Reklama

Miejsca zbrodni w Warszawie

Mateusz Wyrwich
Edycja warszawska 4/2008

Targowa, Strzelecka, 11 Listopada, Górczewska... Każdego dnia przechodzimy obok domów na warszawskich ulicach, nie wiedząc, że przed półwieczem ginęli tu ludzie walczący o niepodległość.

Czas iść. Biała ściana korytarza, jak ekran panoramicznego kina, pokazuje zapisane przez dwadzieścia trzy lata sekwencje życia. Skazanego na zabijanie - dla niepodległości. Skazanego na zabicie - dla niewoli. Piwnica. Strażnicy pośpieszają. Poszturchują. Wrzucają do cel hitlerowskie mundury. Nakazują skazańcom ich przywdziewanie. Dla ukrycia, że mordują polskich patriotów. Popędzają. Krzyczą: skazany, przebrać się! Ręce związują do tyłu drutem kolczastym. Zawiązują oczy. Popychają, ustawiają twarzą do ściany. Witalis, wpatrzony w swój rachunek sumienia, pyta Boga: gdzie idę? Wie - będą do niego strzelać. Nigdy jednak nie przypuszczał - on, świadek własnej śmierci? Nie jest sam. Wokół kilkunastu podobnych jak on. Bez księdza. Rodziny. Nie myty, nie golony przez siedem miesięcy śledztwa. Ze świerzbem na ciele. I pośladkami wyżartymi przez wszy.
Korytarz zapełnia się krzykiem. Płacz u niektórych zagubił bohaterstwo. Za każdym stoi dwóch strażników spoconych ze strachu. Nie wiedzą, jak się zachowa zdesperowany skazaniec. Na korytarzu już coraz mniej żywych. Co pięć minut kolbami wypychani na dziedziniec. Strzał w tył głowy. Czasem zdążyli wykrzyczeć: jeszcze Polska. Albo: mamo!

Więzienie przy 11 Listopada, katownia przy Strzeleckiej

Tak wspomina swoje wyjście na wykonanie kary śmierci, wstrzymanej w ostatniej chwili, Witalis Skorupka - młody chłopak skazany w 1945 r. za działalność w AK na dwukrotną karę śmierci. Wyprowadzano go na stracenie w warszawskim więzieniu na ulicy 11 Listopada. Wcześniej siedział w areszcie NKWD na Strzeleckiej, róg Środkowej. Cela znajdowała się pod klatką schodową. Przestrzeń półtora metra kwadratowego uniemożliwiała poruszanie się. W celi miał puszkę po konserwach. Mógł jej używać albo do zupy albo dla załatwiania potrzeb fizjologicznych.
Na Strzeleckiej ginęli ludzie bez sądów, zastrzeleni metodą „enkawudowską” z przystawionego z tyłu głowy pistoletu. Tu nie zapadały inne wyroki, jak tylko kara śmierci. Decyzję wydawał sowiecki oficer. Zamordowanych wrzucano do, zamurowanego dziś, burzowca. Po wyjściu Sowietów budynki przejęło UB. Współcześnie w katowni na Strzeleckiej mieszkają m.in. byli funkcjonariusze UB. W byłych siedzibach NKWD i UB wielu z nich uwłaszczyło się. Lokatorom nie przeszkadzają napisy w piwnicach bardzo wyraźnie mówiące o tym, że w latach czterdziestych i pięćdziesiątych mieściły się tutaj cele. - Mieszkający tam byli funkcjonariusze UB odnoszą się wrogo do pracowników IPN - mówi Tomasz Lubaszewski z warszawskiego oddziału IPN. - W piwnicach domów jest wiele cel, gdzie siedzieli więźniowie NKWD, a później UB. Na ścianach piwnic widnieją odwołania religijne. Najczęstszymi zapisami są nazwiska ludzi, którzy tam siedzieli i kalendarze wydrapane na ścianie odmierzające ich czas pobytu w katowniach.

Wdzięczni Armii Sowieckiej?

Na terenie Warszawy zaraz po wojnie znajdowało się kilkanaście placówek NKWD i „Śmierszy” [śmierć szpionom]. Znane są kompleksy Informacji Wojskowej w Alejach Niepodległości i na Koszykowej. Wiele jest jednak mniej znanych miejsc, gdzie Sowieci i polscy komuniści dokonywali zbrodni. Wiele z nich mieściło się na Pradze, ale również w innych dzielnicach Warszawy. Między innymi na Mokotowie przy ulicy Grażyny, gdzie zainstalowano siedzibę południowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. W willowej żoliborskiej dzielnicy na Pogonowskiego mieściła się natomiast placówka Północnego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Wreszcie ogromny kompleks budynków na Górczewskiej, gdzie z kolei siedzibę miał Zachodni Urząd Bezpieczeństwa Publicznego. W podwarszawskim wówczas Miedzeszynie ogromna willa służyła za tajny areszt Departamentu X MBP. We Włochach natomiast przy ulicy Świerszcza była najpierw siedziba NKWD, później pierwsza siedziba Głównego Zarządu Informacji Wojska Polskiego. Jednak najwięcej tych okrutnych placówek zlokalizowano na warszawskiej Pradze. Jeszcze bowiem w czasie Powstania Warszawskiego Sowieci już rozprawiali się z żołnierzami polskiego podziemia. Na Targowej zajmowali między innymi wielki kompleks budynków dyrekcji PKP. Do dziś, jak na ironię, przed tym budynkiem byłej siedziby NKWD stoi Pomnik Wdzięczności Armii Radzieckiej. Tak zwany pomnik czterech śpiących. Również dzisiejsza siedziba liceum im. Władysława IV służyła imperialnym interesom Sowietów. Mieścił się tam sowiecki Trybunał Wojenny. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że na dziedzińcu szkoły, obecnie boisku szkolnym, znajdują się groby pomordowanych. Badaniem tego terenu zajmie się niebawem IPN.
W 1945 r. w promieniu kilkuset metrów od Targowej władza komunistyczna rozmieściła siedziby UB przez lata znane z okrucieństwa. Między innymi na ulicy Cyryla i Metodego, a także wielki kompleks Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego na Sierakowskiego, gdzie dziś swoją siedzibę ma hotel policyjny. Tam też ginęli ludzie. Również bez formalnego wyroku.

Reklama

Wiele miejsc kaźni w Polsce jest do dziś nieupamiętnionych. Szczególnie w powiatowych miasteczkach, bo czasem zbrodniarze mieszkają nieopodal miejsc zbrodni. Podobnie jest i w Warszawie

Mieszkanie w miejscu kaźni

Każdego niemal dnia przechodzimy obok tych domów, nie wiedząc, że przed półwieczem ginęli tu ludzie walczący w obronie Polski. Wiele miejsc kaźni w Polsce jest do dziś nieupamiętnionych. Szczególnie w powiatowych miasteczkach, bo czasem zbrodniarze mieszkają nieopodal miejsc zbrodni i nie chcieliby, aby o ich zbrodniach wiedziano. Podobnie jest i w Warszawie. Do dziś nasz kraj nie zdobył się na stworzenie muzeum ofiar komunizmu. Nie do końca też wiemy, gdzie w Polsce znajdowały się więzienia i obozy, w których władza komunistyczna zamykała bądź likwidowała swych przeciwników. Podjęty przez IPN program „Śladami zbrodni” stawia sobie za zadanie odkrywanie tych miejsc, jak również ich upamiętnianie. Jego autorzy zwracają się też do rodaków, którym sprawa upamiętnienia walki z komunistami jest nieobojętna, by informowali o każdym takim miejscu, gdzie odbywały się egzekucje. Na przykład w lesie czy zaułkach ruin, w starych fabrykach, komórkach. Bywa, że ktoś był przypadkowym świadkiem wydarzenia i do dziś nie ma odwagi o tym powiedzieć. - Chciałbym, aby proces przywracania pamięci stał się zjawiskiem społecznym - wyjaśnia Janusz Kurtyka, prezes IPN. - Aby nie tylko pracownicy IPN szukali tego typu miejsc. Lecz żeby również lokalna społeczność sama podejmowała starania o ich odnalezienie i upamiętnienie. Jest to przecież naszym narodowym obowiązkiem. IPN chętnie wówczas wesprze takie działania, służące przecież dobru wspólnemu.
Polski, komunistyczny aparat bezpieczeństwa publicznego był przez lata złowrogim instrumentem, który obezwładniał społeczeństwo. Jak podkreśla Janusz Kurtyka, ów „instrument” dopuszczał się zbrodni, które niewiele różniły się od metod działania niemieckiego gestapo. Służył także obcemu państwu. - Pamięć o takich właśnie okolicznościach funkcjonowania struktury państwowej, jaką była PRL, powinna nam ciągle towarzyszyć. Jako ostrzeżenie i jako wyrzut sumienia wobec tych, którzy byli ofiarami tej struktury - zaznacza Janusz Kurtyka. - Choć sporo obiektów NKWD, UB ocalało, to są one dziś użytkowane w sposób urągający pamięci ofiar. Wiele kaźni UB czy NKWD z pierwszego okresu panowania komunistów w Polsce jest obecnie przeznaczonych na budynki mieszkalne czy użyteczności publicznej. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że dziś nikt nie wie, że dany budynek kiedyś był miejscem kaźni.

W katowni na Strzeleckiej mieszkają dzisiaj byli funkcjonariusze UB. W byłych siedzibach NKWD i UB wielu z nich uwłaszczyło się.

Reklama

Pierwszy Cud Nad Wisłą

2019-11-05 12:48

Grzegorz Gadacz
Niedziela Ogólnopolska 45/2019, str. 10-13

Rok po odzyskaniu przez Polskę niepodległości nie było zgody nawet co do tego, kiedy się ona dokładnie zaczęła

Library of Congress
Dzieci we wschodniej Polsce, lato 1919 r

Poszczególne stronnictwa polityczne za pierwszy dzień wolności uznawały daty korzystne dla siebie. Narodowa Demokracja za przełom uważała utworzenie przez Radę Regencyjną w październiku 1918 r. rządu Józefa Świeżyńskiego. Środowiska lewicowe wskazywały na 7 listopada – datę powołania w Lublinie Tymczasowego Rządu Ludowego. Zwolennicy Józefa Piłsudskiego stali na stanowisku, że decydującym faktem było jego przybycie do Warszawy 11 listopada, a sam Piłsudski przesuwał ten moment na 22 listopada 1918 r., kiedy to powstały całkowicie niezależne od okupanta polskie władze najwyższe.

Zniszczenia po Wielkiej Wojnie

Większość społeczeństwa nie interesowała się jednak tymi sporami. Po początkowej euforii z racji odzyskania niepodległości trzeba było szybko wrócić do szarej rzeczywistości. Około 450 tys. Polaków straciło życie w walce w obcych mundurach na różnych frontach Wielkiej Wojny. Niemal wszystkie polskie ziemie były teatrem działań wojennych, front przetaczał się przez nie niejeden raz. Kraj był pocięty siatką okopów, zaporami z drutu kolczastego i milionami lejów po bombach. W wielu gminach i powiatach Królestwa Polskiego i Galicji zniszczeniu uległo 70-80 proc. zabudowań. Drewniane w większości miasteczka i wioski paliły się w całości od jednego pocisku. Setki tysięcy osób koczowało w skleconych naprędce ziemiankach i lepiankach. Wojska okupacyjne, zarówno rosyjskie, jak i niemieckie, w ciągu 4 lat wojny ograbiły Polskę niemal doszczętnie. Infrastruktura przemysłowa była w gruzach. Fabryki w większych miastach zostały ogołocone z maszyn, kotłów parowych, silników elektrycznych, narzędzi; wyrywano nawet kable ze ścian i odkręcano klamki. Na wsi, dla potrzeb wojska, rekwirowano konie, krowy, a także ubrania i buty. Żeby zaorać wiosną pole, do pługów czasem zaprzęgały się kobiety.

Zmagania o granice

Niepodległość nie oznaczała jednak dla Polaków końca działań wojennych. Nowe państwo musiało mieć granice, o które trzeba było walczyć z większością sąsiadów. Jeszcze przed końcem I wojny światowej wybuchł zbrojny konflikt z Ukraińcami o Małopolskę Wschodnią i Wołyń, który trwał nieprzerwanie do lipca 1919 r. Ogromnym heroizmem wykazali się obrońcy Lwowa, także cywilni mieszkańcy, studenci i uczniowie, którzy przetrwali wielomiesięczne oblężenie miasta. Od lutego tego samego roku zmagano się z coraz bardziej napierającymi na zachód oddziałami Armii Czerwonej, która niosła Europie leninowskie idee rewolucji proletariackiej. Zwycięstwem militarnym i dyplomatycznym zakończyło się powstanie w Wielkopolsce, a antyniemieckie nastroje przybierały coraz bardziej na sile na Górnym Śląsku, co poskutkowało pierwszym, nieudanym powstaniem w sierpniu. Walka na tylu frontach spowodowała, że brakło już sił i środków, żeby skutecznie się przeciwstawić atakowi Czechów na Śląsku Cieszyńskim, Spiszu i Orawie. A do sporu z Polakami szykowali się także Litwini, marzący o własnym państwie w granicach przedrozbiorowego Wielkiego Księstwa Litewskiego ze stolicą w Wilnie.

Trudna codzienność

Prowadzenie działań zbrojnych wymagało ogromnych środków – na utrzymanie armii z budżetu państwa wydawano 60 proc. dochodów, a wystarczało to i tak na ledwie siódmą część wydatków. Pieniędzy brakowało na wszystko: administrację, wyżywienie obywateli, oświatę, służbę zdrowia. Jedyną alternatywą była pomoc z zagranicy. Osobista znajomość premiera Ignacego Paderewskiego z szefem amerykańskiej agencji Food Administration Herbertem Hooverem zaowocowała przysłaniem do Polski 1 mln ton żywności i 3 mln ton odzieży, głównie dla dzieci. Pomogły one setkom tysięcy ludzi przetrwać zimę. Znaczną pomoc finansową ofiarowała również Francja.

Poza wojną największym wyzwaniem dla młodego państwa było scalenie trzech dzielnic zaborczych. Po 120 latach rozdzielenia różnice dotyczyły dosłownie każdej dziedziny życia, także języka, kultury i mentalności. Wkrótce doprowadziły one do napięć politycznych i społecznych. Wielu Polaków walczyło przeciw sobie na frontach Wielkiej Wojny. Teraz służyli w tych samych jednostkach, pod rozkazami dowódców, którzy czasem wydawali komendy w obcym języku, bo innych nie znali. Nazywano siebie nawzajem: „Moskalami”, „Krzyżakami” bądź „Austryjecami”.

W 1919 r. płacono w Polsce sześcioma rodzajami walut. W każdej z dzielnic były odmienne warunki produkcji, a co za tym idzie – różne ceny. Między dawnym zaborem pruskim a resztą kraju utrzymywano nawet granicę celną. Sieci komunikacyjne w dzielnicach nie były ze sobą połączone, w dodatku panowały osobne systemy na kolei, stosowano inne urządzenia, sposoby sygnalizacji, nawet szerokość torów była inna. Podróż z Krakowa do Warszawy trwała kilkanaście godzin, a podróżni czasem musieli osobiście znosić z lasów drewno, żeby parowóz mógł ruszyć. Kto decydował się na podróż samochodem, musiał się liczyć z tragicznym stanem dróg, w większości gruntowych, a także z koniecznością ruchu lewostronnego obowiązującego w Małopolsce. Na terenie kraju obowiązywało pięć porządków prawnych. Za to samo przestępstwo w każdej dzielnicy inaczej karano. Teoretycznie możliwe były nawet bigamia i legalna pańszczyzna.

A jednak się udało!

Powołanie Naczelnika Państwa i centralnego rządu pozwoliło na rozpoczęcie porządkowania chaosu. Sprawnie i uczciwie zorganizowano wybory do Sejmu Ustawodawczego, a frekwencja wyborcza w wielu okręgach przekraczała 90 proc. Stopniowo reorganizowano administrację państwową i samorządową w terenie, przy czym borykano się z ogromnymi brakami kadrowymi. Tworzono polskie szkolnictwo podstawowe, wyższe, a także setki nowych instytucji, od Polskiego Towarzystwa Matematycznego po Polski Związek Piłki Nożnej. Na arenie międzynarodowej osobowość prawna Polski została uznana przez wszystkie państwa, polska delegacja wzięła udział w kongresie wersalskim, na którym uzyskała m.in. potwierdzenie praw do Wielkopolski i Pomorza.

Pomimo biedy, głodu, chorób i nieustających wojen, a także rozczarowania codziennością, mimo wszelkich przeciwności po roku istnienia odrodzonej Polski można było powiedzieć, że się udało. Udało się zbudować podwaliny państwa, które już w kolejnym roku miało przejść swój najtrudniejszy egzamin. Udało się dzięki porozumieniu mądrych polityków z wrogich sobie obozów, ale przede wszystkim dzięki ogromnemu wysiłkowi mieszkańców miast, miasteczek i wsi, ich uporowi i determinacji. To był prawdziwy pierwszy cud nad Wisłą.

W opracowaniu tekstu korzystałem m.in. z publikacji prof. Andrzeja Chwalby.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Syria: dwóch księży zamordowanych przez bojówki Państwa Islamskiego

2019-11-11 20:31

st (KAI/la Repubblica) / Damaszek

Dwóch księży katolickich obrządku ormiańskiego zostało dziś zabitych przez bojówki Państwa Islamskiego w północno-wschodniej Syrii w wiosce Zar, w dystrykcie Busayra, na wschód od Dar ar-Zor.

Unsplash/pixabay.com

Ofiarami terrorystów padło dwóch księży 43-letni Hovsep Petoyan i jego ojciec, także kapłan 71-letni A. Petoyan (w Kościele obrządku ormiańskiego nie obowiązuje duchownych celibat). Według niektórych źródeł, obydwaj, w towarzystwie diakona, mieli zweryfikować stan prac konserwatorskich ormiańskiego kościoła katolickiego w okolicy, kiedy znaleźli się w zasadzce na drodze łączącej Hasakeh z Dar ar-Zor. Uzbrojeni ludzie otworzyli ogień, zabijając starszego na miejscu, a młodszy z księży zmarł wkrótce na skutek odniesionych obrażeń. Ranny został również diakon.

Według agencji prasowej Sana chodzi o „akt terroryzmu”, który ma miejsce w szczególnie trudnym momencie dla prowincji Hasakah, ponieważ Turcja rozpoczęła szeroko zakrojoną ofensywę w celu wyeliminowania obecności bojowników kurdyjskich.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem