Reklama

Jasna Góra

Jasna Góra: uroczystość św. Pawła Pierwszego Pustelnika

Uroczystość św. Pawła Pierwszego Pustelnika, przypadająca 15 stycznia, jest dniem szczególnej modlitwy paulinów do Patriarchy Zakonu, pustelnika żyjącego w Egipcie na przełomie III i IV wieku. Tego dnia ojcowie i bracia paulini zgromadzeni przed Cudownym Obrazem Matki Bożej wraz z Generałem Zakonu ponawiają przyrzeczenia złożonych ślubów zakonnych.

[ TEMATY ]

Jasna Góra

Paulini

Biuro Prasowe Jasnej Góry

Mszy św. odprawionej o godz. 11.00 w Kaplicy Matki Bożej przewodniczył o. Arnold Chrapkowski, generał Zakonu Paulinów.

„Paweł, chociaż żył sam, to nie odsunął się od człowieka, od jego losu i codziennych trosk – mówił w homilii o. Chrapkowski - Czy dla nas duchowych synów św. Pawła świat jest krzyżem? Pociąga nas zapewne wiele tzw. światowych spraw, niejednokrotnie świat zewnętrzny bardzo wchodzi i do naszego serca i do sposobu myślenia i działania, wchodzi także w naszą zewnętrzną przestrzeń.

Ten świat pełen ruchu, blasku i wrażeń staje się dla nas coraz bliższy, a widzimy ile zagrożeń niesie ten współczesny świat: nienawiść do człowieka, nienawiść do życia, Bóg Stwórca to zagrożenie, apoteoza człowieka wyzwolonego żyjącego w najlepszym ze stworzonych przez siebie światów, i w takim świecie jest Kościół, w takim świecie jesteśmy my.

Reklama

Nie możemy się jednak układać z takim światem, nie możemy go przyjmować takim, jakim on jest, mamy go jednak oświecać i przemieniać, bo inaczej nie będziemy wierni istocie naszej wiary. Nie możemy jednak żyć z nienawiścią w sercu do ludzi, których świat pochłonął, ale modlitwą i przykładem swojego życia mamy ukierunkowywać ich na Boga, bo przestrzega nas mnich pontyjski Ewagriusz, że lepiej być wśród tysięcy ludzi z miłością, niż na pustyni z nienawiścią w sercu. Wzorem Pawła mamy więc żyć w stałej obecności Boga i modlić się o zbawienie własne i innych”.

Czy dla Pawła krzyżem była pustynia? Pustynia to trud, to także cierpienie, ale także przestrzeń odnalezienia Bożej miłości – wyjaśniał generał Zakonu

- Pustynia jest wyrazem zerwania, oddzielenia od tego, co nie pozwala żyć według Bożych wskazówek. Abraham opuścił pogańskie Ur, Izrael został wyrwany z bałwochwalczego Egiptu, Eliasz zwątpiwszy we własny lud zbiegł na pustynię, i wszyscy tam spotkali prawdziwego Boga w słowach i w znakach. W oczach świata pustynia była krzyżem, była cierpieniem, ale nie dla Pawła. On w samotności pustyni rozpoznał głos i oblicze przychodzącego Pana. W Jego stałej obecności żył, pokutował i modlił się. Czy dzisiaj dla nas pustynia jest krzyżem? W jakich sytuacjach jej doświadczamy? Na pustynie jesteśmy wywoływani, ponieważ pewnie sami byśmy nie wyszli z naszego komfortu”.

Reklama

W dalszej części homilii o. Chrapkowski przypomniał o rozpoczynającym się niebawem Roku Jubileuszowym bł. Euzebiusza. „Euzebiusz w swym życiu wzorem św. Pawła doświadczył także czym jest świat, pustynia i cisza. Doświadczył tajemnicy krzyża i na nim oparł fundament paulińskiej wspólnoty – mówił ojciec generał - Pustynia, cisza, świat to z jednej strony tajemnica obumierania, tajemnica krzyża, z drugiej, to przestrzenie, w których spotykamy i Boga i człowieka, któremu mamy służyć naszym paulińskim charyzmatem”.

W czasie Eucharystii ojcowie i bracia ponowili śluby czystości, ubóstwa i posłuszeństwa.

Jutro, 16 stycznia, przypada święto Królowej Pustelników zatwierdzone przez Stolicę Apostolską jako wyraz wdzięczności za opiekę Maryi nad Zakonem Paulińskim. Podczas Mszy św. o godz. 11.00 w Kaplicy Cudownego Obrazu wspólnota paulińska ponowi Akt Zawierzenia Zakonu Maryi.

2020-01-15 18:49

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Pustynia...

2020-03-26 16:16

[ TEMATY ]

Częstochowa

Jasna Góra

Paulini

Australia

studio TV/ G. Gadacz

Prowincjał Prowincji Australijskiej o. Wiesław Albert Waśniowski

Paulini posługują w Australii od prawie 40 lat. Mają tam sześć placówek. Prowincjał Prowincji Australijskiej o. Wiesław Albert Waśniowski przebywa tam od 22 lat, obecnie posługuje w sanktuarium Matki Bożej Wspomożycielki Wiernych w Marian Valley.

Przyleciał do Częstochowy na początku marca na Kapitułę Generalną Zakonu Świętego Pawła Pierwszego Pustelnika - spotkanie specjalnie wybranych przedstawicieli zakonu i dotychczasowych jego władz, zwoływane raz na 6 lat. Teraz epidemia koronawirusa nie pozwala ojcu oraz jego współbratu Bruno Kanamisowi na opuszczenie Polski.

... Jak Ojciec odczytuje tę sytuację?

- Kilka razy, w sercu, zastanawiałem się, co Pan Bóg chce nam przez to pokazać, bo to jest na pewno jakiś znak dla całego świata. Myślę, że ta epidemia wszystkich nas zaskoczyła. To, że w taki globalny sposób może dotknąć zarówno świat,jak i każdego osobiście. Pokazuje, że nie mamy kontroli nad wieloma sprawami, mały wirus może zmienić cały świat -wszystko może się zmienić w ciągu kilku dni, ja sam tego doświadczyłem. Wyjeżdżając z Australii, słyszałem o epidemii w Chinach, ale to było odległe. Po tygodniu pobytu tutaj, wszystko się zmieniło. Dziś nie mam możliwości powrotu do swoich parafian. Wiem, że w Australii, wszystkie kościoły są zamknięte, nie ma publicznych Mszy św. Jest to inny niż zwykle Wielki Post i przeżywania czasu samotności. Nigdy nie myślałem, że jako ksiądz, będę bezrobotny, a to trochę w tej chwili tak wygląda. Tutaj, na Jasnej Górze też nie potrzeba na dziś więcej księży. To było dziwne przeżycie przed chwilą przechodziłem z przeorem klasztoru przez Kaplicę Matki Bożej i jest pusta. Rozmawialiśmy, że takie pustki w klasztorze jasnogórskim ostatni raz mogły być w czasie II wojny światowej.

... Można powiedzieć, że to jest dla Was, paulinów, taki powrót do pustelnictwa...

W tym roku przeżywamy 750. rocznicę śmierci bł. Euzebiusza założyciela Zakonu Świętego Pawła Pierwszego Pustelnika, może mamy to wszystko przeżyć, jako symboliczny powrót na pustynię. Obcowanie sam na sam z Panem Bogiem.

Zawsze sobie mówiłem, że nam, jako księżom, pewnie nigdy nie zabraknie pracy, szczególnie w Australii, gdzie bardzo brakuje kapłanów. Na co dzień, ze wszystkich stron pukają do nas ludzie, z prośbą, by odprawić Msze św., służyć w sakramentami, tam brakuje lokalnych księży. Pomagamy też w lokalnych parafiach. Zdarzają się niedziele, że po pięć Mszy św. muszę odprawić, w tym celu muszę pokonywać nawet 70 km w jedną stronę. W Australii czuję się bardzo potrzebny. Dziś jednak wygląda to zupełnie inaczej. Nagle znalazłem się w sytuacji, że nie mogę dla ludzi odprawić Mszy św.

...Indywidualnie jednak Ojciec może sprawować Eucharystię i uczestniczyć w Apelu Jasnogórskim...

Patrząc w Obraz Matki Bożej, człowiek czuje miłość, dobroć i opiekę. Zastanawiałem się, gdzie lepiej być w tej sytuacji, czy w Australii, czy na Jasnej Górze? Tutaj chyba czuję się bezpieczniej, to miejsce wywołuje w nas paulinach, i Polakach głębokie przeżycie duchowe. To ważne dla narodu, że mamy Jasną Górę i możemy tutaj wypraszać łaski.

Pamiętam, kiedy podczas kapituły, odśpiewaliśmy podczas Apelu Jasnogórskiego pierwsze Suplikacje, łzy w oczach stanęły mi, bo bardzo dawno nie śpiewałem tych Suplikacji razem z wiernymi przy organach. To wołanie o pomoc Boga przez pośrednictwo Maryi jest przejmujące. Czuje się wyraźnie, że tutaj można wypraszać łaski.

...Ojciec doświadczył też trudnego czasu, kiedy Australia była trawiona przez pożary, w niebezpieczeństwie były też klasztory paulińskie…

Bezpośrednio zagrożone szalejącymi pożarami były okolice parafii w Moss Vale i Sanktuarium w Penrose Park, w którym znajduje się obraz Matki Bożej Jasnogórskiej, ukoronowany diademami poświęconymi przez Jana Pawła II. To był bardzo trudny moment, w pewnej chwili była taka sytuacja, że służby kazały nam się spakować i być gotowymi do opuszczenie klasztoru. Pamiętam, spakowałem Najświętszy Sakrament, walizkę z najpotrzebniejszymi rzeczami i byliśmy w gotowości wyjazdu. Dostaliśmy wiadomość, że ogień jest jakieś 7 km od naszego Sanktuarium. W oczekiwaniu na ostateczną decyzję ewakuacji, modliłem się na różańcu, by ten kataklizm nas ominął. Po kilku dniach pożar został zażegnany. Wielu odczytywało to, jako cud. Monsun- deszcz, przyszedł niespodziewanie i ugasił pożary w ciągu tygodnia. Zapobiegł suszy i zapełnił zbiorniki wodne. Zwykle, ten typ deszczu, dociera do północnej części kraju, a tym razem, pojawił się w rejonie, w którym szalały największe pożary. Silne opady deszczu na wschodzie i południu Australii, spowodowały ugaszenie ognia, to uratowało wiele istnień i nas.

CZYTAJ DALEJ

Idę po śmierć, idę po życie

Niedziela Ogólnopolska 48/2018, str. 18-20

[ TEMATY ]

rekolekcje

youtube

Ks. Piotr Pawlukiewicz to jeden z najbardziej znanych polskich rekolekcjonistów.
Na spotkania z nim przychodzą wielkie rzesze wiernych. Znany jest również z niedzielnych kazań podczas Mszy św. transmitowanej przez Polskie Radio. W wyjątkowym wywiadzie dla „Niedzieli” opowiada o swojej chorobie, o tym, jak przygotować się na śmierć, i dlaczego warto dążyć do świętości

KRZYSZTOF TADEJ: – „Wstań. Albo będziesz święty, albo będziesz nikim” – to tytuł najnowszej Księdza książki. Dlaczego tak wysoko stawia Ksiądz poprzeczkę? Nie lepiej powiedzieć: „Czyń więcej dobra” lub po prostu: „Bądź lepszy”?

KS. PIOTR PAWLUKIEWICZ: – Wysoko to nie znaczy ponad ludzkie możliwości. Co to znaczy być świętym? Jeśli ktoś myśli, że święty to ten, kto nie popełnia błędów, że to chodzący ideał, to rzeczywiście za wysoko stawiam poprzeczkę. Ona będzie nieosiągalna nawet dla papieża. Ale dla mnie święty to ten, kto dąży do świętości. Małymi krokami – dwa centymetry na godzinę, milimetr na rok. Idzie do świętości, a jak się cofnie, upadnie, zgrzeszy, to z pokorą podejmuje decyzję, żeby nadrobić stracony dystans. Wraca na poprzednią drogę, mozoli się, żeby osiągnąć łączność z Chrystusem.

– Czym zatem jest świętość?

– Świętość to wybór. Nieraz młodzież pyta: „Po co się spowiadać?”. „Po co się spowiadać, skoro i tak zgrzeszę, upadnę, zawiodę w różnych sytuacjach? Po co się spowiadać, skoro ciągle wracam do grzesznego życia?”. Zawsze odpowiadam: nasze decyzje dotyczą tego, na co mamy wpływ; tego, co możemy wybrać.

– Co dokładnie ma Ksiądz na myśli?

– Każdy z nas ma zaplanowany dzisiejszy wieczór i jutrzejszy dzień. Mniej więcej wiemy, co będziemy robili w tym dniu, czy coś dobrego, czy złego. Nikt nie wie, czy popełni zło np. w 2054 r. Nie wiemy, co będzie się działo w dalszej przyszłości. Odpowiadamy za to, nad czym mamy władzę. Jeśli ktoś pyta: „Po co się spowiadać, skoro znów zgrzeszę?”, to ja pytam, czy planuje grzech. Jeśli planuje, to rzeczywiście jest kiepsko. Jeśli natomiast w dniach, nad którymi mamy władzę, nie planujemy grzechu, to w tym momencie stajemy się święci. W pełnym znaczeniu tego słowa.

– Kiedyś, mówiąc o świętości, opowiadał Ksiądz o filmie, którego bohaterem był Gandhi...

– Jest w tym filmie scena, jak Hindusi idą do fabryki. Angielska policja wali ich pałkami po głowie. Potem stojące kobiety obmywają im rany, a oni na nowo ustawiają się w kolejkę i idą do fabryki. I znowu dostają w głowę, i znowu kobiety obmywają im rany, i tak w kółko. To jest symbol naszej drogi do nieba. Szatan daje nam po głowie, a Kościół robi opatrunek. Opatruje sakramentem, Eucharystią, miłością bliźniego. Potem szatan znowu daje nam po głowie i Kościół znowu nas leczy. Świętym nie jest ten, kto siedzi obok i krytykuje: „I co ci to da?”. Świętym jest ten, kto uporczywie zmierza do Pana Boga. Spójrzmy na Piotra. Dlaczego był święty? Przecież nic nie umiał, nic mu nie wyszło oprócz jednego. Oprócz wracania do Pana Boga. Wielu ludzi jest pysznych. Wstydzą się spowiedzi. Wychodzą na ring tylko wtedy, gdy wiedzą, że wygrają. A jeśli mają cień podejrzenia, że mogą przegrać, to nie podejmują w ogóle walki. Ja zachęcam do walki.

– Nieraz słyszymy, że człowiek, który grzeszy, nie będzie szczęśliwy. To dlaczego ludzie grzeszą?

– Bo to jest na początku bardzo atrakcyjne. Dlaczego jeszcze? Ludzie są pyszni, pokazują płytką dumę, nieraz pokazują, „kim to ja nie jestem”. I wadzą się z samym Bogiem. Kiedyś zapytano żebraka przed katedrą w Warszawie, ile dziennie zarabia. Odpowiedział, że w niedzielę do dwustu złotych. Pytający był zdumiony: „Jak to?! Pan tak sobie tylko siedzi i zarabia aż dwieście złotych? To przecież niesamowite!”. Żebrak odpowiedział krótko: „Bo ludzie są głupie!”. No i my grzeszymy dlatego, że też jesteśmy „głupie”. Wydaje nam się, że obietnica diabła to jakaś superoferta, coś nadzwyczajnego. A kończy się jak zwykle: płaczem, łzami, wyrzutami sumienia i uświadomieniem sobie własnej głupoty.

– W najnowszej książce pisze Ksiądz, że wiele osób jest niezadowolonych. I dzieje się tak bez względu na to, co mają i czym się zajmują. Ciągle coś nam przeszkadza. To jak znaleźć szczęście? Zaakceptować życie takie, jakie jest? Jeśli np. widzimy coś złego w Kościele, to mamy się nie odzywać, tylko kochać Kościół bez względu na to, co się w nim dzieje?

– Kiedy podczas rejsu ktoś nagle krzyknie, że w okręcie jest dziura, to raczej wszyscy rzucą się do roboty pod kierunkiem kapitana, żeby mieć szansę wyjść z tego cało. Mamy kochać Kościół takim, jaki jest. Nigdy nie był doskonały. Zawsze byli w nim grzesznicy, bo Kościół jest szpitalem. Człowiek, który grzeszy, jest w szpitalu. Jest chory i znajduje pomoc. Nieraz słyszę: „Tamten facet chodzi do kościoła, a przecież grzeszy. Wieczorami kłóci się z żoną”. Odpowiadam: „Ale jakby nie chodził do kościoła, to może by ją zabił?”. Ja, gdybym codziennie nie chodził do kościoła, na pewno byłbym gorszy, niż jestem, na pewno trochę bym rozrabiał. Kościół nas leczy. Pan Jezus jest ordynatorem, Matka Boża – pielęgniarką.

– Wróćmy do tych osób niezadowolonych z życia. Czy można znaleźć szczęście już teraz? W miejscu, w którym żyjemy, i w warunkach, w których się znajdujemy?

– Oczywiście. Kiedyś czytałem wspomnienia jednej z więźniarek z Ravensbrück. Napisała, że nigdzie nie spotkała tak wspaniałych ludzi jak tam – życzliwych, pomocnych, z otwartym sercem. Mówiła o swoich towarzyszkach, że to aniołowie chodzący po ziemi. Tam więźniarki pomagały sobie nawzajem. Gotowe były oddać za siebie życie. I chwaliły Boga za dobro, które przekazywał przez ich serca.

– Nie zawsze łatwo odnaleźć szczęście. Ktoś np. dowiaduje się, że jest chory na nowotwór, ma przerzuty i zostało mu kilka miesięcy życia. Jak ma odnaleźć szczęście?

– Wszystko zależy od tego, czy ta osoba jest przygotowana na śmierć. Każdy z nas ma się przygotowywać do tej chwili. Godzina śmierci jest najważniejsza, bo w niej dokonamy ostatecznego wyboru. Wybierzemy szczęście albo, nie daj Boże, piekło. Niektórzy pójdą do piekła z własnej chęci, z własnej woli na złość Panu Bogu. Tak Go nienawidzą. Nienawiść zatruwa człowieka. Człowiek nieraz z nienawiści potrafi cierpieć tylko po to, żeby innemu zadać ból.

– Wróćmy do człowieka, który się dowiedział, że ma nowotwór.

– Człowiek powinien być przygotowany, że może stać się inaczej, niż sobie tego życzymy. Gdy składamy życzenia, często słyszymy: „wszystkiego najlepszego”, „niech ci się wiedzie”, „powodzenia”, zdrówka, zdrówka, a przede wszystkim zdrówka”. Trzeba być przygotowanym, że może być inaczej, i życzyć ufności Chrystusowej. Kiedyś mój kolega ksiądz opowiadał, że w dzieciństwie, kiedy jechał rowerem, ciężarówka przycisnęła go do krawężnika. Przewrócił się z wielkim hukiem, rozbił kolano i zapłakany wrócił do domu. Mama spytała, o czym myślał, gdy ta ciężarówka na niego jechała. Była przekonana, że usłyszy o mamusi i tatusiu. Ale tak nie odpowiedział. To są chwile, kiedy trzeba myśleć o Bogu. Gdy spotyka nas takie nieszczęście jak nowotwór, myślmy o Bogu.

– Pojawiają się pytania: „Dlaczego ja? Skoro Bóg jest wszechmogący, może mi przecież pomóc; dlaczego nie pomaga?”. Czy są dobre odpowiedzi na takie pytania?

– Oczywiście, można znaleźć odpowiedź. Zależy to od konkretnej sytuacji. W niejednym domu nastąpiły zgoda, pojednanie, otwarcie oczu na coś, czego się wcześniej nie dostrzegało, tylko dlatego, że ktoś z pokorą przyjął śmierć. Takie osoby mogą zrobić dużo dobrego. Dostały oręż do czynienia dobra. A śmierć przecież i tak kiedyś nastąpi.

– Śmierć, która niczego nie kończy. Można powiedzieć: Idę po śmierć, czyli idę po życie?

– Życie się nie kończy, ale się zmienia. Idę po śmierć, idę po życie. Tak, to dobre określenie. Na pogrzebie mówi się o człowieku, który umarł. Ale przecież to my umieramy, a on żyje. Ilu rodziców, ojców, matek bierze dzisiaj Biblię do ręki i rozmawia z dzieckiem o zmartwychwstaniu? Posłużę się przykładem. Na dworcu kolejowym możemy zobaczyć tunel. Na peronie ptak dziobie okruszki. Mógłby wlecieć w ten tunel i znaleźć dużo jedzenia. Ale się boi. My też tak żyjemy. Nasze okruszki to samochód, DVD, komputer. Dziobiemy, a ciasny tunel prowadzi do życia wiecznego. Tylko że młodzi ludzie wiedzą jedno: liczy się kasa. Jedyną powszechną ideologią w Polsce jest materializm praktyczny. My tu sobie rozmawiamy, a tymczasem w Polsce odbywa się, powiedzmy, kilka tysięcy rozmów o pieniądzach. Jak mało mam kasy, jak bardzo potrzebuję kasy, gdzie można więcej zarobić...

– Co Ksiądz mówi tym, którzy tylko o tym myślą?

– Puknijcie się w głowę! Wjechaliście w ślepą uliczkę. Ona jest bajecznie kolorowa, śliczna, ale na końcu okaże się, że jest ślepa. Nie zaprowadzi nikogo do szczęścia. Godzinami mogę opowiadać o ludziach, którzy teoretycznie powinni być nieszczęśliwi, a jednak jest inaczej. Ostatnio np. fotografowano siostrę zakonną, która ma sto lat. Szukano oblicza starego człowieka na okładkę książki. Siostra zapytała, o czym jest ta książka. Usłyszała, że o ludziach starych, smutnych, chorych. Podziękowała. „To nie dla mnie i nie o mnie”. Miała pokój w sercu. Była szczęśliwa.

– Był Ksiądz kiedyś kapelanem w szpitalu. Widział, jak ludzie odchodzą z tego świata. I przyszła ta chwila, kiedy to Księdza dotknęła choroba. Jak to Ksiądz przeżywa?

– Na razie raczej z humorem. Nie załamuję się. Lubię rozmawiać z Panem Bogiem po wojskowemu, chociaż nigdy w wojsku nie byłem. Wyobrażam sobie, że Pan Jezus mówi o chorobie: „Pawlukiewicz, masz nowego przyjaciela”. Odpowiadam: „Tak jest!”. I żyję dalej.

– Boli?

– Bólu nie czuję. To ograniczenie ruchowe, brak koordynacji. Przewróciłem się już może z 30, 40 razy.

– Czyli żartów nie ma?

– Bywa niebezpiecznie. Jak upadam, np. ze schodów, to myślę, żeby jakoś ręce pochować i przyjąć ciałem ciężar uderzenia.

– To choroba Parkinsona?

– Tak.

– Można ją zatrzymać?

– Można ją spowolnić i to się w dużym stopniu udaje. Ale po jakimś czasie zawsze sunie do przodu. Pół milimetra, centymetr, ciągle dalej.

– Kiedy Ksiądz się zorientował, że jest poważnie chory?

– W 2007 r. Przy goleniu zadrżała mi ręka. Nie mogłem precyzyjnie dotykać maszynką twarzy. Potem był problem z wyciągnięciem chusteczki do nosa albo portfela z kieszeni. Z trudem myłem zęby. Ale jeszcze wtedy były to drobne dolegliwości. Teraz jest inaczej. Szukam jednak pozytywnych stron. Jestem wzruszony opiekuńczością sióstr zakonnych, kapłanów, ludzi świeckich. Przychodzą, pytają, czy w czymś mi pomóc, czy dokądś podwieźć, coś kupić. Te codzienne doświadczenia kontrastują z obrazem polskiego kleru, który ostatnio przedstawił jeden z reżyserów. Ja widzę codziennie inny świat i jestem nim pozytywnie zaskoczony.

– Czy boi się Ksiądz śmierci?

– Teraz nie (uśmiech). Siedzimy sobie w miły jesienny wieczór. Miło się rozmawia, jest przyjemnie. Ale jak przyjdzie lekarz i powie, że to już koniec, to pewnie będę zazdrościł tym, którzy będą mogli oglądać następne mistrzostwa świata w piłce nożnej. Pewnie też tym, którzy dostaną nowy sprzęt muzyczny, taki idealny, bezszumowy... Wiem jednak, że Pan Bóg pokaże mi w niebie wiele fantastycznych rzeczy, o których na ziemi nie mamy pojęcia. Oczywiście, jeśli znajdę się w niebie, o co Boga pokornie proszę.

– Mówi Ksiądz, że każdy powinien przygotować się do śmierci. A Ksiądz jak to robi?

– Dużo myślę o śmierci, o przemijaniu. Dwa miesiące temu umarła moja mama. Widziałem ją przez całe moje życie, czyli prawie przez 60 lat. Przyglądałem się, jak żyła, byłem blisko w chorobie, kiedy umierała. I bardzo realnie spojrzałem na siebie. Mam prawie 60 lat, jestem chory. Oczywiście, można jeszcze pracować, funkcjonować, ale trzeba realnie oceniać sytuację i przygotować się na ten moment. Przygotować – to znaczy wypełnić swoją misję na maksa. Zrobić to, co zostało do zrobienia i co można zrobić przy wszystkich ograniczeniach. Tak, aby potem stanąć jak szeregowiec przed Generałem i usłyszeć od Niego słowa: „Dobrze, synu. Wiele uczyniłeś dobrego i wielką dostaniesz nagrodę w niebie”.

– Liczy Ksiądz na cud? Przecież wiele osób doświadczyło cudu.

– Kiedy o tym myślę, mówię sobie: „To byłby numer!”. Podchodzę do wszystkiego z humorem. Na początku, gdy lekarze stwierdzili, że to choroba Parkinsona, pojechałem do sióstr zakonnych na rekolekcje. Laseczką się podpierałem, żeby się nie przewrócić. Na spotkaniu po skończonych rekolekcjach słuchaczki wymieniały poglądy: które nauki się podobały, które mniej. Ze zdumieniem usłyszałem od 90 proc. zakonnic, co zrobiło na nich największe wrażenie: to, że ks. Pawlukiewicz o lasce zmagał się przy ołtarzu, żeby czegoś nie wylać, bo ręka mu drżała. Potem pojechałem na zamknięte rekolekcje do studentów i usłyszałem to samo. Wtedy dopiero można się było załamać! Trochę się buntowałem, no bo jak to, nie podziwiają moich słów, wygłaszanych mądrości, tylko podziwiają laskę, którą się podpieram, żeby nie wylądować na ziemi? Skandal! (śmiech).

– Bywają chwile depresji?

– Kiedyś miałem złe dni. Pomyliłem tabletki i zajrzała mi w twarz perspektywa domu starców. Marzyłem wcześniej, że jak będę ociężały, to kupię sobie jakiś fajny, duży telewizor. Tak na koniec. A potem przepiszę go jakimś biednym dzieciom. A tu po lekach nastąpiło jakieś nagłe załamanie zdrowia i perspektywa, że już nie zdążę zrobić nawet tego i wyląduję w domu księży emerytów. A tam łóżko i pampersy.

– Czy w takiej sytuacji inaczej przeżywa się życie? Czy jest się bliżej Boga?

– Cieszę się, że Bóg uchronił mnie od postawy buntu. Od stawiania pytań, dlaczego, i mówienia: „przecież dobrze żyłem”.

– Powróćmy na koniec do najnowszej książki. Jakie jest jej najważniejsze przesłanie?

– Chcę przekazać wszystkim: gryź, kop, szalej, ale wracaj. Wracaj do Pana Boga. Na różne sposoby. Możesz żebrać, płakać, prosić o spowiedź, ale jednego nie zaniechaj. Wróć do Kościoła, wróć do Pana Boga. Konfesjonały są otwarte codziennie, za darmo. Nie czekaj na koniec życia, bo nie wiesz, kiedy nastąpi. Zacznij wracać. Już teraz.

– Dziękuję za rozmowę.

CZYTAJ DALEJ

Papież przyjął premiera Włoch

2020-03-30 12:22

[ TEMATY ]

Franciszek

PAP

Ojciec Święty przyjął dziś na audiencji prezesa Rady Ministrów Republiki Włoskiej, Giuseppe Conte.

Następnie na odrębnej audiencji przyjął także prezesa Papieskiej Akademii Pro Vita, abp Vincenzo Paglię – podało Biuro Prasowe Stolicy Apostolskiej.

CZYTAJ DALEJ
E-wydanie
Czytaj Niedzielę z domu

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję