Reklama

Niedziela Małopolska

Kustosz sanktuarium w Kalwarii Zebrzydowskiej o "smutku, który zamieni się w radość"

- Nie ukrywam, że w sercu rodzi się uczucie smutku, ale wiem, że nie można na tym się zatrzymać, nie można pozwolić, aby smutek nas opanował. To jest dokładnie to, o czym mówi Pan Jezus w Janowej Ewangelii: „Wy będziecie się smucić, ale smutek wasz zamieni się w radość”. W to właśnie wierzę – mówi z nadzieją o. Konrad Cholewa OFM, kustosz sanktuarium w Kalwarii Zebrzydowskiej.

www.kalwaria.eu / Biuro Prasowe Archidiecezji Krakowskiej

Jak kustosz kalwaryjskiego sanktuarium czyta i rozumie czas, który od kilku tygodni przeżywamy?

Dotyka nas wiele ograniczeń związanych z panującą epidemią. Ważne jest, aby się do nich stosować, jeśli chcemy przejść przez ten czas jak najszybciej. Myślę, że w większości patrzymy na panującą epidemię przez pryzmat tego, co dzieje się w wymiarze zewnętrznym i to jest jak najbardziej słuszne. Wzrasta liczba osób chorych, coraz więcej z nich umiera, lękamy się o siebie, swoich bliskich, nie zawsze możemy iść do pracy, a w niektórych przypadkach ją tracimy, dzieci nie mogą chodzić do szkoły, młodzież na studia, gospodarka idzie w dół, budżet się załamuje i ten państwowy i rodzinny. To wszystko dotyka realnie nas i naszych rodzin. Jest także to, co dotyka nas w wymiarze duchowym, czyli ograniczony dostęp do sakramentów, Eucharystii, sakramentu pokuty. Tutaj Kościół daje możliwość uczestniczenia duchowego w nabożeństwach poprzez transmisje internetowe, telewizyjne, możliwość duchowego przyjęcia Komunii Świętej. To co wymieniłem, to z pewnością tylko namiastka tego, co w tym czasie przeżywa ludzkie serce i czemu musi stawić czoła.

Reklama

Te trudności szczególnie muszą być widoczne w Kalwarii Zebrzydowskiej tak licznie przecież odwiedzanej przez pielgrzymów w Wielkim Tygodniu.

Również nam, tu na Kalwarii, obecny czas odsłania i pokazuje rzeczywistość jakiej nikt nie wyobrażał sobie, że może się wydarzyć. Bo jak wyobrazić sobie pustą Kalwarię, zwłaszcza w tym czasie, kiedy, każdego roku, tętniła życiem. Wielki Post i Wielki Tydzień gromadził przecież zawsze setki tysięcy pielgrzymów.

Nie ukrywam, że w sercu rodzi się uczucie smutku, ale wiem, że nie można na tym się zatrzymać, nie można pozwolić, aby smutek nas opanował. To jest dokładnie to, o czym mówi Pan Jezus w Janowej Ewangelii: „Wy będziecie się smucić, ale smutek wasz zamieni się w radość”. W to właśnie wierzę.

Reklama

Obecna sytuacja pokazuje mi jak, w wymiarze zewnętrznym, niewiele w życiu od nas zależy. Wydawało się nam, że mamy wszystko poukładane, przygotowane, zaplanowane, także Misteria Męki Pańskiej. Wszystko trzeba było odwołać, plany zmienić… W takiej sytuacji człowiek zaczyna myśleć inaczej, głębiej. Zaczyna zadawać sobie pytania o sens całej sytuacji. Tak właśnie rozumiem ten czas, że może on jest po to, abyśmy zaczęli myśleć i głębiej wierzyć, że nad tym wszystkim, nad naszym po ludzku poukładanym życiem, jest jeszcze Pan Bóg. My tego co się dzieje, dziś do końca, nie rozumiemy. „Myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami – wyrocznia Pana. Bo jak niebiosa górują nad ziemią, tak drogi moje – nad waszymi drogami i myśli moje – nad myślami waszymi” – tak czytamy u Proroka Izajasza. Myślę, że dla wszystkich, także dla sanktuarium kalwaryjskiego i przybywających tutaj pielgrzymów, czas epidemii jest po to, abyśmy wydali jeszcze większe owoce ducha, o których pisał św. Paweł w Liście do Galatów: miłość, radość, pokój, dobroć, uprzejmość, cierpliwość, łagodność, opanowanie.

Jak owocnie dla ducha przeżywać ten czas?

W mediach społecznościowych, w Internecie, w katolickiej prasie, radiu i telewizji, bardzo dużo pojawia się różnych wskazówek, propozycji dla duchowego przeżywania obecnego czasu. Dlatego myślę, że każdy, kto tylko chce, znajdzie dla siebie odpowiednią formę, aby duchowo się rozwijać i nie zagubić. To do czego chciałbym zachęcić, to do łączności duchowej także z sanktuarium kalwaryjskim poprzez naszą stronę internetową www.kalwaria.eu i transmisje on-line: Eucharystii i nabożeństw. Myślę, że mamy doskonałą okazję ku temu, aby nasze domy stały się Kościołami domowymi, poprzez wspólną modlitwę, czytanie Pisma Świętego, uczynki miłosierdzia.

Sytuacja zmusza nas także do tego, abyśmy z bliskimi spędzali więcej czasu niż zwykle. Wykorzystajmy to w dobry sposób do zacieśniania rodzinnych więzi, budowania jeszcze lepszych relacji z drugim człowiekiem.

Nie możemy zapomnieć, że trwa najważniejszy dla nas, chrześcijan, czas Wielkiego Tygodnia. Pan Jezus umarł za nas, za nasze grzechy, aby nas odkupić, abyśmy mogli być zbawieni. Przy panującej epidemii i tym wszystkim, co dzieje się obecnie, nie możemy zatracić sensu wydarzeń Triduum Paschalnego. Wiem, że to niezmiernie trudne, kiedy nie będziemy mogli uczestniczyć fizycznie w Liturgii Wielkiego Piątku, w Wigilii Paschalnej i w Rezurekcji, ale tak bardzo chciałbym, aby w każdym z nas nastąpiła przemiana serca, aby w każdym z nas dokonała się Pascha, przejście od „starego – grzesznego” do „nowego – lepszego” człowieka. Wierzę, że ten czas jest także po to nam dany. A kiedy się skończy będziemy mogli znów spotkać się na Kalwarii u naszej Matki. Będziemy mogli przystąpić do sakramentu pokuty, przyjąć pana Jezusa w Komunii Świętej. Wtedy niech nikogo nie zabraknie.

Jak w czasie epidemii funkcjonuje sam klasztor?

Również w klasztorze stosujemy się do wytycznych państwowych i zaleceń Episkopatu Polski. Z jednej strony życie toczy się tak, jak do tej pory: wspólna modlitwa Liturgii Godzin, wspólne posiłki, Adoracja Najświętszego Sakramentu. Również w bazylice Msze Święte i Nabożeństwa są celebrowane bez żadnych zmian (z zastrzeżeniem, że może w nich uczestniczyć 5 osób). Z drugiej strony sytuacja przyczyniła się do nieco innego funkcjonowania. Nieczynny jest Dom pielgrzyma, kawiarnia, restauracja. W klasztorze spędzamy więcej czasu ze sobą nawzajem. Staramy się nie wychodzić bez pilnej potrzeby, do robienia zakupów oddelegowany jest jeden współbrat. Szczególną troską i ochroną ogarnęliśmy także starszych współbraci, którzy są najbardziej narażeni na zachorowania.

Co myśli, czuje kapłan, duszpasterz, gdy celebruje w tym czasie Msze św., a za chwilę najważniejsze liturgie dla chrześcijan, w pustym kościele?

Podczas święceń kapłańskich, biskup wypowiada słowa, że „kapłan jest z ludu wzięty i dla ludu ustanowiony”. Serce tęskni za tym ludem, kiedy sprawując Eucharystię nie ma nikogo w kościele, a za chwilę w słowach konsekracji zostanie wypowiedziane „bierzcie i jedzcie z Tego wszyscy”. Na szczęście jest jeszcze rozum, który podpowiada, że ten lud jest i łączy się duchowo, i duchowo przyjmuje Komunię Świętą. Osobiście sprawując Eucharystię myślę o tych wszystkich, którzy są w domach i uczestniczą razem ze mną we Mszy św. Nawet jeśli chodzi o głoszone kazanie czy homilię, poprosiłem współbraci, żeby jeszcze bardziej przygotowywali się i mówili tak, jak by mieli przed sobą pełną bazylikę wiernych. Wiem, że to nie to samo co fizyczna obecność, ale musimy wspólnie przetrwać ten czas, żeby spotkać się znów razem na Kalwarii.

Bardzo trudne było dla mnie odczytanie niedzielnych ogłoszeń duszpasterskich w sanktuarium: „Niedzielą Palmową rozpoczynamy Wielki Tydzień Męki Pańskiej – w tym roku wyjątkowy, bo bez pielgrzymów, bez procesji z palami i bez Misteriów Męki Pańskiej”. Nie ukrywam, że wypowiadając te słowa do oczu napłynęły mi łzy i trzeba było wziąć głęboki oddech, aby kontynuować czytanie.

Innym przejmującym momentem było prowadzenie nabożeństwa różańcowego w kaplicy Matki Bożej Kalwaryjskiej w Niedzielę Palmową o 20.30. Nie jest łatwo kapłanowi, który przywykł do pełnej kaplicy, wchodzić do niej ze świadomością, że drugą część „Zdrowaś Maryjo”, będzie musiał sam dopowiadać.

Ale jest w tym wszystkim radość, że tysiące pielgrzymów i wiernych, naprawdę, łączy się z nami poprzez transmisję i z nami się modli. Otrzymuję wiele wiadomości z treścią: „dziś byliśmy na Mszy na Kalwarii”, „od dwóch tygodni jesteśmy waszymi parafianami”, „o której ojciec będzie sprawował Mszę w niedzielę, bo chcemy uczestniczyć całą rodziną”, „ojciec mnie dawno nie widział, ale ja widzę w każdą niedzielę o 11.00 na Mszy św.”. To dodaje siły kapłańskiemu sercu w tym czasie.

Gdzie dziś szukać nadziei?

To bardzo dobre pytanie przed zbliżającą się Niedzielą Zmartwychwstania Pańskiego. Są na pewno tacy, którzy podczas panującej epidemii koronawirusa tracą nadzieję, bo zachorowali, albo ktoś bliski zachorował, ktoś bliski zmarł, jeszcze ktoś inny utracił pracę, boi się o przyszłość swojej rodziny, itd. Ale mogą też być w naszym życiu inne zmartwienia, smutne dni, może tragedie, niepowodzenia, cierpienie, rozpacz i wtedy może się zdarzyć, że tracimy nadzieję.

Popatrzmy na Marię Magdalenę i inne kobiety jej towarzyszące, które idą w Poranek Wielkanocny do Grobu Pana Jezusa. Pamiętajmy, że są to kobiety, które patrzyły przed trzema dniami na śmierć Mistrza, Nauczyciela, Pana, osoby, który przeżyły traumę, którym została odebrana ostatnia nadzieja. Idą do grobu Umiłowanego z przekonaniem, że On nie żyje, chcą namaścić Jego ciało. I co się okazuje? Nie ma Go w grobie. Nie ma Go tam, gdzie Go szukają. Bo szukają Jezusa tam, gdzie nie ma życia. Tam, gdzie miała być śmierć, okazuje się, że odnalazły życie. Nadzieja została im przywrócona w samym środku grobu. Zmartwychwstały, żywy Pan Jezus przywraca nadzieję. Bez Niego, bez żyjącego Pana, nasza codzienność jest jak grób. Codzienność bez Jezusa jest codziennością bez życia. „Niech się nie trwoży serce wasze!” – mówi. „Wierzycie w Boga i we mnie wierzcie”. „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem”. „Jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata”. To jest zapewnienie, że nigdy w życiu nie jesteśmy sami. I to niech będzie dla nas przesłaniem obecnego czasu, który, tak, jest trudny, ale nie beznadziejny. Jest z nami Chrystus Zmartwychwstały, który przynosi pokój i ostateczne zwycięstwo.

2020-04-09 12:11

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Uleczony z głuchoty – cud Jana Pawła II w dniu urodzin

2020-05-18 17:04

pixabay

zdjęcie ilustracyjne

O nagłej chorobie chłopca, walce o zdrowie i interwencji Jana Pawła II 18 maja 2012 r., w którą wierzy cała rodzina, opowiada mama.

Jesteśmy rodzicami trójki dzieci, synowie są najstarsi, a najmłodsza jest córka. W maju 2012 r. nasz najstarszy syn nagle stracił słuch w lewym uchu. Już po pierwszych badaniach było wiadomo, że głuchota jest idiopatyczna, czyli niewiadomego pochodzenia. I całkowita.

Był maj, szykowaliśmy się do I Komunii Świętej młodszego synka, starszy był wtedy w czwartej klasie. To była sobota, po obudzeniu powiedział nam, że coś się dzieje z uchem, że nie słyszy. Syn od dzieciństwa chorował na zapalenie uszu, za każdym razem przebieg był bolesny, więc byliśmy bardzo wyczuleni na każdą informację dotyczącą uszu. Po kilku telefonach udało nam się umówić wizytę u laryngologa, ale pani doktor nie stwierdziła żadnych zmian zapalnych, skierowała nas, na cito, na badanie słuchu. Wynik tympanometrii był szokujący, wyniki kolejnych badań również: całkowita utrata słuchu. Lekarka po badaniu BERA (ABR), czyli słuchowych potencjałów pnia mózgu, wyjaśniła nam obrazowo, że nerw słuchowy syna reaguje dopiero na bodźce dźwiękowe równe bodźcom młota pneumatycznego…

Wdrożono leczenie sterydowe, wykonano dokładne badania głowy, również pod kątem zmian naczyniowych i nowotworowych, ale nie znaleziono przyczyny utraty słuchu. Tę nagłą głuchotę przypisano wreszcie przewlekłemu zapaleniu uszu, ale na wszelki wypadek, aby skorzystać ze wszystkich możliwości, skierowano nas na tlenoterapię w komorze hiperbarycznej i zalecono noszenie aparatu słuchowego, którego dobór miał się odbyć w jednej z poradni po zakończeniu terapii tlenem.

Syn był w szpitalu, skierowanie otrzymaliśmy 11 maja, kwalifikację do komory wyznaczono na 16, a po niej pierwszy zabieg tlenoterapii, wyznaczony na 18 maja.

I Komunia Święta młodszego syna miała odbyć się 13 maja, o godz. 9.00. Żyliśmy jak w transie, między szpitalem, domem i kościołem. Nie było zgody na wypis ze szpitala, tylko na kilkugodzinną przepustkę w niedzielę, ale i tak byliśmy szczęśliwi, że uda nam się przeżyć to wielkie święto razem, w komplecie. Rano mąż pojechał do szpitala, przywiózł nasze przerażone dziecko i pojechaliśmy do kościoła. Już kilka godzin później, jeszcze przed popołudniowym nabożeństwem, z ciężkim sercem, musieliśmy go zawieźć z powrotem. W szpitalu został dziadek, mój tato, bo nie chcieliśmy, aby syn był sam w takim dniu.

Skąd się wziął Jan Paweł II w tej historii?

Jest kilka przesłanek, że to, co wydarzyło się 18 maja 2012 r. stało się dzięki jego wstawiennictwu za naszego syna.

Po pierwsze – to jego imiennik. Po drugie syn miał od wczesnego dzieciństwa niezwykłe, nieinspirowane przez nas, nabożeństwo do Papieża. Na tyle duże i głębokie, że na rocznicę jego I Komunii Świętej zabraliśmy go na beatyfikację Jana Pawła II do Rzymu. Siedział na chodniku, w tłumie ludzi, zmęczony, ale urzeczony i szczęśliwy - to jedno z ważniejszych wydarzeń, które czasem i dziś wspomina.

Po trzecie – gdy usłyszeliśmy diagnozę o głuchocie i rozpoczęliśmy dramatyczną walkę o odzyskanie jego słuchu, byliśmy w trakcie, właściwie na progu, przygotowań do kolejnej I Komunii Świętej w naszej rodzinie – jego brata. Pamiętam, że w sobotę, 12 maja, uklękłam przed synkiem i spytałam, czy wie, że w dniu I Komunii Pan Jezus niczego swoim dzieciom nie odmawia. Odpowiedział, bardzo poważnie, ale w swoim stylu, że wie, bo już mu to mówiłam, i że już zdecydował o co Go poprosi: żeby brat wyzdrowiał. To była chwila gorących łez, ale też powrotu nadziei i spokoju.

No i po czwarte – data. Wszystko, o co gorąco modliliśmy się przez trzy tygodnie walki o zdrowie syna wydarzyło się 18 maja, w dniu urodzin Karola Wojtyły. Jak to było?

To był piątek, rano zabrałam syna do szpitala, gdzie miała odbyć się pierwsza sesja tlenoterapii z 14, które zalecono. Ubrany zgodnie z zaleceniami miał ze sobą żelki do żucia na ewentualne bóle w uszach – miał żuć, szczęka miała pracować. Był jedynym dzieckiem w czasie tego zabiegu, inni chorzy to byli ludzie dorośli. Komora hiperbaryczna wyglądała jak duży wagon, z wygodnymi, osobnymi miejscami do siedzenia. Syn wszedł, a ja usiadłam na zewnątrz i otworzyłam komputer, żeby przez godzinę trwania zabiegu popracować. Nikt nie mógł przewidzieć tego, co się stało za chwilę.

Nie upłynął kwadrans, a na dużym podglądzie zobaczyłam moje dziecko, które leży na podłodze, całe w drgawkach. Zrobiło się ogromne zamieszanie, usłyszałam że „chłopak nam schodzi”, a później sprawy toczyły się już bardzo szybko. Po otwarciu komory był nieprzytomny, wokół biegali lekarze, a ja dzwoniłam do męża kompletnie bezradna i przerażona. Gdy wreszcie udało się go przywrócić… pamiętam jego oczy, nie mogłam z nim nawiązać kontaktu, oczopląs był taki silny – zresztą trwał jeszcze przez wiele godzin – ręce były wiotkie, ciało w takim drgawkowym drżeniu…

Po pierwszym rozpoznaniu – był pomysł, że to zatrucie tlenem - karetką pojechaliśmy do innego szpitala. Razem z ratownikiem trzymaliśmy duży, rozpłaszczony worek foliowy, bo przez cały czas wymiotował. Pamiętam, że się bałam, ale że w środku – nie wiem skąd – byłam spokojna. Czułam, jakoś czułam, że to nie koniec, że coś się wydarzyło, jakbyśmy zdawali jakiś egzamin. W karcie przyjęcia na Oddział Neurologii Dziecięcej wpisano pod datą 18 maja 2012 r.: "udar mózgu w trakcie terapii hiperbarycznej". Zaczęły się godziny z uporczywym bólem głowy, oczopląsem, wymiotami, słabością. Pierwsze rozpoznanie to były mózgowe napady niedokrwienia i zespoły pokrewne. Musieliśmy czekać, aż wylewy w głowie się wchłoną, obrzęk mózgu ustąpi.

Pamiętam, że gdy przyjechał mąż zdałam sobie sprawę, że nie wiem gdzie zostawiłam mój samochód. Dopiero po chwili skojarzyłam, że tu przyjechałam karetką, a moje auto stoi od rana na parkingu szpitala z komorą hiperbaryczną. wszystko zeszło na dalszy, odległy plan. Na szczęście młodsze dzieci były pod opieką moich rodziców, którzy zaraz po pierwszej diagnozie przyjechali do nas, by pomóc i przejąć część obowiązków.

To wszystko wydarzyło się 18 maja – udar i zagrożenie życia. Ale wtedy, w komorze, wydarzyło się coś, o czym dowiedzieliśmy się później, dopiero z wyników kolejnych badań. W głowie naszego syna była mikro torbiel neuroglejowa, która – tak twierdzą lekarze – zaczęła uciskać na nerw słuchowy i powodować głuchotę. Udar, do którego doszło w komorze, był jak wybuch małej bomby w głowie…ale w jego następstwie naczynie odbarczyło się i uwolniło nerw!

W rezultacie dziś syn słyszy – pozostał niedosłuch, ale w stopniu niewielkim. Dla kogoś, kto nie zna tej historii, w stopniu zupełnie niezauważalnym. Nigdy też nie założył aparatu słuchowego. Nawet nie zdążyliśmy zapisać się na wizytę do poradni.

Po zakończeniu leczenia neurologicznego pojechaliśmy z synem do Kajetan, do Światowego Centrum Słuchu Instytutu Fizjologii i Patologii Słuchu. Pamiętam spotkanie z prof. Henrykiem Skarżyńskim, który zapoznał się z dokumentacją i historią choroby syna. Powiedział wtedy, że gdyby nie ten samoistny, spowodowany wysokim ciśnieniem „wybuch”, głuchota nigdy by nie ustąpiła. Torbiel, nawet jeśli ktoś by ją końcu wypatrzył na obrazie w czasie Angio –TK głowy, zostałaby zakwalifikowana jako nieoperacyjna. Była umiejscowiona tak, że ewentualny zysk z udanej operacji był zbyt mały, by ryzykować taką ingerencję. Ten kontrolowany „wybuch” był jedynym sposobem, ale my, ludzie, tak jeszcze naczyń w głowie kontrolować nie potrafimy.

Minęło osiem lat. Każdy 18 maja jest dla nas dniem szczególnym – nie tylko wspominamy, ja czasem uronię łzę ukradkiem, ale przede wszystkim dziękujemy – bo my naprawdę wierzymy, że to prezent od Jana Pawła II w dniu jego własnych urodzin – wtedy 92.

*Świadectwo mamy - na prośbę jej dorosłego dziś syna - jest anonimowe, personalia i dokumentacja choroby są znane redakcji. Może kiedyś sam zdecyduje się opowiedzieć tę historię.

CZYTAJ DALEJ

Matka Boża Świętorodzinna

2020-05-24 22:03

sanktuarium.rodzina.net

Wśród nadpilickich borów – z mogiłami tych, co w powstaniach i w czas wojny oddali życie za ojczyznę, wśród wsi o ciekawym folklorze ziemi opoczyńskiej, leżą obok siebie miejscowości Poświętne i Studzianna. „Miejsca ongiś liche i nieznane, teraz po całej sarmackiej ziemi nader sławne” – tak ocenił je ówczesny prymas Polski Mikołaj Prażmowski w roku 1671, w wyniku badań specjalnej komisji, sprawdzającej niezwykłość działania Matki Bożej poprzez święty obraz w Studziannej, który znany jest jako Matka Boża Świętorodzinna.

Historia obrazu nie jest znana i istnieje kilka wersji jego pochodzenia.

Obraz namalowany jest na płótnie i przyklejony do deski. Nie znamy ego autora ani daty jego namalowania. Od Potopu szwedzkiego najpierw znajdował się w tutejszym dworze.

Późną jesienią 1664 r. do remontu piecy w dworze studziańskim poproszony został murarz, zdun ze Smardzewic koło Tomaszowa Mazowieckiego. W czasie pracy w nieopalanym dworze ciężko zachorował. W izbie w której na ścianie wisiał ów obraz, przygotowano dla niego posłanie. W czasie bezsennych nocy, modlił się, by nie umrzeć bez spowiedzi św. W nocy z 12 na 13 grudnia podczas modlitwy nagle zobaczył rozjaśniony obraz i usłyszał głos: “Nie bój się nie będzie ci nic, ani temu urzędnikowi, tylko żebyś Mi kaplicę zbudował, bom godna poczciwszego miejsca. Za folwarkiem po prawej stronie idąc do tej wioski, niedługo ta kaplica będzie, bo tam będą i zakonnicy. Powstanie na wzgórku, gdzie spoczywają ukochane przez mego Syna oblubienice“. I tak też się stało w późniejszych latach. Cudowność Obrazu i jego kult zaaprobował Ksiądz Prymas Mikołaj Prażmowski

Cudowny obraz Świętej Rodziny - bo o tym wizerunku jest mowa namalowany jest farbami olejnymi na płótnie przez nieznanego autora. Rodzina nazaretańska zebrana jest przy stole podczas wieczornego posiłku, o czym świadczy paląca się świeca. Matka Boża siedzi po lewej stronie stołu na ławie. Św. Józef stoi, nieco pochylony ku Dzieciątku, które siedzi po prawej stronie na krześle. Najświętsza Panna wpatrzona w Jezusa podaje Mu gruszkę, a św. Józef oparty lewą ręką o krzesło, prawa podaje Dzieciątku kielich, z którego Ono pije, podtrzymując kielich obu raczkami.

Przez wieki obraz nazywany był „Obrazem Jezusa, Maryi i Józefa” albo „Obrazem Matki Bożej Wieczerzającej”. Nazywano go także „Obrazem Świętej Rodziny”. Dzisiejszy tytuł Matki Bożej Świętorodzinnej zawdzięczamy sugestii kardynała Stefana Wyszyńskiego, aby nazwy cudownych wizerunków nawiązywały do treści, a nie do nazw miejscowości, w których się znajdują.

Ważną data dla miejscowego sanktuarium był dzień 18 sierpnia 1968 roku, kiedy to na mocy indultu papieża Pawła VI prymas Polski, kard. Stefan Wyszyński w asyście kard. Karola Wojtyły oraz administratora apostolskiego diecezji sandomierskiej bp Piotra Gołębiowskiego i przy udziale ponad 200 tys. wiernych dokonał uroczystej koronacji cudownego obrazu.

Pragnijmy dziś w duchu wędrować do tego miejsca, o którym pięknie mówi napis na jednej z tablic umieszczonych na ścianie Bazyliki: “Dom ten jest słynny z życiodajnej krynicy studziennej – Wszelka nieprawość zostanie w niej utopiona. Dla strapionych – płynie tu fala potrójna, z nadmiarem. Ktokolwiek biegnie ku niej, wraca stąd radosny. To studnia przesłodkiego Jezusa, Maryi i Józefa. Niech (obfitością) ciekną te przedsionki dla nieszczęśliwego świata. Biegnijcie wszyscy: nieczyści, słabi, zmęczeni! Stąd serce, jakiekolwiek jest ono, Może czerpać wodę źródlaną”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję