Reklama

Polityka

Spychalski: prezydent podpisał ustawę w sprawie organizacji wyborów

Prezydent Andrzej Duda podpisał ustawę o szczególnych zasadach organizacji wyborów powszechnych na Prezydenta RP zarządzonych w 2020 roku z możliwością głosowania korespondencyjnego – poinformował na Twitterze rzecznik prezydenta Błażej Spychalski.

Ustawa w sprawie organizacji wyborów prezydenckich zakłada, że głosowanie odbędzie się metodą mieszaną – w lokalach wyborczych oraz dla chętnych – korespondencyjnie. Choć zakłada możliwość ponownej rejestracji kandydatów, którzy mieli wziąć udział w wyborach prezydenckich 10 maja (bez konieczności ponownego zbierania podpisów poparcia), to daje też prawo startu nowym kandydatom.

Zarządzone na 10 maja wybory prezydenckie nie odbyły się. PKW stwierdziła w wydanej tego dnia uchwale, że "brak było możliwości głosowania na kandydatów" i dodała, że fakt ten jest równoważny w skutkach z przewidzianym w art. 293 Kodeksu wyborczego brakiem możliwości głosowania ze względu na brak kandydatów.

W takim przypadku, jak stanowi Kodeks wyborczy, marszałek Sejmu ponownie zarządza wybory nie później niż w 14. dniu od dnia ogłoszenia uchwały PKW w Dzienniku Ustaw. Uchwała PKW została opublikowana w poniedziałek.(PAP)

Reklama

Autorka: Aleksandra Rebelińska

reb/ joz/

2020-06-02 21:21

Ocena: +1 -1

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Dream team Duda – Morawiecki zdał egzamin

Odpowiedź na pytanie o przyczyny wygranej w tych wyborach leży w świetnej współpracy prezydenta i premiera – mówi Eryk Mistewicz. – Poszczęściło się Polsce, że na czas bardzo trudny spotkali się ze sobą Andrzej Duda, czujący potrzeby zwykłych ludzi, i Mateusz Morawiecki, który dysponuje wiedzą, umiejętnościami i praktyką.

Marzena Kowalewska-Erhardt: „Kto lepiej opowie, na czym mu zależy, ten wygrywa” – przekonuje Pan często. Jak Polskę opowiadał Polakom Andrzej Duda, że jego opowieść przekonała większość wyborców?

Eryk Mistewicz: To była i wciąż jest opowieść oparta na prawdzie. Oparta na spotkaniach z ludźmi. Odpowiedzialna. Nie było w tej kampanii, którą bardzo uważnie śledziłem, deklaracji bez pokrycia. Było przypomnienie, ile udało się zrobić, wpierw dzięki rządowi Beaty Szydło, później – Mateusza Morawieckiego. Szczególnie rząd Morawieckiego – a więc uszczelnienie luki VAT, zarządzanie państwem zgodnie z regułami korporacyjnymi – umożliwił Polsce i Polakom wielką odczuwalną zmianę: to naprawdę wielkie transfery socjalne, pomoc dla rodzin, zajęcie się terenami zapomnianymi. Rząd Morawieckiego dzięki wsparciu Dudy zaproponował duży, ambitny program rozwoju, wsparcie lokalnych wspólnot, czego symbolami stało się choćby otwieranie miejsc i połączeń – czy to kolejowych, czy autobusowych, które wcześniej, w czasie rządów PO-PSL, były zamykane. Nie bez znaczenia było także spełnienie obietnic sprzed 5 lat, w tym obniżenia wieku emerytalnego.

Poszczęściło się Polsce, że na czas bardzo trudny spotkali się ze sobą Andrzej Duda, czujący potrzeby zwykłych ludzi, i Mateusz Morawiecki, który dysponuje wiedzą, umiejętnościami, praktyką, dzięki którym potrafił nadać Polsce impuls rozwojowy. Odpowiedź na pytanie o przyczyny wygranej w tych wyborach leży w świetnej współpracy prezydenta i premiera. Dream team Andrzeja Dudy i Mateusza Morawieckiego zdał egzamin. Szczególnie w czasie największego wyzwania ostatnich lat – epidemii i jej poważnych skutków społecznych i gospodarczych. Nie ma w Polsce, jak w innych krajach, masowych upadłości firm i bezrobocia.

Jeśli wsłuchać się w zarzuty zwolenników Rafała Trzaskowskiego, to właśnie za dużo pieniędzy, inwestycji, rozwoju. Szczególnie atakowano wydatki socjalne, wszystkie programy: 500+, 300+, wyprawki dla dzieci, kolejne emerytury...

Niesamowicie nietrafione były zarzuty dotyczące Centralnego Portu Komunikacyjnego, podczas gdy wszystkie państwa w Europie zastanawiają się, jaki impuls inwestycyjny nadać, jak rozruszać po pandemii swoje przedsiębiorstwa. Szczególnie, jeśli i przy CPK, i przy infrastrukturze kolejowej, i w kolejnych projektach warunki mają umiejętnie faworyzować polskich przedsiębiorców. Tych, którzy tutaj utrzymują ludzi i tutaj płacą podatki.

Podobnie zarzut o wydatki socjalne jest chybiony. To nie pieniądze zdecydowały o sympatii Polek i Polaków. Rządy PiS uwolniły olbrzymie pokłady godności. Umożliwiono polskim rodzinom często po prostu godniejsze życie, wyjazdy rodzinne nad morze, lepsze przygotowanie dzieci do szkoły; ludzie zyskali także dumę z bycia Polakiem. Godność Polaka to z roku na rok coraz więcej działań, jak choćby wchodzenie do największych pism opinii z tekstami o polskiej historii z prawdą o Polsce („Opowiadamy Polskę światu” – projekt Instytutu Nowych Mediów w 80. rocznicę zakończenia II wojny światowej, w którym uczestniczyła także Niedziela). Działań tego typu na taką skalę wcześniej nie było. Nie było systemowych, zaplanowanych przedsięwzięć budowania polskiej godności.

Zgodzi się Pan z opinią, że była to chyba najbardziej agresywna, najmniej sympatyczna kampania wyborcza?

Na pewno była to kampania najdłuższa, przez co rzeczywiście niektórym już puszczały nerwy. Mieliśmy do czynienia de facto z dwiema kampaniami, z wielką awanturą Platforma Obywatelska nakazała bowiem wstrzymanie kampanii z uwagi na koronawirusa. Gdy kampanię wstrzymano i słaba kandydatka Małgorzata Kidawa-Błońska została zmieniona na Rafała Trzaskowskiego, nagle koronawirus zniknął jak nożem uciął. Trzaskowski zaś wszedł na scenę ze świeżością i nową energią. Ta sztuczka PO sprawiła, że kampania Andrzeja Dudy była trudniejsza.

W tej kampanii jak nigdy obrażono znaczną część Polski: mieszkańców wsi, mniejszych miejscowości, także tych, którzy po prostu nie godzą się z agresywną polityką obyczajową, promocją permisywizmu.

Zawsze polityka, debata, a szczególnie kampania, to spór. Dotąd jednak ten spór miał w sobie poszanowanie dla ludzi z konkurencyjną wizją świata. W tej kampanii takiego szacunku zabrakło. Nakręcono spiralę. W finale kampanii Zbigniew Boniek był bliski odbierania głosu starszym mieszkańcom mniejszych miast, warszawscy celebryci nie kryli wobec nich pogardy, a niektórzy proponowali ich eksterminację. Media – niestety, nie tylko te społecznościowe – zamiast uczynić nas mądrzejszymi, lepszymi, wyciągały na światło dzienne to, co w nas najgorsze. Polska inteligencja gdzieś się pochowała, zniknęła. To niesamowite, jak brakowało mi elit, inteligencji w tej kampanii.

Pytanie brzmi, czy można teraz posklejać Polskę. A jeśli tak, to jak to zrobić?

To najważniejsze dziś zadanie stojące przez prezydentem Andrzejem Dudą: budowa zapowiadanej przez niego „koalicji polskich spraw”. W czasach tak intensywnych, określania po pandemii nowego ładu w Europie i w świecie, warto wykorzystywać szanse Polski. A do tego potrzeba jedności klasy politycznej, polskich elit. Niestety, wszystko wskazuje na to, że to raczej idealistyczne marzenia. Czeka nas trzecia tura wyborów prezydenckich.

Trzecia tura wyborów prezydenckich?

Tak. Czekają nas odwołania do Sądu Najwyższego, ale też do Rady Europy, OBWE, Komisji Praw Człowieka. Znając wcześniejsze zacietrzewienie opozycji, musimy być gotowi na poświęcone Polsce posiedzenie Parlamentu Europejskiego, na rezolucje potępiające Polskę. Rezolucje, co szczególnie boli, przygotowywane przez Polaków. To coś nie do wyobrażenia np. we Francji. Choć tamtejsza polityka jest pełna większych napięć, nie do pomyślenia jest, by Francuz występował na forum międzynarodowym przeciw swojemu krajowi, przeciw innym Francuzom. Niestety, nic z tym nie zrobimy. Przegrany sztab musi bowiem jakoś przedstawić swoim wyborcom przyczynę porażki, zracjonalizować ją, szuka więc wszędzie, tylko nie w swoich szeregach i nie w swojej kampanii.

Jaka będzie druga kadencja prezydenta Andrzeja Dudy?

Sklejanie Polski, spokojne prowadzenie polskich spraw. Zdecydowanie silniejsze wyjście ku polskiej inteligencji, ku młodzieży. Mądrzejsza edukacja i mądrzejsze, spokojniejsze media publiczne. Polityka godnościowa. Do tego działania dream teamu Duda – Morawiecki, wzmacnianie polskich firm. Programy społeczne, ochrona polskiej rodziny. Sprawianie, że na koniec kadencji wyborcy będą żałowali, iż Andrzej Duda nie może po raz kolejny stawać do wyborów. Dużo do zrobienia.

Eryk Mistewicz
ekspert marketingu politycznego, autor m.in. Stulecie Polaków, Anatomia władzy, Marketing narracyjny, wydawca portalu opinii Wszystko Co Najważniejsze.

CZYTAJ DALEJ

Kardynał Wyszyński: wielki i normalny - rozmowa z ks. Bronisławem Piaseckim, osobistym sekretarzem Prymasa

2020-07-14 13:44

[ TEMATY ]

kard. Stefan Wyszyński

rozmowa

Bożena Sztajner/Niedziela

Kardynał Wyszyński był jednocześnie wielki i normalny - wspominał w majowej rozmowie z KAI ks. prałat Bronisław Piasecki, który zmarł dziś rano we Włoszech w wieku 79 lat. Osobisty sekretarz Prymasa Polski i wicepostulator w procesie jego beatyfikacyjnym mówił m.in. o tym, co zawdzięcza spotkaniu z kard. Wyszyńskim.

Przypominamy treść wywiadu, który został opublikowany w serwisie KAI 28 maja br.

Tomasz Królak (KAI): Księże Prałacie, prymas Wyszyński to dla ludzi średniego i starszego pokolenia postać pomnikowa, wielka, legendarna. Jak pomnik zachowywał się na co dzień?

Ks. prałat Bronisław Piasecki: - Prawdziwa wielkość to skromność i prostota. On był skromny do tego stopnia, że niekiedy wręcz nieśmiały. Ale wiedział, jak działa na innych, bo sam kilka razy słyszałem, jak mówił: mój autorytet ciąży rozmówcy.

KAI: Miał tego świadomość.

- Tak, dlatego tym bardziej starał się być jak najbardziej prosty, zwyczajny i nie onieśmielać, a wręcz zachęcać rozmówcę do rozmowy. Kiedy w 1974 r. przyszedłem do pracy w Domu Arcybiskupów Warszawskich zapytałem, co będzie należało do moich obowiązków. Odpowiedział: będziesz w moim imieniu na progu tego domu przyjmował wszystkich wchodzących. Nie wszystkim uda się załatwić sprawę, ale każdy ma być wysłuchany i uszanowany, żeby wychodził stąd z poczuciem godności. Tak mnie instruował.

Po kilku dniach, kiedy już trochę ochłonąłem, poprosiłem: księże prymasie może jakiś dekret nominacyjny, żeby pozostał w archiwum rodzinnym?... Spojrzał na mnie ciepło i powiedział: w tym domu jest się i pracuje na zaproszenia, a nie "z dekretu". Myślę, że to bardzo dobrze go charakteryzuje.

W domu, przy stole podawał sąsiadowi wazę z zupą czy półmisek, nalewał herbatę, żartował. Bardzo chciał tworzyć klimat bliskości. O sprawach biurowych czy tym podobnych nie rozmawiało się przy stole. Tu panowała prywatność, rodzinność.

KAI: Towarzyszył mu Ksiądz także w czasie wakacji.

- Kiedy graliśmy w piłkę, to on sam co prawda nie grał, ale chętnie nam ją podawał, kiedy potoczyła się poza boisko.

KAI: Uczestniczył w zabawie?

- Oczywiście! To były takie drobne gesty, którymi mówił: tu też jestem z wami. Nigdy żadnego wywyższania się, to było księdzu Prymasowi obce.

KAI: Czy nie odnosi Ksiądz wrażenia, że rola, jaka przypadła kard. Wyszyńskiemu - prawdziwego przywódcy narodu, na tle komunistycznych pierwszych sekretarzy, którzy byli oczywistymi uzurpatorami - przysłoniła Wyszyńskiego - człowieka, kogoś, kto "po prostu" zawsze chciał być wierny Ewangelii?

- Władza w Polsce nie pochodziła od suwerena – narodu, lecz była z importu, z Moskwy. Nie miała umocowania społecznego, tylko zewnętrzny, moskiewski nadzór.

Słynne "non possumus" Prymasa było odpowiedzią na dekret rządu z 9 lutego 1953 r. o obsadzaniu stanowisk kościelnych. Największą karierę urzędnicy robili na walce z Kościołem. To było uciążliwe dla Kościoła, bo urzędnik z Urzędu ds. wyznań w Poznaniu w tej samej sprawie decydował odwrotnie niż urzędnik w Krakowie. Prymas proponował jakąś regulację, żeby strona kościelna miała do czego się odwołać (bo pamiętajmy, że po wojnie konstytucję przyjęto dopiero w 1952 r.).

Rząd zgodził się na porozumienie w kwietniu 1950 r., oczywiście licząc na to, że będzie to punkt wyjścia do podporządkowania sobie Kościoła. Niecałe trzy lata później uchwalono wspomniany dekret. Najkrócej mówiąc polegał on na tym, że biskupów mianuje premier, a proboszczów wojewoda. Możemy sobie wyobrazić istnienie Kościoła w takich "normach"...

Cztery miesiące po dekrecie, 4 czerwca 1953 r., odbyła się w Warszawie procesja Bożego Ciała. W latach powojennych na tę uroczystość przyjeżdżało wielu ludzi z całej Polski, 80-100 tys., bo chcieli posłuchać Prymasa. I wtedy, przemawiając przed fasadą kościoła św. Anny, powiedział wobec "ludu pracującego miast i wsi" (jak komuniści określali naród): "non possumus" - „nie możemy pozwolić”, bo to jest ingerencja w kanoniczną strukturę Kościoła. Odwołał się do ludzi, narodu, suwerena. To te słowa stały się przyczyną aresztowania Prymasa. Wcześniej słano protesty i petycje, ale władza nic sobie z tego nie robiła. Prawdziwie groźne okazało się odwołanie się do narodu.

Kiedy po uroczystości przyjechał do domu, powiedział: Nie wiadomo, czy aresztują mnie przede wakacjami czy dopiero po.

KAI: Pełna świadomość.

- Przemawiał z pełnym przekonaniem, jakie to może mieć konsekwencje, ale nie robił tego, by prowokować, ale jasno zaprezentować swoje przekonania.

Przyjechali... po wakacjach, 25 września, tuż przed północą. Pułkownik, który dowodził grupą operacyjną odczytał postanowienie rządu podpisane przez Cyrankiewicza, że: "Ze względu na szkodliwość działania wobec Polski zostaje odsunięty od urzędu arcybiskupa w Gniezna i Warszawy oraz izolowany".

Kilka miesięcy po wyjściu z więzienia spotkał się z Gomułką. Rozmawiał z nim zresztą kilka razy. Za którymś razem dyskutowali do czwartej nad ranem. Gomułka, co sam słyszałem od Prymasa, oświadczył: „Jeszcze 20 lat i problem Kościoła w Polsce przestanie istnieć. Na co Kardynał odpowiedział: „Panie sekretarzu, 20 lat w Polsce to wy jesteście, a Kościół jest tu tysiąc lat.”

KAI: Ktoś, kto rzuca wyzwanie wszechpotężnej i - mogłoby się wydawać wówczas - wiecznej władzy, w oczach narodu staje się pomnikiem. Zwykli ludzie mogli czuć się maleńcy...

- Trzeba pamiętać, że w 1950 r. Prymas szukał kontaktu z władzą. Podpisane wówczas porozumienie okazało się jednak nietrwałe. Ratunkiem dla zagrożonego Kościoła był naród, więc wypowiadając w 1953 r. "non possumus" odwołał się do narodu. Nie po to, żeby walczyć z władzą, ale żeby Kościół mógł działać i wypełniać swoją misję zbawczą.

Użył pan, w odniesieniu do władz słowa "uzurpatorzy. Lepiej byłoby nazwać ich figurantami. Uzurpator musi być jakoś umocowany, a oni nie byli decydentami, lecz odbiorcami decyzji płynących z Moskwy.

Kościół i jego przywódca był zawsze z narodem i bardzo starał się, żeby ludzie mieli tego świadomość. Ale, uwaga, naród to nie tylko "Solidarność". Naród to i ludzie "Solidarności" i ludzie partii, PZPR-u.

Pamiętamy przecież, jak w sierpniu 1980 r. "Solidarność" oczekiwała od Prymasa jednoznacznego poparcia. Tymczasem on mówił o narodzie, nie o "Solidarności". Niektórzy oceniali, że: "Staruszek nie wie, o czym mówi", że się "rozminął z nastrojami", itd. A on pojmował to inaczej i tu widzę jego geniusz: po prostu naród to Polacy, wszyscy. Także ten, który jest uwikłany, złamany lub z jakiejkolwiek innej racji jest po tamtej stronie.

Prawdziwym reprezentantem suwerena, czyli narodu był Kościół, a w Kościele - prymas. Dlatego, o czym się nie mówi, a czego byłem świadkiem, wszyscy ambasadorzy państw zachodnich, rozpoczynając misję w Polsce, składali wizytę Prymasowi. Po pięciu latach, bo zazwyczaj tyle trwała ich kadencja, przed wyjazdem przybywali, żeby się pożegnać, bo dla nich to on reprezentował polski naród.

Kiedy we wrześniu 1967 r. przyjechał do Polski generał de Gaulle, chciał spotkać się Prymasem. Ale w niedzielę, gdy miało do tego dojść, władze uniemożliwiły to, "wywożąc" generała do Gdańska. To dobitnie pokazuje, jak kard. Wyszyński był odbierany za granicą i co znaczył dla świata.

Liberalni katolicy mieli mu za złe, że rozmawia tylko z pierwszym sekretarzem i z premierem. Tak, on tego bardzo przestrzegł. Mówił: Jeśli nie dopilnuję, to mi każą rozmawiać z dzielnicowym i wtedy nic nie załatwię. Nie robił więc tego z poczucia wielkości. To był po prostu przejaw pragmatyzmu i zdrowego rozsądku.

KAI: Co nam dziś, w zupełnie innych czasach, mówi kard. Wyszyński? Jakie wątki jego nauczania czy postawy w ogóle wydają się dziś najbardziej aktualne?

- Myślę, że ciągle aktualne pozostaje to, co podkreślał za życia: Człowiek, naród i Kościół. Człowiek, a więc szacunek dla drugiego. Każdy człowiek kocha, chce być kochany, cierpi, ma nadzieję... Wielkim zadaniem także na dziś jest autentyczne budowanie narodu i Kościoła. Poza tym: troska o rodzinę.

Moskwę zastąpiła dziś Bruksela, stąd deficyt polskości.

KAI: Myśli Ksiądz, że kard. Wyszyński zwracałby dziś uwagę na pogłębianie świadomości narodowej i troskę o zachowanie polskiej tożsamości?

- Z pewnością. Śluby narodu z 1956 r. zrodziły pierwszą solidarność Polaków. Na Jasną Górę przyjechało wtedy ponad milion pielgrzymów. Na dworcu kolejowym w Warszawie nie sprzedawano biletów do Częstochowy, jeden z biskupów w drodze z Warszawy był zatrzymywany siedem razy. Jak zebrał się tam ten milion, z całego kraju? I tam Polacy rozpoznali się po raz pierwszy: jesteśmy razem. A Śluby były skierowaną do wszystkich Polaków, zachętą do gruntownej refleksji wokół takich pojęć, jak: człowiek, osoba, rodzina, społeczeństwo, etyka, moralność, praca, odpowiedzialność.

KAI: A obchody milenijne były dobitną "powtórką".

- Tak, inspiracją dla obchodów tysiąclecia chrztu Polski były Śluby zorganizowane 10 lat wcześniej. Cały projekt moralnej odnowy narodu w "formie" dziewięcioletniej nowenny, dał Kościołowi program duszpasterski. To była nie tylko pobożność, ale i formacja. Dalszym etapem tej formacji był program Społecznej Krucjaty Miłości, zawarty w 10 punktach i impuls do budowania cywilizacji miłości.

KAI: Zastanawiamy się dziś często nad tym, co epidemia powiedziała o naszym Kościele oraz jaki będzie po jej ustaniu. Jak patrzyłby na to kard. Wyszyński?

- Pandemia w dramatyczny sposób obnażyła myślenie niektórych ludzi Kościoła. Zamknąć kościół? Uciec, schować się...

KAI: Sugeruje Ksiądz, że Prymas Wyszyński reagowałby na zagrożenie epidemiczne inaczej? Wobec tego jak?

- Oczywiście, że inaczej, bo przecież człowiek jest zagrożony! A kto ma być blisko przy takim człowieku? Lekarz i kapłan!

KAI: Kościół się wystraszył?

- Przypomnę tylko co powiedział kilka dni temu prezydent Trump: w Stanach Zjednoczonych sklepy alkoholowe są otwarte, kliniki aborcyjne czynne, a kościoły wszystkich wyznań zamknięte. W Polsce na Wielkanoc w świątyniach obowiązywał limit pięciu osób.

KAI: A jak postrzega Ksiądz obecność myśli kard. Wyszyńskiego w przestrzeni publicznej? Czy potrafimy z niego czerpać - w życiu indywidualnym, w Kościele, w życiu społecznym, w praktyce politycznej?

- Dwa pokolenia Polaków, a może nawet trzy, wychowano w atmosferze walki klas. Nie zastanawiano się nad tym, jak pomnożyć dobro wspólne i dobro indywidualne, a cały wysiłek był skierowany na to, jak zabrać temu, kto ma, o ile jeszcze miał. Jakie to krótkowzroczne! Po kilkudziesięciu latach społeczeństwo nie miało już nic lub prawie nic. Całe dobro wspólne przejęła wąska grupa oligarchów. Dlatego Kardynał opracował Społeczną Krucjatę Miłości, która wyrosła z obchodów milenijnych.

KAI: Pierwszy punkt Krucjaty brzmi: "Szanuj każdego człowieka, bo Chrystus w nim żyje. Bądź wrażliwy na drugiego człowieka, twojego brata (siostrę)". Gdyby choć część spuścizny Kardynała była traktowana poważnie, to chyba żylibyśmy w innej Polsce?

- Przecież i dziś wciąż mówimy o walce, a nie o szukaniu wspólnego dobra i budowaniu tego, co będzie służyło przyszłym pokoleniom. Zamiast tego rozgrywamy wszystko partyjnie. Powróciła walka klas.

KAI: A wskazania Prymasa Wyszyńskiego?

- Cóż, one przecież są, można ich słuchać, można je przeczytać. Ale nie robimy tego. Dlaczego? Dlatego, że utknęliśmy w walce klas. Najwyższą wartością społeczną jest dobro wspólne, ale nim nikt się nie przejmuje. Liczy się interes grupy. Mnie się wydaje, że społeczeństwo myśli prawidłowo, problem tkwi w stylu myślenia oligarchii politycznej. Ludzie mają naturalny zmysł wartościowania, wyczuwają, co jest dobre, a co złe, na czym trzeba się skoncentrować, co można poświęcić dla większego dobra, itd. Natomiast media zostały zdominowane przez interesy polityczne i jest to, co jest.

KAI: Może to, że czas oczekiwania na beatyfikację kardynała Wyszyńskiego nam się wydłużył powinniśmy wykorzystać na doczytanie jego nauk?

- W Kościele nie ma przypadków. Dostaliśmy czas na refleksję. Myślę, że wszystkie te doświadczenia społeczne i polityczne będą temu sprzyjały. Może przyjdzie jakieś opamiętanie. Kiedyś mówiło się o "stylu parlamentarnym", to coś znaczyło…

KAI: Wiosna tego roku jest wyjątkowa poprzez splot wydarzeń związanych z dwoma wielkimi postaciami Kościoła w Polsce w XX wieku: Jana Pawła II z okazji 100. rocznicy jego urodzin i Prymasa Wyszyńskiego w związku z oczekiwaną beatyfikacją.

- Obaj stanowili wielkie zagrożenie dla komunistów i liberałów. Zawsze byli razem, jak przy ołtarzu: jeden odprawiał, drugi przemawiał. Częściej przemawiał Stefan. Pamiętam ostatnią Mszę św., przed tym, jak obydwaj udali się na konklawe. To było w rzymskim kościele św. Stanisława. Odprawiał Stefan, a mówił Karol. Omawiał fragment z pytaniem Jezusa: „Piotrze, czy mnie miłujesz?” Do dziś pamiętam, jak zmagał się z tym pytaniem, jakby to było pytanie do niego. Za kilkadziesiąt godzin był już papieżem.

KAI: Władze PRL próbowały ich sobie przeciwstawiać, a nawet skłócić.

- Zawsze byli razem, więc żeby ich osłabić, usiłowali ich podzielić lub unicestwić. Jeden umierał w Warszawie, drugiego trzeba uśmiercić. Opatrzność znalazła rozwiązanie, co potwierdza dziś Kościół, że obaj są świętymi.

KAI: Prymas musiał wiedzieć, że próbuje się go skłócić z kard. Wojtyłą. Cierpiał z tego powodu, czy się tym nie przejmował?

- Poza konferencją episkopatu czy Radą Główną spędzili ze sobą dziesiątki godzin, rozmawiając w cztery oczy: w ogrodzie, w pokoju, w czasie wakacji w Bachledówce i wielu innych miejscach. Prymas przygotowywał go na swego następcę. Dlatego uzgadniali stanowiska, wyjaśniali argumentacje, a kiedy kard. Wojtyła został wybrany na papieża zwrócił się do Prymasa: co mam robić. "Wybór przyjąć".

Dla mnie kluczową sprawa, jeśli chodzi o ich relacje, była wizyta polskich biskupów w Niemczech, jesienią 1978 r. Zaczęło się to od słynnego listu biskupów polskich do niemieckich ze słowami: „Wybaczamy i prosimy o wybaczenie”. Jak wiadomo Niemcy odpowiedzieli na to dość powściągliwie, niemniej szybko zorientowali się, że trzeba wykazać się postawą bardziej otwartą. Dlatego przez kolejne lata przyjeżdżali do Polski kardynałowie i biskupi niemieccy, uczestnicząc w uroczystościach religijnych, m.in. w Gnieźnie, Warszawie i Częstochowie. Zaczął narastać problem proceduralny związany z rewizytą. Prymas powtarzał co roku, że jeszcze nie czas.

Po wyborze Jana Pawła I Prymas wrócił z Watykanu i pojechał do Fiszora pod Wyszkowem na odpoczynek. Po powrocie poprosił na rozmowę sekretarza Episkopatu bp. Bronisława Dąbrowskiego i powiedział mu, że nadszedł czas na rewizytę w Niemczech. Wizyta okazała się wielkim sukcesem. Rozpoczęła się w Fuldzie, u grobu św. Bonifacego, patrona Niemiec. Pierwszego wieczoru Prymas powiedział mi: "Chciałbym, żeby ktoś tym wiedział. Presja wojującego komunizmu rodzi głęboką erozję w polskim Kościele. Jeżeli to potrwa dłużej, to sami tego nie udźwigniemy. Trzeba szukać kontaktu, oparcia w innych Kościołach. Hiszpanie są daleko; Włosi są tacy, jacy są; na Francuzach nie można polegać, zostają nam Niemcy".

W katedrze w Kolonii stałem za Prymasem, nagrywałem jego przesłanie. Powiedział wtedy, że: „Europa ma być Betlejem dla świata, to znaczy rodzić Chrystusa dla świata.„ Kardynał Karol słuchał tego, siedząc w stalli. Myślę, że to przemówienie mogło być jakąś inspiracją dla papieża Wojtyły, który jeździł od krańca do krańca Europy i świata, "rodząc Chrystusa".

Po powrocie z Niemiec, Prymas pojechał na kilka dni do Fiszora i tam zastała go wiadomość o śmierci Jana Pawła I. Znowu trzeba było jechać na konklawe. Ale tym razem już nikt nie miał wątpliwości, kto zostanie wybrany.

KAI: Śmiertelnie już chory Prymas rozmawiał telefonicznie z rannym w zamachu Papieżem. Ksiądz był tego świadkiem. Pierwsza próba, gdy z rzymskiego szpitala zadzwonił Jan Paweł II, nie powiodła się z prozaicznych powodów: zbyt krótkiego kabla telefonicznego w domu Kardynała...

- Prymas niczego w swoim pokoju nie miał: telefonu, telewizora, radia. Trzeba było wykorzystać telefon, który stał na parterze, w sekretariacie. Rzeczywiście, przewód był zbyt krótki, więc trzeba było trochę czasu i umówiono rozmowę na następny dzień, 25 maja, w południe. Opuściłem pokój, nie było mnie przy tej rozmowie. Ale wiem, że mówił do Papieża: „Ojcze, całuję Twoje dłonie... Łączy nas cierpienie.”

KAI: A jaki był Prymas w ostatnich godzinach życia?

- Bardzo opanowany, powściągliwy, a jednocześnie świadomy swojej sytuacji.

KAI: Co dało Księdzu spotkanie z Prymasem – wielkim, a jednocześnie skromnym?

- Właśnie, w nim były te dwa wymiary. Z jednej strony miał świadomość, że reprezentuje Kościół w zmaganiach z ideologią wojującego ateizmu. Wiedział, że jest stroną i tu rzeczywiście był "pomnikowy". W tamtych warunkach trzeba było być monumentem: inaczej oni nie rozumieli. Człowiek ciepły, znaczy - słaby, więc trzeba było pokazać moc. Natomiast gdy był księdzem Stefanem to z nami żartował i podawał piłkę. Wielki i normalny.

Służyłem do Mszy św., kiedy nie było koncelebry. Później on to robił, gdy ja odprawiałem: polewał wodą moje ręce, podawał ręczniczek. Jak prawdziwy ministrant. Uważał to za zupełnie normalne.

Co mi dało spotkanie z nim? Stojąc u Jego boku nauczyłem się odprawiać Mszę świętą, mimo, że miałem "kwalifikacje". On nie czytał tekstu mszału, lecz tekstem wołał do Pana. Każda jego modlitwa: różaniec, Anioł Pański czy litania - to było wielkie wołanie. A nie gadanie…

***

Ks. Bronisław Piasecki (ur. 1940) przyjął święcenia kapłańskie w 1963 r. W latach 1974-1981 był osobistym sekretarzem kard. Stefana Wyszyńskiego, a następnie wicepostulatorem w Jego procesie beatyfikacyjnym. Jest doktorem teologii moralnej, prałatem Jego Świątobliwości, byłym proboszczem parafii Najświętszego Zbawiciela w Warszawie.

CZYTAJ DALEJ

Zielona Góra: Nowy przełożony wspólnoty franciszkanów

2020-07-15 10:53

[ TEMATY ]

franciszkanie

Zielona Góra

fb

O. Stanisław Czerwonka

O. Stanisław Czerwonka został nowym przełożonym wspólnoty franciszkanów.

Jak podaje strona parafii i facebook „Kapituła prowincjalna Franciszkanów, prowincji krakowskiej, zebrana w Harmężach, w dniu 10.07.2020 roku, wybrała nowym przełożonym o. Stanisława Czerwonkę. O. Stanisław pracował we franciszkańskiej parafii w Zielonej Górze u jej początków i zapewne starsi parafianie będą go pamiętać. W ostatnich latach pracował w Stanach Zjednoczonych w Nowym Jorku. Witać go będziemy z radością i nadziejami, wraz z modlitwą, życzymy mu dużo sił, błogosławieństwa Bożego, życzliwych ludzi i mądrości w prowadzeniu franciszkańskiej parafii. Przed nim wyzwania duszpasterskie, ale także kontynuacja budowy świątyni”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję