Reklama

Historia

100 lat temu został zawarty sojusz polsko-ukraiński

100 lat temu, 21 kwietnia 1920 r., Rzeczpospolita Polska i Ukraińska Republika Ludowa zawarły umowę polityczną określającą wspólną granicę obu państw oraz zasady przyszłej współpracy (znaną także jako pakt Piłsudski-Petlura). Z polskiego punktu widzenia była to szansa na budowę federacji państw tej części kontynentu, dla Ukraińców – szansa wywalczenia niepodległości.

[ TEMATY ]

historia

pl.wikipedia.org

Druga połowa XIX w. była okresem kształtowania się nowoczesnych narodów zamieszkujących dawne kresy Rzeczypospolitej. Klęska Powstania Styczniowego, w którym walczono pod sztandarami symbolizującymi związek Polaków, Litwinów i Rusinów, była pretekstem do przemyślenia na nowo przyszłości relacji między tymi państwami w kontekście starcia z Imperium Rosyjskim. Wśród ideologów związanych z lewicą niepodległościową powoli powstawała idea dobrowolnej federacji narodów dawnej RP. Wyjątkowo wiele miejsca poświęcali tej sprawie najważniejsi intelektualiści ruchu socjalistycznego – Kazimierz Kelles-Krauz i Leon Wasilewski. Żadnemu z nich nie udało się jednak sprecyzować kształtu federacji, a przede wszystkim rozgraniczenia pomiędzy państwami wchodzącymi w jej skład. Autorom koncepcji federacyjnych wydawało się, że antagonizmy narodowe zostaną osłabione przez idee socjalistyczne.

W czasie bezpośrednio poprzedzającym wybuch I wojny światowej idee federacyjne podzielał Józef Piłsudski. Uważał, że w przypadku wybuchu ogólnoeuropejskiego konfliktu szansą narodów zamieszkujących imperium carów jest rozcięcie Rosji „po szwach narodowościowych”. Już w 1911 r. w odczycie dla działającej w Galicji ukraińskiej organizacji paramilitarnej „Sicz” zachęcał do wspólnych działań przeciwko Rosji. Dwa lata później spotkał się z jednym z przywódców tej organizacji, Kiryłem Studynskim. Problemem w przyszłej współpracy polsko-ukraińskiej był jednak nierównomierny rozwój narodowego ruchu ukraińskiego. Był znacznie silniejszy na terenach zaboru austriackiego niż pod panowaniem rosyjskim. Prowadziło to do nieuchronnego konfliktu polsko-ukraińskiego o przynależność Galicji. Idee federacyjne nie spotykały się również z poparciem kręgów narodowej demokracji, które widziały przyszłą granicę wschodnią odrodzonej Polski w przybliżeniu na linii sprzed drugiego rozbioru. Roman Dmowski i jego otoczenie wierzyli też w możliwość polonizacji „młodszych” narodów.

Wybuch I wojny światowej ożywił działania największych ukraińskich partii politycznych i organizacji społecznych. Ich wspólnym wysiłkiem udało się powołać współpracującą z Państwami Centralnymi formację Ukraińskich Strzelców Siczowych. Wyłaniały się także emigracyjne i galicyjskie reprezentacje interesów ukraińskich.

Reklama

Z dala od polityki ukraińskiej prowadzonej we Lwowie czy w Wiedniu działał urodzony w 1879 r. w Połtawie Symon Petlura. Przyszły przywódca ukraiński pochodził z rodziny, od strony matki, wywodzącej się z starego rodu kozackiego. Wcześnie związał się z ruchem socjalistycznym. W 1903 r. aresztowano go za działalność w Ukraińskiej Partii Rewolucyjnej. Po kilku miesiącach więzienia został uwolniony i wyjechał do Lwowa. Po ogłoszeniu amnestii po rewolucji 1905 r. wrócił do Rosji i na nowo podjął działalność w Ukraińskiej Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej. Stopniowo oddalał się od postulatów lewicowych na rzecz akcentowania postulatów narodowościowych. W momencie wybuchu wojny stanął po stronie Rosji i wezwał do walki za cara. Jego zdaniem szczytem narodowych aspiracji było uzyskanie szerokiej autonomii. Przez niemal cały czas Petlura znajdował się poza centrami politycznymi. Zajmował się głównie organizowaniem pomocy dla żołnierzy i ludności ukraińskiej. Po obaleniu caratu wiosną 1917 r. opowiedział się za ugrupowaniami domagającymi się powstania autonomicznej Ukrainy. Na Ukraińskim Zjeździe Wojskowym w Kijowie doszło do utworzenia Generalnego Komitetu Wojskowego. Petlura stanął na jego czele. Jego celem była „ukrainizacja” wszystkich jednostek wojskowych na Ukrainie.

Tuż po bolszewickim zamachu stanu, 20 listopada 1917 r., Centralna Rada w Kijowie powołała Ukraińską Republikę Ludową, powiązaną federacją z Rosją. Skonfliktowany z większością rządu i dążący do wojny z bolszewikami Petlura zbudował własną formację – Hajdamacki Kosz Słobodzkiej Ukrainy.

W marcu niepodległa Ukraina podpisała formalny pokój z Państwami Centralnymi. Zakładał on przekazanie Ukraińcom Chełmszczyzny. Okrojenie odradzającej się Polski zostało przez polskich polityków przyjęte z oburzeniem i skompromitowało kręgi, których celem była współpraca z Berlinem i Wiedniem. Stosunki pomiędzy oboma narodami pogorszyło powstanie 1 listopada 1918 r. Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej, która dążyła do objęcia rządów nad Galicją i Małopolską wschodnią od rzeki Zbrucz po San.

Reklama

W tym samym czasie Petlura przejął faktyczną pełnię władzy w Ukraińskiej Republice Ludowej. Sytuacja nowego państwa była jednak bardzo trudna. Ukraińcy byli zmuszeni do podjęcia jednoczesnej walki z Białą Rosją i bolszewikami. Rysował się też potencjalny konflikt z Polską, która w ciągu kilku miesięcy rozbiła wojska Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej. Petlura w przeciwieństwie do polityków ukraińskich z Galicji rozumiał, że porozumienie z Polską jest jednym z warunków obrony młodej państwowości. Za najważniejszego wroga uznawał Rosję, niezależnie od jej „kolorów”. Jego poglądy były zgodne z zapatrywaniami Józefa Piłsudskiego, który chciał maksymalnie osłabić Rosję. Warunkiem współpracy była rezygnacja z ukraińskich aspiracji narodowych w Galicji. Do porozumienia z Ukraińcami skłaniała również nieprzejednana postawa białych Rosjan, którzy odrzucali jakikolwiek kompromis terytorialny z Polską. Niemożliwe okazało się także zawarcie kompromisu z Zachodnioukraińską Republiką Ludową, której przywódcy mimo nalegań Petlury domagali się Ukrainy aż po San. Problem ten został rozstrzygnięty w lipcu 1919 r., gdy oddziały ZURL zostały wyparte za Zbrucz.

W pierwszej połowie 1919 r. wojska Ukraińskiej Republiki Ludowej poniosły wiele klęsk w starciach z bolszewikami. 5 lutego Petlura utracił Kijów. Rząd ewakuował się do Kamieńca Podolskiego. W sierpniu Kijów przejęły wojska gen. Antona Denikina, a w grudniu miasto ponownie wpadło w ręce bolszewików. Resztki oddziałów Petlury skupiły się na Wołyniu, w bezpośrednim sąsiedztwie terenów opanowanych przez Polaków. Na początku grudnia Petlura, na zaproszenie Piłsudskiego, wyjechał do Warszawy. Piłsudski uznał ten moment za okazję do realizacji swojej koncepcji federacyjnej. Ukraina Petlury miała być pierwszym, obok Polski, elementem przyszłego porządku geopolitycznego na obszarze od Kaukazu po Finlandię.

Pod koniec 1919 r. rozpoczęły się długie rozmowy polsko-ukraińskie, których celem było uregulowanie stosunków obu państw. Ich pierwszymi uczestnikami byli ministrowie spraw zagranicznych – Andrij Liwycki i Stanisław Patek. W trakcie rozmów najważniejszą kością niezgody była kwestia granic obu państw. Petlura został przekonany do zaakceptowania układu dopiero po kilkugodzinnej rozmowie z Piłsudskim. Ostatecznie w granicach Polski miało się znaleźć pięć z siedmiu powiatów wołyńskich. Los pozostałych miał rozstrzygnąć się później. Ustępstwem ze strony polskich negocjatorów była również rezygnacja z postulatu włączenia do rządu URL trzech ministrów wywodzących się ze społeczności polskiej. Ostatecznie w składzie rady ministrów znalazło się dwóch Polaków – minister rolnictwa Stanisław Stempowski i wiceminister spraw wewnętrznych Henryk Józewski.

Tajne rokowania zakończyły się dopiero w nocy z 21 na 22 kwietnia 1920 r. „Umowa polityczna pomiędzy Polską i Ukraińską Republiką Ludową” przewidywała wyznaczenie granicy wzdłuż rzeki Zbrucz i na północ, aż do Prypeci. Pozostawienie całej Galicji i większości Wołynia po stronie Polski zostało uznane przez polityków galicyjskich za zdradę interesów ukraińskich. Punkt trzeci umowy stwierdzał przyznanie Ukrainie wszystkich ziem leżących na wschód od nowej granicy, które w 1772 r. należały do Polski. W trakcie rozmów dyskutowano też o przyszłej granicy ukraińsko-rosyjskiej. Obie strony zgadzały się, że korzystne dla nich jest maksymalne osłabienie Rosji, m.in. przez odebranie jej zagłębia węglowego w Doniecku i możliwie znaczące odcięcie jej od Morza Czarnego. Umowa przewidywała także, że obie strony nie będą zawierały umów wymierzonych przeciwko sobie oraz będą szanowały prawa mniejszości narodowych po obu stronach granicy.

Szczegółowe ustalenia umowy z Ukraińską Republiką Ludową zostały zachowane w ścisłej tajemnicy. Zgodnie z porozumieniem do wiadomości publicznej podano jedynie zapis punktu pierwszego: „Uznając prawo Ukrainy do niezależnego bytu państwowego na terytorium w granicach, jak będą one na północ, wschód i południe określone na zasadzie umów Ukraińskiej Republiki Ludowej z graniczącymi z nią z tych stron sąsiadami, Rzeczpospolita Polska uznaje Dyrektoriat niepodległej Ukraińskiej Republiki Ludowej z głównym atamanem, panem Simonem Petlurą na czele za zwierzchnią władzę Ukraińskiej Republiki Ludowej”. Pozostałe zapisy szybko jednak wyciekły do prasy. Wywoływały one oburzenie większości ugrupowań prawicowych, które uważały, że tak daleko idące umowy nie powinny zostać zawarte bez szerokich konsultacji parlamentarnych. Niechęć wobec porozumienia wyrażały również rządy zachodnie, szczególnie brytyjski, które uznawały, że jest ono wymierzone w Rosję. W stolicach Europy Zachodniej wciąż wierzono, że Biali zwyciężą w starciu o panowanie nad imperium i na powrót staną się ich najbliższym sojusznikiem.

Trzy dni po podpisaniu umowy politycznej zawarto konwencję wojskową. Określono w niej wojska polskie i ukraińskie jako sprzymierzone i walczące „pod naczelnym kierownictwem Dowództwa Wojsk Polskich”. Układ gwarantował też, że na terenach wyzwalanych spod władzy bolszewików tworzona będzie administracja podlegająca rządowi URL.

25 kwietnia 1920 r. wojska polskie rozpoczęły na Ukrainie ofensywę będącą dalszym ciągiem wojny polsko-bolszewickiej. Następnego dnia Symon Petlura wydał odezwę do narodu, w której podkreślał znaczenie sojuszu z Polską: „Pomiędzy rządami Republiki Ukraińskiej i Polskiej nastąpiło zgodne porozumienie, na którego podstawie wojska polskie wkroczą wraz z ukraińskimi na teren Ukrainy jako sojusznicy przeciw wspólnemu wrogowi, a po skończonej walce z bolszewikami wojska polskie wrócą do swojej ojczyzny. Wspólną walką zaprzyjaźnionych armii – ukraińskiej i polskiej – naprawimy błędy przeszłości, a krew, wspólnie przelana w bojach przeciw odwiecznemu historycznemu wrogowi, Moskwie, który ongiś zgubił Polskę i zaprzepaścił Ukrainę, uświęci nowy okres wzajemnej przyjaźni ukraińskiego i polskiego narodu”.

W podobnym tonie w odezwie „Do wszystkich mieszkańców Ukrainy” wypowiedział się Piłsudski. Zaznaczył przede wszystkim, że celem dowodzonej przez niego armii nie jest podbój ziem ukraińskich: „Wojska polskie pozostaną na Ukrainie przez czas potrzebny po to, by władze na ziemiach tych mógł objąć prawy rząd ukraiński. Z chwilą, gdy rząd narodowy Rzeczypospolitej Ukraińskiej powoła do życia władze państwowe, gdy na rubieży staną zastępy zbrojne ludu ukraińskiego, zdolne uchronić kraj ten przed nowym najazdem, a wolny naród sam o losach swoich stanowić będzie mocen – żołnierz polski powróci w granice Rzeczypospolitej Polskiej, spełniwszy szczytne zadanie walki o wolność ludów”.

Celem polskich i ukraińskich dowódców było osiągnięcie linii rzeki Dniepr. Armia polska bez większych przeszkód dotarła do Kijowa i 7 maja zajęła miasto wspólnie z siłami ukraińskimi. Wkraczające oddziały polskie spotkały się jednak ze sporą rezerwą mieszkańców, którzy w ciągu minionych kilkunastu miesięcy widzieli wielokrotne przechodzenie ich miasta z rąk do rąk. Zaledwie tydzień po zajęciu Kijowa przez polsko-ukraińskie wojska Armia Czerwona rozpoczęła kontrnatarcie, które – choć początkowo odparte – w czerwcu zmusiło Polaków do odwrotu. Porażka przekreślała możliwości realizacji koncepcji federacyjnej.

https://dzieje.pl/

Michał Szukała (PAP)

szuk / skp /

2020-04-21 07:23

Ocena: +1 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

105 lat temu do Warszawy wkroczyły wojska Cesarstwa Niemieckiego

2020-08-05 07:29

[ TEMATY ]

historia

CBN Polona

Wojska niemieckie w Warszawie. 09.08.1915. Źródło: CBN Polona

105 lat temu, 5 sierpnia 1915 r., do Warszawy wkroczyły wojska Cesarstwa Niemieckiego. Dzień ten oznaczał koniec rosyjskiego panowania, a jednocześnie początek nowej okupacji. Mieszkańcy miasta z niepewnością spoglądali w przyszłość.

O poranku 5 sierpnia 1915 r. mieszkańców Warszawy zbudził huk, którego miasto nie słyszało w swojej dotychczasowej historii. Wojska rosyjskie w odstępie kilkudziesięciu minut wysadziły wszystkie warszawskie mosty na Wiśle. Pierwszy zniszczony został oddany do użytku dwa lata wcześniej Most im. Cesarza Mikołaja II, nazywany przez warszawian „trzecim mostem” lub „mostem Poniatowskiego” (w 1913 przypadała setna rocznica śmierci księcia Józefa). Godzinę później, tuż po siódmej rano, eksplodowały ładunki wybuchowe na Moście Aleksandryjskim (Kierbedzia). Na koniec wybuchł most kolejowy przy Cytadeli – jedyne tego typu połączenie zachodniej i wschodniej części miasta.

W tym czasie niemal całość sił rosyjskich była już na Pradze. Świadkowie wydarzeń z 5 sierpnia wspominają, że eksplozje obudziły garstkę rosyjskich oficerów, którzy ostatnią noc w Warszawie spędzali w luksusowych hotelach. Prawdopodobnie wpadli w ręce Niemców. Ich obecność była już tylko obiektem żartów warszawskiej ulicy, która zapomniała, że dokładnie rok wcześniej Rosjanie wyruszający na front żegnani byli kwiatami i postrzegano ich jako „naszych”, którzy idą walczyć z niemieckim barbarzyństwem.

Po raz pierwszy od kapitulacji wojsk powstańczych w 1831 r. Warszawa była wolna. Już w nocy z 4 na 5 sierpnia władzę w lewobrzeżnej stolicy przejął Komitet Obywatelski Warszawy pod przewodnictwem księcia Zdzisława Lubomirskiego. Ulice patrolowała Straż Obywatelska. Po głównych arteriach jawnie defilowali członkowie tajnej Polskiej Organizacji Wojskowej. W kontekście brutalności tej wojny może zaskakiwać oburzenie, z jakim „Tygodnik Ilustrowany” informował, że ostatni rosyjski prezydent miasta Aleksander Müller pozostawił Lubomirskiemu środki na zaledwie dwa miesiące funkcjonowania stolicy. Prawdopodobnie dzięki wpływom Lubomirskiego Rosjanie zrezygnowali z zastosowania taktyki spalonej ziemi w pełnej skali. Wbrew planom nie zniszczyli gazowni, elektrowni ani centrali telefonicznych. Ich łupem padało jednak wyposażenie fabryk i ich robotnicy, których tysiące przymusowo ewakuowano na wschód.

Niewielkie straty przyniosły cztery niespokojne dni, które nastąpiły po 5 sierpnia. Rosjanie opuścili tylko lewobrzeżną Warszawę i z Pragi prowadzili ostrzał drugiego brzegu. Pociski wybuchały m.in. na Krakowskim Przedmieściu i placu Zamkowym. Miasto atakowały również rosyjskie samoloty. Mieszkańcy znali już niebezpieczeństwo ataku z powietrza. W minionych miesiącach niemieckie samoloty i sterowce bombardowały strategiczne punkty miasta, m.in. dworce kolejowe oraz Cytadelę.

Wszystkie wspomniane znienawidzone nazwy rosyjskie, nadawane na cześć monarchów mieniących się w swojej tytulaturze „królami Polski”, niemal natychmiast odeszły w niepamięć. W kolejnych miesiącach i latach podobny los miał spotkać inne symbole rosyjskiego panowania – nazwy ulic, pomniki, szyldy, niemal wszystkie prawosławne świątynie i bizantyńską architekturę. Z miasta zniknęły też tysiące jego mieszkańców – wojskowych, urzędników, nauczycieli, profesorów ewakuowanych uczelni i duchownych prawosławnych. „Popłoch między Rosjanami umykającymi na Pragę był tak wielki, że furgony, na których uciekali, nie mogły pomieścić wszystkich zbiegów. Obok dygnitarzy sądowych, częstokroć bez czapek na głowach, sadowili się ich woźni, sołdaci bez broni, żony czynowników z dziećmi. Nierzadko na tych furgonach spostrzegano trzodę chlewną, stosy bochenków razowego chleba, sprzęty domowe, malowidła świętych dźwigane przez popów. Wszystko to przedstawiało groteskowy obraz strwożonej, tchórzliwej gromady, szukającej ratunku w ucieczce przed groźnym, żądnym zemsty i łupów wrogiem” – opisywał publicysta i historyk Aleksander Kraushar w krótkim dziele „Warszawa podczas okupacji niemieckiej 1915–1918. Notatki naocznego świadka”.

Początek okupacji wcale nie przypominał dumnego zajęcia przez zwarte i niepokonane siły armii słynącej z dyscypliny. Około południa przy rogatkach Warszawy pojawiły się pierwsze patrole niemieckie. „Miało się przed sobą gromady niezgrabnych, zgłodniałych, brudnych, w zabłoconych butach i szarawarach żołdaków, którym z oddalenia przypatrywały się liczne rzesze mieszkańców, niepewne losu, jaki miał spotkać zajętą bez walki stolicę” – pisał Kraushar. Niemcy dostrzegając fatalny stan higieny rosyjskich żołnierzy, spodziewali się, że mieszkańcy do spraw czystości przykładają równie niewielką wagę. W pierwszych dniach na murach Warszawy pojawiły się nawet skierowane do niemieckich żołnierzy informacje, w których ostrzegano przed takimi zagrożeniami jak choroby weneryczne. Jak pisał Kraushar, po kilku dniach niemieccy oficerowie „odłożyli szpicruty” i nieco przyjaźniej patrzyli na zajęte miasto i jego mieszkańców. Doceniali także warszawskie restauracje, kawiarnie i domy publiczne.

W ciągu kolejnych trzech lat Niemcy nie wzbudzili zbyt wielkiej sympatii. Dominowały nieufność i dystans. Jednak w przeciwieństwie do wielu zakątków Królestwa Polskiego nie posuwali się do represji wobec ludności cywilnej lub grabieży własności prywatnej. Jednak do ostatnich dni okupacji prowadzili rabunkową politykę gospodarczą.

Warszawa pod rosyjskim panowaniem była miastem bogacącym się i coraz bardziej dostatnim. Pierwsze miesiące wojny wzbogaciły wielu robiących interesy na dostawach dla armii rosyjskiej. Tuż po wkroczeniu wojsk niemieckich przed sklepami pojawiły się kolejki, szalała inflacja i spekulacja cenami podstawowych produktów. Na ulicach przebywało również wielu żebraków, często byłych robotników pozbawionych zatrudnienia. Spadł także ruch uliczny. Nowi okupanci rekwirowali wozy, konie i nieliczne samochody. Ku zadowoleniu mieszkańców rozpoczęli też zacieranie śladów rosyjskiego panowania. Ich łupem padł pozłacany, miedziany dach Soboru św. Aleksandra na placu Saskim. Do jesieni 1917 r. zburzono rosyjskie pomniki – m.in. Iwana Paskiewicza, który stał przed Pałacem Namiestnikowskim, i wyjątkowo znienawidzony pomnik oficerów-lojalistów poległych w Noc Listopadową na placu Jana Henryka Dąbrowskiego (wówczas plac Zielony). Niemcy uważali, że likwidacja carskich monumentów zapewni im sympatię Polaków. Złom z pomników i cerkwi zasilał zaś ich przemysł wojenny.

W 1915 r. w Niemczech ukazała się książka politologa Friedricha Naumanna „Mitteleuropa”. Jej myślą przewodnią było stworzenie wielkiej strefy państw Europy Środkowej uzależnionych gospodarczo i militarnie od zwycięskich państw centralnych. Polska, Ukraina i kraje bałtyckie miały się cieszyć niezależnością kulturową i administracyjną. Koncepcja Naumanna szybko zyskała przychylność niemieckich kręgów politycznych. Szybko zdali sobie sprawę, że przepędzenie Rosjan nie przysporzy im sympatii Polaków i konieczne są kolejne kroki mające przygotować grunt pod powołanie uzależnionego od Berlina i Wiednia państewka polskiego.

Już 15 listopada 1915 r. w obecności niemieckiego gubernatora gen. Hansa von Beselera zainaugurowano rok akademicki na odrodzonym Uniwersytecie Warszawskim. W tym samym roku miejsce Warszawskiego Instytutu Politechnicznego Cesarza Mikołaja II zajęła Politechnika Warszawska. 3 maja 1916 r., w 125. rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 maja, ulicami stolicy przeszła gigantyczna manifestacja patriotyczna. Była to pierwsza legalna uroczystość tego rodzaju od upadku Powstania Listopadowego. W sierpniu tego samego roku pod murami Cytadeli odsłonięto kamień i krzyż upamiętniające Romualda Traugutta i pozostałych członków Rządu Narodowego. W teatrach wystawiano dramaty zakazane pod panowaniem rosyjskim. Wielką popularnością cieszyła się m.in. „Noc listopadowa” Stanisława Wyspiańskiego. Każdy spektakl poprzedzało odśpiewanie „Boże, coś Polskę”. W kinach pojawiały się sensacyjne romanse, takie jak „Ochrana warszawska i jej tajemnice”. Warszawianie wykorzystywali te gesty okupantów, ale wciąż patrzyli na nich z ogromną nieufnością. O tej postawie decydowała nie tylko „tradycyjna” niechęć wobec Niemców, ale również przeświadczenie, że ewentualny pokój może oznaczać powrót Rosjan i zemstę na zwolennikach współpracy z Niemcami. Dopiero pod koniec 1917 r. zagrożenie to przestało być realne.

Zaufania nie wzbudzały też pełne obłudy przemówienia niemieckich polityków. W sierpniu 1915 r. kanclerz Rzeszy Theobald von Bethmann Hollweg w przemówieniu przed Reichstagiem powiedział, że okupacja Warszawy zwiastuje początek nowej ery współpracy polsko-niemieckiej. Podkreślał również swój szacunek wobec polskiej walki z rusyfikacją. Tymczasem warszawianie i pozostali mieszkańcy ziem polskich okupowanych przez Niemców mieli w świeżej pamięci zniszczenie Kalisza oraz prześladowania polskich uczniów w zaborze niemieckim.

Nieco lepiej w kontaktach z polskimi elitami radził sobie generał-gubernator warszawski von Beseler. Udało mu się wynegocjować powstanie Tymczasowej Rady Stanu i Rady Regencyjnej w składach reprezentujących stosunkowo duży autorytet społeczny. Wbrew naciskom niemieckiego dowództwa, głównie niechętnych mu Paula von Hindenburga i Ericha Ludendorffa, nie widział jednak większych szans na powołanie polskiej armii, która mogłaby odegrać w tej wojnie jakąkolwiek rolę. W liście do kanclerza Rzeszy stwierdził, że Polacy mogą być jedynie siłą policyjną odciążającą wojsko niemieckie.

Symbolem polsko-niemieckiej nieufności była zorganizowana przez Beselera uroczystość ogłoszenia Aktu 5 listopada na Zamku Królewskim w Warszawie. Niemcy musieli wykonać ogromy wysiłek, aby polska prasa poddana cenzurze pisała o „wskrzeszeniu Polski” z entuzjazmem, a sama koncepcja odbudowy państwa pod skrzydłami Niemiec cieszyła się choćby ograniczonym poparciem polskich elit. Aleksander Kraushar wyraził opinię przytłaczającej większości obserwatorów tej uroczystości – Beseler był postrzegany tylko jako nieco „lepsza wersja” rosyjskich urzędników, którzy wykorzystywali sale Zamku Królewskiego od prawie stu lat. „Ukryta w kącie sali niemiecka orkiestra wojskowa odegrała +Boże, coś Polskę+ i „Jeszcze Polska nie zginęła”. Ogarnęło nas wszystkich dziwne uczucie. Byliśmy świadkami aktu o doniosłym znaczeniu pierwszego kroku w stronę wolności. Przywracano nam część naszej ojcowizny […] jednakże pod czujną strażą, która mogła przemienić się w najgroźniejsze jarzmo, jakie nam nałożono. Cała ta scena, historyczna sala, tłum polskich notabli, aroganckie postaci teutońskich najeźdźców, ukochane pieśni narodowe grane przez niemieckich maruderów – czyż nie był to jakiś koszmar senny” – opisywał jeden z uczestników uroczystości.

Co ciekawe, także w Niemczech Akt 5 listopada, mimo że w krótkiej perspektywie nie niósł istotnych konsekwencji politycznych, wywołał ogromną krytykę i zmasowany atak konserwatywnych polityków na Beselera. Powtarzano, że Niemcy powinni walczyć wyłącznie we własnym interesie, a nie oddawać zdobyte ziemie Polakom. Beseler zdawał sobie sprawę, że jego polityka ustępstw przysparza mu wrogów i nie daje gwarancji powodzenia. „Mój Boże, jak ci ludzie są podejrzliwi! Ale trudno się temu dziwić po stuletniej niewoli” – zapisał, tłumacząc swoje stosunki z polskimi politykami. W prywatnych rozmowach z Polakami dodawał: „Wszyscy jesteście poetami”. Wyrażał w ten sposób swój dystans wobec polskiego romantyzmu i rzekomego braku umiejętności skutecznego zarządzania państwem.

Zimą 1916 r. Niemcy zdobyli się na kolejny symboliczny gest. 1 grudnia do Warszawy wkroczyły Legiony Polskie. Miały to być potwierdzenie realizacji zamiaru powołania armii polskiej i kolejna manifestacja mająca zjednać mieszkańców miasta i całego Królestwa Polskiego do idei współpracy z Niemcami. Mimo że Legioniści byli pierwszą od 85 lat polską formacją wojskową defilującą na ulicach Warszawy, to nie wzbudzili spodziewanego entuzjazmu. Dominowały obojętność lub ostrożne zaciekawienie. „Coś chwytało za gardło i oczy przesłaniało chmurą. Czyli to przeszłość zmartwychwstaje i błyska, aby znów zgasnąć, czyli to zwiastuny wolności, ci nasi spod innego znaku, niegdyś tak potępieni” – zapisała Maria Lubomirska, żona prezydenta stolicy ks. Zdzisława Lubomirskiego.

W roku 1917 uwagę mieszkańców przyciągały kryzys przysięgowy i strajk studentów uczelni warszawskich, którzy domagali się zapewnienia przez władze pełnej autonomii Uniwersytetu i Politechniki. Dla niemal wszystkich głównym celem było jednak przetrwanie. Warunki życia w mieście pogarszały się z każdym miesiącem przybliżającym koniec wojny.

Pokój brzeski z lutego 1918 r., który oddawał część ziem wschodnich Królestwa Polskiego Ukrainie, ostatecznie skompromitował ideę odbudowy państwa w oparciu o porozumienie z Niemcami. Polacy nie zaprzepaścili jednak kolejnych kilku miesięcy i kontynuowali budowę instytucji państwowych . Gdy w listopadzie 1918 r. kończyła się trwająca trzy lata okupacja niemiecka, w Warszawie funkcjonowały polskie szkolnictwo, organizacje polityczne, rząd, sądy, zaczątki administracji państwowej, samorządowej i armii. Postawa zupełnie załamanego Beselera, a także niemal wszystkich zrewoltowanych niemieckich żołnierzy i oficerów, którzy pragnęli tylko powrotu do domów, zadecydowały o niemal bezkrwawym końcu niemieckiego panowania w stolicy. Niewiele ponad dwie dekady później część mieszkańców miasta spodziewała się, że nowa okupacja niemiecka będzie co najwyżej nieco surowsza od tej, której symbolem był generał- gubernator Beseler. Z perspektywy doświadczeń lat I wojny światowej niemiecki terror lat 1939–1944 był jednak niewyobrażalny.

CZYTAJ DALEJ

To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie

Niedziela Ogólnopolska 32/2017, str. 33

[ TEMATY ]

wiara

homilia

Graziako

Giovanni Bellini „Przemienienie Pańskie” (fr.), 1455 r.

Przemienienie Jezusa to znak potwierdzający, kim On jest naprawdę. Tak przyjęli ów znak i go zapamiętali apostołowie Piotr, Jakub i Jan, naoczni świadkowie tego wydarzenia. We fragmencie Drugiego Listu św. Piotra, przytoczonym w Liturgii jako drugie czytanie, wyraża się niezłomna pewność: „Nie za wymyślonymi bowiem mitami postępowaliśmy wtedy, gdy daliśmy wam poznać moc i przyjście Pana naszego Jezusa Chrystusa, ale nauczaliśmy jako naoczni świadkowie Jego wielkości”. Dzieło ewangelizacji od początku karmi się pamięcią o tym, co stało się udziałem pierwszych uczniów i wyznawców Jezusa Chrystusa. Na takim gruncie wyrosła również nadzieja na Jego powtórne przyjście, kiedy objawi się w mocy i chwale.

„Góra wysoka, osobno”, jak napisał św. Mateusz, bądź „góra święta”, jak ją określił św. Piotr w Drugim Liście, to, zgodnie z odwieczną tradycją chrześcijańską, góra Tabor, w środkowej Galilei. Po obu stronach ołtarza w zbudowanej na jej wierzchołku okazałej świątyni umieszczono piękne mozaiki wyobrażające cztery kluczowe przemiany. Pierwsza nawiązuje do Betlejem, gdzie „Syn się nam narodził”. Bóg stał się człowiekiem, co na zawsze odmieniło losy ludzkości. Druga kieruje wzrok na Wieczernik, gdzie została ustanowiona Eucharystia. Chleb i wino, stając się Ciałem i Krwią Pana, stanowią pokarm wierzących na życie wieczne. Trzecia przemiana wskazuje na Kalwarię. W czasach Starego Testamentu po nieociosanych kamieniach ołtarza świątyni jerozolimskiej spływała krew zwierząt ofiarnych, lecz zbawcza krew Jezusa, która spłynęła podczas Jego ukrzyżowania, położyła temu kres, gdyż On sam stał się Barankiem ofiarnym. Czwarta przemiana ukazuje pusty grób. „Zmartwychwstał, nie ma Go tutaj!” – to wołanie obwieszcza zwycięstwo życia nad śmiercią, miłości nad nienawiścią, Boga nad siłami zła.

Przemienienie Pańskie jest wpisane w całą historię zbawienia i łączy najważniejsze miejsca, które wyznaczają życie i los Jezusa: Betlejem, Wieczernik, Kalwarię i pusty grób. Wraz ze spełnieniem się tajemniczej wizji proroka Daniela, ukazującej wieczne panowanie Syna Człowieczego, objawiła się prawdziwa tożsamość Jezusa. Jego ukazanie się wraz z Mojżeszem i Eliaszem wyjaśnia oraz wieńczy długi etap Starego Testamentu. Otwiera też na radykalnie nowe działanie Boga, którego zasadnicze znamię stanowi rozszerzenie planu zbawienia na całą ludzkość, czyli „wszystkie narody, ludy i języki”. Prorok Daniel zapowiadał: „Panowanie Jego jest wiecznym panowaniem, które nie przeminie, a Jego królestwo nie ulegnie zagładzie”.

Królewski charakter władzy Boga, sławiony również w psalmie responsoryjnym, podkreślają słowa: „Jego sprawiedliwość rozgłaszają niebiosa, a wszystkie ludy widzą Jego chwałę”.

W święto Przemienienia Pańskiego na całym świecie, wszędzie tam, gdzie Ewangelia dotarła i została przyjęta, brzmi wezwanie: „To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie”. Bóg jest jedyny, lecz istnieje jako Ojciec i Syn, i Duch Święty.

Polecamy „Kalendarz liturgiczny” – liturgię na każdy dzień
Jesteśmy również na Facebooku i Twitterze

CZYTAJ DALEJ

Msza św. za powstańców warszawskich związanych z Częstochową

2020-08-06 11:00

[ TEMATY ]

Powstanie Warszawskie

Wojciech Omyła

Eugeniusz Stasiecki

Muzeum Powstania Warszawskiego

Wojciech "Wojtek" Omyła

Stowarzyszenie Ziemi Częstochowskiej „Solidarność i Niezawisłość” zaprasza w niedzielę 9 sierpnia o godz. 10 do bazyliki archikatedralnej Świętej Rodziny w Częstochowie na Mszę św. w intencji związanych z Częstochową powstańców warszawskich.

Wierni będą modlić się szczególnie za sierż. „Wojtka” Omyłę i kpt. hm. Eugeniusza Stasieckiego, którzy brali czynny udział w walkach w stolicy.

Po Mszy św. nastąpi złożenie kwiatów i zniczy pod tablicą przy ul. Krakowskiej 36, poświęconą pamięci 20-letniego „Wojtka”.

Organizatorzy uroczystości proszą o zabranie biało-czerwonych flag.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję