do Uroczyska Maziarze. W tej sytuacji podjęto decyzję o przełamaniu okrążenia w rejonie Osuch.
Do rozstrzygającej bitwy doszło w nocy z 24 na 25 czerwca 1944 r. Około godziny 0.30 oddziały BCh „Skrzypika” i AK „Topoli” podjęły desperacką, ale nieudaną próbę przebicia się z Uroczyska Maziarze (Malce) do Uroczyska Czarna Rzeczka. Na krótko po morderczej walce, oddziały „Wira” i „Corda” dokonały wyłomu w okrążeniu, pozwalając wyjść z niego części zgrupowania. Niemcy rzucili odwody i uszczelnili powstałą lukę. Pod ich silnym naporem pozostałe oddziały wycofały się na bagniste tereny Uroczyska Maziarze, gdzie walki trwały do 26 czerwca. Pierścień zacieśniał się coraz bardziej pod naporem niemieckiej artylerii i broni maszynowej. Zepchnięci na bagna partyzanci nie poddawali się. Powstało wiele ognisk oporu, składających się z żołnierzy różnych oddziałów walczących zażarcie o przetrwanie. Niejednokrotnie broniącym się kończyła się amunicja i dokuczały im odniesione w walkach rany. Schronienia przed Niemcami, którzy metodycznie przeczesywali teren aż do 30 czerwca szukali w bagnach, wykrotach, schronach wybudowanych wcześniej przez miejscową ludność i na drzewach. Wśród nich znajdowała się również ludność cywilna chroniąca się w ostępach leśnych. Schwytanych Niemcy i Kałmycy mordowali na miejscu. Sporadycznie tylko brali do niewoli, poddając pojmanych bestialskim przesłuchaniom. W lesie Rapy koło Biłgoraja 4 lipca 1944 r. Niemcy rozstrzelali 65 partyzantów schwytanych podczas operacji „Wicher I” i „Wicher II”. Po bitwie pod Osuchami nazywanej również bitwą nad Sopotem zgrupowanie mjr. „Kaliny” praktycznie przestało istnieć. Straty były przerażająco duże tj. 50% stanu osobowego. Poległ mjr. „Kalina” i dowódcy oddziałów: „Cord”, „Woyna”, „Topola”, „Skrzypik”, „Szczerba” „Anton-Burza”. Przeżyło tylko czterech: „Wir”, „Irka”, „Błyskawica”, „Miecz”. Bezpośrednio po zakończeniu obławy niemieckiej do Uroczyska Maziarze wyruszyły ekipy ratownicze składające się z miejscowej ludności i partyzantów, aby nieść pomoc rannym i pozostałym przy życiu żołnierzom ukrywających się w bagnach. Zwłoki poległych w bitwie pod Osuchami złożono na wieczny spoczynek na specjalnie utworzonym na skraju lasu cmentarzu, w pobliżu miejsca walki. Według protokołu komisji ekshumacyjnej, pochowano tam ciała 233 osób, z których wielu nie udało się zidentyfikować. Około 100 ciał rozpoznanych i zabranych przez rodziny, pochowano na okolicznych cmentarzach parafialnych m.in. w Łukowej, Józefowie, Górecku Kościelnym, Biłgoraju i Zwierzyńcu.

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Dziś święto Archaniołów Michała, Gabriela i Rafała

2020-09-29 09:04

[ TEMATY ]

archaniołowie

W końcu września obchodzimy święto Archaniołów Michała, Gabriela i Rafała. Dzień im poświęcony – 29 września – istnieje w naszym kościelnym kalendarzu dopiero od 1969 r. – od czasów reformy liturgicznej. Papież Bonifacy I w V w. poświęcił św. Michałowi bazylikę w Rzymie i nakazał corocznie, właśnie 29 września, obchodzić rocznicę tego faktu.

Do czasów wspomnianej reformy obchodzono ich święta osobno: św. Gabriela 24 marca, a św. Rafała 24 października. Po reformie wspominamy ich już razem.

Imię Michał, wzięte z hebrajskiego, znaczy „Któż jak Bóg”. Św. Michał w Piśmie Świętym wymieniany jest pięć razy. W najbardziej wymowny sposób czyni to autor ostatniej księgi Pisma Świętego, czyli Apokalipsy – św. Jan Apostoł.

Imię Gabriel znaczy: „Mąż Boży”. Z tym imieniem spotykamy się w Starym Testamencie w księdze proroka Daniela, a Ewangelista Łukasz opisuje najpiękniejszą misję, jaką spełnił św. Gabriel – zwiastowanie Najświętszej Maryi Pannie narodzenia Pana Jezusa – Syna Bożego, oraz zwiastowanie Zachariaszowi w świątyni w Jerozolimie narodzenia syna – św. Jana Chrzciciela.

Hebrajskie imię Rafał znaczy: „Bóg uleczył”. Jest ono związane z biblijną opowieścią o Tobiaszu. W tej opowieści św. Rafał mówi sam o sobie: „Ja jestem Rafał, jeden z siedmiu aniołów, którzy stoją w pogotowiu i wchodzą przed majestat Pański”.

Kim są Archaniołowie?

Św. Grzegorz Wielki w swoich homiliach określił to w taki sposób: „Powiedzieliśmy, iż jest dziewięć chórów anielskich, a mianowicie wiemy z Pisma Świętego, iż są aniołowie, archaniołowie, moce, potęgi, księstwa, panowania, trony, cherubini i serafini” (za: Grzegorz Wielki, „Homilie na Ewangelie”, Warszawa 1970). Najwięcej o tych duchach niebieskich pisał św. Tomasz z Akwinu, zwany często Doktorem Anielskim. Warto poczytać jego „Sumę teologiczną” w części poświęconej istotom niebieskim.

Niestety dzisiejsza moda na różne „aniołki” zbanalizowała naszą relację do nich i choć modlitwa „Aniele, stróżu mój” jest często pierwszą modlitwą, jakiej się uczymy na pamięć, to im jesteśmy starsi, tym szybciej zapominamy o tej „dziecięcej” wierze. Tymczasem aniołowie, a więc i archaniołowie istnieją i wciąż są posłańcami Boga wobec ludzi. Na szczęście ich istnienie nie jest zależne od naszej wiary.

Warto pamiętać o tych istotach w naszych codziennych modlitwach i prosić ich o wstawiennictwo w różnych intencjach. Bardzo możliwe, że popularność imion: Michał i Rafał świadczy o naszej mniej lub bardziej świadomej tęsknocie za nimi.

Święci Archaniołowie są dziś szczególnie potrzebni Kościołowi. Czy dzisiejsza „nowoczesna” kultura nie propaguje postawy przeciwnej do hasła „któż jak Bóg”? Czy „mąż Boży” nie jest synonimem staromodnego konserwatysty w opozycji do nowoczesnego liberała? „Bóg uzdrawia” to także zaprzeczenie dzisiejszej mentalności. Przecież to nauka uzdrawia, nasze zdrowie jest w naszych rękach – „cudowne uzdrowienia” nie istnieją wcale, a w najlepszym przypadku są naturalne, tyle że z „nieznanych przyczyn”.

Wśród różnych stowarzyszeń i zgromadzeń poświęconych właśnie archaniołom, chyba najbardziej znani są michalici – Zgromadzenie św. Michała Archanioła (CSMA), wspólnota kapłanów i braci zakonnych założona na początku XX wieku przez bł. księdza Bronisława Markiewicza. Patronem Zgromadzenia jest św. Michał Archanioł. Przypomnijmy, że właśnie michalitą był zmarły tragicznie w 2001 r. bp Jan Chrapek organizator ostatnich podróży św. Jana Pawła II do Polski. Jest też żeńska gałąź tego zgromadzenia – siostry michalitki (CSSMA).

Święci Archaniołowie Michale, Gabrielu i Rafale, módlcie się za nami!

CZYTAJ DALEJ

Ameryka: polowanie na policję

2020-09-29 15:27

[ TEMATY ]

Stany Zjednoczone

justasc/Fotolia.com

O ile w przypadku feralnego zatrzymania George'a Floyda, które zakończyło się śmiercią podejrzanego, policjanci najprawdopodobniej faktycznie złamali prawo i przekroczyli swoje uprawnienia, o tyle wobec wielu innych interwencji, po których również wybuchały masowe uliczne protesty, takie zarzuty są już całkowicie nieuprawnione. Komu zależy, by na amerykańskich ulicach panował chaos i niepokoje społeczne?

Po tragicznej w skutkach akcji funkcjonariuszy z departamentu policji w Minneapolis w stanie Minnesota, w wyniku której śmierć poniósł czarnoskóry mężczyzna i były przestępca George Floyd, Ameryka stanęła w płomieniach. Na ulice największych tutejszych metropolii - od Nowego Jorku przez Chicago, aż po Los Angeles - wyszły tłumy ludzi protestujących przeciwko zjawisku rzekomego rasizmu instytucjonalnego, który ich zdaniem cały czas istnieje po drugiej stronie Atlantyku w szeregach amerykańskiej policji. Obszernie opisywałem to na łamach “Niedzieli” w dostępnym w Internecie artykule pt. “Śmierć, która podpaliła Amerykę”.

Po drugiej stronie Atlantyku istnieje pojęcie “cienkiej, niebieskiej linii” - namalowana na czarnym tle stanowi nieoficjalny symbol policji. Często przedstawiana jest na czarno-białej fladze USA i oznacza oficerów policji, którzy oddzielają społeczeństwo od przestępców, stanowiąc swoistą tarczę między dobrem a złem. Noszona jest nie tylko przez aktywnych i były funkcjonariuszy, lecz równie często przez cywilów okazujących przy jej pomocy swoją wdzięczność i szacunek dla służb mundurowych. W odpowiedzi na nieprzychylny wobec policji ruch “Black Lives Matter” powstał drugi slogan: “Blue Lives Matter” (ang. “Niebieskie życie ma znaczenie”). Hasło odnosi się do przedstawicieli policji, którzy każdego dnia narażają własne zdrowie i życie, by chronić społeczeństwo. Jako wieloletni i baczny obserwator amerykańskiej kultury i stylu życia, podziwiałem to niezwykle pozytywne nastawienie zwykłych obywateli do tamtejszej policji, niespotykane w takim stopniu nigdzie indziej w świecie. Cechował je ogromny szacunek i wdzięczność za poświęcenie oficerów. “Ktoś musi narażać swoje życie, by ktoś inny mógł spać spokojnie” - mówiło wielu Amerykanów. Mówią nadal, choć w ostatnich latach takich głosów niestety ubywa. Ogromna i masowa niechęć do policji, która coraz częściej staje się udziałem środowisk kojarzonych z amerykańską lewicą, stanowi całkowite zaprzeczenie tej prawidłowości, będącej przez lata nieodzownym elementem amerykańskiego patriotyzmu i tutejszego stylu życia.

Krytycy amerykańskiej policji zarzucają jej m.in. nadmierną brutalność oraz rzekomą skłonność do nader częstego sięgania po broń palną. Aby zrozumieć zachowanie funkcjonariuszy po drugiej stronie Atlantyku, należy zrozumieć realia w jakich muszą oni funkcjonować oraz wyzwania, z którymi codziennie mierzą się tocząc trudną walkę z przestępczością. W wielu rejonach kraju aktywność kryminalistów jest na bardzo wysokim poziomie, stąd praca amerykańskiego gliniarza jest często dużo bardziej niebezpieczna, niż jego europejskich kolegów. Amerykański bandyta także na ogół różni się od swojego europejskiego odpowiednika pod tym względem, że zdecydowanie częściej uzbrojony jest w nielegalnie posiadaną broń palną.

“Kultura gangów i masowa proliferacja broni w społeczeństwie sprawiają, że amerykańska policja jest wystawiona na ogromne ryzyko. Policjanci obawiają się o swoje bezpieczeństwo, gdyż w Ameryce mają znacznie więcej kontaktu z przemocą, niż w jakimkolwiek innym państwie na świecie.” - mówi “Niedzieli” doktor Gregory Brown, były kanadyjski policjant, obecnie wykładowca kryminalistyki na uniwersytecie Carleton w Ottawie oraz badacz amerykańskiej policji.

“Jest takie powszechne przekonanie na świecie, że kanadyjscy gliniarze i amerykańscy gliniarze są zupełnie inni. Tak naprawdę są niemal identyczni. Prowadziłem badania w amerykańskich departamentach policji, obserwowałem tamtych funkcjonariuszy i oni byli dokładnie tacy, jak moi funkcjonariusze w Kanadzie. Mieli to samo podejście, ten sam poziom wykształcenia, wyglądali tak samo, zachowywali się tak samo. Różnica jest taka, że amerykańscy policjanci mają znacznie więcej interwencji, w trakcie których zostaje użyta przemoc. To moim zdaniem tłumaczy tą diametralną przepaść w ilości osób zastrzelonych przez policję.” - dodaje

Politycy partii demokratycznej akcentując ten problem często sugerują konieczność ograniczenia prawa do posiadania broni praworządnym obywatelom, jako rzekome panaceum na niepokojące statystyki kryminalne. Takie rozwiązanie jest jednak całkowicie błędną koncepcją, ponieważ problemem nie jest legalnie pozyskana broń w rękach uczciwych i przestrzegających prawa Amerykanów, a nielegalne pistolety i karabiny, którymi dysponuje amerykański półświatek. Proponowane przez tutejszą lewicę zmiany legislacyjne w tej kwestii zakładają przeważnie rozbrojenie jedynie praworządnych obywateli, ułatwiając tym samym “pracę” wszelakiej maści przestępcom. Amerykańscy policjanci, jako ta grupa społeczna, która ma w tej kwestii najwięcej do powiedzenia, w zdecydowanej większości popierają prawo do posiadania broni przez praworządnych obywateli, podkreślając że zwiększa ono poziom bezpieczeństwa w społeczeństwie.

Amerykańska firma Lexipol zajmująca się definiowaniem zagrożeń i problemów dotyczących bezpieczeństwa, a także badaniem, szkoleniem oraz analizą potrzeb amerykańskich służb mundurowych, przeprowadziła zakrojone na szeroką skalę badanie opinii policjantów w USA w temacie posiadania broni palnej przez zwykłych obywateli. Ponad 91 proc. ankietowanych funkcjonariuszy wyraziło przekonanie, że postulowany przez liberałów zakaz karabinków samopowtarzalnych, często błędnie określanych w Ameryce tzw. “bronią szturmową” (m.in. modele AR-15 oraz cywilne wersje karabinków AK), albo nie będzie miał żadnego wpływu na przestępczość z użyciem przemocy, albo będzie on wręcz negatywny. Tyle samo policjantów odpowiedziało, że popiera prawo do ukrytego noszenia broni palnej przez niekaranych i zdrowych na umyśle obywateli. Wielu z nich stwierdziło, że uzbrojeni obywatele to ważny atut w ograniczaniu rozlewu krwii w trakcie strzelanin. W tej samej ankiecie aż 86 proc. policjantów stwierdziło, że liczba ofiar w analizowanych przez nich masowych strzelaninach byłaby albo zmniejszona, albo zredukowana do zera, gdyby na miejscu zdarzenia znajdowali się uzbrojeni w broń palną, praworządni obywatele. Wśród nich 80 proc. uważała, że pozwoliłoby to ograniczyć liczbę ofiar śmiertelnych, natomiast 60 proc. była zdania, że dzięki temu całkowicie udałoby się ich uniknąć. Ankietę przeprowadzono w kwietniu 2013 roku na próbie ponad 15 tys. amerykańskich policjantów.

Polowanie na policję

Wspierając obecną wśród części społeczeństwa silną niechęć do policji, coraz częściej przeradzającą się w jawną i otwartą nienawiść, politycy partii demokratycznej stąpają po bardzo cienkim lodzie. W ten sposób podważają ład prawny po drugiej stronie Atlantyku, zagrażając praworządności w Stanach Zjednoczonych. Na groźne skutki takiego działania, tej bezpardonowej nagonki na policję, nie trzeba było długo czekać. W Chicago, głównym ośrodku polonijnym w USA, rozpoczęło się prawdziwe polowanie na funkcjonariuszy służb mundurowych. Pod koniec sierpnia FBI ostrzegła departament policji z Chicago o niebezpiecznym sojuszu przeciwko chicagowskiej policji, jaki miał zostać zawiązany pomiędzy lokalnymi gangami. Gangsterski pakt ma zakładać strzelanie do każdego policjanta w mundurze Chicago Police Department, który zostanie przez bandytów dostrzeżony na ulicy z wyciągniętą bronią. Według informatora federalnego biura śledczego bandyci mają wyszukiwać funkcjonariuszy na służbie, nagrywać ich, gdy Ci mają dobytą swoją broń, a następnie strzelać do nich próbując zabić ich na wizji. W ten sposób gangi chcą przyciągnąć uwagę amerykańskich mediów. W raporcie FBI mowa o możliwym sojuszu pomiędzy 36 różnymi gangami. W rozmowie z konserwatywną telewizją “Fox News”, rzecznik prasowy chicagowskiej policji potwierdził, że jego departament otrzymał takie ostrzeżenia oraz dodał, że są one traktowane bardzo poważnie, a policja z Chicago dołoży wszelkich starań, by zapewnić bezpieczeństwo swoim funkcjonariuszom.

“We wszystkich strzelaninach gangów w 2020 roku najbardziej ucierpiały dzieci w wieku szkolnym. To one i niewinni ludzie płacą życiem w lokalnych wojnach gangów.” - mówi w rozmowie z “Niedzielą” polski jutuber i dokumentalista Mikołaj “Vonsky” Teperek, twórca kanału na YouTube pt. “Niepoprawny Dyplomata” oraz autor filmu dokumentalnego o pracy chicagowskiego policjanta pt. “Hello officer, how are you?”, który udostępniamy do obejrzenia na dole artykułu.

“Amerykańscy policjanci nie zasłużyli sobie na bycie celem, ponieważ to właśnie oni najczęściej stają między napastnikiem a niewinną ofiarą.” - dodaje Mikołaj Teperek.

Jak podał dziennik “Chicago Sun-Times”, w ostatni weekend sierpnia w trakcie przeprowadzania kontroli drogowej dwóch chicagowskich policjantów zostało postrzelonych na służbie, w tym jeden ciężko. Nie wiadomo, czy miało to związek z paktem pomiędzy gangami, o którym niedługo później rozpisała się amerykańska prasa. Wiadomo natomiast, że na South Side w Chicago ofiarą gangsterów padła listonoszka. Kobieta została z zimną krwią czterokrotnie postrzelona w brzuch. Dlaczego? Bandyci pomylili jej uniform U.S. Postal Service z mundurem policyjnym. To miała być egzekucja na przypadkowej policjantce.

W trakcie tego samego weekendu odnotowano także wzmożone ataki na policjantów w innych częściach kraju. Pięciu funkcjonariuszy zostało rannych w Waszyngtonie, stolicy USA oraz dwóch, w tym jeden śmiertelnie, w Saint Louis w stanie Missouri. Ponadto do postrzeleń policjantów doszło również w Dallas w Teksasie, Oakland w Kalifornii, Daytona Beach na Florydzie oraz Middletown w stanie Nowy Jork.

Cytowany przez konserwatywny dziennik “New York Post” David Brown, szef departamentu policji z Chicago, stwierdził na konferencji prasowej, że ludzie próbują atakować policjantów i “jest to coś więcej, niż sugestia”. Brown przywołał niepokojącą statystykę, według której tylko w tym roku 10 chicagowskich policjantów zostało postrzelonych, a 41 kolejnych znalazło się pod ostrzałem, choć szczęśliwie zostali ominięci przez wystrzelone w ich kierunku kule. Jak podkreślił, liczby te są kilkukrotnie większe, niż w jakimkolwiek innym roku w historii miasta Chicago, co oznacza, że wielu ludzi naprawdę obrało funkcjonariuszy na celownik i chce wyrządzić im krzywdę.

Kolejne dni przyniosły więcej ataków na przedstawicieli amerykańskich służb mundurowych. W połowie września w położonym w kalifornijskim hrabstwie Los Angeles mieście Compton, niezidentyfikowany bandyta poważnie postrzelili dwóch zastępców szeryfa z biura szeryfa hrabstwa Los Angeles - największej tego typu instytucji w Stanach Zjednoczonych. Do strzelaniny doszło w sobotni wieczór 12 września. Funkcjonariusze przebywali na służbie znajdując się w swoim radiowozie, kiedy od tyłu zaszedł ich ubrany na czarno mężczyzna. Przez szybę samochodu oddał z bliskiej odległości kilka strzałów w kierunku pracowników biura szeryfa, a następnie oddalił się z miejsca zdarzenia. Poszkodowani to 31-latka oraz 25-latek, oboje ciężko ranni trafili do szpitala Św. Franciszka w miejscowości Lynwood w hrabstwie Los Angeles, gdzie lekarze stoczyli walkę o ich życie. Bandyta odpowiedzialny za atak na funkcjonariuszy biura szeryfa jest poszukiwany przez amerykańską policję. W całej sprawie przeraża fakt, że pod szpitalem, do którego trafili ranni zastępcy szeryfa zgromadziła się grupa protestujących, którzy próbowali blokować przejazd karetek pogotowia ratunkowego.

Przemawiając na swoim wiecu wyborczym w Las Vegas w stanie Nevada, prezydent Donald Trump stwierdził wprost, że mordercy policjantów powinni być skazywani na karę śmierci.

Fałszywa teza

Teza stawiana przez protestujących zakłada, że przypadki niezgodnego z prawem i procedurami zachowania pojedynczych funkcjonariuszy, to nie uprzedzenia rasowe czy brak profesjonalizmu tych konkretnych policjantów, a większy instytucjonalny problem sugerujący rasizm obecny w całych departamentach amerykańskiej policji oraz fakt przyzwolenia na taki stan rzeczy wśród przełożonych. To całkowicie kłamliwa narracja, która nie znajduje odzwierciedlania w rzeczywistości. Owszem, do patologicznych i skrajnie karygodnych interwencji co jakiś czas w Ameryce dochodzi, trudno jednak za pojedyncze przypadki obwiniać całą społeczność policyjną, a to właśnie robią działacze BLM i im podobni protestujący. Jest rzeczą wielce niepokojąca, że na tym cynicznym kłamstwie kapitał polityczny próbują zyskiwać czołowi politycy partii demokratycznej.

Pod koniec sierpnia na ulicach miasta Kenosha w stanie Wisconsin doszło do interwencji funkcjonariuszy lokalnego departamentu policji, w wyniku której poważnie ranny został czarnoskóry mężczyzna Jacob Blake. Chociaż w tym wypadku użycie przez policjantów broni palnej wydawało się działaniem w pełni usprawiedliwionym, na mundurowych spadła fala krytyki ze strony lewicy i aktywistów “Black Lives Matter”. Interwencja stała się motorem napędowym dla kolejnej fali protestów przeciwko rzekomej brutalności i rasizmowi policji, która ponownie przetoczyła się przez Amerykę siejąc chaos, zniszczenie, liczne społeczne niepokoje, a także doprowadzając do rozlewu krwii i śmiertelnych postrzeleń.

“Ten człowiek był poszukiwany, zgwałcił swoją żonę, ukradł jej samochód, gdy policja próbowała go zatrzymać, opierał się. Funkcjonariusze użyli paralizatora, ale ten na niego nie zadziałał. Mężczyzna zaczął odchodzić od policjantów, próbował dostać się do samochodu, w którym były dzieci. Jestem pewien, że policjanci byli przekonani, że zamierza znowu ukraść samochód i zabrać dzieci ze sobą. Teraz są dowody na to, że na podłodze przy siedzeniu kierowcy znajdował się nóż. Może funkcjonariusze widzieli, że sięga po nóż, może bali się, że skrzywdzi dzieci, albo siebie, albo policjantów.” - zwraca uwagę doktor Gregory Brown.

Zaledwie po tygodniu protestów na ulicach położonego w stanie Wisconsin, niegdyś spokojnego i cichego miasteczka Kenosha, Shelly Billingsley - dyrektorka departamentu robót publicznych w miejskim ratuszu - oszacowała straty z tytułu zniszczonego mienia publicznego na kwotę ponad 2 milionów dolarów. Do tego należy jednak doliczyć jeszcze zdewastowane mienie prywatne - zniszczone sklepy, spalone samochody. Bilans strat finansowych jest zatem znacznie większy. Nie sposób przełożyć jednak na pieniądze fizycznych krzywd wyrządzonych Amerykanom brutalnie atakowanym przez bojówkarzy. Nienawiść na tle politycznym jeden ze zwolenników prezydenta Trumpa przypłacił własnym życiem - został zamordowany na ulicach miasta Portland przez jednego z członków Antify.

Biden - cyniczny sędzia

Do postrzelenia 29-cio letniego, czarnoskórego Jacoba Blake doszło w niedzielę 23 sierpnia. Już następnego dnia Joe Biden, kandydat partii demokratycznej w wyborach prezydenckich 2020, wypowiedział się w tej sprawie zajmując jasne stanowisko, w którym odpowiedzialnością za postrzelenie mężczyzny obarczył policjantów biorących udział w akcji. Polityk nie czekał na dochodzenie i wyniki śledztwa, zamiast tego z góry założył winę funkcjonariuszy. Dlaczego? Swoją narracją chciał wpisać się w trwającą na amerykańskiej lewicy nagonkę na policję i tym samym przypodobać się protestującym aktywistom z ruchu “Black Lives Matter” oraz sympatykom skrajnej lewicy. W tych grupach bowiem Biden upatruje swój potencjalny elektorat. Kandydat demokratów stwierdził, że policjantów należy pociągnąć do odpowiedzialności. Jednocześnie zupełnie przemilczał ewentualną winę podejrzanego, który w agresywny sposób stawiał opór funkcjonariuszom, nie reagował na wydawane mu polecenia, swoim zachowaniem stanowiąc realne i bezpośrednie zagrożenie życia i zdrowia - nie tylko dla policjantów, lecz także dla osób postronnych, w tym dla jego własnych dzieci, które w tym czasie siedziały w samochodzie. Czy tak zachowuje się osoba aspirująca do roli lidera Ameryki?

Przemawiając na odbywającej się w Białym Domu konwencji wyborczej partii republikańskiej, prezydent Donald Trump nazwał zbliżające się wybory najważniejszymi w historii Stanów Zjednoczonych. Nigdy wcześniej, jak stwierdził, Amerykanie nie mieli tak wyraźnego wyboru pomiędzy dwiema zupełnie różnymi wizjami filozoficzno-politycznymi. Prezydent Trump podkreślił, że nadchodzące wybory zadecydują o tym, czy uda się obronić amerykański styl życia i wartości wyrażone w koncepcji “amerykańskiego snu”, czy też pozwolimy, by socjaliści ze swoją agendą zrujnowali umiłowane przeznaczenie Ameryki. Nie zabrakło także odwołań do szkodliwej zdaniem prezydenta działalności partii demokratycznej, która wspiera i podgrzewa niepokoje społeczne, antagonizuje społeczeństwo próbując nastawić wyborców przeciwko policji.

“Na konwencji partii demokratycznej Joe Biden i jego partia stale atakowali Amerykę, jako kraj rasowej, ekonomicznej i socjalnej niesprawiedliwości. Więc dziś zapytam prostym pytaniem: jak może partia demokratów prosić, by przewodzić naszemu krajowi, kiedy spędza tak wiele czasu niszcząc go?” - pytał Trump. Słowa te publiczność przyjęła owacjami na stojąco.

Aktywiści ruchu “Black Lives Matter” sugerują, że w identycznej sytuacji wobec białego podejrzanego oficerowie zachowywaliby się inaczej - w domyśle łagodniej oraz w bardziej wyrozumiały sposób. Mieliby rzekomo nie stosować tak poważnych środków przymusu bezpośredniego np. użycia broni palnej. Problem w tym, że analizując tego typu przypadki, takiej narracji po prostu nie da się obronić.

William Barr, prokurator generalny USA w wywiadzie udzielonym liberalnej telewizji CNN stwierdził, że instytucjonalny rasizm nie występuje w amerykańskiej policji. Z kolei prezydent Trump oraz liczni republikańscy politycy i konserwatywni komentatorzy zarzucali kandydatowi demokratów Joemu Bidenowi, że ten nie potępił przemocy, do której dochodziło w trakcie protestów w USA. Ostatecznie kandydat lewicy zdobył się na takie oświadczenie, jednak zdaniem wielu zrobił to zbyt późno i w niewystarczający sposób.

Terroryści z Antify

Spontaniczne protesty oraz te organizowane przez potężny lobbingowo ruch “Black Lives Matter” i jemu podobne organizacje, szybko przeradzają się w pełne przemocy uliczne zamieszki, również dlatego, że są podsycane przez skrajnie lewicowych zadymiarzy m.in. związanych z niezwykle groźną Antifą. W maju b.r. prezydent Donald Trump zapowiedział uznać ją za organizację terrorystyczną. Za pośrednictwem swojego konta na Twitterze pisał wówczas: “Stany Zjednoczone uznają ANTIFĘ za organizację terrorystyczną”. Obecny gospodarz Białego Domu podnosił jednak ten temat już wcześniej. Latem 2019 roku na ulicach amerykańskiego miasta Portland położonego w stanie Oregon na zachodnim wybrzeżu USA, doszło do serii starć między skrajnie prawicowymi i skrajnie lewicowymi manifestacjami. Odkąd republikanin Donald Trump wygrał wybory prezydenckie w listopadzie 2016 roku aktywności ekstremistów z lewicowych bojówek działających pod auspicjami m.in. Antify znacznie przybrała na sile, podobnie jak starcia pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami urzędującego prezydenta. Do tego typu konfrontacji w skali całego kraju dochodziło jednak już wcześniej, a iskrą wywołującą zapłon bywały różne wydarzenia począwszy od postrzeleń czarnoskórych obywateli przez policję, po kontrowersje związane z obalaniem pomników Konfederacji, na wyborczym zwycięstwie Donalda Trumpa kończąc.

Wielu komentatorów podkreśla, że niepokoje społeczne i przemoc na ulicach amerykański miast, a także podgrzewająca je antypolicyjna narracja partii demokratycznej zwiększają szansę na reelekcję prezydenta Donalda Trumpa. Niechęć do amerykańskiej policji, liczne ataki na funkcjonariuszy i chaos na protestach “Black Lives Matter” to kolejne wyzwanie, przed którym stoi Ameryka Anno Domini 2020.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję